Dziś w ofercie 137 532 pozycji
Recenzje:
Dwór skrzydeł i zguby
Autor: Katarzyna Żmuda
"-Znacznie ciężej jest (...) kiedy wrogowie stają się przyjaciółmi. W drugą stronę zapewne też. Czego nie widziałam? Co przeoczyłam lub na co nie zwróciłam uwagi? Zawsze wzbudza to we mnie wątpliwości raczej względem siebie niż nich.
-Kolejny urok wojny?
-Nie, życia."

W wyniku pewnych wydarzeń Feyra powraca do opuszczonego miesiące wcześniej Dworu Wiosny. Ma nadzieję, że uda jej się zebrać jak najwięcej informacji i jak najszybciej opuścić miejsce, w którym tylko marniała lub była przetrzymywana wbrew sobie. Silna nienawiść odczuwana przez kobietę może mieć daleki zasięg, ale jest to i tak wielkie niedopowiedzenie, gdy chodzi o Feyrę. Jest silna, zdeterminowana i przekonana o tym, że każdy kto zasłużył na jej gniew go dostanie i nie zostanie oszczędzony.

Jest to zdecydowanie najlepsza część serii, choć pierwszy i drugi tom również utrzymywały wysoki poziom. W tym tomie jednak Feyra pokazała na co dokładnie ją stać i chwała jej za to, bo za to ją kocham! Choć miejsce w moim sercu niezmiennie zajmuje Rhysand...

Tym razem Maas przeszła samą siebie w pomieszaniu i poplątaniu fabuły tak, by nikt nie wiedział komu ostatecznie może zaufać, a zaufanie jest podstawą w tak trudnych dla Prythianu czasów. Dodatkowo poznajemy tu inne dwory i krainy oraz w końcu(!) innych książąt, bo poza wspominanymi w poprzednich tomach Dworami Wiosny i Nocy występuje pięć innych: Dwór Lata, Dwór Jesieni, Dwór Zimy, Dwór Świtu i Dwór Dnia z równie ciekawymi władcami. Mam nadzieję, że autorce uda się napisać jakiś dodatek o którymś z książąt. Z chęcią dowiedziałabym się co może lub mogło x lat temu siedzieć w głowie takiego Heliona czy Thesana. O albo jakaś historia z perspektywy Amreny, Rzeźbiącego w Kościach, Miriam, Juriana lub Viviane? Jak widzicie mam wiele marzeń co do nowych książek i oby choć jedno z nich udało się spełnić.

W skrócie jest to kolejny grubaśny tom, który połknęłam w odstępie kilku godzin. Historia Feyry potoczyła się inaczej niż to sobie w głowie ułożyłam, ale tym razem jestem zadowolona z zakończenia. Było kilka niespodziewanych i kilka spodziewanych plot twistów, ale całokształt historii jest ciekawy, przyjemny i cudowny.
Tym razem nad postaciami nie będę się wywodzić, ale wiedzcie, że to, co autorka zrobiła w poprzednich częściach było dobre, ale z tomu na tom jest coraz lepiej! Pojawiło się mnóstwo świetnych postaci, które chciałabym poznać w prawdziwym życiu, ale i wątków, o których rozwinięciu skrycie marzę.

Co prawda było kilka momentów, w którym autorka moim zdaniem zaczęła zbytnio kombinować i wymyślać, ale jest to jedynie potwierdzenie, że potknięcia zdarzają się najlepszym.
Wysiedleni. Akcja Wisła 1947
Autor: Beata Igielska
Wysiedleni” Krzysztofa Ziemca to zbiór napisanych z pasją reportaży,
których bohaterami są ludzie wysiedleni z południowo-wchodniej Polski w ramach Akcji Wisła. Ich losy śledzi się zapartym tchem, nawet jeśli dobrze zna się wojenną i powojenną historię.

Przymusowe wywożenie ludności ukraińskiej zaczęło się w kwietniu 1947 roku i trwało kilka miesięcy, chociaż ostatnie wysiedlenia miały miejsce jeszcze trzy lata później.
Założeniem akcji było przeniesienie w inne rejony Polski zwolenników Ukraińskiej Powstańczej Armii i innych ugrupowań nacjonalistycznych. W rzeczywistości jednak ofiarami pacyfikacji padło wiele niezwiązanych z UPA rodzin. Były wśród nich mieszane małżeństwa polsko-ukraińskie, a także rodziny Łemków, Dolinian i Bojków, czyli mniejszościowych grup etnicznych.

Zagubieni i zmuszeni do opuszczenia domów ludzie trafiali głównie na tzw. Ziemie Odzyskane, czyli zachodnie tereny Polski, Warmię i Mazury.
Nie wszyscy docierali na miejsce, gdyż po drodze umierali lub padali ofiarami napadów. Niektórzy próbowali też uciekać, wierząc, że uda im się przeczekać w rodzinnych stronach.
Urządzenie sobie życia na nowo to oddzielny rozdział w życiu wysiedlonych. O tym właśnie opowiada książka Krzysztofa Ziemca, który dotarł do wielu ofiar Akcji Wisła i do ich potomków.

Bezpośrednie relacje i bolesne wspomnienia robią ogromne wrażenie, tym bardziej, że dziennikarz potrafi słuchać i nie przyćmiewa opowieści własną osobą, jak to mają w zwyczaju niektórzy autorzy.
Losy każdego bohatera mogłyby posłużyć za materiał na oddzielną książkę lub filmowy scenariusz. Niekiedy wydobycie przeszłości na światło dzienne okazuje się trudne, gdyż część wysiedlonych niechętnie wraca do krwawych i smutnych wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat.
Są tu jednak i tacy ludzie, którzy – rozumiejąc dziennikarską dociekliwość – opowiadają ze szczegółami o rzezi na Wołyniu, o pogromach i niewyobrażalnym okrucieństwie, do jakiego zdolny jest człowiek.

Dla wielu rozmówców wciąż niezrozumiały jest wybuch nienawiści i przemocy, który sprawił, że żyjący w zgodzie sąsiedzi nagle stali się wrogami, katami i bezbronnymi ofiarami.
Mamy tu wiele przykładów takich zdarzeń – mordów popełnianych na ludziach, których jedyną „winą” była odmienna narodowość.
Budujące na tym tle stają się wspomnienia niesionej z narażeniem własnego życia pomocy. Niejeden z bohaterów stwierdza, że nie wszyscy byli źli – mamy tu przykłady ratowania Polaków przez Ukraińców (i odwrotnie), a nawet przez Niemców, którzy najpierw dali nieme przyzwolenie na przemoc ze strony ukraińskich nacjonalistów i dopiero pod koniec własnej okupacji zaczęli hamować te zapędy.

Historie opisane w „Wysiedlonych” są tak wstrząsające, że nie da się przejść obok nich obojętnie.
Ogromne wrażenie robią nie tylko wojenne losy, ale i organizowanie sobie życia w nowych miejscach. Jedni z wywiezionych mieli szczęście w nieszczęściu i udało im się znaleźć poniemieckie gospodarstwa, w których czekały na nich meble, naczynia, a nawet rolnicze maszyny i obsiane pola. Inni trafiali do pustych domostw, które wcześniej padły łupem szabrowników.

Nowe życie nie polegało jedynie na urządzaniu domowych gospodarstw, ale i na budowaniu wzajemnych relacji w miejscach, które stały się tyglem kultur. Wciąż otwarte były wojenne rany, co rodziło wzajemne uprzedzenia i stereotypy.
Niektórzy z bohaterów ze smutkiem i żalem wspominają dzieciństwo pełne oskarżeń, szkolnych przezwisk i bójek, zakazów zabaw z „ukraińskimi bandytami”.
Są tu jednak i takie opowieści, które udowadniają, że nieszczęścia zbliżały ludzi i zacieśniały sąsiedzkie więzy.

Książkę Krzysztofa Ziemca czyta się szybko i z zapartym tchem, mimo trudnej i bolesnej tematyki.
Na pewno sprzyjają temu pełne dramatyzmu historie wysiedlonych i ich dzisiejsze refleksje. Ważna jest również misja, jakiej podjął się autor – jego reportaże to próba ocalenia od zapomnienia ważnego kawałka historii i dziejów konkretnych ludzi, którzy mają twarze, nazwiska i korzenie.
Ziemiec sięga w niektórych reportażach do tematów często dziś pomijanych lub niewygodnych, odsłaniając jedną z białych plam, jaką był utworzony w 1947 roku obóz pracy w Jaworznie. Przetrzymywano tam w nieludzkich warunkach przesiedleńców podejrzewanych o związki z ukraińskimi nacjonalistami, jednak wśród więźniów były też niewinne, przypadkowe ofiary, o czym opowiada jeden z rozmówców.

Po książkę „Wysiedleni” na pewno warto i trzeba sięgnąć. To nie tylko doskonale skonstruowane reportaże, ale i teksty zapadające w pamięć, dające do myślenia i prowokujące do stawiania pytań o przeszłość. I przyszłość, w której krwawa historia nigdy nie powinna się powtórzyć.
BEATA IGIELSKA
Terapia
Autor: Małgorzata Sk.
Kiedy zobaczyłam, że "Terapia" będzie wydana w Polsce, chciałam się rozpłakać. Autentycznie targały mną takie emocje, że nie wiedziałam co ze sobą zrobić. W końcu, po tak długim czasie oczekiwania, doczekałam się tej wspaniałej książki w Polsce. Co więcej, wydawnictwo nie próżnuje i już zdradziło kilka kolejnych tytułów, które mają zamiar wydać - czekałam na każdą z nich.

Gnębienie w szkołach jest i będzie. Niestety, ale myślę, że w każdej szkole czy klasie uczniowie znajdują sobie takiego "kozła ofiarnego", nad którym się pastwią. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy jakie skutki mogą nieść za sobą szydercze słowa, a już tym bardziej fizyczne ciosy. Widzą tylko to, że "ofiara" jest podatna i sprawia im to przyjemność, jednak nikt z nich nie wie co dzieje się w domu, za zamkniętymi drzwiami. Myślę, że ta książka idealnie obrazuje jakie mogą być skutki.


"Dlaczego mówi się, że czas leczy rany? Czas to tylko bandaż. Zakrywa ranę, ale to, co jest pod nim, musi zagoić się samo."


"Terapia" to książka, która niszczy czytelnika, aby za chwile go naprawić. To opowieść pełna cierpienia, bólu, braku akceptacji i walce z samym sobą. To emocjonalny rollercoaster uczuć. Raz chce się płakać, potem pojawia się uśmiech a następnie gniew i szok. Nie jestem w stanie napisać co się ze mną działo podczas czytania. Już dawno żadna książka tak mną nie wstrząsnęła. Po przewróceniu ostatniej strony siedziałam dalej z książką na kolanach i analizowałam wszystko co się w niej wydarzyło. Nie mogłam przestać o niej myśleć.

Jessica to nastolatka mająca zachowania autodestrukcje. Dziewczyna jest gnębiona w szkole - nie tylko słownie, niezauważalna w domu i sama. Jedynym co ją trzyma w ryzach jest seks, żyletka i dziennik, w którym pisze wiersze. Jessica rozpaczliwie w głębi siebie domaga się akceptacji i przede wszystkim miłości. Jak każdy człowiek, chce być kochana. Jedynym człowiekiem dostrzegającym w Jess kogoś wartościowego, jest Jace. Jace, który również swoje przeszedł. Który nie zniża się do poziomu swoich rówieśników i który ratuje dziewczynę - dosłownie i w przenośni. Kiedy ich przyjaźń kwitnie, a uczucia są coraz większe, jedna tragedia sprawia, że bohaterzy rozdzielają się na lata.


"Pragnę tylko, by ktoś mnie chciał.
By ktoś mnie pokochał."


"Terapia" podzielona jest na trzy części - poznajemy Jess w ostatniej klasie liceum, i to z jej perspektywy przedstawione są wydarzenia. Kolejna część - "6 lat później". Tym razem to i Jess i Jace wiodą prym. Dodatkowo możemy przeczytać retrospekcje z perspektywy Jace'a. Ostatnia część to "terapia", poświęcona zarówno Jessice jak i Jace'owi. Ale to nie wszystko bo autorka dodała tajemniczą postać, która również ma ogromny udział w książce.

Kathryn Perez sprawiła, że chce się ją kochać za tak wspaniałą książkę, ale chce się ją również nienawidzić za ogrom bólu i cierpienia zarówno u bohaterów jak i u samego czytelnika. Autorka przez całą powieść znęca się nad czytelnikami, w pozytywnym sensie tego słowa. Myślę, że nie jedna osoba może utożsamić się z bohaterką i dzięki niej wyjść ze swojej skorupy, nawet jeśli tylko trochę. Ja odnalazłam kilka wspólnych cech z Jessicą i w niektórych sytuacjach postąpiłabym identycznie.

"Terapia" to historia dziewczyny walczącej o akceptacje, miłość i szczęście. Przygotujcie się na całą gamę uczuć. Na to że będziecie smutni, uśmiechniecie się, wzruszycie i będziecie chcieli rwać włosy z głowy. Ja kocham tę książkę tak bardzo, że mam ochotę otworzyć na pierwszej stronie i zacząć przygodę z nią od nowa. Jeśli macie jakieś wątpliwości, czy sięgnąć po tę pozycje, to mogę napisać tylko - nie zastanawiajcie się i poznajcie historię Jessici.
Historia Adeli
Autor: subiektywnik literacki
"Kiedy nie wiesz jak pomóc sobie, zrób jedną dobrą rzecz - dla innych." Tak brzmi napis na tyle książki. Czy da się powrócić "na stare śmiecie" bez płacenia ceny za przeszłość? Jak to co było kiedyś wpływa na to co jest teraz? I wreszcie czy da się zacząć wszystko z czystą kartą? Na te pytania odpowiedzi znajdziecie w najnowszej książce Magdaleny Knedler.

Adelę Henert poznajemy 17 lutego, w środę. Postanawia pójść do fryzjera we Wrocławiu, by ściąć warkocz i oddać włosy dla fundacji Rack'n'roll. Ma to być nowe otwarcie, nowy rozdział w życiu, bo Adela niedawno wróciła do rodzinnego Wrocławia po śmierci męża, z którym przez 10 lat mieszkała w krajach półwyspu Iberyjskiego, a ostanie lata we Włoskiej Sperlondze. Czy dziewczyna odnajdzie swoje miejsce? Jakie niespodzianki z przeszłości będą na nią czekały? Czy Adela poradzi sobie z tym, przed czym uciekła z Włoch?

Bo przecież czasem niewiele trzeba, by poczuć się na swoim miejscu. s. 163

Na dobry początek dziewczyna znajduje pracę w kawiarnio-księgarni o dźwięcznej nazwie Becky Sharp. Postanawia wynająć mieszkanie, ale poszukiwania nie są łatwe, zwłaszcza, że nie ma wiele oszczędności. Wreszcie udaje jej się wynająć pięto domu od Daniela Raczyńskiego, który też niedawno zamieszkał w tym miejscu. Parę nieznajomych połączy tajemnicza postać nieżyjącej ciotki Stefanii i znalezionych po niej rzeczy. Co mają wspólnego potłuczona filiżanka, listy z kartkami powieści oraz postać obserwująca dom? W poszukiwaniu śladów przeszłości Adela i Daniel połączą siły, tym samym znajdą wspólny cel, wspólne zainteresowania i być może uczucie. Ale aby przekonać się co tak naprawdę się wydarzyło i w życiu ciotki Stefy i w życiu Adeli, musicie sięgnąć po książkę Magdaleny Knedler.

Każdy przynajmniej raz trafia w życiu na osobę, która może go ocalić. Ale nie zawsze potrafi się na nią otworzyć. s. 91

Już dawno nie czytałam tak świetnie skonstruowanej powieści. Od historii nie sposób się oderwać. Postać Adeli jest rewelacyjne nakreślona, a wątek "grzebania" w przeszłości ciotki Stefy dodaje tajemniczości, intryguje i zaciekawia czytelnika. Książka ma również czytelny podział na czas w jakim się dzieje, co jest wyraźnie oddzielone od tego co było przedtem, czyli we Włoszech, a także od przeszłości domu i ciotki. Już dawno nie czytałam powieści z wieloma czasami narracyjnymi, żeby się nie zgubić w wydarzeniach opisanych, tutaj to sie udało, bo wszystko jest bardzo klarowne. Poza tym autorka, która niewątpliwie jest ogromną znawczynią elementów kultury, po prostu erudytką, wplata mimochodem tytuły filmów, piosenek, dzieł sztuki. Jest tutaj tyle odnośników, że chciałoby się od razu sięgać po te wszystkie tytułu.

Bo przeszłość można wybaczyć, ale nie można jej zmienić. s. 306

"Historia Adeli" to moje pierwsze spotkanie z twórczością Magdaleny Knedler i zdecydowanie będzie to znajomość na dłużej. Jest to pięknie napisana opowieść, której osnową jest tajemnicza ciotka, ale dookoła poznajemy prawdziwą historię Adeli, tego co się wydarzyło. To książka przede wszystkim o tym, że choćby człowiek uciekał jak najdalej nogi poniosą, to przed samym sobą nie da się daleko uciec. Polecam wszystkim!
Psiego najlepszego
Autor: ogrodksiazek.blogspot.com
Pamiętacie książkę "Był sobie pies"? To urocza, zabawna i chwytająca za serce historia opowiedziana z perspektywy czworonoga. Tym razem W. Bruce Cameron powraca z nową powieścią, utrzymaną w świątecznym klimacie. Wprawdzie zrezygnował w niej z psiego narratora, ale za to... przedstawia nam całą zgraję malutkich, słodkich szczeniaczków - a kto się oprze takim puchatym maleństwom?

Josh mieszka sam w górskiej chacie. Jest informatykiem i pracuje zdalnie, więc niezbyt często gdzieś wychodzi. W dodatku wciąż przeżywa rozstanie z Amandą, która nagle postanowiła zostawić go dla innego. Po cichu jednak liczy na jej powrót, o czym dobitnie świadczą liczne zdjęcia byłej ukochanej porozstawiane po całym domu. Pewnego dnia niespodziewanie dzwoni do niego sąsiad, Ryan, prosząc o przysługę (a właściwie wymuszając ją, bo nie zostawia biedakowi wyboru). Zupełnie nie zważa na protesty Josha i podrzuca mu psa. Suczkę, do tego w zaawansowanej ciąży. Mężczyzna jest przerażony. Nigdy w życiu nie miał czworonoga i nie ma pojęcia, jak się nim zajmować, a świadomość, że w każdej chwili mogą się pojawić szczeniaki, mocno go stresuje. Szukając pomocy, trafia do schroniska, gdzie poznaje piękną Kerri.

Główny bohater to samotny, zagubiony facet o dobrym sercu. Bardzo wrażliwy, choć z trudem przychodzi mu mówienie o emocjach. Wiele w życiu przeszedł i nadal nie może się pogodzić z pewnymi wydarzeniami z przeszłości. Momentami lekko irytuje, na przykład gdy dziwi go sugestia, że fotografie swojej eks powinien spakować do jakiegoś pudła zamiast tworzyć z nich ołtarzyk. Potencjalna nowa dziewczyna czuje się niekomfortowo, bo gdzie nie spojrzy, tam spotyka wizerunek poprzedniczki. Dziwne, prawda? Jak to w ogóle mogłoby komuś przeszkadzać? No ale to w końcu facet, niedomyślność to jego drugie imię. Na szczęście ratują go sceny w towarzystwie psiaków - są po prostu r o z b r a j a j ą c e. Jeśli chodzi o Kerri - sprawia wrażenie całkiem sympatycznej, ale też o wiele bardziej pewnej siebie i przebojowej niż Josh. Tych dwoje ma jednak spore problemy z komunikacją. On praktycznie cały czas błądzi jak dziecko we mgle, nie mając zielonego pojęcia, czego się od niego oczekuje. Ona natomiast czasem mówi otwarcie, co myśli, a czasem po prostu przybiera formalny ton i szybko się wycofuje. Szczerze mówiąc, parę razy nawet ja miałam problem z odgadnięciem, o co jej tak właściwie chodziło.

Jeśli lubicie opowieści z psimi bohaterami i świątecznym klimatem w tle, będziecie zadowoleni, sięgając po tę książkę. To nie arcydzieło ani powieść z wyższej półki, ale zdecydowanie ma swój urok. Momentami rozbawi, momentami też wzruszy, a przede wszystkim ukaże piękno niezwykłej przyjaźni człowieka z psem. Takiej niosącej nadzieję, zmieniającej życie. Potrafiącej przegonić najczarniejsze myśli i zastąpić je żywiołową radością. To bardzo lekka, optymistyczna, ciepła opowieść na jeden wieczór. Czy równie dobra jak "Był sobie pies"? Moim zdaniem nie, ale i tak zachęcam, byście dali jej szansę. Może akurat dzięki niej któregoś mroźnego zimowego dnia zrobi Wam się cieplej na sercu.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu :)

Z popiołów
Autor: Z herbatą wśród książek
Sara jest zdolną studentką edytorstwa, kochającą książki i obdarzoną talentem muzycznym. Z boku wydawałoby się, że po prostu jest nieśmiała, ale mało kto wie, że dziewczyna nosi na ciele i duszy ślady traumatycznej przeszłości, a jej dystans do świata to nie nieśmiałość, ale skrupulatnie stawiany mur, mający uchronić ją od kolejnych ran. Kiedy w nieoczekiwanych okolicznościach poznaje Michała, Sara wcale nie ma zamiaru otwierać się przed nim i wpuszczać go do swojego świata, a i on po ciężkich doświadczeniach nie myśli o angażowaniu się w nowy związek. Są jednak siły potężniejsze niż strach i rany, których nie leczy czas. Czy Sara i Michał będą w stanie zostawić przeszłość za sobą i pozwolić sobie na miłość?

Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Martyny Senator, ale jakże udane! Lekkie pióro, połączone z ważkimi tematami i trójwymiarowymi bohaterami, czynią bowiem “Z popiołów” naprawdę dobrą, wartościową książką. Żałuję, że nie przeczytałam jeszcze poprzednich powieści tej autorki, ale z drugiej strony cieszę się, że ta przyjemność jest dopiero przede mną.

Jako zwolenniczce krótkich rozdziałów, bardzo przypadła mi do gustu forma tej powieści. W obrębie każdego rozdziału mamy jakby podrozdziały - naprzemiennie obserwujemy wydarzenia z perspektywy Sary i Michała, co tworzy krótkie fragmenty tekstu, zachęcające żeby przeczytać “jeszcze tylko jeden”, aż nagle zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy już w połowie książki. Łatwo jest zatracić się w tej historii, dzięki wciągającej fabule i szybkiemu tempu wydarzeń. Gdyby nie przeszkodziły mi wyjazd i choroba, najchętniej przeczytałabym ją całą jednego dnia.

Martyna Senator ma niezaprzeczalny talent do tworzenia interesujących, złożonych postaci, a także potrafi pięknie ubrać w słowa ich myśli i odczucia. Dzięki narracji pierwszoosobowej możemy poznać Sarę i Michała “od środka”, ze wszystkimi ich rozterkami, pragnieniami i obawami, co sprawia, że wydają się być ludźmi z krwi i kości, a nie tylko obrazem utkanym z liter na papierze. Bardzo polubiłam Sarę, jest to jedna z tych bohaterek, z którymi chciałoby się zaprzyjaźnić. Owszem, jest zamknięta w sobie i nieufna, ale pod tą skorupą kryje się wrażliwa, zabawna, lojalna i utalentowana dziewczyna. Sara gra na gitarze, śpiewa i pisze piosenki, co dla mnie było dodatkowym atutem tej książki, bo bardzo lubię powieści z motywem śpiewu czy muzyki w ogóle. Co najlepsze, niektóre z piosenek, napisanych na potrzeby “Z popiołów”, zostały nagrane i można posłuchać ich na YouTube (kanał: Tomasz Siejko). Poza talentem muzycznym Sara imponuje mi swoją wewnętrzną siłą, chociaż musi przejść długą drogę, aby ją w sobie odkryć. Co do Michała, to reprezentuje on rodzaj faceta, który jest niestety na wymarciu - silny, ale wrażliwy; opiekuńczy, ale nie nachalny; cierpliwy, wytrwały i po prostu porządny. Oczywiście ma też swoje wady, ale zalety zdecydowanie przeważają. Oprócz dwójki głównych bohaterów mamy też ciekawe postacie drugoplanowe, jak na przykład współlokatorka i przyjaciółka Sary - Kaśka, która stanowi jej kompletne przeciwieństwo, a także babcia Sary, z którą dziewczynę łączy szczególna więź.

Chociaż “Z popiołów” opowiada o miłości, o rodzącym się pomiędzy Sarą i Michałem uczuciu, nie jest to lektura płytka i pozbawiona głębszego znaczenia, ale dotyka wielu trudnych i niestety aktualnych tematów. Pokazuje, że przemoc może mieć różne oblicza, a ta psychiczna wcale nie zostawia mniejszych blizn niż fizyczna. Uczy, jak ważne jest, aby się nie poddać i nie pozwolić, żeby zło, które spotkało nas w przeszłości, zatruło naszą duszę i zaważyło na przyszłości. Opowiada o poszukiwaniu wewnętrznej siły, a także o ogromnej potrzebie wsparcia ze strony bliskich osób w obliczu trudnych wydarzeń i o ranach, zadawanych przez obojętność. Jak już pisałam wyżej, jest to kawał dobrej, pięknie napisanej, wartościowej literatury new adult, której tak mało ciągle powstaje spod piór polskich autorów. Tą powieścią Martyna Senator skradła moje serce i z niecierpliwością czekam na kolejny tom serii. A was zapraszam do księgarń, gdzie już od 8 listopada będziecie mogli zaopatrzyć się w tę wspaniałą historię.
Sekretne życie samotnej lalki
Autor: Upadły czy Anioł
"Sekretne życie samotnej lalki", to książka, która skusiła mnie tytułem. Nie zdawałam sobie sprawy, że jest to biografia kobiety praktycznie nie znanej w Polsce - Dary Wright .
Autorka Jean Nathan, która jako dziecko zaczytywała się w w książeczce "Samotna lalka" jako osoba dorosła postanowiła, wrócić do tej historii. Jak się okazało drukowanie bajki zostało wstrzymane. Chcąc nie chcą dziennikarka zainteresowała się życiem osoby, która stworzyła jej powiedzmy "ulubioną" historyjkę.
"Sekretne życie samotnej lalki" to szokująca historia o kobiecie, która miała wiele talentów. Była aktorką, modelką, sama dekorowała sobie mieszkanie, szyła ubrania. Była uzdolniona pod wieloma względami. Do tego była niesamowicie piękna. Mężczyźni lgnęli do niej jak muchy do miodu, choć ona tego nie widziała. Była skromna, zamknięta w swoim świecie.
Największą jej pasją było fotografowanie, lubiła też bawić się w przebieranki i robić sobie zdjęcia( w dzisiejszych czasach zwiemy je selfie, a kiedyś były to autoportrety). Fotografie były cudne, artystyczne.
Niestety Dara Wright była dzieckiem w wyglądzie dorosłej kobiety, żyła w fikcyjnym świecie. Nie radziła sobie z rzeczywistością...Pomimo sukcesu jaki odniosła była samotna...
Kto przyczynił się do upośledzenia emocjonalnego Dary Wright?

Biografia Dary Wright jest szokująca. Kobieta dożyła podeszłego wielu, ale została na świecie sama...towarzyszyły jej tylko lalki i misie. Dara tworząc książeczki dla dzieci wyrzucała swoją samotność, swoje wydźwięki duszy. Tworząc historie dla dzieci spełniała swoje młodociane pragnienia.
Dara była wychowywana przez matkę egoistkę i manipulantkę. Poznając historię byłam zbulwersowana postępowaniem Edie (matki Dary) względem dzieci, a szczególnie tłamszeniem córki. Edie do ostatniego dechu była okropną kobietą.

Jean Nathan bardzo obszernie rozbudowała fabułę. Nie skupiła się tylko na samym życiu Dary, ale początkowo przedstawiła losy jej przodków oraz fragmentami znajomych, którzy ją otaczali. Im bardziej zagłębiała się w egzystencję Dary, tym więcej tajemnic wychodziło na światło dzienne. Tajemnice umysłu Dary, były mroczne...
Publikacja jest też zaopatrzona w zdjęcia Dary Wright, które ona sama sobie robiła. Dzięki temu poznając życie tak pięknej, utalentowanej i zagubionej kobiety mogłam zauważyć jej rozwijającą się fantazję, a także zagubienie.

Dodatkowo Nathan w treści w skróconej wersji przedstawia historyjki dla dzieci, które napisała Dara Wright, i którym sama zapewniła im grafikę. Jak na tamte lata Dara wykazała się ogromną kreatywnością. Była pomysłowa, a jej głowa była zapełniona fantastycznymi pomysłami.

Po zapoznaniu się z biografią, mogę rzec, że Dara Wright była niesamowitą kobietą. Piękną, utalentowaną, ale nie przygotowaną do życia. Historia jej egzystencji jest przerażająca. Jeśli Dara i jej matka miałyby żyć w obecnych czasach...nie przetrwały by tak długo na tym świecie. Dodatkowo utwierdziłam się w przekonaniu, że problem alkoholowy był i będzie "niszczycielem" ludzi, rodzin i karier.

Nie sięgam zbyt często po biografie i nie jestem w stanie powiedzieć, czy jest to dobra czy zła publikacja. Mogę jednak oznajmić, że jest to wciągająca historia o kobiecie, która żyła w swoim baśniowym świecie, która miała niesamowity talent, która pomimo sukcesu była samotna i zagubiona.
Jest to opowieść o dziewczynce ukrytej w ciele dorosłej kobiety, która żyła fikcją.
[ blog niebo - piekło - ziemia]
Zapiski stolarza
Autor: Beata Igielska
„Zapiski stolarza” czyta się niczym świetną powieść, nawet jeśli nie ma się zapędów majsterkowicza. Autor opowiada nie tylko o swojej pracy, ale i o codziennym życiu, a to temat, który może zainteresować każdego.

Ole Thorstensen to norweski cieśla i stolarz, ale przede wszystkim wielki profesjonalista i pasjonat. O tym, z czego żyje, mówi z tak ogromnym zaangażowaniem, że trudno go nie podziwiać.
Od razu polubiłam go za rzetelny stosunek do pracy i za otwartość. I głęboko westchnęłam, że nie jest moim sąsiadem albo przynajmniej znajomym, gdyż chętnie zleciłabym mu kilka prac. O tym, jak wyglądają moje doświadczenia z rodzimymi specjalistami od remontów, sama mogłabym napisać książkę, ale byłby to horror, a nie ciepła i pełna humoru opowieść. A takie właśnie są”Zapiski stolarza”.

Thorstensen opowiada z pasją o tym, jak zaadaptował duży strych na mieszkanie. Opisuje poszczególne etapy pracy i przygotowania do niej z dbałością o szczegóły, ale i w sposób przystępny dla laika. Czytelnik nie jest zatem katowany specjalistycznym słownictwem i groźnie brzmiącymi terminami. Między innymi dlatego książkę czyta się lekko, szybko i przyjemnie.

„Zapiski stolarza” można potraktować jako zachętę do złapania za młotek, piłę i dłuto, i samodzielnego zmajstrowania czegoś dla siebie i dla rodziny.
Można też śledzić poszczególne etapy pracy autora i wraz z nim oraz jego klientami patrzeć, jak z zapuszczonego miejsca powstaje funkcjonalna, przytulna, doskonale zaplanowana przestrzeń, która wkrótce przerodzi się w mieszkanie.

Dla mnie lektura „Zapisków stolarza” była także podróżą w głąb serca i duszy autora. Bardzo cenię ludzi rzetelnych, profesjonalnych i słownych. A taki obraz tytułowego bohatera wyłania się z tej opowieści.
Ole nie ukrywa, że jego praca to sposób na życie, że kocha ją, ale i kieruje się racjonalizmem podczas przyjmowania zleceń, by najzwyczajniej w świecie zarobić dobrze na siebie i swoją rodzinę.
Bez krygowania się pisze o trudnościach podczas przetargów oraz o konkurencji, wśród której jest i polski akcent
Jeśli przy okazji ciężkiej pracy Ole odczuwa satysfakcję, dobrze się bawi, może realizować swoje zamierzenia, to ma prawo być szczęśliwy, spełniony i dumny. I taki właśnie stosunek do życia bardzo mi się w tym człowieku spodobał.

Thorstensen sporo miejsca poświęca codziennym radościom, różnym drobiazgom, które sprawiają, że potrafimy oderwać się od kieratu i docenić to, co mamy.
To również cenne spostrzeżenie – niby nic odkrywczego, ale warto sobie o tym przypominać każdego dnia, by nie popadać w rutynę i znudzenie.

Całość napisana jest lekko, prostym, ale ujmującym stylem. Nieraz bywa zabawnie, gdyż autor ma poczucie humoru, potrafi jednak też być groźny, gdy się wkurzy, na przykład na niesłownych podwykonawców.
Dużo się tu dzieje także za sprawą dynamicznych dialogów. I nie może być inaczej, bo gdzie drwa rąbią, tam… słowa lecą:).
Polecam „Zapiski stolarza” z czystym sumieniem!
BEATA IGIELSKA
Król kier
Autor: Miasto Ksiażek www.citeofbooks.blogspot.com
Alicja jest w klasie maturalnej i już nie może się doczekać balu maturalnego. Wszystko ma zaplanowane i sądzi, że ten dzień będzie cudowny i niezapomniany. Jednak jak można się domyślić, ten wieczór okazał się kompletnym niewypałem. Przyjaciółka Alicji by ją pocieszyć, zabiera ją do wyjątkowego cyrku. Tam poznaje Hardiana i wiadomo, ze chłopak namiesza w jej życiu.


Przepiękne wydanie, intrygujący opis, pełno magii i tajemnic w tle. Czy ta książka Was już nie zachęciła do sięgnięcia po nią? Ja jak tylko zobaczyłam okładkę i przeczytam opis od razu skojarzyłam to z Cyrkiem Nocy i od razu chciałam po to sięgnąć. Tylko czy to był trafny strzał?

"Jednak życie gdyby miało wyskoczyć ze swojej nieuchwytności i przybrać jakiś kształt, byłoby lisem. Przebiegłym, chytrym, żonglującym ironią."


Sam pomysł na fabułę i rozwinięcie akcji bardzo przypadł mi do gustu. Było czuć tu świeżość i lekkość. Bardzo przyjemnie się powieść czyta, a strony przelatują nam z wielką prędkością, że nie zdajemy sobie sprawy, że to już koniec. Jednak, mimo że czyta się to szybko, były momenty gdzie po prostu się nudziłam. Nie działo się tam nic szczególnego i nie rozumiałam po co to zostało dodane. Może to tylko moje zastrzeżenie, ale można by było skrócić książkę o 50 stron i byłaby ona znacznie bardziej dynamiczna.


Za to nie kupuję porównania do Cyrku Nocy. W recenzji tamtej książki, pisałam że miała niesamowity magiczny klimat i tam cyrk był na pierwszym planie. Tutaj zaś przez prawie 100 stron były opisane problemy Alicji i nieszczęsny bal maturalny i dopiero potem wyjście do cyrku i potem romans. Więc tej magii cyrku jest tutaj bardzo mało i czasami zastanawiałam się czy to jest w końcu romans czy fantastyka?

Bohaterowie byli naprawdę ciekawi. Może za bardzo były nakreślone ich cechy charakteru, w pewnych momentach, ale nie raziło to mocno. Poza tym nie mam im za bardzo nic do zarzucania. Alicja spodobała mi się bardzo pod koniec jak rozpoczęła się finałowa akcja :D

Kończąc powiem, ze była to całkiem dobra pozycja. Może nie fenomenalna, ale przyjemna. Zakończenia nadal nie mogę przetrawić i chciałabym jak najszybciej poznać kontynuację! Dlatego jeżeli macie ochotę na lekką, młodzieżową powieść, to Król kier będzie idealną pozycją i dodatkowo pięknie prezentuje się na półce ♥
Pamiętnik Zuzy-Łobuzy 8 Wycieczka nad Bałtyk
Autor: DeVi
We wrześniu wiele klas wybiera się na wycieczki. Wściekłe Króliki (paczka Zuzy) jest bardzo szczęśliwa, ponieważ będą mogli zobaczyć morze. Niestety Lamerki i Twardziele (wrogowie) również jadą. Kiedy docierają do pięknej Kliniki nad Morzem nie mogą przestać rozglądać się na wszystkie strony. Okolica jest cudowna zwłaszcza, że niedaleko są sklepy z pamiątkami. Jak się okazuje wszystko zaczyna się psuć, gdy napotykają na starszych uczniów, którzy robią wszystko by popsuć im radość z wycieczki. Gdyby tego było mało, atrakcje zaproponowane przez nauczycieli nie są wcale takie fajne.

Kolejna książka dla dzieci warta uwagi. Rozbawi i zaskoczy czytelnika, a przy okazji pokaże prawidłowości między grupami. Poprzez zabawę pozna czym jest współpraca, czy jak zatopić topory wojenne. Ilustracje w najprostszej postaci nadają nieco mieszanego stylu, jednakże są wyjątkowym atutem książki. Warto zapoznać się nieco bliżej z Zuzą i jej przyjaciółmi!

Więcej + zdjęcia na:
http://recenzjedevi.blogspot.com/2017/10/pamietnik-zuzy-obuzy-wycieczka-nad.html

Zapraszam
Srebrne oczy Five Nights at Freddy's
Autor: Zaczytanamarzycielka
Nie jestem wielką fanką gier komputerowych. W moim domu to mój brat jest tym bardziej zafiksowany. Jednak po książkę „Srebrne oczy „sięgnęłam bardzo chętnie, gdyż dawno chciałam ją przeczytać i zobaczyć, o co tyle hałasu. Jeśli wiecie, co to jest gra Five Nights at Freddy's lubicie i gracie bądź graliście to czytajcie, bo myślę, że książka może was zaciekawić.

Charlie po dziesięciu latach wraca do rodzinnego miasta, aby uczcić rocznicę tragicznych śmierci, które miały miejsce w mieście w jej rodzinnej pizzerii Freddy Fazbear’s Pizza. Akcja książki rozgrywa się w małym mieście Hurricane. Restauracja była znana ze swoich czterech wielkich robotów, które przypominały maskotki. Nikt nie wie co się tak naprawdę stało , zginęły same małe dzieci a ich ciała nie zostały znalezione. Charlie spotyka się ze znajomymi, którzy namawiają ją, aby spędzić czas i iść do dawno zapomnianej restauracji. Jednak nikt nie spodziewa się tego, co tam zastaną.

„Srebrne oczy „to książka, którą ciężko określić. Nie wiem, pod jaki gatunek podpiąć tę powieść. Jednak książka naprawdę bardzo mi się podobała i jeśli będą następne tomy z wielką przyjemnością po nie sięgnę. Jeśli szukacie książki, która was wciągnie i będzie wam się ją naprawdę dobrze czytać to czytajcie. Naprawdę z czystym sercem wam ją polecam
Pułapka
Autor: Marta Korycka
Jest czas szukania i czas tracenia… (s. 120)
Do tej pory nie znałam żadnej powieści Jolanty Marii Kalety, ale Pułapka to zmieniła. Mogłabym rzec, że wpadłam w pułapkę. Świąteczną pułapkę.
„Te wzgórza kryją w sobie jakiś potencjał skarbowy, nie można wykluczyć…” – przemknęło mu przez myśl. (s. 180)
Taka myśl o Wzgórzach Buchholza przemknęła Jackowi Sulimie, redaktorowi miesięcznika „Tropiciel”, które zajmuje się rozwiązywaniem tajemnic i zagadek z drugiej wojny światowej na Dolnym Śląsku. Dziennikarz został wysłany przez swego naczelnego w Góry Izerskie, aby zająć się tematem szczeliny jeleniogórskiej i wyjaśnić sprawę nieznanego zwierzęcia zostawiającego tropy, które zabija i kradnie zwierzęta domowe.
Sprawdzimy coś za jeden. Ryś, pies czy czupakabra. (s. 324-325) Sulima
Wielu okolicznych mieszkańców uważało, że to tajemnicza bestia rodem z Ameryki Południowej – czupakabra. Inni mówili o wielkim rysiu czy o zdziczałym psie. Sprawa nie jest łatwa. Lecz bardziej skomplikowana i mająca znacznie dłuższą hitorię, nie wspominając o ilości ofiar:
Od lat ludzie gadali, że na Tłoczynie […] miał istnieć schowek z poniemieckimi skarbami. Ponoć jakaś szczelina czy cóś. Od czasu do czasu jacyś przyjeżdżają i szukają z tymi wykrywaczami metalu, czy jak to się tam nazywa. (s. 189)
Ponoć w górach Niemcy tuż przed zakończeniem wojny ukryli wielkie skarby, które do tej pory nie zostały odnalezione, a przynajmniej nikt nie pochwalił się sukcesem. Nic dziwnego, że modnym zajęciem stała się eksploracja gór. Amatorami eksploracji są bracia Maks i Patryk Czarnowscy oraz ich żony. Do nielegalnych poszukiwań szczeliny przygotowują się od dłuższego czasu. Termin został wyznaczony przez Maksa na Boże Narodzenie. Na bazę wynajął starą gajówkę stojącą na Mokrej Przełęczy. O „bajecznych skarbach” w mitycznej szczelinie jeleniogórskiej dowiedział się także Niemiec Justus Schwarz, który na poszukiwania rusza ze wspólnikiem Marianem Boryczko.
Rajski krajobraz wokoło, a w sercach piekło. (s. 309)

Czarny Las i Czarcie Skały robią wrażenie na ludziach. I to skrajne. Krajobraz iście bajkowy – biel skrzącego się śniegu, strzeliste świerki stojące jeden przy drugim, wzgórza i hulający wiatr. A na niebie niezwykły spektakl – pięć planet ustawionych w szeregu promieniowało zimnym blaskiem. Były to: Merkury, Wenus, Mars, Saturn i Jowisz. Taka wielka koniunkcja zdarzała się rzadko. W trakcie jej trwania dochodziło do różnych niewyjaśnionych i dramatycznych zjawisk… Inne wrażenie Czarcich Skał to lęk, przerażenie, uciekanie, walka o przetrwanie, walka o życie.
To przecież on wpędził ich w tę pułapkę. Świąteczną pułapkę. (s. 347-348)
Tytułowa Pułapka to odludne miejsce, w którym znalazła się rodzina Czarnowskich. Ale w powieści czytelnik znajdzie jeszcze inne „pułapki” – te dosłowne i bardziej metaforyczne. Co dla człowieka może stać się pułapką? Co może w nią wpędzić? Czy da się z niej wyjść? Jeśli tak, to w jaki sposób? Warto się zastanowić w trakcie lektury, czy my sami nie tkwimy w jakiejś pułapce, choćby pułapce uczuć…
„Czarny Las, psiakrew. Zachciało ci się tajemnic, to masz, durniu”. Poczuł na karku przykra gęsią skórkę. (s. 244)
Tajemnice kusiły ludzi i będą kusić nadal. Ta powieść też kusi ukrytymi w niej tajemnicami, zagadkami czekającymi na rozwiązanie. Mnie skusiła, jednakże muszę przyznać, że na początku ciężko mi się czytało. Dogłębne poznanie rodziny Czarnowskich okazuje się słuszne w dalszej części powieści, lecz jest kilka dłużyzn, które nic nie wnoszą do akcji, tylko niepotrzebnie ją rozciągają. Dopiero „Część druga” wciągnęła mnie w wir wydarzeń, a przepadłam w dalszych dwóch częściach. Przygoda zimą, gdy temperatura spada do -20 stopni, to już nie jest zabawa, zwłaszcza gdy wkoło są dzikie zwierzęta, a w leśnym mroku czai się niebezpieczeństwo. W powietrzu czuć grozę, panuje dziwna, napięta atmosfera. A na dodatek ktoś strzela…
Autorka napisała ciekawą powieść przygodową dla dorosłych z elementami grozy, sensacji i kryminału. Ciekawą fabułą przykuła uwagę czytelnika, zaserwowała mu różne emocje, ukazała inne oblicze świąt Bożego Narodzenia i ukoiła pięknymi, zimowymi krajobrazami, choć też pokazała groźne oblicze zimy, potęgę natury. W kilku momentach zaskoczyła mnie zwrotami akcji i rozwiązaniami poszczególnych wątków, lecz zakończenie… pozostawiła wyobraźni czytelnika. Zabrakło mi dosłownie 2-3 zdań do postawienia kropki nad i. Ot, taka pułapka dla wyobraźni czytelnika!
Ostatnio kopanie jest w modzie. (s. 133)
Wybierzcie się razem z Jolantą Marią Kaletą i jej bohaterami na poszukiwanie poniemieckich skarbów w Góry Izerskie. Przynajmniej literacko. Warto przeżyć taką przygodę, nie wychodząc z domu. Szczególnie wtedy, gdy zima i Boże Narodzenie za pasem…
Dobra córka
Autor: Czytanie Naszym Życiem

Karin Slaughter jest znana z takich książek jak "Moje śliczne" czy "Ostatnie tchnienie". Jest to autorka, której kryminały są znane i lubiane na całym świecie. Świadczy o tym ponad 35 milionów sprzedanych egzemplarzy! Czy "Dobra córka" utrzymała wysoki poziom?

Pierwsze, co musicie ode mnie usłyszeć w tej recenzji, to fakt, że "Dobra córka" nie jest typowym kryminałem. Autorka skupiła się bardziej na relacjach w rodzinie, a wątek zbrodni zszedł na drugi plan. Jednak fabuła nie jest poprowadzona tak jak np. w kryminałach Camilli Lackberg, gdzie tło obyczajowe jest bardzo ważne, ale nie najważniejsze. U Karin Slaughter wygląda to nieco inaczej. Siostry, Sam i Charlie, przez całe życie zmagają się z demonami z przeszłości. To, co przeżyły odbiło się na całym ich życiu - również na relacjach. Choć Sam i Charlie kiedyś były kochającym się rodzeństwem, teraz nie widzą powodu, aby utrzymywać ze sobą kontakt. Ba! Uważają, że taka sytuacja jest dla nich lepsza. Jednak okoliczności zmuszają do tego, aby ponownie się ze sobą spotkały.

Szczerze przyznaję, że "Dobra córka" przez kilkadziesiąt pierwszych stron nudzi i zniechęca. Dopiero później akcja nabiera tempa, a czytelnik czuje się zaintrygowany. Jednak odczułam niedosyt... Odnoszę wrażenie, że wszystkie przedstawione wydarzenia mogły potoczyć się szybciej. Zabrakło mi tu napięcia i dreszczyku emocji. "Dobra córka" to ciekawa opowieść i z pewnością zapamiętam ją na długo, ale jednak mam inne oczekiwania odnośnie kryminałów. Jeżeli lubicie bardziej stonowane książki, w których jest czas na to, aby dokładnie przemyśleć dotychczasowe wydarzenia, "Dobra córka" będzie dla Was odpowiednia.

Trzecioosobowa narracja i "rozwleczenie" akcji sprawiają, że doświadczonemu czytelnikowi uda się przewidzieć zakończenie. Niestety! Gdyby narracja była bardziej skomplikowana, a akcja żywsza, cała historia nabrałaby rumieńców. Jednak w takiej sytuacji nie mogę polecić tej książki osobom, które mają za sobą mnóstwo kryminałów i oczekują czegoś więcej. Tutaj tego nie znajdziecie.

Choć "Dobra córka" jest ciekawą historią, to nie spełniła moich oczekiwań. Jak już wspominałam, polecam ją tym osobom, które nie czytają zbyt wielu kryminałów i nie wyrobiły w sobie jeszcze zdolności strategicznego myślenia w kierunku rozwiązywania kryminalnych zagadek. Ponadto, nie każdy czytelnik lubi w kryminałach mocne akcenty obyczajowe. Karin Slaughter w dużej mierze mówi o rodzinie Sam i Charlie, o ich życiu, codziennych problemach, planach, porażkach i sukcesach. Jeżeli taki zabieg Wam nie przeszkadza, możecie śmiało sięgać po "Dobrą córkę".
The Call.Wezwanie
Autor: Nardumia
Powieść jak najbardziej młodzieżowa, choć skierowana do tej starszej młodzieży ze względy na drastyczne i realistyczne opisy.
Świat przedstawiony jest dość dobrze wykreowany choć z drobnymi rysami. Myślę że brakuje opisów przestrzeni mających wpływ na atmosferę wydarzeń. To co mnie urzekło w przestrzeni to dobrze opisany kontrast między naszym światem, a Szaroziemią.
W przypadku bohaterów mam mieszane uczucia. Główna bohaterka jest bardzo dobrze stworzona, ale czasem jest zbyt sprawna na kulach jak na osobę niepełnosprawną (w porównaniu z reszta bohaterów), co nie zmienia faktu że sama w sobie jest rozwiązaniem działającym na plus całej książki. Czytelnicy coraz częściej mają dość idealnie wykreowanych głównych postaci, które z prawdziwymi ludźmi nie mają nic wspólnego. Dlatego bardzo doceniam Nessę. W przypadku postaci drugoplanowych zaczynają się drobne schody. Odnoszę wrażenie, że niektóre z nich wykreowane są troszkę sztucznie i płasko. Trzeba jednak zauważyć fakt, że każdy z bohaterów trzyma się swojej konwencji, a co za tym idzie charakter danej postaci nie ulega gwałtownym zmianą. Co do sidhe myślałam, że będą bardziej zniekształceni przez warunki w Szaroziemi, ale ku mojemu zaskoczeniu ich wygląd bardzo przypadł mi do gustu, a raczej fakt jak pięknie kontrastują ze swoim światem.
Sama fabuła nie da się ukryć jest bardzo wciągającą i oryginalną historią. Pełną ciekawych smaczków i rozwijającą wiele wątków – losów większości bohaterów, co urozmaica powieść. Jedyny minus fabuły jaki rani moje serce to bardzo nikłe zaplecze psychologicznie. Mam na myśli deficyt głębszych przemyśleń bohaterów w tak skrajnych sytuacjach jakie się tam odbywają. Brakuje mi opisów traum i emocji.
Podsumowując książka jest po prostu dobra jak na literaturę młodzieżową. Spodziewałam się że będzie znacznie gorzej. Niestety wbrew napisom na okładce myślę, że nie jest tak dobra jak „Igrzyska Śmierci”. Mogę ją spokojnie polecić zarówno młodym jak i starszym duszom złaknionym przygód w iście krwawym świecie.
Poszukiwacz marzeń. Z kamerą na wojnie w Brazylii
Autor: Monika Halman

Monika Halman 7/11/2017
recenzja dotyczy produktu: Książka

Każdy człowiek ma jakieś marzenia i dąży do ich realizacji. Potrzebujemy marzyć, by żyć. By z ochotą podnosić się z łóżka każdego dnia. By umieć stawać oko w oko z codziennością, czasem niełatwą. Marzenia motywują, dają siłę i odwagę, kształtują w nas wolę walki, wypełniają nadzieją i pozwalają uwierzyć w siebie. A pozytywne nastawienie jest niezwykle istotne, to ono wiedzie ku szczęściu. Jak myślicie, czy to możliwe, by mieszkańcy brazylijskich faweli czuli się szczęśliwi? Czy w życiu przepełnionym strachem o siebie i najbliższych jest miejsce na radość, optymizm, marzenia? Między innymi o tym opowiada Karolina Kozioł w swoim reportażu Poszukiwacz marzeń. Z kamerą na wojnie w Brazylii.

Karolina Kozioł jest producentką, reżyserką, aktywistką stowarzyszenia na rzecz praw człowieka, aktywną członkini UNICEF-u. Od kilku lat kręci filmy dokumentalne. Jej najnowszy projekt polega na odwiedzeniu 196 krajów świata i pokazaniu ich mieszkańców, kultury, postrzegania świata. W 2016 roku ukończyła Uniwersytet Walijski w Aberystwyth na kierunku filmowo-teatralnym. Podczas studiów otrzymała stypendium na Uniwersytet w Stanach Zjednoczonych w stanie Ohio, gdzie otworzyła studio filmowe Dream Catcher. Przyniosło ono pierwsze sukcesy filmowe w USA za kampanie antybullingowe, które tworzyła. Od września 2016 roku Karolina Kozioł mieszka w Londynie i uczęszcza na studia magisterskie na Uczelni Artystycznej w Londynie na kierunku telewizyjno-filmowym z językiem francuskim. Podczas studiów zaczęła współpracować z brytyjską telewizją - Channel 4.

Karolina wraz z czwórką znajomych ze studiów postanawia wyruszyć do Brazylii. Łączą ich wspólne pasje, chęć przygody, wolność, a przede wszystkim marzenia. Każdemu z nich przyświeca inny cel podczas tej podróży, wiedzą jednak, że najważniejsze to trzymać się razem i nawzajem wspierać. Czyżby? Już na początku wyprawy pojawiają się komplikacje. Ekipa zaczyna się wykruszać. Stefan i Helled rezygnują głównie ze strachu. To oczywiste, że się boją, ale przecież wiedzieli o tym wcześniej, zanim jeszcze znaleźli się w Brazylii. Więc czemu nagle zmieniają zdanie? Okazuje się, że plany to jedno, a konfrontacja z rzeczywistością - drugie. I wspólne zainteresowania czy wzajemne wsparcie to za mało, przynajmniej w tym wypadku... Karolina jest jednak zdeterminowana - chce zrobić to, o czym tak bardzo marzyła. Nakręcić film dokumentalny o życiu w fawelach, o ich mieszkańcach i panujących tam zwyczajach. Chce pokazać prawdę, jakakolwiek by ona nie była. I jest w stanie zaryzykować.

W książce znajdują się dość szczegółowe opisy faweli, w których dominują ciasne uliczki i stawiane jeden przy drugim maleńkie domy, w których mieszkają często wielopokoleniowe rodziny. Jej uwadze nie umyka brud, a także nieprzyjemny zapach unoszący się z kanałów, do których mieszkańcy wrzucają dosłownie wszystko. Autorka jednak najwięcej uwagi poświęca ludziom i panującej tam atmosferze. Rodzinnej i pogodnej, choć znajdującej się w cieniu wojny między policją (UPP) a mafią. Dostrzega uśmiechniętych, przyjacielskich w stosunku do siebie ludzi, i zadziwia ją ich optymizm. Radość z tego, co mają, choć mają niewiele.

Odniosłam wrażenie, że jestem w dwóch światach jednocześnie - bieda i bogactwo. Chciałam znaleźć odpowiedź na to, skąd ludzie czerpią tyle energii, dlaczego są tacy szczęśliwi? Czy to dzięki słońcu, które pojawia się nad fawelą każdego dnia, o każdej porze roku? Szczęście to podstawa ich codziennego życia. To energia, którą się tam czuje. Na nic nie narzekali, może tylko na to, że dom mógłby być większy. Byli jednak szczęśliwi. Ich pozytywna energia unosiła się w powietrzu.


Autorka wiele ryzykowała, właściwie na szali postawiła swoje życie, by ukazać prawdę o brazylijskich fawelach. A także o wojnie, która się tam toczy. Jednym z efektów podjętego ryzyka jest przedstawiona w książce rozmowa z członkami mafii, młodymi chłopakami z karabinami w rękach. Muszę przyznać, że zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Byłam głęboko poruszona i czułam, że lada chwila popłyną łzy. Wobec opisanych tam ludzkich rozterek moje problemy wydają się małe niczym ziarenko piasku. Mieszkańcy faweli nie mają łatwego życia, a mimo to nie ubolewają w kółko nad swoim losem. Cieszą się z tego, co mają. Wielu młodych chłopców wstępuje do mafii, bo nie ma innego wyboru. Chcą zapewnić bezpieczeństwo sobie i bliskim, a to jedyna droga. W głębi serca to dobrzy ludzie, ciepli, przyjaźnie nastawieni, choć odrobinę zagubieni.

To przerażające, że oceniamy ludzi po tym, jak wyglądają, że szufladkujemy osoby, nie wysilając się zbytnio, by poznać ich przeszłość. Teraz wiem, że człowiek z karabinem ma często więcej uczuć i empatii, niż osoby, które otaczają nas na co dzień.


Największy szok czekał na mnie kilka stron dalej, gdy Karolina zwiedzała siedzibę BOPE (grupa antyterrorystyczna, która dba o porządek w fawelach, jeszcze zanim powstało UPP). Nowoczesne pistolety maszynowe, ładunki wybuchowe i długie karabiny, a wreszcie czołg - to nie to, co przeraziło mnie najbardziej... Ciarki na całym ciele pojawiły się dopiero wtedy, gdy autorka zaczęła opisywać ich metody walki z handlarzami narkotyków. A później - rozmowa z jednym z członków, który wyjaśnia, jak zostać jednym z BOPE i jak przebiega szkolenie. Prawdę mówiąc, był to dla mnie moment krytyczny. Emocje wzięły górę i słone krople popłynęły ciurkiem po moich policzkach. Szok, jak ludzie potrafią być bezlitośni, pozbawieniu uczuć, ślepo wykonując rozkazy. Na to nie ma słów.

Od strony technicznej dziś będzie krótko - autorka posługuje się prostym, łatwo przyswajalnym językiem. Nie znajdziecie tu nudnych, usypiających opisów, za to przeczytacie kilka ciekawych rozmów, wywołujących najrozmaitsze uczucia. Swoją relację z pobytu w Brazylii autorka uzupełnia o własne przemyślenia, bardzo dojrzałe, trafne i zmuszające do refleksji. Książka wzbogacona jest także czarno-białymi fotografiami ukazującymi fawele i ich mieszkańców, idealnie oddającymi klimat tamtego miejsca.

Poszukiwacz marzeń to nie jest zwykły reportaż. To pasjonująca relacja z podróży, naładowana emocjami aż po same brzegi. Krótka, ale tak bardzo treściwa. To historia napawająca optymizmem, zmieniająca spojrzenie na to, co nas otacza. Wiecie co? Zupełnie się tego nie spodziewałam po tej książce! Sądziłam, że lektura uczyni mnie bogatszą o kilka ciekawych informacji... Tymczasem ta książka odwróciła do góry nogami moje postrzeganie świata i własnego życia. Te 80 stron sprawiło, że czuję niemal miliarderką. Nie chodzi o sprawy materialne, skąd. Czuję się bogata tam, w środku - w sercu i w umyśle.

Polecam ten reportaż każdemu, kto ma marzenia i pragnie je realizować. Kto zastanawia się, czym jest szczęście i jak je osiągnąć. Długo nie zapomnę Poszukiwacza marzeń - mam nadzieję, że również dacie szansę tej książce. Dacie, prawda...?
Miłość do trzech zuckerbrinów
Autor: zgredek
Topowy, trendowy, uznany i podziwiany, przekorny fantasta, satyryk i wizjoner na tle szalenie popularnej gry komputerowej „Angry Birds” dynamicznie ukazuje społeczeństwo internetu, konsumeryzmu, seksu i …terroryzmu.
Od wieków pisarze rosyjscy – unikając cenzury - posługiwali się językiem ezopowym i satyrą opisując rzeczywistość lub przyszłość ojczystego kraju. Sztukę tę w sposób znakomity opanował Witor Pielewin.
Autor zajmuje się również sprawami Wszechświata – zjadliwie, dowcipnie, zajmująco i pomysłowo.
Gdybym miał zaproponować kandydaturę Dyrektora Generalnego Spółki z Nieograniczoną Odpowiedzialnością Do Spraw Naprawy Naszego Wszechświata, bez chwili wahania poleciłbym Wiktora Pielewina.
W USA autora okrzyczano by kaznodzieją, oklaskiwałyby go wielotysięczne tłumy na ogromnych stadionach i halach widowiskowych, a jego kazania transmitowały na żywo największe stacje telewizyjne.
Co więc takiego niezwykłego proponuje Autor jako panaceum na choroby i bolączki naszego dystopijnego świata?
Spojrzeć co rano w lustro. Powtarzać: ” nie kłam, nie oszukuj, nie zabijaj”. Tylko tyle.
A seks? – dopytują się niecierpliwi czytelnicy najmłodszego pokolenia.
Jakże bez seksu we współczesnej powieści? Już od pierwszej strony poznajemy tajemnice najmodniejszego japońskiego seksu grupowego. Poza tym, podstarzała nimfomanka domaga się seksu co dwie godziny, a zdradza ją dla seksu z japońską uczennicą młody i seksowny bohater powieści.
Dużo seksu, a w przerwach – przygody, gonitwy, potwory i zamachy terrorystyczne.
Dziadek do orzechów
Autor: Czytanie Naszym Życiem
Widzicie to wspaniałe wydanie? Perfekcyjnie oddaje ducha Świąt, które z każdym dniem są coraz bliżej. Niedługo wszyscy zaczną szukać odpowiednich prezentów dla swojej rodziny i przyjaciół. Myślę, że ta recenzja pomoże niektórym w podjęciu decyzji. :)

Nie musicie posiadać żadnej szczególnej wiedzy o autorze i o okresie, w jakim tworzył, ponieważ każda osoba, która choć trochę otarła się o historię literatury, będzie w stanie określić epokę literacką, w jakiej powstał ten tekst. Aura tajemniczości, elementy magii, odczucie niepokoju czy niepewności wskazują ewidentnie na... romantyzm! Jedna z moich ulubionych epok. :) "Dziadek do orzechów" jest utrzymany w konwencji typowej dla romantycznych utworów. Moje pierwsze skojarzenie to ballada "Król olch", czyli utwór, który też idealnie oddaje ducha romantyzmu. "Dziadek do orzechów" tworzy bardzo podobny klimat, choć jest jednak bardziej specyficzny, ponieważ akcja tej książki rozgrywa się dokładnie 24 grudnia, a więc w Wigilię. Kolejną typową cechą dla twórczości romantyków jest osadzenie akcji nocą - porą, która dodatkowo potęguje uczucie tajemniczości i powoduje lekki dreszczyk emocji.

Choć "Dziadek do orzechów" jest przeznaczony dla tych najmłodszych czytelników, to jednak nie uważam, że dorośli powinni od tej historii stronić. Ja przeczytałam ją z radością, entuzjazmem i przyjemnością. Odnalazłam tutaj nie tylko walory literackie, lecz także pewnego rodzaju powrót do dzieciństwa. Bardzo spodobał mi się morał tej historii, który mówi o tym, że każdy może przeżyć taką przygodę jak główna bohaterka "Dziadka do orzechów". Wystarczy tylko dobrze patrzeć... Myślę, że to jest najlepsze podsumowanie całej historii, które przypomina, że w każdym człowieku, niezależnie od wieku czy doświadczenia, drzemie dziecko. Piękny przekaz...

"Dziadek do orzechów" to opowieść, która stała się inspiracją dla Piotra Czajkowskiego. Myślę, że każdy z nas zna melodię "Walca kwiatów" z baletu "Dziadek do orzechów", choć nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Warto poznać źródło, z którego pochodzi spory kawałek kultury.

Wracając do tematu świątecznych prezentów... Moim zdaniem "Dziadek do orzechów" to wspaniały prezent dla dzieci w wieku 5-12 lat. Myślę, że osoby zainteresowane muzyką klasyczną także ucieszyłyby się z takiej książki, która przecież jest pierwowzorem jednego z najsłynniejszych na świecie baletów. Jednym słowem - polecam. Gorąco zachęcam do sięgnięcia po dzieło E.T.A. Hoffmanna i mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu. :)
Przebudzenie Olivii
Autor: ogrodksiazek.blogspot.com
Budzi się nagle w środku nocy. Ale nie we własnym łóżku, nawet nie w mieszkaniu. Stoi boso gdzieś pośrodku lasu, na polu albo w zupełnie innej dzielnicy miasta. Nie pamięta, jak się tu znalazła. Kolejny raz śnił jej się koszmar i ona kazała jej uciekać. Biec przed siebie ile sił. Dlatego zerwała się z pościeli i wybiegła, mknąc tak, jakby od tego zależało jej życie.

Olivia to pierwszoligowa biegaczka, która została wyrzucona z uczelni. Trafia na East Colorado University - jedyne miejsce, gdzie zgodzili się ją przyjąć, a do tego nawet zaoferowali stypendium sportowe. Już na pierwszym spotkaniu dowiaduje się jednak, że trener wcale nie chce jej w drużynie, to jego przełożony nalegał na transfer. Will Langstrom nie wierzy, że nowa studentka może ich poprowadzić do zwycięstwa, choć nie wygrywają już od lat. I zdecydowanie nie chce kłopotów. A jedno spojrzenie na Olivię wystarczy, by stwierdzić, że ta dziewczyna to same kłopoty. Piękna i zadziorna, wciąż się z nim kłóci, ale biega najszybciej ze wszystkich. Jednak z chwilą, gdy inni zaczynają pokładać w niej nadzieję, coś się niespodziewanie psuje. Will oczywiście się wścieka, lecz kiedy poznaje prawdę, postanawia zrobić wszystko, co w jego mocy, żeby jej pomóc.

"Przebudzenie Olivii" było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Nie spodziewałam się aż tak wciągającej historii i do tego tak dobrze napisanej! Główna bohaterka cierpi na bardzo nietypową, rzadko spotykaną przypadłość. W dodatku kryje się za nią straszliwa, makabryczna wręcz tajemnica. Wydarzenia z przeszłości wywołały u niej traumę tak silną, że dziewczyna całkowicie wyparła je z pamięci. Jednak wciąż dręczą ją koszmary i nie potrafi sobie z tym poradzić. Ten wątek zrobił na mnie zdecydowanie największe wrażenie.

Wielki plus należy się autorce także za świetne dialogi - żywe, niewymuszone, bez śladu sztuczności. Czytałam je z prawdziwą przyjemnością, zwłaszcza wszystkie cięte riposty Olivii. Za każdym razem czekałam na jej słowa zaintrygowana, co też jeszcze wymyśli.

Sami bohaterowie również zyskali moją sympatię (z wyjątkiem Jessiki). Chociaż jak tylko przeczytałam, jaka to Olivia jest piękna, a Will megaseksowny, dopadły mnie poważne obawy. Na szczęście okazały się niesłuszne i wkrótce mogłam się przekonać, że daleko im do płytkich, papierowych postaci, a każde z nich ma skomplikowaną historię pełną trudnych wyborów.

Macie ochotę na romans z elementami thrillera? Dajcie szansę powieści Elizabeth O'Roark. Chociaż zakończenie tej historii z pewnością nie będzie dla Was zaskoczeniem, dreszczyku emocji nie zabraknie. Dajcie się porwać opowieści o dziewczynie, dla której bieganie jest całym życiem. Dziewczynie, która może liczyć wyłącznie na siebie i musi być twarda, bo nie ma innego wyjścia. Mężczyźnie, który miał kiedyś marzenia, ale zrezygnował z nich, by postąpić właściwie. I nadal stara się być odpowiedzialny, choć doskonale wie, że w ten sposób odmawia sobie szansy na szczęście. "Przebudzenie Olivii" niesamowicie wciąga, momentami rozśmiesza, ale jednocześnie intryguje i trzyma w napięciu. A od takiego połączenia naprawdę trudno się oderwać. Polecam!

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu :)

Zdrajca tronu
Autor: Honorata
Pierwszy tom bardzo mi się podobał. Sięgając po kolejny miałam nadzieję, że autorka utrzyma poziom. Zostałam jednak zaskoczona. Ten tom okazał się dużo lepszy od poprzedniego. Aż boję się sięgnąć po kolejny. Jeśli autorka utrzyma taką zwyżkową tendencję to wiem, że gdy pojawi się trzecia część będę miała co najmniej jedną nieprzespaną noc.
Zakończenie Buntowniczki z pustyni dało nam nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży. Jednak w Zdrajcy tronu sytuacja się komplikuje. Osoby, które wydawały się, że są przychylnie nastawione do rebelii tak naprawdę zdradzały. Pojawią się też nowe osoby. Jedne dobre, drugie niekoniecznie. Niestety trzeba nastawić się na śmierć dobrze poznanych już bohaterów. Pojawi się też dużo ważnych zwrotów akcji. Książka trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, pozostawiając po sobie niedosyt, który zostanie zaspokojony dopiero przy kolejnym tomie.
Plusem książki nie jest tylko bardzo dobra fabuła, ale też piękna okładka. Ma ona złote dodatki, które pięknie się mienią w świetle. Jest to idealna pozycja dla okładkowych srok.
Rozgrywka.
Autor: Honorata
Do sięgnięcia po książkę zachęcił mnie jej opis. Bardzo lubię książki młodzieżowe, więc z wielką chęcią zabrałam się za czytanie.
Historia opowiada o Cassie, młodej studentce i Jack'u, gwieździe drużyny baseballowej. Początek ich znajomości nie wypada najlepiej, ale jak łatwo się domyślić szybko zostają parą. Jednak ich własne demony przeszkadzają im w tworzeniu udanego związku. Czy uda im się je pokonać? Tego już trzeba dowiedzieć się samemu sięgając po książę. :)
Przez pierwszą połowę książki w czasie czytania przelatywała mi myśl, że jest to książka dobra, ale bez rewelacji. Jednak potem fabuła nabrała tępa i musiałam ją skończyć bez żadnej przerwy.
Książka jest napisana prostym językiem, dzięki czemu szybko się ją czyta. Jest idealna na taką brzydką pogodę jaka jest teraz za oknami. Podobało mi się w niej to, że niektóre rozdziały opisane zostały z perspektywy Jacka.
Sama książka jest wydana porządnie. Posiada okładkę z szerokimi skrzydełkami. Fajny pomysłem było w niej to, że każdy nowy rozdział u góry strony ma cień Cassie lub Jacka, dzięki temu od razu wiadomo z czyjej perspektywy będzie dana część.
Liczba wyświetlanych pozycji:
1
2
3
4
5
Idź do strony: