Grzegorz Wielgus

Okładka książki Czarcie słowa
Czarcie słowa
Wydawca: Initium
wysyłka: 24h
Austria, rok 1279. Po zakończeniu krwawej wojny o koronę Królestwa Niemiec kraj cieszy się chwilowym spokojem. Chcąc zadowolić krnąbrnych wasali, król Rudolf Habsburg nakazuje zorganizować turniej na zamku Rappottenstein − zaprasza na niego wojowników i władców z ościennych krajów. Atmosfera towarzysząca rycerskim zmaganiom wydaje się beztroska, jednak wystarczy iskra, aby na nowo wzniecić wojenną pożogę. Kiedy możni ścierają się o doczesną chwałę, na traktach wokół zamku dochodzi do serii brutalnych ataków. W miejscach masakry pozostają tylko okaleczone zwłoki i wyryte na drzewach słowa. Ci, którzy je widzieli, mawiają, że kraj nawiedził Titivillus – demon słów. Do walki z czartem staje brat Gotfryd, doświadczony inkwizytor i członek zakonu dominikanów – oraz jego wierni towarzysze z Małopolski: Jaksa Gryfita i Lambert z Myślenic. Szybko okazuje się, że krążący po gościńcu diabeł nie jest jedynym złem, jakie wkroczyło między austriackie doliny.
40% rabatu
20,94
34,90 zł
Dodaj
do koszyka
Okładka książki Pęknięta korona
Pęknięta korona
Wydawca: Initium
wysyłka: 24h
Pęknięta Korona - Grzegorz Wielgus Kraków, rok 1273.   Na brzegu Wisły zostaje odnalezione ciało brutalnie zamordowanego mężczyzny. W śledztwo angażuje się brat Gotfryd, doświadczony inkwizytor, mający za sobą dochodzenia w Prowansji oraz Italii przeciwko katarom i waldensom. U boku mnicha staje dwóch rycerzy z Małopolski − Jaksa, pogrążony w dekadencji członek zasłużonego rodu Gryfitów, oraz Lambert z Myślenic, szlachcic drobnego znaku, a zarazem wybitny fechmistrz. Poszukiwania zabójcy Poszukiwania zabójcy zostają jednak przerwane przez doniesienie o kolejnym zgonie. W zgorzałym dworze pewnego magnata zostaje odkryte ciało zwęglonego rycerza – zginął w czasie odprawiania pogańskiego rytuału przed obrazem, którego nawet ogień nie odważył się tknąć.   Rozpoczyna się awanturnicza przygoda, prowadząca towarzyszy prosto w cień doliny mieczy. Teraz mogą ufać już tylko sobie nawzajem. Zapowiedź filmowa książki Fragment książki Pęknięta korona – Pater noster, qui es in caelis, sanctificetur nomen tuum1 – słowa odbijały się echem po skąpanym w pół-mroku wnętrzu kościoła. Ukryte w cieniu bocznych naw posągi świętych oraz błogosławionych zdawały się słu-chać inkwizytorskiej modlitwy, obserwując samotnego mężczyznę oczami pozbawionymi źrenic. – Adveniat regnum tuum. Fiat voluntas tua, sicut in ca-elo et in terra. – Brat Gotfryd, Pies Pański, żarliwie modlił się o prawdę, najstraszliwszy spośród boskich darów. Prosił o prawdę nagą, pozbawioną skazy, płonącą jasnym świa-tłem, w którym bez trudu będzie można odróżnić dobro od zła. Nawet inkwizytor będzie musiał stanąć kiedyś przed sądem i odpowiedzieć za wszystkie decyzje podejmowane w imię swego Boga. Cóż wtedy pozostanie, jeśli nie prawda? – Panem nostrum quotidianum da nobis hodie, et di-mitte nobis debita nostra sicut et nos dimittimus debitoribus nostris. Opierać się będą grzesznicy przed słowami prawdy, ponieważ pierwszy dotyk zła zawsze jest miękki, racjonalny i pełen zrozumienia. Zło niesie pocieszenie, czuły-mi dłońmi odwracając uwagę od okrutnej rzeczywistości, kierując ją w zamian na miły widok kłamstwa. Prawda jest surowa, bolesna, a zło z początku nie wymaga – ak-ceptuje wszystkie wady, sowicie wynagradza, zamykając jednocześnie oczy człowieka na rozpościerającą się tuż pod jego nogami otchłań zagłady. Żeby grzesznik runął w przepaść, wystarczy go delikatnie pchnąć. – Et ne nos inducas in tentationem, sed libera nos a malo. Amen. Gotfryd uniósł głowę. Posępne oblicze, przecięte głębokimi zmarszczkami skierował na idącego ku niemu mnicha Alberta, provisora krakowskiego klasztoru domi-nikanów. – Coś się stało, bracie? – Przed furtą czeka jakiś rycerz. Bardzo niemiły je-gomość – odparł szeptem zakonnik. – Prosi o spotkanie. Mówi, że to pilne, a także że mnie wybatoży, jak się nie pośpieszę. Gotfryd powstał z klęczek. Wyprostował grzbiet. Chociaż brat provisor nie należał do ludzi nikczemnej budowy, inkwizytor górował nad nim o głowę. Spogląda-jąc nieruchomymi, błękitnymi oczami na brata Alberta, Gotfryd skinął i ruszył ku kamiennemu portalowi wyj-ścia, wyrzeźbionemu na kształt bramy oplecionej pną-czami winorośli. Dominikanin opuścił ciemne wnętrze kościoła, mrużąc powieki przed promieniami majowego słońca, zalewającymi targ na ulicy Szerokiej. Pomiędzy wysoki-mi ścianami kamienic zalegało powietrze drżące od upa-łu, pachnące kurzem, świeżym chlebem oraz dymem do-bywającym się z piekarni od strony Rynku Rzeźniczego. Od muru oddzielającego ziemie klasztorne aż do kościo-ła Wszystkich Świętych stały rozłożone kramy, uginające się pod ciężarem świeżo zebranych majowych plonów. Ostra zima ustąpiła miejsca łagodnej i deszczowej porze wiosennej, dzięki czemu obfite zbiory wypełniły opusto-szałe na przednówku spichrze. Krakowskie rynki tętniły życiem, szumiąc setkami głosów oraz pozwalając przez moment zapomnieć, iż przed kilkunastu laty całe mia-sto do szczętu spłonęło pod uderzeniem tartarskiej hor-dy. Teraz wielokolorowy tłum przetaczał się od Wawelu poprzez ulicę Grodzką ku wielkiemu rynkowi Krakowa, korzystając z obfitości jedzenia oraz wszelkiego towaru, aby uczcić koniec chudych miesięcy. Na wapiennym murku kościelnego cmentarza sie-dział wysoki mężczyzna, odziany w czerń od czubków wypolerowanych butów po szyję obwiązaną ciemną chu-stą. Herbowy miał nieprzyjemną twarz, nie wynikało to jednak z jakichkolwiek braków w urodzie, lecz z kpiące-go uśmiechu na wargach oraz stale przymrużonych oczu, skrzących się szyderstwem. Ciemne włosy, poprzetykane pierwszymi pasmami srebra, opadały mu na ramiona, a niedbały zarost upodabniał pasowanego do najemnych zawadiaków z Zachodu. Zakonnik dobrze znał Jaksę i ufał mu w wielu kwestiach – nie raz zawierzał rycerzowi nawet najbardziej delikatne kwestie, których gburo-waty kompan bronił z wiernością Argosa, najczęściej wy-bijając przy tym zęby nadmiernie wścibskim osobnikom. – Witam brata inkwizytora – powiedział pasowany, obracając w palcach zeszłoroczne jabłko. – Piękny dzień. Nie żal bratu tak w ciemnicy siedzieć? – Powiedziano mi, że masz dla mnie ważkie wie-ści – odrzekł sucho Gotfryd, niezbyt rad, że oderwano go od modłów. – Zgadza się. Mamy piątek, a więc dzień postny. Chciałem przynieść wam rybę, żebyście nie podupadli na zdrowiu od tego ciągłego klęczenia na posadzce. – Jaksa rozłożył ręce na boki. – Niestety, ryby nie mam. Dominikanin wiedział, iż rycerz – jakkolwiek uszczypliwy w obejściu – nie zalicza się do osób na tyle nierozważnych, by żartować z zakonnika dla własnej uciechy. Pewnikiem istniał ważny powód, dla którego Jaksa przybył do Krakowa z podmiejskich włości, lecz zbrojny nie umiał odmówić swemu rogatemu charakte-rowi i od razu przejść do rzeczy; miast tego kluczył wo-kół meritum sprawy. – Jesteś tu ponieważ? – Inkwizytor spojrzeniem prze-szył Jaksę na wylot, jakby spoglądał na rzędy cmentarnych krzyży, nie dostrzegając siedzącego na murze mężczyzny. – Chciałem osobiście sprawdzić pułapki na ryby – wyjaśnił pasowany z tajemniczym uśmieszkiem, wciąż bawiąc się owocem. – Ale znalazłem ciało i cały zamysł diabli wzięli. – Jakby podmyło jakiś cmentarz i znalazłbyś nie-boszczyka, nie kłopotałbyś mnie, tylko grabarza. – Mimo sceptycznej reakcji w chłodnych oczach inkwizytora bły-snął ognik zainteresowania. – Mówże Jaksa, nie błaznuj. – Widzę, żeś nie w humorze na krotochwile, bra-ciszku. – Rycerz ugryzł jabłko. – Na trupach się znam, więc stawiam głowę, że nieboszczyk zeszłonocny, a nie topielec. Łeb szlachecki, patrząc po włosach, uduszony i bez palców u lewej dłoni. Na dodatek twarz okaleczona tak szpetnie, że nie sposób powiedzieć kto zacz. – Ktoś już wie? – spytał inkwizytor chrapliwie. – Nie. – Jaksa pokręcił głową, wyraźnie rad, iż za-intrygował dominikanina. – Leży u mnie w stodole, na drzwiach. Pachołkom nakazałem pilnować i gęby nie otwierać przed nikim, choćby sam diabeł zaszedł. – Jedźmy – zadecydował Gotfryd, nieznacznie kiwa-jąc głową. – Zobaczymy twojego gościa. Siedziba Jaksy znajdowała się milę w dół rzeki, na szczycie wyspy otoczonej przez nurt Wisły. Dostać się tam można było jedynie starym mostem ze smołowanych be-lek. Dworek stał w pewnym oddaleniu od podległych mu wsi, oddzielony bagniskami oraz podmokłym lasem, przez co droga do dawnej stanicy biegła poprzez miejsca niezbyt urodziwe i pełne latającego robactwa, unoszącego się chma-rami w ciężkim powietrzu trzęsawisk. Dwie wsie rolne oraz jedna rybacka były nędznymi skrawkami znacznie większe-go majątku należącego do dumnej ongiś rodziny, ale Jaksa nie był zbyt skory do wspominania swych przodków, toteż zazwyczaj, zapytany o przeszłość, gniewnie zmieniał temat. Wrogom lub obcym od razu groził pięściami, znajomych natomiast zbywał ostrym słowem. Sam inkwizytor nigdy nie brał towarzysza na spytki, gdyż jedna wizyta w kasztelu Jaksy wystarczała mu za wszelkie wyjaśnienia. Sędziwa była to stanica, strzegąca niegdyś Wisły, te-raz zaś chyląca się ku nieuchronnej ruinie, wraz z ota-czającym ją kręgiem murszejącego częstokołu, przywo-dzącego na myśl wyszczerbioną koronę. W ciemnym wnętrzu siedziby nieodmiennie panowała ciężka atmos-fera, przepełniona wonią alkoholu i wilgotnego drewna. Niektóre pokoje zostały pozostawione własnemu losowi, zarzucone rozbitymi skorupami po miodzie lub zwęglo-nymi resztkami spalonych mebli. Widok niszczejącego dworu, otoczenie ponurych trzęsawisk i obecność stale noszącego czerń pana na włościach – to mówiło Gotfry-dowi wszystko o Jaksie, jego dzieciństwie, rodzinie oraz uczuciach żywionych przez rycerza wobec ojcowizny. Przed zamkniętą bramą kasztelu na brązowym wierzchowcu siedział barczysty rycerz, odziany w zbla-kłą czerwień, którą przykrywała wysłużona opończa z herbem – lwem białej barwy wspiętym na tylne łapy. Dostrzegłszy nadciągających dylowaną drogą konnych, czekający pod wrotami człowiek uniósł dłoń i zamachał ku nim przyjaźnie. – Oto i padlinożerne ptactwo. Zawsze się zjawia, czując zdobycz – mruknął pod nosem Jaksa, ale natych-miast zawołał do przyjaciela głośniej: – Lambert! Jakie złe decyzje przywiodły cię w moje progi? – Twoje zaproszenie – odparł mężczyzna o imponu-jących wąsach i gęstej jasnej brodzie. – Ale byłeś wtedy pijany, więc za złe nie mam, żeś tego niepomny. Bracie Gotfrydzie. – Lambert skłonił głowę przed dominikani-nem. – Dziwi mnie, Jaksa, że twoje pachołki wejść mi bronią, a przecie jestem tu nie pierwszy raz. – Kazałem im – odparł tamten. – Ciało wyłowiłem z Wisły i zostawiłem w stodole. Nie chciałem, żeby kto oglądał, bo ciekawy jegomość mi się zaplątał w pułapki. – Teraz rozumiem, jak udało się brata Gotfryda z klasztoru wyciągnąć – zaśmiał się Lambert, gładząc przy tym brodę. – Dwie tajemnice rozwiane, ale cóż to za ciało, skoro już mowa o tym? – Zaraz obaczymy. Rozewrzeć wrota, a żywo, bo ró-zgą wysmagam! Drewniane skrzydła bramy rozstąpiły się z jękiem, wpuszczając konnych na zaniedbany podwórzec, wyło-żony spękanymi kamieniami, poprzetykanymi kępami mleczy. Gotfryd powiódł wzrokiem po ciemnej sylwecie kasztelu; dostrzegł, iż dach zapadnięty jest głębiej niż ze-szłego roku, a okiennice na najwyższym piętrze zwisają bezwładnie na rdzewiejących zawiasach. Czarne ptaszy-sko siedzące na kalenicy dopełniało obrazu nędzy rycer-skiej siedziby. Jaksa jednak zdawał się nie dostrzegać ruiny swego domostwa – zeskoczywszy z konia, żwawym krokiem świadczącym o ekscytacji zaprowadził gości w kierunku stodoły. Dla przyjezdnych widok gospoda-rza, jego rozpadającego się dworu oraz ślepo oddanej służby stanowił widok niepokojący, tym bardziej iż je-den tylko przedmiot w tym miejscu zdawał się być nowy i zadbany: wiszący na uschłym dębie sznur zakończony katowskim węzłem. Wyłowione przez Jaksę ciało spoczywało pod cału-nem na wyjętych z zawiasów drzwiach stodoły. Zza kra-wędzi lnianej płachty przykrywającej zwłoki wystawały mokre podeszwy wysokich butów. Zgodnie ze słowami rycerza nie były one zniszczone przez wilgoć, wręcz przeciwnie – wyglądały jakby niedawno wyszły spod ręki szewca. Gotfryd klęknął, by z bliska obejrzeć obuwie; ocenił kolor zaimpregnowanej woskiem dratwy, łączącej cholewę z podeszwą. – Biel, czerwień oraz żółć – powiedział. – Można popytać na mieście, czy który poznaje ro-botę – podsunął Lambert. – Dla byle kogo użyliby zwy-kłej, smołowanej nici. – Po cóż się fatygować? – Jaksa stuknął palcem o po-deszwę buta. – Tutaj jest znak rzemieślnika. Należy do Łukasza Niemca. Miejscowy, pracuje na Szewskiej. – Odsłoń resztę – polecił inkwizytor. Jaksa, niemal teatralnym gestem, posłusznie ścią-gnął lniany całun. Lambert uczynił znak krzyża, choć raczej z przyzwyczajenia, bo widok martwego niewiele się różnił od obrazu, który rycerz zwykł oglądać na bi-tewnych pobojowiskach. Nieboszczyk odziany był dość solidnie jak na maj. Jego ramiona i tors okrywał kaftan błękitnej barwy, o ubrudzonych mułem rękawach, spod którego wyzierał skraj zakrwawionej koszuli. Twarz mężczyzny zosta-ła tak dalece zmiażdżona, iż przypominała groteskowo wykrzywione oblicza wykutych w kamieniu czartów, wykrzywiających pyski ku wiernym w kościelnych wnę-trzach. Zapadnięte oblicze było częściowo przykryte ja-snymi włosami, przylepionymi do krwawej maski poroz-rywanych mięśni i rozciętej skóry. Gotfryd odjął wzrok z opuchniętej twarzy martwego i spojrzał na jego lewą dłoń, pozbawioną wszystkich palców za wyjątkiem kciu-ka. Paliczki odrąbano jednym ciosem ciężkiego ostrza – tasaka lub miecza – a kłykcie były zaczerwienione i ob-darte z naskórka. Dominikanin popatrzył na prawicę zamordowanego, po czym zwrócił się do Jaksy: – Nie miał żadnych pierścieni? Widać ślady po sy-gnecie i obrączce, ale ten drugi nieco zatarty. – Błękitne oczy inkwizytora wróciły na resztki serdecznego palca lewej dłoni, gdzie widać było nieco jaśniejszy pasek skó-ry. – Wdowiec, jak się zdaje. – Nie miał ich, kiedym go znalazł – odparł Jaksa ze wzruszeniem ramion. – Pieniędzy mi zresztą nie trzeba. Może woda zabrała? – Nie ma twarzy, palców, pierścieni – mruknął Lambert – nic, po czym go poznać by można. – Tak właśnie miało być – odparł Gotfryd, wstając. – Za kilka dni zgnilizna i ryby zatarłyby trop do reszty. Jaksa, mówiłeś, że go uduszono? – Stąd czerwień na szyi. – Czarnowłosy rycerz koń-cem buta wskazał na zmiażdżone gardło denata. – Ściągnij mu kaftan – nakazał Gotfryd. Jaksa bez dalszych pytań rozpiął lakierowane guzi-ki z drewna, odsłaniając pociętą koszulę, przylepioną do kilku głębokich ran na brzuchu, pozostawionych przez wąskie ostrze sztyletu. – Trzymano go za gardło, aby zadać mu śmiertelny cios. – Ktoś inny pokusiłby się o ton triumfu lub zado-wolenia, ale grobowy głos dominikanina pozostawał nie-wzruszony. – Ma na szyi jakiś rzemień. – Trzos, ale bez monet. – Lambert dobył spod ko-szuli zabitego sakiewkę z jeleniej skóry. – Za to z szacho-wą figurą. Biały pion. – Nieistotna pamiątka, a może kluczowy ślad? – za-drwił Jaksa. – Czy przenikliwy inkwizytor dojdzie prawdy? – Deo juvante2. – Gotfryd uniósł na rycerza posępny wzrok, lecz nie okazał gniewu. Zbyt dobrze go znał, aby dać mu tę satysfakcję. – Mam kilku znajomych, którzy grywają w szachy. Mogę ich o bierkę rozpytać. – Lambert obracał w palcach figurę. – Zwykle rzeźbiarze robią komplety, ale szansa nikła, że ktoś rozpozna rzemieślnika, nawet jakby był znad Wisły. Mało to pionków na świecie? – Uczyń tak. – Inkwizytor oglądał ciało, chcąc wy-ryć w swojej pamięci wszystkie szczegóły, które mogłyby mu pomóc w rozwianiu tajemnicy jego śmierci. – Ale za-chowaj powściągliwość. Nie chcemy zbyt szybko ostrzec sprawców tego czynu o ich porażce. Jeżeli cokolwiek ustalimy, zawiadomimy sędziego grodzkiego. – Co zrobimy ze śpiochem? – spytał Jaksa, spraw-dzając jeszcze, czy w rękawach kaftana lub u pasa nie zapodział się jakiś drobiazg. – Kawałki gliny z glazu-rą. Kufel pewno. Może popili, ktoś się pochwalił wizytą u cudzej żony i się zaczęło? – Poślij go na pochowanie, tylko cichcem – podsunął Lambert. – Potem zbierzemy się do grodu i popytamy. – Walek! – krzyknął Jaksa ostrym głosem, przywołując chłopa o pospolitej twarzy i ziemistej cerze. Służba w stani-cy zawsze zachowywała milczenie w pobliżu swego seniora, ślepo wykonując powierzone im polecenia. – Umyj go, daj jakiegoś całunu i odstaw do kościoła na pochówek. Jakby ksiądz pytał, powiedz mu prawdę – to topielec, a ty wiesz tylko tyle, że trzeba mu spoczynku na cmentarzu. Po dro-dze kup jakiego wina. Srebro weź ze szkatuły. Walek z ukłonem przyjął rozkaz, po czym ruszył oporządzić osiołka i zaprząc go do wózka. – Requiem aeternam dona ei, Domine, et lux perpetua lu-ceat ei. Requiescant in pace3 – wyrecytował inkwizytor ponu-rym tonem, przywodzącym na myśl zgrzyt grobowej płyty. – Amen.  
42% rabatu
17,31
29,90 zł
Dodaj
do koszyka
Okładka książki Krzyżowiec
Krzyżowiec
Wydawca: Novae Res
wysyłka: 48h
Nie ma nic groźniejszego niż cud, a cudem jest Ziemia Święta. Średniowiecze, czas wypraw krzyżowych i walk o wyzwolenie Jerozolimy z rąk muzułmanów. W bitwie pod Antiochią stoczonej w 1098 r. z armią atabega Kurbughi ginie jeden z walecznych, acz okrutnych krzyżowców. Nie umiera jednak zupełnie. Nie żyje, ale też jego ciało nie zamienia się w proch. Musi na ziemi odpokutować grzechy, nim trafi na Sąd Ostateczny. Rycerz podejmuje długą i żmudną wędrówkę przez Europę, w której szaleje dżuma. Przez mroźne góry, niebezpieczne lasy i zdradliwe bagna wędruje do Jerozolimy, ku Bożemu Grobowi – po odpuszczenie grzechów. W czasie tej pątniczej pielgrzymki stara się swoją zapalczywą naturą kierować tak, by nie zabijać dla zaspokojenia zewu krwi. Miecz w jego ręku staje się również narzędziem czynienia dobra. Trudna to wyprawa, i dla ciała, i dla ducha.
34% rabatu
22,59
34,00 zł
Dodaj
do koszyka
Liczba wyświetlanych pozycji:
1
Uwaga!!!
Ten produkt jest zapowiedzią. Realizacja Twojego zamówienia ulegnie przez to wydłużeniu do czasu premiery tej pozycji. Czy chcesz dodać ten produkt do koszyka?
TAK
NIE
Oczekiwanie na odpowiedź
Dodano produkt do koszyka
Kontynuuj zakupy
Przejdź do koszyka