Z twórczością Marcina Mortki staję oko w oko po raz pierwszy. Dlaczego tak się dzieje, skoro pisarz nie jest żadnym debiutantem, a łączna liczba jego propozycji literackich jest przeogromna? Odpowiedź jest prosta, a raczej istnieją dwie najważniejsze przyczyny. Po pierwsze- doba ma tylko 24 godziny, a rynek książkowy tak bogaty, że czasem nie wiemy, co przeczytać w pierwszej kolejności. Obiecujemy sobie, że powieść tego, a nie innego pisarza przeczytamy właśnie teraz, dziś, natychmiast, po czym… wszystkie plany idą w łeb. Na horyzoncie pojawia się kolejna arcyciekawa powieść i to ona zmienia nasze wcześniejsze zamiary. Zresztą, choćbyśmy bardzo chcieli, nie możemy całego dnia, a także nocy, spędzić tylko na czytaniu- mój wzrok w bardzo wymowny sposób dziękuje mi za ciągłe poszerzanie mojego hobby. Druga przyczyna to po prostu gatunek- do tej pory sądziłam, że Marcin Mortka specjalizuje się głównie w tekstach dla dzieci czy fantasy. Pomyliłam się, i to sporo, ale autor ma na swoim koncie aż 155 (!) książek, a zatem muszę dogłębnie go przestudiować.
Zderzenie z „Listami do Poli”, czyli jego najnowszym dziełem, było niemal strzałem w dziesiątkę. To, co od razu przyciąga moją uwagę, to tytułowe listy, a w zasadzie zwierzenia ojca spisane w jednym zeszycie i, tylko teoretycznie, skierowane do najmłodszej córki. Ktoś mógłby powiedzieć, że autor chyba cofa się do prehistorycznych wręcz czasów, ale to absolutna nieprawda. Widok pięknych kopert zdobiących każdy rozdział tylko przyspiesza bicie mojego serca, a wewnętrzny głos mówi mi: czytaj to jednym tchem. Tak też zrobiłam i nie żałuję. Mało tego- koncepcja tytułowych listów bardzo współgra z opisem rodzinnego domu bohaterów, gdyż tam także czas jakby zatrzymał się w miejscu. Istotą są też stare przedmioty- dziś bezużyteczne, ale wciąż mające duszę i zdolność przenoszenia postaci do odległych czasów. Dzieje się to poprzez wspomnienia, rzecz jasna. Są one dobre, a może nie? Sprawdźcie to sami.
Nieścisłości rodzinne zdarzają się wszędzie, ale czy autor dobrze pokazał, jak naprawić ten błąd? Tak, moim zdaniem jest to powieść, którą powinna przeczytać każda dorosła już osoba. Rodzina Wrzaskowiczów to fikcja, jednak sporą część tekstu można przypisać statystycznym Kowalskim czy Nowakom. Nie kontaktujesz się z rodzicami? Kłócisz się z rodzeństwem? Zmień to, póki nie jest jeszcze za późno- to apel do każdego odbiorcy z osobna.
Po przeczytaniu nowej książki Marcina Mortki siedzi we mnie zarówno dużo humoru, ale też myśli podchodzących pod melancholię. Trzeba sobie uświadomić, że kiedyś nie było Internetu, mediów społecznościowych i, o zgrozo, sztucznej inteligencji. Mimo to, familie dbały o to, by się spotykać, by celebrować ważne święta, rocznice, itp. A teraz? Pogoń za pieniądzem i sławą powoduje, że nikt nic o sobie nie wie, a jeśli już coś do nas dociera, to równie dobrze mogą to być bzdury wyssane z palca. Jestem pewna, że wielu czytelników, zaraz po ukończeniu książki, dojdzie właśnie do takich wniosków. Jeśli taki był zamysł literacki pisarza, to udał mu się w stu procentach.
„Listy do Poli” to także książka, w której pokazane jest prawdziwe życie, a niektóre perypetie bohaterów, na przykład podchodzące pod kryminał, trzeba potraktować z przymrużeniem oka. Niezwykle często lubię posługiwać się antycznym terminem decorum, co tłumaczy się jako dopasowanie gatunku do tematu i stylu. U autora widać ten zabieg doskonale, gdyż tam, gdzie mamy się śmiać, zrobimy to. W innych scenach, tych bardziej bolesnych, może i nawet się wzruszymy, bo co w tym złego?
Jeremi Wrzaskowicz to wdowiec mający tak naprawdę czwórkę dzieci- Ewę, Roberta, Grzegorza i tytułową Polę. Dlaczego zatem znika bez wieści, a wszelkie osobiste zapiski uznawane jako listy są kierowane właśnie do najmłodszej Poli? Ta zagadka nie dawała mi spokoju, bo czyżby pisarz uczył nas haniebnego, ale często zauważalnego faworyzowania jednego z dzieci kosztem innych? Czy to zawsze ta najmłodsza pociecha ma być uważana za najpiękniejszą, najcudowniejszą? Nic bardziej mylnego- ta zagadka okazała się być dużo bardziej zdumiewająca, niż zakładałam. Niczego jednak nie zdradzę- pragnę pozostawić czytelników w niewiedzy, by mogli oni spokojnie przemyśleć wszystkie dialogi, a zwłaszcza te o podłożu obyczajowym. Dodam tylko, że jest ich tu naprawdę mnóstwo- w końcu na przestrzeni 431 stron wiele może się wydarzyć, prawda?
To, czym dodatkowo ujął mnie autor, to bardzo oryginalny podział na rozdziały. Nie są one klasycznie ponumerowane, zatytułowane także nie. Marcin Mortka za każdym razem nieco przygotowuje nas na to, co może się wydarzyć. Robi to w bardzo umiejętny, a zarazem prześmiewczy sposób. Ten zabieg bardzo przypadł mi do gustu, pisarzowi należą się za to duże brawa.
Nie chcę zbyt wiele zdradzać, gdyż dzieje się tu naprawdę wiele. Sama najbardziej zainteresowałam się postacią Ewy- kobiety idealnie zajmującej się córeczką Oliwią, ale jej życie wcale nie jest bajkowe. Wątek kryminalny potraktowałam pobłażliwie i wiem, że jedni go pokochają, drudzy nie. To naturalna sprawa. Wiem jednak, że z całą pewnością wrócę do wcześniejszych propozycji pisarza. A tak na poważnie: szalenie ważny jest stały kontakt z bliskimi. Nie zaniedbujmy go, nie mówmy standardowego „zdzwonimy się” albo „kiedyś musimy się spotkać”. Niestety, często okazuje się, że na familijne spotkania naprawdę jest już za późno i nic nie zostaje między sobą wyjaśnione. A powinno.
Dopiero jakoś po 70% zaczęłam się wkręcać w tę historię. Przez cały czas miałam takie dziwne wrażenie, że jem odgrzewany obiad. Nawet sami bohaterowie wzdychali na myśl o „najpiękniejszej historii miłosnej”, kiedy tylko padały imiona Jace’a i Clary. Bohaterowie „Pani Nocy”, mimo że teoretycznie jedynie kilka lat młodsi, zachowywali się już jak zupełnie inne pokolenie. Z jednej strony brawo dla autorki, że potrafiła tak zróżnicować osobowości nowych bohaterów, z drugiej strony czułam się trochę staro w takim towarzystwie. Prawdę powiedziawszy, wolałabym, żeby powieść toczyła się w tym samym świecie, ale w oderwaniu od wydarzeń z „Darów Anioła”, bo to kółeczko wzajemnej adoracji było irytujące. Przeczytam ciąg dalszy, ale póki co, szału nie ma.
„Gasnąc wśród świateł” autorstwa Anety Grabowskiej to powieść obyczajowa z mocno emocjonalnym tłem, w której przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć, a skrywane przez lata tajemnice potrafią niespodziewanie wkroczyć w życie bohaterów i zmienić je na zawsze.
Wiktoria jest młodą studentką. Ma rodzinę, przyjaciół i życie, które z pozoru daje jej poczucie bezpieczeństwa. Wszystko zmienia jedno spotkanie, które sprawia, że dziewczyna zaczyna odkrywać nieznane dotąd strony siebie i własnej historii. To, co miało być zwyczajnym życiem, zaczyna nabierać zupełnie innych barw.
Drugim ważnym bohaterem jest Michał – zdecydowanie bardziej zamknięty w sobie, pełen dystansu i potrzeby ucieczki. Ucieczki nie tylko przed ludźmi i uczuciami, ale przede wszystkim przed wspomnieniami, z którymi najwyraźniej wciąż nie potrafi się zmierzyć. Bardzo ciekawym elementem jego historii okazuje się przypadkowa rozmowa ze starszym mężczyzną spotkanym na ławce w parku. To właśnie ona staje się początkiem drogi prowadzącej do konfrontacji z własną przeszłością i próbą zrozumienia samego siebie.
I właśnie bohaterowie są dla mnie jednym z mocniejszych punktów tej historii. Nie są idealni. Podejmują trudne decyzje, mają swoje lęki, tajemnice i rzeczy, o których woleliby nie mówić. Dzięki temu łatwiej było mi wejść w ich emocje i zrozumieć, dlaczego czasami zamiast rozmawiać, wybierają milczenie albo ucieczkę.
Akcja powieści została osadzona w Nowej Hucie, która nie jest tutaj jedynie tłem wydarzeń. Surowa, pełna kontrastów i charakterystycznego klimatu, bardzo dobrze współgra z historią bohaterów. Jest w niej coś ciężkiego i nieoczywistego, co pasuje do opowieści o ludziach noszących w sobie niewypowiedziane żale. Z jednej strony mamy codzienność młodych ludzi, przyjaźń, rodzinę i uczucia, z drugiej – tajemnice, dawne krzywdy i przeszłość, która wciąż ma wpływ na teraźniejszość.
Podczas czytania towarzyszyło mi sporo emocji. Była ciekawość, bo chciałam zrozumieć, co tak naprawdę kryje się za zachowaniem bohaterów. Było wzruszenie, momentami smutek, ale również złość i poczucie bezsilności wobec decyzji, których konsekwencje potrafią ciągnąć się przez lata. Najbardziej poruszyło mnie jednak to, jak mocno autorka pokazuje potrzebę wybaczenia – zarówno drugiemu człowiekowi, jak i samemu sobie.
„Gasnąc wśród świateł” to również historia o miłości, ale nie takiej cukierkowej i pozbawionej problemów. To uczucie podszyte lękiem, niedopowiedzeniami i tym wszystkim, czego bohaterowie nie potrafią wypowiedzieć na głos. I chyba właśnie dlatego wypada wiarygodnie. Bo czasami można kogoś kochać, a jednocześnie tak bardzo bać się zranienia, że zamiast zrobić krok do przodu, zaczynamy się wycofywać.
Styl Anety Grabowskiej jest przystępny i emocjonalny. Autorka nie komplikuje niepotrzebnie języka, dzięki czemu książkę czyta się płynnie, ale jednocześnie potrafi zatrzymać czytelnika przy trudniejszych emocjach. Ważne miejsce zajmują tutaj relacje międzyludzkie i wewnętrzne przeżycia bohaterów, dlatego jest to powieść bardziej nastawiona na emocje i odkrywanie człowieka niż na dynamiczną akcję.
Podobało mi się również to, że historia nie próbuje dawać prostych odpowiedzi. Nie każdą krzywdę można naprawić jednym gestem, nie każdą tajemnicę łatwo wyjawić, a przebaczenie nie zawsze przychodzi wtedy, kiedy najbardziej go potrzebujemy. Autorka pokazuje, że czasem trzeba najpierw zmierzyć się z tym, co bolało przez lata, żeby w ogóle móc zacząć żyć inaczej.
To książka przede wszystkim dla osób, które lubią powieści obyczajowe o rodzinnych tajemnicach, trudnych relacjach, miłości, przeszłości i emocjach, które zostają z czytelnikiem na dłużej. Jeśli cenicie historie, w których ważniejsze od szybkiej akcji są ludzkie wybory, uczucia i konsekwencje dawnych decyzji, „Gasnąc wśród świateł” może być dobrym wyborem.
Ta historia przypomniała mi, że czas nie zawsze leczy rany. Czasami dopiero szczera rozmowa, odwaga, by spojrzeć wstecz, i gotowość do wybaczenia pozwalają naprawdę zostawić przeszłość za sobą. „Gasnąc wśród świateł” to pełna emocji opowieść o miłości, lęku, tajemnicach i drugiej szansie. To jedna z tych historii, które skłaniają do refleksji nad tym, jak wiele może zmienić jedno spotkanie i jak długo człowiek potrafi nosić w sobie to, o czym nigdy nie powiedział głośno. Zdecydowanie polecam.
🌲🔥 Rany… co tu się odwaliło?! 😂📚 Zaczynasz czytać „Dziewczynę z lasu” Karoliny Bujak i myślisz sobie: „Dobra, spokojnie, thriller, las, tajemnicza dziewczyna… zobaczymy, co z tego będzie” Nie raz wspominałam, że lubię klimat, gdzie mamy las w roli głównej. 😈 Mamy Kornela Sawickiego, który prowadzi sobie całkiem zwyczajne życie w mazurskim Laskowcu. Las, cisza, własne sprawy… aż pewnego dnia znajduje w lesie przerażoną, zagubioną dziewczynę. Dziewczyna nie pamięta, kim jest, skąd się tam wzięła ani co właściwie ją spotkało. Kornel, jak człowiek o dobrym sercu, postanawia jej pomóc. Zabiera ją do siebie, daje schronienie i nadaje jej imię Jagoda. Tego możecie dowiedzieć się z wielu opisów książki dostępnych w internecie, ale prawdziwa perełka czeka na was głębiej, tam, gdzie w lesie nawet ciemność ma władze nad światłem. 😈 I TERAZ UWAGA… 🚨 CZY W THRILLERACH KIEDYKOLWIEK KOŃCZY SIĘ DOBRZE, KIEDY KTOŚ MÓWI: „SPOKOJNIE, POMOGĘ”? 😂 No właśnie. Bo od tego momentu spokojne życie Kornela zaczyna się delikatnie mówiąc… sypać. Pojawiają się dziwne sytuacje, tajemnice, ludzie, którzy zdecydowanie za dużo wiedzą albo zdecydowanie za mało mówią, a atmosfera robi się coraz bardziej gęsta. I człowiek zaczyna czytać z miną: „Dobra… COŚ TU ŚMIERDZI. TYLKO JESZCZE NIE WIEM CO”. 🤨🌲.
Największym znakiem zapytania jest oczywiście Jagoda. Kim naprawdę jest? Dlaczego znalazła się w lesie? Co wydarzyło się wcześniej? I dlaczego jej pojawienie się wywołuje tyle zamieszania? No i tutaj zaczyna się najlepsza zabawa, bo autorka nie daje nam wszystkich odpowiedzi na tacy. O NIE! 😈 Dostajemy kawałek informacji, więc już człowiek kombinuje. Potem pojawia się kolejny szczegół i nagle: „AHA! JUŻ WIEM!”… po czym kilka stron dalej: „RANY BOSKIE, TO JA JUŻ NIC NIE WIEM!” 🤣🤦♀️.
Nie wiem, jak wy, ale ja uwielbiam takie książki! Takie, przy których zaczynacie podejrzewać absolutnie wszystkich. Sąsiada? PODEJRZANY. Ktoś coś przemilcza? PODEJRZANY. Ktoś zachowuje się zbyt normalnie? OHOHO, TEN TO DOPIERO COŚ UKRYWA! 😂🔎 A atmosfera? CUDO! 🌲🖤 Mazurski Laskowiec, las, tajemnice, mała społeczność, i to nieprzyjemne uczucie, że pod powierzchnią pozornego spokoju dzieje się zdecydowanie więcej, niż powinno. Niby cisza, niby zwyczajne życie, a człowiek cały czas ma z tyłu głowy: „No dobra, ale kiedy coś pierdyknie?”. 😳 Kornel jest zwyczajnym facetem, który chciał po prostu pomóc zagubionej dziewczynie. Nie jest żadnym genialnym detektywem z policyjnym doświadczeniem. I może właśnie dlatego tak dobrze obserwuje się jego sytuację. Bo wraz z nim wchodzimy w tę historię coraz głębiej i razem próbujemy zrozumieć, co właściwie się dzieje.
A Jagoda? Oj, ta dziewczyna zdecydowanie nie pozwoli Wam przejść obok tej historii obojętnie. 😏 Jej tajemnicza przeszłość, brak pamięci i pytania dotyczące jej tożsamości sprawiają, że cały czas próbujemy połączyć kropki. Tylko że kiedy wydaje nam się, że już mamy obraz całości… ktoś najwyraźniej bierze gumkę i ściera nam pół układanki. 😂 I jak po takich książkach mam się nie bać wejść do lasu? Już wszędzie widzę trupki, a to na drzewie, a to w krzakach, a to jakaś górka, a mi w głowie rodzi się obraz, że pewnie ktoś jest, jest pod ziemią 😂😂.
I teraz najważniejsze: CZY TO JEST KSIĄŻKA NA NOC? ABSOLUTNIE NIE. ❌🌙 Chyba że rano nie musicie wstawać. 😂 Bo „Dziewczyna z lasu” ma ten wyjątkowo złośliwy rodzaj fabuły, który mówi: „odłóż mnie”. A Ty odpowiadasz: „oczywiście”. Odkładasz. Patrzysz na książkę. Bierzesz ją z powrotem. „Tylko jeszcze jeden rozdział”.
I nagle jest 1:37 w nocy.
„No dobra, jeszcze jeden”.
2:14.
„TERAZ TO JUŻ MUSZĘ WIEDZIEĆ”.
2:58.
„A RANO JAKOŚ PRZEŻYJĘ”. 🤣☕📖
Właśnie za to lubię tę książkę. Za tajemnicę, atmosferę, pytania, które nie dają spokoju i ten moment, kiedy zaczynasz prowadzić własne prywatne śledztwo, chociaż nikt Cię o to absolutnie nie prosił. 😂🔎, Jeśli lubicie thrillery, w których przeszłość nie chce zostać pogrzebana, tajemnicze postacie, sekrety małych społeczności i historie, przy których co chwilę zmieniacie swoje podejrzenia, koniecznie dajcie szansę „Dziewczynie z lasu”. Tylko błagam… nie zaczynajcie jej, jeśli za pięć godzin macie pobudkę. 🤣
Bo potem będzie kawa. ☕
Druga kawa. ☕
Trzecia kawa. ☕
I pytanie: „KTO MNIE NAMÓWIŁ NA CZYTANIE TEGO DO TRZECIEJ W NOCY?!” 😂 🌲🖤 „Dziewczyna z lasu” – wchodzisz do lasu razem z Kornelem, a wychodzisz z milionem pytań w głowie i bardzo poważnym problemem ze snem. 😂📚.
Czy w świecie pełnym wojny, cierpienia i śmierci można jeszcze odnaleźć piękno? „Dwa światła” Marii Paszyńskiej to niezwykle poruszająca powieść inspirowana prawdziwą historią, w której tym światłem staje się przede wszystkim muzyka, ale także przyjaźń i człowieczeństwo.
Historia rozpoczyna się w Warszawie w 1935 roku. Poznajemy małego Roberta, żydowskiego chłopca obdarzonego wyjątkowym talentem muzycznym, oraz profesora Edwarda Sokołowskiego – kompozytora i nauczyciela, który dostrzega w nim coś niezwykłego. Ich relacja z czasem przeradza się w wyjątkową więź ucznia i mistrza, ale wybuch wojny brutalnie zmienia ich spokojną codzienność.
Robert trafia do warszawskiego getta, a później zostaje wyprowadzony na aryjską stronę w przebraniu dziewczynki. Udaje mu się przeżyć, rozwija swój niezwykły talent i po wojnie zostaje laureatem Konkursu Chopinowskiego. Sukces nie oznacza jednak końca cierpienia. Przeszłość pozostaje w nim na zawsze, a pamięć o tych, którzy nie przeżyli, staje się ciężarem, z którym musi nauczyć się żyć.
Najmocniejszą stroną powieści jest dla mnie właśnie ta niezwykła relacja między Robertem a profesorem. Muzyka staje się ich wspólnym językiem, czymś, co pozwala choć na chwilę odsunąć od siebie strach i okrucieństwo wojennej rzeczywistości. Z jednej strony mamy piękno dźwięków, talent i przyjaźń, z drugiej – głód, przemoc, śmierć i ciągłe zagrożenie. Ten kontrast bardzo mocno wybrzmiewa podczas lektury.
Maria Paszyńska przenosi nas przede wszystkim do przedwojennej i wojennej Warszawy, a szczególnie do dramatycznej rzeczywistości warszawskiego getta. Później wraz z bohaterem przechodzimy do powojennego świata, w którym wojna formalnie się skończyła, ale jej konsekwencje wcale nie zniknęły. To właśnie ta zmiana perspektywy jest niezwykle ważna – pokazuje, że ocalenie nie zawsze oznacza odzyskanie dawnego życia.
To powieść historyczna, ale autorka nie skupia się wyłącznie na faktach. Pokazuje przede wszystkim człowieka – jego strach, samotność, nadzieję, poczucie winy i potrzebę bliskości. Jej styl jest spokojny, obrazowy i pełen emocji. Paszyńska potrafi oddać zarówno piękno muzyki, jak i brutalność wojennej rzeczywistości, nie odbierając historii jej ludzkiego wymiaru.
Podczas czytania towarzyszyło mi wiele emocji – od wzruszenia i zachwytu nad niezwykłą więzią bohaterów, po smutek, bezsilność i ogromny niepokój. To jedna z tych książek, przy których trudno pozostać obojętnym. Szczególnie mocno poruszyło mnie to, że nawet kiedy wojna się kończy, człowiek nie może po prostu zostawić za sobą tego, co przeżył.
„Dwa światła” nie jest łatwą lekturą, ale zdecydowanie jest lekturą potrzebną. To opowieść o wojnie, która odebrała ludziom dzieciństwo i poczucie bezpieczeństwa, ale również o tym, że nawet w najciemniejszych czasach może pojawić się ktoś, kto poda rękę, ocali życie albo pomoże odnaleźć choć odrobinę światła.
Polecam szczególnie miłośnikom powieści historycznych, historii inspirowanych prawdziwymi wydarzeniami i książek, które skupiają się nie tylko na wydarzeniach, ale przede wszystkim na emocjach i losach człowieka. „Dwa światła” to piękna, bolesna i długo pozostająca w pamięci opowieść o muzyce, przyjaźni, wojnie i próbie życia po tym, co wydawało się końcem całego świata.
„Amazonki. Wojowniczki starożytnego świata” – Adrienne Mayor
A gdyby okazało się, że Amazonki, które przez wieki traktowano jako bohaterki mitów i legend, naprawdę istniały? Adrienne Mayor w swojej książce „Amazonki. Wojowniczki starożytnego świata” zabiera czytelnika w niezwykłą podróż śladami kobiet, które walczyły, polowały, jeździły konno i brały udział w wojnach.
To nie jest powieść, lecz fascynująca książka historyczna i popularnonaukowa, w której autorka próbuje oddzielić mit od faktów. Sięga do starożytnych przekazów, źródeł historycznych i przede wszystkim odkryć archeologicznych. Znalezione groby kobiet pochowanych z bronią, końmi czy wyposażeniem wojownika pokazują, że obraz wojowniczek nie był jedynie wytworem wyobraźni starożytnych.
Najbardziej fascynujące jest to, jak szeroko Adrienne Mayor prowadzi swoją opowieść. Nie ogranicza się do jednego miejsca czy jednej kultury. Przenosimy się między światem greckim, Persją, stepami Eurazji, Indiami i Chinami. Dzięki temu Amazonki przestają być pojedynczym motywem znanym z mitologii, a stają się częścią znacznie większej historii kobiet żyjących w różnych kulturach starożytnego świata.
Podczas lektury szczególnie podobało mi się zestawienie tego, co przez wieki opowiadano o Amazonkach, z tym, co zaczęto odkrywać dzięki archeologii. Momentami trudno było nie poczuć zdziwienia, że historie kobiet walczących u boku mężczyzn, a czasem samodzielnie, przez tak długi czas były traktowane przede wszystkim jako legendy.
Autorka nie przedstawia jednak swoich bohaterek wyłącznie jako niezwyciężonych wojowniczek. Pokazuje ich codzienność, kulturę, sposób życia, relacje i miejsce w społecznościach. Dzięki temu Amazonki stają się bardziej ludzkie i zdecydowanie ciekawsze niż postacie znane jedynie z mitologicznych opowieści.
Styl Adrienne Mayor jest bardzo przystępny, mimo że książka opiera się na dużej ilości materiału historycznego i naukowego. Autorka potrafi opowiadać o archeologii i starożytności w sposób angażujący, łącząc fakty z opowieściami i ciekawostkami. Nie miałam poczucia, że czytam suchą rozprawę naukową. Raczej uczestniczyłam w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, kim naprawdę były kobiety, które przez tysiące lat pozostawały gdzieś pomiędzy historią a legendą.
Ta książka wzbudziła we mnie przede wszystkim ciekawość. Im dalej czytałam, tym bardziej chciałam wiedzieć, co jeszcze udało się odnaleźć i ile znanych nam historii może mieć swoje źródło w prawdziwych wydarzeniach. Było też sporo zaskoczenia, szczególnie gdy okazywało się, jak wiele informacji można dziś odczytać z grobów, szczątków i przedmiotów pozostawionych przez ludzi żyjących tysiące lat temu.
„Amazonki. Wojowniczki starożytnego świata” nie jest jednak książką dla kogoś, kto szuka lekkiej historii do przeczytania w jeden wieczór. To publikacja wymagająca większego skupienia, pełna faktów, źródeł i historycznych kontekstów. Właśnie dlatego szczególnie poleciłabym ją osobom zainteresowanym historią, archeologią, starożytnością, mitologią oraz historią kobiet.
Dla mnie największą wartością tej książki jest pokazanie, że historia wciąż potrafi nas zaskoczyć. To, co przez długi czas wydawało się jedynie mitem, może mieć swoje odbicie w rzeczywistości. A odkrycia archeologiczne pozwalają spojrzeć na przeszłość z zupełnie innej perspektywy.
„Amazonki. Wojowniczki starożytnego świata” to fascynująca podróż przez czas, miejsca, kultury i źródła, która zmusza do zastanowienia się, ile historii kobiet zostało pominiętych albo uznanych za legendę. Jeśli lubicie książki, które nie tylko opowiadają o przeszłości, ale przede wszystkim pozwalają spojrzeć na nią inaczej – zdecydowanie polecam.
Siedziałam razem z bohaterem w studni. Siedzieliśmy pod ziemią długie godziny, strona po stronie, w męczarni, na którą sami się skazywaliśmy, w miejscu, w którym czas się zatrzymuje. Ile do końca? Jak długo jeszcze? Jak to w ogóle ocenić? A potem udręka się skończyła, a mi było tylko smutno, bo chciałam tam zejść jeszcze raz.
"- Loki - rzucił. - Loki to zrobił.
- Czemu tak myślisz? - Sif gorączkowo przesuwała palcami po łysej głowie, jakby muśnięcia mogły sprawić, że włosy powrócą.
- Ponieważ - odparł Thor - kiedy coś idzie nie tak, najpierw zawsze myślę, że to wina Lokiego. Oszczędza mi to mnóstwo czasu."
Loki, jeden z głównych wrogów Avengers. Thor, nierozgarnięty nastolatek w serialu Netfliksa. Odyn z twarzą Iana McShane'a. Tyr, My God Of Justice, w refrenie piosenki metalowego zespołu. Czy kiedykolwiek wcześniej mitologia nordycka była tak silnie eksploatowana w popkulturze?
Nieważne, jak mocno twórca, z którego dziełem właśnie się zapoznałeś, korzystał z mitologii, zawsze warto znać materiał wyjściowy. A są to historie nietuzinkowe, w dodatku świetnie przedstawione przez wspaniałego pisarza, który wie, kiedy zachować powagę a kiedy lepiej rozładować napięcie.
"- Domaga się ręki Freyi.
- Chce tylko jej ręki? - rzucił z nadzieją Thor.
Ostatecznie miała dwie, może zdoła ją przekonać, by bez specjalnych sprzeciwów zrezygnowała z jednej. W końcu Tyr świetnie sobie radził."
Bohaterowie mitów Gaimana dają się lubić, wydają się bliscy czytelnikowi i sympatyczni, pomimo typowo boskich zachowań, typu zabijanie bez powodu, oszukiwanie i ciężkie do wyobrażenia sobie zmiany wizerunku czy rozmiarów. Każda postać ma swój charakter i atrybut, więc łatwo je rozróżnić. Wielka szkoda, że tak niewiele zachowało się ze starożytnych historii do naszych czasów.
Język jest prosty, łatwy w odbiorze, czyta się to jak zbiór współczesnych opowiadań, a nie trudny naukowy tekst. Co zabawne, mit o powstaniu młota Mjolnira, znałam wcześniej z książeczki dla dzieci z serii "Czytam sobie" i bardzo ciężko było mi go w pełni zrozumieć, a tutaj od razu połapałam się o co chodzi.
Uważam, że każdy zainteresowany Thorem i spółką powinien zapoznać się z tymi mitami, żeby wiedzieć, do czego odnoszą się twórcy w swoich dziełach. Neil Gaiman odwalił kawał dobrej roboty. Ja sama żałuję tylko, że przeczytałam ją tak późno, ale nie ma tego złego!
Ten zbiór opowiadań wspominam chyba najlepiej ze wszystkich od Kinga. Nikt tak zręcznie nie potrafi wyciągać „brudów” z ludzi, lęków tak dziwnych, że mogliśmy zdążyć zapomnieć o ich istnieniu. Chociaż nie wszystkie opowiadania są na wysokim poziomie, to całokształt jest godny zapamiętania.
Książka mojego dzieciństwa, jedna z wielu zabawek, zawsze gdzieś na wierzchu, wyrozumiała, gdy ją niepotrzebnie kolorowałam i cierpliwa, kiedy uczyłam się na niej czytać. Rozmowy bohaterów jednocześnie bardzo mądre i bardzo głupiutkie, czyli tak jak dzieci lubią najbardziej. Uwielbiam.
,,Dostrzegłam, że nosił słońce na twarzy, ale deszcz pod żebrami."
,,Zapewne czytając, już od pierwszego momentu pomyśleliście czemu go nie zostawiłaś?". Właśnie. Biję się do tej pory z myślami, dlaczego nie zerwaliśmy już dawno, ale poczucie udręki psychicznej, problemy z akceptacją, ciągły natłok myśli, brak znajomych spowodowany chęcią pokazania Aleksowi, ile dla mnie znaczył, a raczej wykonaniem jego polecenia, obnażenie przed nim duszy i ciała, ciągłe powiadomienia z jego numeru- wszystko to razem sprawiło, że nie mogłam odejść."
,,Sztuczny uśmiech odbierał mi całą pewność siebie, jakbym grała w teatrze, w którym ktoś zabrał mi prawdziwą twarz i kazał nosić maskę niepasującą do roli."
,,Ludzie to głupie jednostki, nieważne, ile dasz z siebie, zawsze będzie za mało."
,,Podeszłam do niego i dałam mu buziaka w czoło, jakbym chciała naprawić coś, czego nie zepsułam."
Pozycja bardzo cieniutka, ale trafiająca prosto do serca. We mnie poruszyła to, co sama trzymałam zamknięte i przyznam, że tym trudniej się ją czytało im bardziej mogłam się z tymi wyznaniami utożsamić. (Nie żebym to znała...) Od osoby toksycznej zawsze trudno jest odejść, bo znajduje historie, które albo przez lata niszczyły nas od środka, albo wbija nam do głowy, że bez niego jesteśmy nikim, nikt nas nie zaakceptuje, a już zwłaszcza naszego wyglądu. Podkreślając notorycznie jak wiele się nam daje tworzą taką barierę uruchamiając w nas wyrzuty sumienia. Im więcej odbierają, tym więcej dają zgubnej otoczki miłości.
Historię opowiada dziewczyna, która bardzo kochała swojego chłopaka, a on wstydził się jej przed znajomymi. Słuchał się rodziców i często ją przy tym ranił, a czy świadomie, myślę, że tak. Samemu żyjąc w dziwnej rodzinie wybrał sobie na przewodnika kogoś, kto chciał nim rządzić. W ten sposób odseparował ją od wszystkich sprawiając, że zawsze czuła się wszystkiemu winna.
Każdy kto będzie ją czytał, a zna temat, będzie buzowała w nim wściekłość na bezsilność. Szczęśliwy ten, kto nie zna tematu, wtedy pomyśli sobie jak bardzo ktoś został skrzywdzony. Wewnętrznie potraktowałam ją jako wyznanie tego, co siedziało w ciele nikomu nie wypowiedziane. Lektura potrzebna, bo pokazuje jak jedni niszczą psychicznie drugich. Wiem natomiast, że im więcej osób pokiwa na nią głową, że temat został mądrze ukazany, tym i tak nic w swoich życiach z tym nie zrobią. Zniszczenia psychiczne buduje się latami, więc te systemy w ludziach są głęboko zakorzenione. Można jednak wszystko zmienić. Jednak do tego jest długa droga do odbudowy siebie.
Przeczytajcie jeśli temat was interesuje. Czasami choćbym nie wiem jak znała temat, to nie potrafię go polecić;-)
Kto powiedział, że liczenie sera musi być nudne? 🧀 "Cheese Master" już od pierwszej rundy potrafi zamienić zwykłe liczenie w mały wyścig z czasem. Na stole pojawiają się kostki, sery i zwierzaki, a każdy z graczy próbuje jak najszybciej rozszyfrować, jaki wynik ostatecznie powinien wskazać. Brzmi prosto? Tylko do momentu, kiedy na kostkach pojawi się kilka symboli naraz. 😉 Na początku wszystko wydaje się oczywiste, wystarczy policzyć kawałki sera. Szybko okazuje się jednak, że zwierzaki mają własne plany. Myszy podjadają ser, kot rozprawia się z myszą, pies usuwa kota, a król myszy również potrafi zmienić wynik. Jest jeszcze karczmarz, który potrafi zrobić na stole prawdziwe porządki.
I właśnie na tym polega największe wyzwanie. Nie wystarczy sprawnie dodawać. Trzeba jednocześnie obserwować, zapamiętywać zasady, analizować zależności i reagować w ułamku sekundy. Kiedy wszyscy przy stole próbują jako pierwsi wskazać prawidłową liczbę, emocji zdecydowanie nie brakuje. Czasami człowiek jest przekonany, że zna odpowiedź, a wtedy nagle dostrzega jedną małą mysz, która całkowicie zmienia sytuację. 🐭
Dużą zaletą "Cheese Master" jest łatwy start. Nie potrzeba długiego przygotowania ani wielostronicowego tłumaczenia zasad. Wystarczy rozłożyć elementy, przygotować kostki i można zaczynać. Gra dobrze sprawdzi się zarówno podczas rodzinnego popołudnia, jak i jako szybka rozgrywka ze znajomymi. Przy większej liczbie osób robi się jeszcze ciekawiej, bo każdy chce być tym, kto pierwszy poda właściwy wynik. Podczas zabawy ćwiczymy przy okazji spostrzegawczość, koncentrację, pamięć, logiczne myślenie, refleks oraz wykonywanie prostych działań matematycznych. Najlepsze jest jednak to, że żadna z tych umiejętności nie wysuwa się tutaj na pierwszy plan, dziecko skupia się przede wszystkim na zabawie i rywalizacji.
W pudełku znajdziemy 40 kart, 6 kostek, 7 drewnianych pionków sera oraz instrukcję. Rozgrywka jest krótka i dynamiczna, dlatego łatwo znaleźć czas na kolejną partię. A przy 10 minutach na grę hasło "jeszcze jedna runda" może pojawiać się częściej, niż początkowo zakładaliśmy. 😄Cheese Master to propozycja dla osób, które lubią szybką rywalizację, zadania wymagające skupienia i odrobinę zdrowego chaosu przy stole. Dzieci mogą potraktować ją jako świetną zabawę, a dorośli szybko przekonają się, że zdobycie tytułu Mistrza Sera wcale nie jest takie łatwe. Jedno jest pewne, tutaj ser nie zdąży długo poleżeć na stole. 🧀🐭
Witam, dziś mam dla was recenzję książki „To Nic Takiego” ❤️ Autorki Marleny Paletty ❤️ Wydawnictwo Novae Res ❤️
„To Nic Takiego” to piękna historia, która napisana jest z perspektywy czterech kobiet w różnym wieku. Właśnie to podobało mi się w niej najbardziej, ponieważ mogłam wiedzieć, co każda z nich czuje i myśli w danym momencie.
Mamy tutaj pokazane, jak życie, które jest dla nas normalne, w pełnej rodzinie, zaczyna przypominać wielką kupę gruzu.
Mam podobne odczucia co do rodziny jak nasze bohaterki, które sądziły, że rodzina jest wtedy, kiedy są oboje rodziców, którzy się kochają, bez żadnych sprzeczek i problemów. Niestety, jakże można się pomylić. Nigdy nie będziemy wiedzieć, co czeka nas w życiu, dopóki sami się tego nie dowiemy.
Ojciec naszych bohaterek z dnia na dzień oznajmia, że kocha kogoś innego, wyprowadza się i prosi o rozwód. Młodym kobietom zaczyna psuć się obraz pięknego, kochającego domu. Oczywiście nikt z nas nie jest gotowy na tego typu sytuacje.
Mamy także pokazaną sytuację, gdzie niespodziewanie nieuleczalna choroba powoli zabiera im również kolejną osobę, którą kochają.
Jesteśmy świadkami tego, z czym nasze bohaterki muszą się zmagać. Każda z nich jest inna, każda przeżywa wszystko na swój sposób, ale los nie ma zamiaru oszczędzać żadnej z nich. Muszą pokonać przeciwności, jakie los rzuca im pod nogi. Praca, miłość, szkoła to tylko namiastka ich problemów, z jakimi się zmierzały.
Ta książka pokazuje nam, że życie nie zawsze wygląda tak, jak sobie je wyobrażamy. Czasami w jednej chwili wszystko, co znaliśmy, może się zmienić i wtedy musimy nauczyć się żyć na nowo. Pokazuje również, że rodzina nie zawsze musi wyglądać idealnie, żeby była prawdziwa, a miłość i bliskość mogą pojawić się tam, gdzie zupełnie się ich nie spodziewamy.
„To Nic Takiego” to historia pełna emocji, trudnych momentów, ale również nadziei. ❤️ Pokazuje nam cztery różne kobiety, ich problemy, uczucia i to, jak próbują odnaleźć się w świecie, który nagle przestał być taki, jaki znały.
Ja bardzo polubiłam tę historię i myślę, że każdy z nas znajdzie w niej coś dla siebie. ❤️ Jeśli lubicie książki, które pokazują prawdziwe życie, emocje i problemy, z którymi możemy spotkać się również na co dzień, to zdecydowanie warto po nią sięgnąć. ❤️
TOTALNY HIT! Moje serce skradzione, a noc zarwana!Ta powieść to absolutna petarda, obok której żaden fan gatunku nie może przejść obojętnie.
Jest to pierwsza powieść kryminalna Tomasza Kieresa, a ja już z niecierpliwością czekam na więcej. Uwielbiam ten gatunek, a ten tytuł wyjątkowo mocno przypadł mi do gustu. Autor porusza tu niezwykle trudny i bolesny temat – co dzieje się, gdy wymiar sprawiedliwości zawodzi, a sprawca unika kary? Ta historia pokazuje, jak łatwo zatracić się w bólu po stracie bliskiej osoby, podczas gdy odpowiedzialny za to człowiek żyje sobie w najlepsze. Czy można z tym normalnie żyć? Gdzie leży granica między sprawiedliwością, a zemstą? I najważniejsze pytanie do Was: czy zło można zwalczyć złem?
To, co najbardziej urzekło mnie w tej książce, to gęsty, duszny klimat oraz genialnie skonstruowana warstwa psychologiczna. Bohaterowie są niezwykle wyraziści, a pióro autora – rewelacyjne i bardzo płynne. Na początku poznajemy Biankę Kołodziejczyk. To nieustępliwa,a zarazem świetna policjantka, którą polubiłam od pierwszych stron. Zostaje wezwana na miejsce oględzin, gdzie zastaje jedynie plamy krwi i całkowity brak jakichwiek innych śladów. Z kolei Łukasz Zaniewski to tajemniczy mężczyzna z trudną przeszłością, którego Bianka spotyka na strzelnicy. I od tego spotkania wszystko się zaczyna. Ich wspólna relacja jest magnetyczna od samego początku. Oboje stracili bliskich,a system zawiódł i pozostawiło to ślad na ich psychice. I niewyobrażalny ból. Mroczne sekrety i skomplikowane relacje splatają się tu w nierozerwalną całość.
Z wielką przyjemnością śledziłam losy bohaterów i ciągle zastanawiałam się, co wydarzy się dalej. Fabuła była totalnie nieprzewidywalna! W pewnym momencie, gdy wszystko zaczęło mi się układać w całość i połączyłam kropki, z niepokojem i adrenaliną przewracałam kolejne kartki. Nie mogłam uwierzyć, że moje przypuszczenia się sprawdzają. To tak mocno podsyciło moją ciekawość, że dla tej książki zarwałam noc!
Zagadka kryminalna jest naprawdę wyjątkowa (i już wiem, o co chodziło z tymi pieskami – one też są ważną częścią intrygi, na której trop wpada Bianka). Mimo że w trakcie lektury dowiadujemy się, kto zabija i kto zostawia plamy krwi bez ciał, to zakończenie totalnie mnie rozbroiło. Zupełnie nie spodziewałam się takiego finału! Autor mistrzowsko wyprowadził mnie w pole.
Warto dodać, że książka ma aż 550 stron, co niezmiernie mnie ucieszyło! Uwielbiam grubsze historie, a w tym przypadku każda strona była bezcenna.Dlatego ten kryminał stał się dla mnie wielwymiarowym hitem. I doceniam fakt,że autor zamknął tą historię w jednym pięknym tomie.
Myślę, że „Rubikon” to obowiązkowa pozycja dla każdego fana dobrych, niebanalnych kryminałów. Gwarantuję, że nie będziecie mogli się od niej oderwać! Bardzo polecam!
#współpracarenzencka
Wyobraźcie sobie, że z najsłynniejszych polskich obrazów nagle... znikają namalowane postacie! Brzmi jak totalny absurd? A to dopiero początek tej genialnej komedii kryminalnej! Jestem już po lekturze i do teraz zbieram szczękę z podłogi.
Jadwiga Buczak zafundowała nam prawdziwy rollercoaster. W muzeum w Krakowie z obrazu „Śmierć Ellenai” znika jej wierny towarzysz Anhelli, a w zamian na podłodze ląduje prawdziwy trup, ubrany identycznie jak postać z płótna! Mało? W poznańskim muzeum z obrazu „Babiego lata” Chełmońskiego znika postać..., a z ostatniego dzieła wystawionego w Warszawie ucieka sam „Stańczyk”, zostawiając... No właśnie ,musicie dowiedzieć się sami ! Matejko chyba złapałby się za głowę.
W samym środku tego artystycznego chaosu ląduje Mikołaj – utalentowany maturzysta, który zostaje niesłusznie zatrzymany pod zarzutem kradzieży i zabójstw. Policja uważa,że tych spraw nie da się wyjaśnić, więc do akcji musi wkroczyć jego zniecierpliwiona siostra Agata.
Czy uda się wyciągnąć brata z gigantycznych tarapatów?
Jak rozwiąże się ta zagadka?
I najważniejsze: jak ci ludzie uciekają z ram? Wyjaśnienie Was zaskoczy!
Książka ma świetne tempo, mnóstwo humoru i fantastycznie skonstruowaną intrygę. Bohaterowie po prostu bawią do łez, a amatorskie śledztwo Agaty to czyste złoto. Jeśli szukacie czegoś lekkiego, nieszablonowego i wciągającego od pierwszej strony, koniecznie musicie po to sięgnąć i sprawdzić to sami!
Instagram ksiazki_moja_chwila🌸Lucyna nie miała łatwego startu. Brak ciepła w rodzinnym domu, trudna relacja z ojcem i rozczarowania w miłości sprawiają, że zaczyna szukać swojego miejsca. W końcu podejmuje decyzję o wstąpieniu do zakonu i jako siostra Benedykta trafia do prowadzonego przez zakonnice domu dla sierot w Warszawie.
🌸 I właśnie tam zaczyna się historia, która bardzo mnie poruszyła. Stykamy się tam z biedą, chorobami, trudnymi dziecięcymi losami i mnóstwem problemów, z którymi trzeba mierzyć się każdego dnia. A jednak w tym wszystkim jest coś niezwykle ważnego, jest troska, bliskość i próba stworzenia dzieciom namiastki prawdziwego domu.
🌸Historia prowadzona jest z dwóch perspektyw. Pierwsza skupia się na teraźniejszych wydarzeniach, druga natomiast to przemyślenia i wspomnienia siostry Benedykty. To właśnie dzięki tej drugiej perspektywie możemy bliżej poznać Lucynę i dowiedzieć się, jak wyglądało jej życie, zanim zdecydowała się wstąpić do zakonu. Poznajemy jej trudne dzieciństwo, relację z ojcem, rozczarowania i doświadczenia, które w dużej mierze wpłynęły na jej późniejsze decyzje. Relacja Lucyny z ojcem była bardzo trudna alkohol, brak poczucia bezpieczeństwa i problemy rodzinne sprawiały, że dom, który powinien być dla niej miejscem spokoju, wcale taki nie był przez ojca.
Jako siostra Benedykta trafia do klasztornego domu dla sierot, który staje się azylem dla dzieci pozbawionych rodzinnego ciepła, a mimo trudnych warunków siostry robiły wszystko, by zapewnić im choć namiastkę domu.
🌸Autorka pokazuje, jak ogromne znaczenie może mieć jeden człowiek. Czasami wystarczy odrobina zainteresowania, dobre słowo czy zwykła obecność, żeby dziecko poczuło, że jest ważne.
🌸 Ważnym elementem historii jest również postać Janusza Korczaka i jego podejście do dzieci. Dom prowadzony przez siostry oraz Dom Sierot prowadzony przez Korczaka różnią się pod wieloma względami, ale łączy je najważniejsze, chęć ochrony dzieci i dania im poczucia, że ich życie i uczucia mają znaczenie.
🌸To książka o poszukiwaniu własnego miejsca, o poświęceniu, wierze, samotności, ale przede wszystkim o ludziach, którzy potrafią stworzyć dom tam, gdzie z pozoru nie powinno go być.
„Pod milczącym niebem” to spokojna, pełna emocji historia z klimatem przedwojennej Warszawy. To moje pierwsze spotkanie z twórczością Katarzyny Majewskiej-Ziemby i jestem ciekawa, dokąd autorka poprowadzi mnie w kolejnych tomach.
🌸 Dziękuję za wydawnictwu egzemplarz do recenzji ❤️
Spoglądając na nadany tytuł książki należącej do gatunku literackiego powieść autorstwa Pani Mélissy Da Costa pt. "Co przyniesie jutro" dostrzegłam to, że często zwracamy, się tymi słowami nawzajem zastanawiając, się nie wiedząc tego, jaki on będzie.
Postanowiłam się dowiedzieć, co autorka miała, na myśli tworząc go i czy płynie z niego jakikolwiek przekaz bądź nie, gdyż co do tego nie ma, nigdy, pewności jedynie możemy wywnioskować z tego, o czym ta powieść jest na podstawie opisu treści książki.
Twórczości autorki nie miałam okazji do tej pory poznać, ale z miłą chęcią zechciałam, dowiedzieć się co ukrywa tak wiele znaczący nadany książce tytuł.
Jak zachowa się Amande Luzin w sytuacji niespodziewanej dla niej samej, czy umie zaakceptować ją, czy może liczyć na pomoc osób, które są dla niej rodziną, całkiem obce, komu zaufa, a może odkryje kogoś, kto pozostawi jakiekolwiek wskazówki służące jej, aby dotychczasowe życie nabrało ciekawszego kolorytu smakowego?
Amande doświadczyła utraty wszystkiego tego, czego zdobyła do tej pory z początkiem kalendarzowego lata. Właściwie to musi dokonać natychmiastowych zmian i zmierzyć się z nowym wyzwaniem życiowym zapominając o tym, co ją podwójnie spotkało i spróbowaniem podarowania szansy na lepsze jutro do miejsca, w którym to miała żyć według planu z bliskimi sercu jej osobami.
Miłe jest, to kiedy ma się uzyskane wsparcie od teściów, szwagra oraz od obcych, znajomych świętej pamięci męża, że może na nich liczyć w każdej sytuacji niezależnie od miejsca, w którym się mieszka i tego właśnie doświadcza główna, bo bohaterka powieści autorstwa Pani Mélissy Da Costa pt. "Co przyniesie jutro" Amande Luzin. Wyczuwalne było to, jak z wielkim zaangażowaniem interesowali się jej dalszym losem, jak sobie radzi, czy są jej potrzebni, czy jak się to mówi, jest synową samowystarczalną, która nie lubi mieć kontaktu z nikim, bo żałobę przeżywa się na różny sposób i nie zawsze on służy pozytywnie osobom, które na dłuższy czas utraciły kontakt z rzeczywistością i izolują się od wszystkiego.
Nie podobało mi się zachowanie Julie, córki poprzedniej właścicielki Pani Hugues, która to pomimo tego, że nie mieszkała już w domu rodzinnym to była, jak dla mnie zbyteczną bohaterką, za bardzo wtrącała się do życia Amande.
U Amande brakowało mi tego, że nie umiała powiedzieć szczerze o tym, co czuje naprawdę, lecz miałam wrażenie, że skrywała to, co myśli w danej chwili. Jest to dla mnie troszkę irytujące zachowanie, ale z drugiej strony rozumiem ją, bo nie miała odpowiedniej w dzieciństwie osoby, z którą mogłaby porozmawiać o wszystkim. Brakowało jej miłości matczynej. Zbyt słaby kontakt z mamą zaowocował to, jaka jest i należy to zaakceptować.
Czytana przeze mnie powieść składa się z 25 rozdziałów. Nie czytało się jej szybko wbrew pozorom, jakbym przypuszczała.
Ponad rok temu miałam przyjemność być betaczytelniczką książki Irminy Marii "Booktoker". Dziś nareszcie ujrzy ona światło dzienne i będzie mogła dumnie prezentować się na Waszych półkach.
Jest to książka inna niż te które dotychczas wychodziły spod pióra Irminy. To thriller psychologiczny, tym razem kierowany do dorosłego czytelnika.
Historia opowiada o młodym człowieku, którego zniszczył drugi człowiek.
Podczas lektury będą wami targać skrajne emocje, od współczucia po strach i nienawiść. Ta ksiązka da wielu do myślenia, tylko oby zostały z niej wyciągnięte odpowiednie wnioski.
Dla mnie, jako fanki Stephena Kinga ma ona specjalne znaczenie. Dlaczego? To już musicie przekonać się sami.
Polecam jeśli strach Ci nie straszny. 😈
historie z dreszczykiem potrafią nas pochłonąć, tym bardziej, że wewnątrz jest wiele kolorowych niby ilustracji, choć mi to wygląda na malowane farbami urywki wydarzeń. Dodatkowo opowieść jest napisana na podstawie prawdziwych przeżyć o których wciąż opowiadają mieszkańcy Dziwnowa.
My zaglądając do tej książki widzimy, że dwa czasy się ze sobą przeplatają. Dodatkowo poznając w obecnym czasie młodego chłopca widzimy, że on zauważa więcej, jakby miał tajemniczy dar, który potrafi przenikać wszystkie płaszczyzny czasowe. Jest to ułożone jako jego zamyślenie, lecz on tego nie kontroluje, jakby to co ma się ukazać samo decydowało w jakim czasie i miejscu się to wydarzy. Poznajemy jego codzienność oraz wyzwania z kolegami, którzy lubią odwiedzać stare miejsca oraz domy w których podobno mieszkali wpływowi ludzie, lecz zbiegiem lat stoją puste i zapomniane. Te momenty przypomną dzieciństwo każdego, kto też lubił poznawać ten zakazany świat. Rozdziały ukazujące kolejne wydarzenia są krótkie i przecina je Pamiętnik Almy, dziewczynki, która opisuje swoje życie, to co dostaje, jak jest dla niej ważne i jak z każdą chwilą przeczuwa, że coś złego przybiera na sile. Podświadomie wiedziała, że coś się wydarzy, lecz jej teksty w pewnym momencie się kończą. W teraźniejszości zauważamy jak chłopiec widzi jakby przeszłość, czyli czas dziewczynki i jej wydarzeń, które zakończyły się tragicznie. On w swoim świecie odnajduje pewne rzeczy co ewidentnie pokazują, że upływ czasu miał na nie wpływ. Jest to wszystko połączone pewnym domem w którym mieszkała przeszłość, który jakby chciał pokazać co się w nim wydarzyło.
Jestem przekonana, że grono osób będzie zachwyconych tą historią. Skierowana jest do nastoletniego odbiorcy, gdyż jej styl pokazuje jakie rzeczy były ważne dla tego przedziału wiekowego. Czasami ułożone są słowa z dawniejszych lat, lecz przepełnione szykiem i podniosłością, aby zgrabnie oddzielić te czasy od siebie. Wszędzie mamy niepewność i poruszanie się po niej w coraz głębszą atmosferę. Dla wielbicieli historii z dreszczykiem jest idealna:-)
Cora jako dowódczyni oddziału łączników ma wiele spraw na głowie. Najbardziej cierpi z powodu braku personalnych. Jej zespół wykwalifikowanych żołnierzy jest skromny, a nowi są przydzielani do innych oddziałów. Królestwo chce zdobyć nowe tereny i nie cofnie się przed niczym. Dziewczyna straciła kiedyś bliską osobę i teraz jest niezwykle wrażliwa na nowych rekrutów, dlatego jak jest w niebezpieczeństwie nie waha się przed działaniem. Do czego
dowódczyni się posunie? Które stworzenie okaże się bardziej lojalne? Co skrywa w sobie Bezdenne Jezioro?
Zainteresowałam się tą powieścią ze względu na to, że mają być smoki i wywerny, gdzie te drugie mają być bardziej pozytywne od pierwszych. Początek pokazał potencjał, intrygował i zachęcał, tylko dużo zmienia się od momentu właśnie Bezdennego Jeziora. Wtedy klimat powieści całkowicie się zmienia i obiera całkowicie inny bieg.
Dla mnie ta powieść to w pewien sposób eksperyment czytelniczy. Nie jest to lektura klasyczna, gdzie mamy jeden główny temat, trochę przeskakujemy czasowo i jest naprawdę dużo wątków pobocznych. Przeczytałam w życiu mnóstwo książek, a jeszcze znajduję takie, które potrafią zaskoczyć. Nasz główny cel zmienia się w trakcie lektury, może nawet się wydawać, że każda z postaci co innego chce osiągnąć.
Bohaterów też nie tak łatwo opisać, bo są mieszanką wielu cech. Cora przez swoje przeszkolenie dba o osoby, z którymi przebywa, zależy jej na najbliższych i ma ogromne poczucie niesprawiedliwości. Potrafi najpierw działać, potem myśleć. Na pewno można o niej powiedzieć, że jest uparta i zawzięta. Z dziewczyn jest jeszcze Ziri, kobieta, która kompletnie nie patrzy na siebie tylko na innych, nie rozumiem słowa nie oraz musi wiedzieć i widzieć wszystko. Z jednej strony ma to swoje wytłumaczenie, a drugiej mam z nią pewien problem, bo biorąc pod uwagę jej stan, sposób myślenia powinna mieć kompletnie inny. Jeśli chodzi o panów to szczerze, nie pamiętam ich imion jedynie Oliviera, który był poprawny, ale dziwię się, że był taką ciepłą kluską trochę, chociaż z tym z czym się mierzył powinien jednak wziąć się w garść.
Ta powieść to miał być steampunk, nie będę ukrywać, że znam się na tym podgatunkiem, bo tak nie jest. Ma ona swój klimat, ciągły niepokój i poczucie obserwowania. Bezdenne Jezioro skrywa wiele tajemnic i po skończeniu wywołuje mnóstwo przemyśleń, co jest prawdą a co czym innym (nie będę zdradzać). Jednak druga połowa jest chaotyczna, można łatwo się pogubić. Trzeba na niej się skupić i czytać jak najwięcej ciągiem, bo częste przerywanie, powoduje zamęt.
Jeżeli macie ochotę na coś innego, nietypowego to możecie spróbować z tą lekturą. Jest to coś innego, nowego. Nie wiem czy taki gatunek jest dla mnie, muszę potestować z większą ilością. Mam na razie mieszane odczucia, jednak jestem zaciekawiona, co jeszcze można znaleźć w tym podgatunku. Dla mnie to małe odkrycie i chęć zagłębiona się w ten podgatunek.