|
nowość
Preludium
Autor:
Calando B.
Wydawca:
Muza
wysyłka: 48h
ISBN:
9788328741652
EAN:
9788328741652
Oprawa:
oprawa: broszurowa
Język:
polski
Format:
131x206 mm
Liczba stron:
320
Rok wydania:
2026
(1) Sprawdź recenzje
43% rabatu
25,77 zł
Cena detaliczna:
44,90 zł
DODAJ
DO KOSZYKA
dodaj do schowka
koszty dostawy
Najniższa cena z ostatnich 30 dni: 25,93 zł
Opis produktuZasady bezpieczeństwa
Muzyka, która miała być ucieczką, stała się areną okrutnej zemsty.
Beatrice Spencer wierzyła, że ucieczka z Bazylei pozwoli jej pogrzebać przeszłość. W murach nowej akademii w Zurychu pragnęła jedynie spokoju i szansy na ukończenie studiów. Nie spodziewała się jednak, że mrok, od którego uciekała, znowu ją odnajdzie.
Samael Graves - genialny pianista o duszy spowitej ciemnością i plecach naznaczonych bliznami - powraca do życia, nieświadomy, że stał się ofiarą misternie tkanych kłamstw. Każde ich spotkanie to walka między bolesnym pożądaniem a narastającą nienawiścią, która wybrzmiewa w rytm utworów Rachmaninowa i Chopina.
Gdy na jaw wychodzi największy sekret Beatrice rzeczywistość obojga zaczyna się rozpadać. Samael musi zmierzyć się z prawdą o kobiecie, którą chciał zniszczyć, podczas gdy Beatrice odkrywa, że jej jedyny sojusznik i przyjaciel z dzieciństwa, Simon, skrywa mroczne, obsesyjne oblicze i nie cofnie się przed niczym, by przejąć kontrolę nad jej życiem.
To przesycona emocjami opowieść o traumie, która nie pozwala o sobie zapomnieć, i o miłości, która rodzi się tam, gdzie powinna być tylko pustka.
Czy w świecie pełnym fałszywych nut Beatrice zdoła odnaleźć własny głos, zanim sekrety ostatecznie ją złamią?
Recenzje:✖ Opinia niepotwierdzona zakupem
autor: Kama
Poranione serca nie zawsze odnajdą do siebie drogę, a ucieczka nigdy nie jest rozwiązaniem.
Czy można wybaczyć komuś, kto zranił tak bardzo, że zaczerpnięcie kolejnego oddechu wydaje się zbyt trudne? Komuś, kto miał być wsparciem, a stał się zagrożeniem? Czasami odejść jest najtrudniej. Zwłaszcza wtedy, gdy serce wciąż wybiera osobę, która stała się częścią naszego bólu. „Preludium” B. Calando to historia, która nie jest czarno-biała. To książka, którą po przeczytaniu odkładamy na półkę, ale jej bohaterowie jeszcze długo pozostają gdzieś w naszych myślach. Wracają w najmniej oczekiwanych momentach. Przypominamy sobie sceny, słowa i emocje. Zastanawiamy się, co by było, gdyby bohaterowie podjęli inną decyzję. Czy można było uniknąć bólu? Czy niektóre relacje da się jeszcze uratować, kiedy zaufanie zostało tak bardzo zniszczone? Po lekturze „Nokturnu” wiedziałam, że historia Beatrice i Samaela jeszcze długo nie da mi spokoju. Zbyt wiele zostało między nimi niewypowiedziane. Zbyt wiele pytań pozostało bez odpowiedzi. Zbyt wiele ran wciąż krwawiło. A jednak chyba nie byłam przygotowana na to, jak mocno „Preludium” we mnie uderzy. Bo to nie jest historia o łatwej miłości. Nie wystarczy jedno „przepraszam”, żeby wszystko wróciło na swoje miejsce. To opowieść o uczuciach, które mogą być jednocześnie najpiękniejszym schronieniem i największym źródłem cierpienia. O zaufaniu, które buduje się latami, a traci w jednej chwili. O prawdzie, która czasami boli bardziej niż kłamstwo. I o przeszłości, od której można uciec na drugi koniec świata, ale nie da się uciec od niej we własnej głowie. Beatrice chciała zacząć od nowa. Zostawić za sobą to, co wydarzyło się w Bazylei. Odnaleźć spokój. Po prostu żyć. I właśnie ta ogromna potrzeba normalności była dla mnie jednym z najbardziej przejmujących elementów jej historii. Bo czasami człowiek nie marzy o wielkiej miłości ani spektakularnych gestach. Czasami chce tylko obudzić się rano i nie czuć ciężaru tego, co wydarzyło się wczoraj. Chce przestać się bać. Chce móc zaufać. Chce poczuć, że wreszcie jest bezpieczny. A Beatrice musi nauczyć się, czy w ogóle jeszcze potrafi w to uwierzyć. I wtedy na jej drodze ponownie pojawia się Samael. Jak można jednocześnie tak bardzo kogoś pragnąć i tak bardzo się go bać? Jak można tęsknić za człowiekiem, który stał się częścią naszego bólu? Jak można próbować znienawidzić kogoś, kogo serce wciąż wybiera? Nie znalazłam na te pytania prostych odpowiedzi. Bo w tej historii nic nie jest proste. Uczucia nie są proste. Ludzie nie są prości. A przeszłość potrafi skomplikować nawet to, co kiedyś wydawało się oczywiste. Samael to bohater, którego nie da się po prostu polubić albo znienawidzić. Jest pełen sprzeczności, naznaczony własnymi demonami, błędami i decyzjami, których konsekwencje nie znikają tylko dlatego, że zaczyna rozumieć swoje postępowanie. Czy potrafi spojrzeć prawdzie w oczy? Czy zdobędzie się na odwagę, by przyznać się do własnych błędów? Czy zrozumie, że niektórych ran nie można zagłuszyć pięknymi słowami? Że miłość nie daje nikomu prawa do ranienia? Beatrice i Samael są dla mnie historią dwojga ludzi, którzy spotkali się w niewłaściwym czasie, z niewłaściwymi bagażami. Zbyt mocno poranionymi, żeby kochać bez strachu. I być może zbyt mocno związanymi ze sobą, żeby po prostu się rozstać. Czytając ich historię, miałam momentami ochotę krzyczeć. Czasami chciałam przytulić Beatrice i powiedzieć jej, że ma prawo się bać. Ma prawo nie wybaczyć. Ma prawo odejść. Innym razem chciałam potrząsnąć Samaelem i przypomnieć mu, że niektórych decyzji nie da się cofnąć. I chyba właśnie dlatego ta historia tak bardzo mnie poruszyła. Nie potrafiłam być obok niej obojętna. „Preludium” jest książką o emocjach, które nie mają jednego koloru. Są chwile piękne i delikatne, takie, które rozgrzewają serce, ale są też momenty, które ściskają je tak mocno, że trudno złapać oddech. Ból. Strach. Złość. Tęsknota. Bezsilność. Pragnienie. Nadzieja. I ta przeklęta miłość, która pojawia się zawsze wtedy, kiedy najbardziej chcielibyśmy jej nie czuć. A nad tym wszystkim jest muzyka. Muzyka jest tutaj czymś więcej niż dźwiękiem. Jest pamięcią, ucieczką i bólem. Jest sposobem na powiedzenie „kocham”, kiedy nie jesteśmy w stanie wypowiedzieć tego słowa. Jest krzykiem człowieka, który nie wie, jak poprosić o pomoc. Jest ciszą między dwojgiem ludzi, którzy mają sobie tak wiele do powiedzenia, a jednocześnie boją się każdego kolejnego słowa. I chyba właśnie dlatego motyw muzyki zrobił na mnie tak ogromne wrażenie. Bo czasami jedna melodia potrafi powiedzieć więcej niż cała rozmowa. Kilka dźwięków może otworzyć drzwi do wspomnień, które staraliśmy się zamknąć na zawsze. W „Preludium” mocno wybrzmiewa również temat zemsty. Historia Simona pokazuje, jak przerażająca może być obsesja ukryta pod pozorem troski. Najstraszniejsze nie zawsze jest to, co widzimy od razu. Czasami boimy się dopiero wtedy, kiedy odkrywamy, że ktoś, komu ufaliśmy, od dawna prowadził własną grę. Manipulował naszym życiem, uczuciami i decyzjami, a prawda, w którą wierzyliśmy, była tylko misternie skonstruowanym kłamstwem. Ile zniszczenia może przynieść jedno kłamstwo? Czasami więcej, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Bo kiedy prawda w końcu wychodzi na jaw, nie zawsze przynosi ulgę. Czasami przychodzi za późno. Czasami nie potrafi naprawić tego, co już zostało zniszczone. „Preludium” nie daje łatwych odpowiedzi. Nie mówi, że miłość wszystko naprawi. Nie mówi, że wystarczy wybaczyć. Pokazuje za to, że czasami największą walkę człowiek toczy sam ze sobą — ze swoimi demonami, wspomnieniami, lękiem, poczuciem winy i wszystkimi „co by było, gdyby…”. I może właśnie dlatego tak bardzo rozumiem Beatrice. Każdy z nas ma przecież coś, od czego chciałby uciec. Jakąś własną Bazyleę. Jakąś ranę, której nie pokazuje światu. I chyba właśnie dlatego jej historia tak mocno trafia do serca. Bo pod całą muzyką, mrokiem, zemstą i skomplikowanymi relacjami kryje się coś bardzo prawdziwego — pragnienie, żeby w końcu przestać cierpieć. Żeby ktoś nas naprawdę zobaczył. Nie przez pryzmat naszych błędów ani tego, co wydarzyło się kiedyś. Tylko nas. Takich, jakimi jesteśmy. Z całym naszym bólem, lękami i pęknięciami, których nie da się już ukryć. „Preludium” zostawiło mnie z ogromną ilością emocji. Z zachwytem nad historią, która potrafi tak mocno wciągnąć, ale też z pewnym rodzajem smutku. Bo są bohaterowie, których chce się ochronić przed światem. Chce się wejść do książki, złapać ich za rękę i powiedzieć: „Już wystarczy. Już nie musicie więcej cierpieć”. Ale życie nie działa w ten sposób. Książki również nie zawsze na to pozwalają. Czasami bohaterowie muszą przejść przez piekło, żeby odnaleźć własną drogę. Muszą się rozpaść, żeby później spróbować zbudować siebie na nowo. I właśnie tak odbieram „Preludium”. Jako historię o rozpadaniu się, ale również o próbie odnalezienia siebie pośród wszystkich kawałków, które zostały. To książka, która przypomniała mi, że miłość nie zawsze jest delikatna. Czasami jest brutalna. Czasami przychodzi z bólem i zmusza nas do zmierzenia się z tym, przed czym całe życie uciekaliśmy. Czy Beatrice i Samael odnajdą swoją drogę? Tego nie zdradzę. Bo tę historię trzeba poczuć samemu. Trzeba pozwolić, żeby kolejne strony zabrały nas tam, gdzie muzyka miesza się z bólem, a miłość z zemstą. „Preludium” B. Calando to dla mnie nie jest po prostu kolejna książka. To historia, która sprawiła, że zatrzymywałam się przy niektórych fragmentach na dłużej. To bohaterowie, o których myślałam jeszcze długo po zamknięciu książki. To emocje, które nie skończyły się wraz z ostatnią stroną. To muzyka, którą można niemal usłyszeć pomiędzy słowami. To mrok, który momentami przytłacza, i światło, którego szuka się uparcie, nawet wtedy, kiedy wydaje się, że już dawno zgasło. A kiedy skończyłam czytać, pomyślałam tylko: Niektóre historie są jak muzyka. Zaczynają się od jednej, cichej nuty. Potem pojawia się kolejna. I kolejna. Aż nagle wszystkie dźwięki łączą się w coś, czego nie potrafimy już zatrzymać. I nawet kiedy utwór się kończy… my nadal go słyszymy. Tak właśnie było ze mną i „Preludium”. Ta historia wybrzmiała. Ale we mnie jeszcze długo nie ucichnie. x
Uwaga!!!
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?
TAK
NIE
Wybierz wariant produktu
|