Nie wahajcie się ani chwili. Ta książka to najlepsze co was spotka w ostatnim czasie. Wielkie, monumentalne dzieło o pamięci, o miłości, o żałobie, stracie, śmierci, macierzyństwie, tworzeniu wspólnego świata zanurzonego w filozofii, literaturze i życiu - po prostu. Wybitne dzieło
Niektóre tajemnice powinny pozostać pogrzebane. Nie dlatego, że są nieistotne, lecz właśnie dlatego, że ich odkrycie może zniszczyć życie tych, którzy przez lata nauczyli się funkcjonować z ciężarem tego, co wydarzyło się w przeszłości. Problem w tym, że sekrety mają to do siebie, że nawet jeśli przez długi czas pozostają ukryte, w końcu zaczynają upominać się o uwagę.
Green Village jest miejscem, w którym przeszłość zdecydowanie nie zamierza odejść.
Dziesięć lat wcześniej doszło tutaj do tragicznego wypadku. Larry trafił do szpitala i od tamtej pory pozostaje w śpiączce, a życie kilku młodych ludzi zmieniło się w jednej chwili. Jednym z nich był Alex Turner. Dla mieszkańców miasteczka sprawa wydawała się oczywista. Znaleźli winnego i bardzo szybko wydali wyrok. Alex stał się tym, którego można było obarczyć odpowiedzialnością za tragedię.
Nikt nie chciał słuchać jego wersji.
Nikt nie chciał zastanawiać się, co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy.
A już na pewno nikt nie zamierzał pozwolić, by prawda wyszła na jaw.
Alex uciekł więc z Green Village i przez kolejne lata próbował zbudować sobie życie z dala od miejsca, które odebrało mu poczucie bezpieczeństwa, dobre imię i wiarę w ludzi. Został lekarzem. Każdego dnia ratował innych, jakby wciąż próbował odkupić winę, której tak naprawdę nigdy nie powinien był na siebie przyjmować.
I kiedy wydawałoby się, że wreszcie udało mu się zostawić przeszłość za sobą, los ponownie kieruje go do Green Village.
Umiera jego ojciec, a Alex musi wrócić do domu.
Tyle powinno wystarczyć.
Tylko że powrót do rodzinnego miasteczka szybko okazuje się początkiem czegoś znacznie większego.
Pojawiają się pytania, na które przez dziesięć lat nikt nie chciał odpowiadać. Są zachowania, które trudno wyjaśnić, rozmowy urywające się w najmniej odpowiednich momentach i ludzie, którzy zdecydowanie zbyt wiele wiedzą, a jednocześnie za wszelką cenę próbują zachować milczenie.
I wtedy pojawia się Ana.
Kobieta, która przed laty była największą miłością Alexa, a teraz staje się jego sojuszniczką w próbie odkrycia tego, co naprawdę wydarzyło się tamtej feralnej nocy.
Wspólne poszukiwanie prawdy sprawia jednak, że na jaw zaczynają wychodzić kolejne fakty. A każdy z nich prowadzi do następnego pytania.
Czy wypadek Larry'ego rzeczywiście był tylko nieszczęśliwym zdarzeniem?
Co stało się z osobą, która zaginęła przed dziesięcioma laty?
Dlaczego mieszkańcy Green Village tak desperacko próbują zapomnieć o wydarzeniach z przeszłości?
I przede wszystkim — kto przez cały ten czas miał coś do ukrycia?
Podczas lektury bardzo szybko można złapać się na tym, że zaczynamy podejrzewać niemal każdego. Autorka umiejętnie rozstawia tropy, podrzuca drobne szczegóły i pozwala czytelnikowi uwierzyć, że właśnie odkrył coś ważnego. A kiedy zaczynamy już układać sobie wszystko w głowie, pojawia się kolejny element, który burzy całą teorię.
I to jest właśnie jedna z największych zalet tej historii.
Tutaj nie można być niczego pewnym.
Nie można bezgranicznie zaufać bohaterom, bo każdy z nich ma swoją historię, swoje lęki i swoje powody, by pewnych rzeczy nie wypowiadać na głos. Nawet osoby, które początkowo wydają się całkowicie niewinne, z czasem zaczynają wzbudzać niepokój.
Ana również nie pozostaje poza podejrzeniami.
Czy kobieta, którą Alex kiedyś kochał, rzeczywiście jest dokładnie taka, za jaką ją uważa? Czy po dziesięciu latach można jeszcze bezgranicznie zaufać komuś, kogo wspomnienia zostały naznaczone tragedią?
A może odpowiedzialność rzeczywiście ponosi ktoś zupełnie inny?
Pastor Lewis, ojciec Larry'ego, przez lata nie pozwolił Alexowi zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Zamiast wybaczenia pojawiło się piętnowanie, oskarżenia i pogarda. Czy człowiek, który tak bardzo pragnął sprawiedliwości, sam ma coś na sumieniu?
A Beth?
Jej niechęć do Alexa również trudno zignorować.
Im dalej zagłębiałam się w tę historię, tym mocniej miałam wrażenie, że Green Village jest niemal osobnym bohaterem tej książki. To miejsce ma własną atmosferę — ciężką, duszną i pełną niedopowiedzeń. Niby zwyczajne miasteczko, a jednak sprawia wrażenie, jakby jego mieszkańcy zawarli między sobą niepisany pakt.
Nie pytaj. Nie pamiętaj. Nie mów.
Nikomu ani słowa.
I właśnie milczenie okazuje się tutaj czymś znacznie bardziej niebezpiecznym niż kłamstwo.
Bo czasami człowiek nie musi wypowiedzieć ani jednego słowa, żeby ukryć prawdę. Wystarczy, że przemilczy odpowiedni fragment historii.
Bardzo podobało mi się również to, że „Nikomu ani słowa” nie jest wyłącznie historią kryminalną. Pod zagadką i kolejnymi zwrotami akcji znajduje się opowieść o konsekwencjach, jakie mogą mieć wydarzenia z przeszłości. O człowieku, któremu odebrano możliwość normalnego życia, ponieważ inni uznali, że wiedzą lepiej, co wydarzyło się tamtej nocy. O winie, która czasami zostaje przypisana niewłaściwej osobie. O ludziach, którzy zamiast zmierzyć się z prawdą, wybierają wygodne milczenie.
Alex jest bohaterem, któremu trudno nie kibicować. Przez lata próbował udowodnić sobie i światu, że jest kimś więcej niż człowiekiem, którego naznaczono winą. Jego powrót do Green Village nie jest więc tylko powrotem do rodzinnego domu. To konfrontacja z własną przeszłością i z ludźmi, którzy przez dekadę budowali swoją wersję wydarzeń.
Najbardziej intrygujące jest jednak to, że prawda niekoniecznie przyniesie wszystkim ulgę.
Czasami jej poznanie boli bardziej niż niewiedza.
A kiedy zaczynają wychodzić na jaw kolejne fakty, okazuje się, że pewnych rzeczy nie da się już cofnąć. Można jedynie zdecydować, co zrobić z tym, czego właśnie się dowiedzieliśmy.
Aria May bardzo sprawnie bawi się oczekiwaniami czytelnika. Nie daje prostych odpowiedzi i nie pozwala zbyt długo czuć się bezpiecznie. Kiedy pojawia się przekonanie, że wszystko zaczyna się układać, historia wykonuje kolejny skręt. Dzięki temu napięcie utrzymuje się przez całą opowieść, a potrzeba poznania prawdy staje się coraz silniejsza.
Bo tutaj naprawdę chce się wiedzieć.
Chce się zrozumieć, co wydarzyło się dziesięć lat temu.
Chce się odkryć, kto kłamał.
Chce się wiedzieć, komu można zaufać.
I przede wszystkim chce się przekonać, kto przez te wszystkie lata miał powód, żeby milczeć.
„Nikomu ani słowa” to thriller pełen sekretów, podejrzeń i rodzinnych tajemnic, ale również historia o tym, jak łatwo można zniszczyć czyjeś życie, kiedy zamiast prawdy wybierze się własną wersję wydarzeń.
To książka, która zmusza do ciągłego zadawania sobie pytania: a co, jeśli wszystko, w co właśnie uwierzyłam, jest kolejnym kłamstwem?
I chyba właśnie dlatego tak trudno ją odłożyć.
Bo w Green Village każdy coś ukrywa.
Każdy ma swoją historię.
Każdy może kłamać.
A prawda, na którą wszyscy czekają, może okazać się znacznie bardziej niebezpieczna, niż ktokolwiek przypuszczał.
Tylko pamiętajcie — w Green Village lepiej uważać na to, komu powierzacie swoje sekrety. Niektóre z nich naprawdę powinny pozostać niewypowiedziane.
„Wpatrywała się w niego płonącymi oczami. Od razu zrozumiał, że jej gniew skierowany był przeciwko niemu.”
„Oczy kobiety lśniły gorączkowym blaskiem. Łokciami przeciskała się przez tłum. Pot spływała jej po twarzy, suknia była podarta i ubrudzona sadzą.”
„Nie wszystkie więzy są widoczne gołym okiem”.
Niektóre spotkania przychodzą do naszego życia cicho. Bez ostrzeżenia, bez wielkich deklaracji, a mimo to potrafią wywrócić do góry nogami wszystko, co do tej pory wydawało nam się pewne. Czasami wystarczy jedna osoba, jedno spojrzenie, jedna rozmowa, żeby świat, który znaliśmy od zawsze, nagle zaczął wyglądać zupełnie inaczej.
Dla Lily takim spotkaniem jest poznanie Jo.
Lily dorastała w świecie, w którym wszystko miało swoje miejsce. Pochodzi z zamożnej rodziny, jej ojciec jest człowiekiem mocno przywiązanym do tradycji, brat ma gwałtowny charakter, a rodzinne przedsiębiorstwo żeglugowe zapewnia im dostatek i bezpieczeństwo. Przyszłość Lily również wydaje się przesądzona. Jest zaręczona z Henrym, przyszłym lekarzem, kształci się w seminarium nauczycielskim i powinna po prostu podążać wyznaczoną dla niej ścieżką.
Tyle że gdzieś głęboko w niej mieszka dziewczyna, która marzy o czymś więcej.
O pisaniu. O własnym głosie. O wolności.
Początkowo Lily sama nie do końca rozumie, jak bardzo potrzebuje wyrwać się z ram, w których została zamknięta. Przez całe życie uczono ją przecież, że pewnych rzeczy się nie robi, pewnych pytań się nie zadaje, a od kobiety oczekuje się przede wszystkim posłuszeństwa, dobrego wychowania i podporządkowania rodzinie.
I wtedy na jej drodze staje Jo.
A wraz z nim świat, którego Lily wcześniej nie znała.
Ich relacja jest dla mnie absolutnym sercem tej historii.
To właśnie ona sprawiła, że tę opowieść przeżywałam nie tylko jako historię osadzoną w dziewiętnastowiecznym Hamburgu, ale przede wszystkim jako niezwykle emocjonalną opowieść o dwojgu ludzi, którzy spotykają się po dwóch stronach społecznej przepaści.
Lily i Jo pochodzą z dwóch różnych światów.
Ona zna eleganckie salony, dostatek i poczucie bezpieczeństwa. On zna rzeczywistość, w której życie potrafi być brutalne, a człowiek nie zawsze ma możliwość decydowania o własnym losie.
Powinni pozostać dla siebie obcymi.
Tak nakazuje rodzina. Społeczeństwo. Epoka.
A jednak pomiędzy Lily i Jo zaczyna pojawiać się coś, czego nie da się tak łatwo zatrzymać.
Ich relacja nie jest banalna. Nie rozwija się w świecie, w którym wystarczy powiedzieć „kocham” i wszystko nagle staje się możliwe. Wręcz przeciwnie – tutaj każda emocja ma swoją cenę. Każde zbliżenie niesie ryzyko. Każda decyzja może mieć konsekwencje.
I właśnie dlatego ich więź tak mocno działa na emocje.
Jest w niej delikatność, ale również niepokój. Jest fascynacja, ciekawość, coraz większe przyciąganie, ale też świadomość, że świat wokół nich nie zaakceptuje łatwo tego, co zaczyna się między nimi rodzić.
Johannes staje się dla Lily kimś, kto burzy jej dotychczasowe wyobrażenie o rzeczywistości.
Pokazuje jej świat z zupełnie innej perspektywy. Świat ludzi, którzy nie mogą pozwolić sobie na luksus marzeń, ponieważ każdego dnia walczą o podstawowe rzeczy. Dzięki niemu Lily zaczyna dostrzegać ludzi, których wcześniej być może nawet nie zauważała. Zaczyna rozumieć, jak ogromna przepaść dzieli tych, którzy mają wszystko, od tych, którym odebrano nawet możliwość wyboru.
Ale Jo daje jej coś jeszcze.
Odwagę, żeby spojrzeć na własne życie.
Bo im bliżej go poznaje, tym trudniej Lily udawać, że jest szczęśliwa w świecie, który ktoś zaplanował za nią.
I właśnie tutaj jej przemiana jest najpiękniejsza.
Lily nie staje się nagle zupełnie inną osobą. Jej droga jest pełna wątpliwości, strachu i wewnętrznych konfliktów. Z jednej strony ma rodzinę, tradycję, narzeczonego i bezpieczną przyszłość. Z drugiej – coraz wyraźniej słyszy własny głos.
A ten głos mówi jej, że chce żyć po swojemu.
Chce pisać.
Chce decydować.
Chce czuć.
Chce być kimś więcej niż tylko córką, narzeczoną i kobietą, która ma spełnić oczekiwania innych.
Jo pomaga jej zobaczyć, że ma do tego prawo.
I chyba właśnie za to pokochałam tę relację najbardziej.
Nie dlatego, że jest łatwa.
Właśnie dlatego, że nie jest.
Bo Lily i Jo muszą walczyć nie tylko z własnymi obawami, ale również z całym światem, który od początku wyznacza im granice.
Granice klas.
Granice płci.
Granice przyzwoitości.
Granice tego, co „wypada”.
A przecież uczucia nie pytają o pochodzenie.
Nie pytają o nazwisko.
Nie pytają, czy dana osoba pasuje do naszego świata.
Po prostu się pojawiają.
Hamburg idealnie podkreśla tę historię. To miasto pełne skrajności – zachwycające i przytłaczające jednocześnie. Eleganckie wnętrza i bogate domy sąsiadują ze światem portu, ciężkiej pracy, biedy i brudu. Widać tutaj bardzo wyraźnie, że miejsce, w którym człowiek się urodził, często decydowało o całym jego życiu.
A Lily zaczyna tę granicę dostrzegać.
Coraz trudniej jest jej odwracać wzrok.
Coraz trudniej udawać, że wszystko jest w porządku.
I coraz trudniej ignorować to, co czuje do Jo.
To właśnie sprawia, że ta historia ma w sobie tak ogromny ładunek emocjonalny. Relacja Lily i Johannesa nie istnieje w próżni. Ona musi zmierzyć się z całym systemem wartości, w którym zostali wychowani.
Lily musi zdecydować, czy bezpieczeństwo jest warte rezygnacji z własnego szczęścia.
Jo musi zmierzyć się z tym, że dla świata jego pochodzenie może znaczyć więcej niż jego charakter, uczucia i człowieczeństwo.
A ich relacja staje się miejscem, w którym te dwa światy spotykają się po raz pierwszy naprawdę.
Jest coś niezwykle pięknego w tym, jak Lily stopniowo przestaje patrzeć na Jo przez pryzmat różnic, a zaczyna widzieć w nim po prostu człowieka.
I chyba właśnie tego najbardziej potrzebowałam w tej historii.
Bo pod wszystkimi społecznymi podziałami, konwenansami i zasadami kryje się coś znacznie ważniejszego – potrzeba bycia zauważonym. Zrozumianym. Pokochanym.
Lily i Jo przypominają, że czasami największe więzy nie są tymi, które można zobaczyć.
Nie są zapisane w dokumentach.
Nie wynikają z nazwiska.
Nie tworzy ich wspólne pochodzenie.
Powstają gdzieś pomiędzy spojrzeniami, rozmowami, zaufaniem i chwilami, w których druga osoba zaczyna znaczyć dla nas więcej, niż powinna.
I może właśnie dlatego ta relacja tak mocno zostaje w głowie.
Bo Lily dzięki Jo zaczyna odkrywać siebie.
A Jo dzięki Lily dostaje coś równie ważnego – poczucie, że ktoś naprawdę chce go zobaczyć, poznać i zrozumieć, zamiast oceniać go przez pryzmat świata, z którego pochodzi.
Ich historia jest pełna bólu, trudnych wyborów i emocji, ale jednocześnie daje nadzieję, że nawet w świecie zbudowanym z zakazów można znaleźć odrobinę wolności.
Że czasami warto zaryzykować.
Że czasami trzeba zawieść oczekiwania innych, żeby nie zawieść samego siebie.
I że nie każda granica została stworzona po to, żeby jej przestrzegać.
Lily najbardziej poruszyła mnie swoją odwagą, która rodzi się z lęku. Jo – swoją siłą i tym, że mimo wszystkiego, co rzuca mu pod nogi życie, potrafi pozostać człowiekiem zdolnym do bliskości i uczuć.
Razem tworzą relację, której nie da się zapomnieć.
Relację, która nie tylko zmienia Lily.
Ona zmienia sposób, w jaki patrzymy na cały świat przedstawiony.
I kiedy zamknęłam książkę, długo jeszcze wracałam myślami właśnie do nich.
Do Lily.
Do Jo.
Do Johannesa.
Do dwóch osób, które według wszystkich zasad nie powinny znaleźć się tak blisko siebie.
A jednak się znalazły.
I być może właśnie w tym tkwi największa siła tej historii.
Bo czasami życie stawia na naszej drodze człowieka, który nie pasuje do żadnego planu.
Nie powinien się pojawić.
Nie powinien zmienić naszego świata.
Nie powinien stać się ważny.
A jednak staje się.
I wtedy trzeba odpowiedzieć sobie na najtrudniejsze pytanie:
czy wybierzemy życie, które ktoś dla nas zaplanował, czy odważymy się sięgnąć po to, którego naprawdę pragniemy?
Lily wybrała drogę, której nikt za nią nie napisał.
A Jo był jednym z powodów, dla których w ogóle odważyła się po nią sięgnąć.
I chyba właśnie dlatego ich historia zostanie ze mną na długo.
Bo nie wszystkie więzy są widoczne gołym okiem.
Niektóre pozostają w sercu. I właśnie te najtrudniej zerwać.
To było jakieś szaleństwo, ponieważ książka spodobała mi na wszystkich poziomach w jakich można sklasyfikować najlepszy kryminał. Po pierwsze postacie, jak ja się zdziwiłam, kiedy od początku złapałam z nimi kontakt dosłownie koleżeński. Tutaj nie ważne czy to policja czy ktoś poboczny, od razu czujemy jakbyśmy znali się z nimi sto lat i ze swobodą wierzyli we wszystko co mówią i to jeszcze z pewnością, że nas by nie oszukali:-) Była w tym wszystkim jakaś niewytłumaczalna atmosfera, pomimo pościgu za mordercą nie było presji i nerwowości, która w innych książkach wręcz nakazywała przerywać czytanie, bo nie było miejsca na swobodny oddech. Tu wszystko ma swój czas, a postacie to ludzie, którzy są po przejściach. Kobieta policjant nie jest typem, który musi wszystko wszystkim udowadniać, lubi pobalować po pracy i być zwykła lub profesjonalna w zależności od sytuacji. Widzimy ją taką jaką chce się pokazać. Inne postacie wydają nam się interesujące z powodu prologu o chłopcu, któremu zaginęła przyjaciółka. Święcie wierzył, że tylko jego ojciec policjant może ją odnaleźć. Później wiemy, że wyszła z tego, ale czy cało, tego bym nie powiedziała. Oprócz niej są też inne osoby i każdy ma coś przez co przeszedł, dlatego poznając z wolna te osobistości wydaje nam się jakby nic nadzwyczajnego miało się tam nie wydarzyć. Nawet nie spostrzegamy, kiedy cała atmosfera z wolna gęstnieje coraz bardziej. Na przesłuchaniach w poszukiwaniu winnego opisy ułożone są tak, byśmy spostrzegli czy dana osoba mówi prawdę. Przesłuchujący bywają inteligentni i pozwalają grać i mówić to co rzekomo jest prawdą dając w ten sposób jej czas i prywatność, której potrzebuje. Niemal na każdym poziomie widać, że wszystko potrafią przewidzieć żyjąc w przeświadczeniu, że świat na zmuszanki przestał już reagować. Pomimo niepokoju ludzie pragną czuć się bezpieczni z przestrzeganiem swoich granic. Zabawne jednak było to, kiedy coś się działo, a postacie gapili się jakby ktoś coś za darmo miał im dawać. Z kolei na hasło rozproszenia uciekali niczym od roju pszczół. To mnie nieco rozbawiało, dlatego czytałam ją z przyjemnością. Jednak pomimo kultury osób owianych inteligencją zjawi się też ktoś, kto roztaczał wokół siebie brak własnych win z przerzuceniem wszelkich niepowodzeń na inne osoby. On zdecydowanie potrafił podnosić ciśnienie;-) Tak na koniec tylko dodam, że każdy winowajca ma prawo się zakochać i dla tej osoby będzie człowiekiem. Niestety tylko dla tej.
Jest siła, jest moc, zwiększające się napięcie, zwyczajne dni, słabości ludzkie, wściekłość na niepowodzenia, niecne myśli, życie na autopilocie, sceny pokazujące, że wszystko nam wolno jak i te odwrotne. Jest sporo treści, ale pomimo niecnych uczynków i słów, to nadal uważam, że jak na kryminał, to zawiera wysoki poziom profesjonalizmu. Żeby spamiętać te wszystkie postacie trzeba mieć szeroką zdolność spostrzegawczości. Może dlatego jak widzę, nie każdy za treścią nadążył;-)
Romans mafijny "Inferno" jest pierwszym tomem serii Bracia Costa, w którym pierwsze skrzypce będzie odgrywał Carlo.
Carlo to surowy, stanowczy, budzący grozę właściciel kasyna, które odziedziczył po ojcu. Pragnie zemścić się za śmierć ojca. Kobiety traktuje jak rozrywkę. Kochał tylko raz, Emmę. Młoda kobieta ze strony męża doświadczyła przemocy fizycznej i psychicznej. Udało się jej uciec do mieszkania po dziadku. Znajduje pracę w strefie VIP w kasynie... Carla. Czy uczucie odżyje na nowo? Czy dadzą mu szansę? I czy Emma zdąży uratować mężczyznę ze śmiertelnej pułapki?
Bardzo współczułam Emmie. To, co musiała przejść, w jakiś sposób ją zahartowało. Chcąc nie chcąc stała się twarda, walcząca o spokój i bezpieczeństwo, nieufna wobec ludzi, których traktuje z dystansem. Jednak w środku nadal tkwi w niej ta sama wrażliwa, uczuciowa i krucha kobieta, którą niegdyś była. Chce uciec od przeszłości, ale jak wiemy, jest to mało prawdopodobne. Przeszłość bowiem zawsze, tak czy inaczej, nas dopadnie. A tu nie chodzi tylko o przeżycia, ale o realne niebezpieczeństwo...
W relacji Carla i Emmy iskrzy od początku. To zderzenie dwóch różnych światów. Jednak zastanawiała mnie jedna rzecz. Emma uciekła od toksycznego człowieka, a ponownie zaczęła wchodzić w mrok, zbyt szybko obdarzając zaufaniem faceta, którego imię powinno brzmieć: niebezpieczny. Co nie zmienia faktu, że nie sposób go nie polubić. Mocno intryguje jego moralnie niejednoznacznie postać.
Fabuła obfituje w tajemnice i niebezpieczne intrygi. Wchodzimy w środek brutalnego mafijnego świata. Akcja toczy się szybko, momentami chaotycznie, bohaterów pobocznych też jest sporo, można więc się w tym wszystkim pogubić. Dlatego potrzeba większego skupienia i jest ok. Mnóstwo tu kontrastów - od bohaterów, przez wydarzenia, po emocje. Pojawiający się humor równoważy poważniejsze tematy czy duszne, ciężkie, mroczne wątki.
Moją uwagę zwrócił świetnie oddany przez Justynę Górecką klimat Toskanii. Jest idealnym dopełnieniem wszystkich wydarzeń oraz tego, że mamy do czynienia z mafią, więc umiejscowienie akcji w tym miejscu to dobry pomysł.
"Inferno. Bracia Costa - Carlo" to historia o walce z przeszłością, odkrywaniu siebie, miłości, braterskiej więzi. To pełna emocji gra, w której tylko jedna karta wygrywa. Która? Sprawdźcie sami!
To nie pierwsza powieść pani Agnieszki Janiszewskiej, którą przeczytałem. Były już inne: Aż po horyzont, Sekrety domu. Bille oraz Dziedzictwo elfów, czyli trzytomowa powieść, która skradła moje serce. Dlatego z ogromnym zainteresowaniem zabrałem się za Smugi, licząc na niebanalną historię. I taką właśnie otrzymałem, misternie skonstruowaną przez autorkę.
Kilka słów o niej. Agnieszka Janiszewska ukończyła studia historyczne na Uniwersytecie Warszawskim. Choć dziś mieszka w jednej z miejscowości pod Warszawą, od lat pozostaje związana ze stolicą. Historia to nie tylko jej wykształcenie, ale przede wszystkim życiowa pasja, którą z zaangażowaniem przekazuje uczniom szkół średnich. Mam nadzieję, że ta fascynacja przeszłością inspiruje młodych ludzi i pozostawia w nich trwały ślad. W swoim dorobku autorka ma zarówno publikacje naukowe, w tym monografie i biografie historyczne, jak i cenione powieści obyczajowe. Akcję swoich książek często osadza na tle ważnych i trudnych wydarzeń z dziejów Polski. Czy są to czasy zaborów, okres drugiej wojny światowej, czy lata powojenne, autorka z powodzeniem umieszcza swoje historie w różnych, często niezwykle trudnych momentach polskiej historii.
Już wizualnie książka przyciąga uwagę. Okładka ma w sobie coś, co sprawia, że chce się jej przyjrzeć bliżej. Centralną postacią jest kobieta oglądająca stare fotografie. Czego w nich szuka? Zapewne ukrytej rodzinnej historii, która budzi jej zainteresowanie. Dominują tutaj ciepłe barwy, tworzące nostalgiczny nastrój. Ja odnoszę wrażenie, że bohaterka nie tylko ogląda fotografie swojej rodziny, ale próbuje również znaleźć odpowiedzi na pytania, na które odpowiedzi znajdziemy w niniejszej powieści. Dodatkowo sam tytuł sugeruje, że nad życiem jej rodziny znajduje się jakiś cień, jakieś smugi przeszłości, które przykrywają to, co ważne, a czego ona jeszcze nie wie. Czy uda jej się znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania dotyczące życia najbliższych?
Przenieśmy się zatem do lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Polska. Czas dla naszego kraju spętanego w okowach stalinizmu. Nie odczuwamy jednak tego zbyt mocno, ponieważ autorka skupia się przede wszystkim na losach swoich bohaterów. Na kartach powieści Iga Bogucka opowiada historię swoich rodziców. Dowiadujemy się, że jej rodzice pobrali się w 1959 roku, po tym, jak z emigracji wraca Andrzej Bogucki. Od razu możemy zadać sobie pytanie: po co wrócił po takim czasie do kraju, który pod butem wschodnich „przyjaciół” próbował podnieść się z kolan?
Mężczyzna spotyka w Warszawie swoją dawną znajomą Olgę, z którą spędzi resztę swojego życia. Wydaje się, że nic nie zakłóci sielanki ich wspólnego życia. Może niełatwego, ale pozbawionego rozliczeń z poprzednimi latami, kiedy Andrzej żył poza granicami kraju. Rodzi im się córka Iga. To właśnie ona, doktorantka Uniwersytetu Warszawskiego, udaje się w daleką, jak na tamte czasy, podróż do Leuven. Tam, za sprawą zbiegu okoliczności, a przecież takie zdarzają się i to często!, poznaje osobę, która okazuje się jej kuzynką. I to w bibliotece... Czy to spotkanie odmieni jej życie? Czego dowie się od Chantal, która okazuje się córką przyrodniego brata Andrzeja, Tomasza?
Jestem pod ogromnym wrażeniem konstrukcji tej powieści i dokładnej analizy poszczególnych postaci. Autorka umiejętnie buduje napięcie i stopniowo ujawnia kolejne sekrety, które z każdą przeczytaną kartką skłaniają do zastanowienia się, jak wszystko potoczyłoby się, gdyby Iga nie wyjechała na Zachód.
Smugi to powieść, w której przeszłość nie daje o sobie zapomnieć, a rodzinne sekrety potrafią przetrwać całe pokolenia. To historia o poszukiwaniu prawdy, odkrywaniu własnych korzeni i próbie zrozumienia decyzji, które przed laty podjęli najbliżsi.
Zdecydowanie polecam. Dla fanów powieści psychologiczno-obyczajowych będzie to niesamowita lektura.
Po lekturze tej książki doszłam do wniosków, że każda książka może nieść do nas przesłanie, tylko od rozwinięcia naszego myślenia zależeć będzie co takiego w niej dostrzeżemy. Tą opowieść można by potraktować jako historię kobiet, które miały jakieś problemy z rodzicami i dlatego wyrosły na osoby mniej pewne siebie. Mi z kolei rzuciło się w oczy wiele rzeczy ale chyba najbardziej to, że nie znając drugiej osoby nie możemy jej oceniać. Ktoś wydziarany może nie być zuchwałcem a polem na którym ukryły się jego boleści bądź straty. Ktoś pyskaty może być dla nas ignorantem, ale to on wybrał po latach poniżania w końcu siebie i ceni swój czas, dlatego nie rozmawia o głupotach. Ktoś plotkujący może być osobą, która zawsze pragnęła mieć uwagę, ale nigdy jej nie dostała. Mówiąc o innych liczy, że i oni w końcu będą mówili o niej. Ktoś, kto nienawidzi któregoś z rodziców mógł nigdy nie być przez nich kochany. Tak łatwo jest wejść na tryb oceny patrząc na wygląd i słuchając jego słów, ale nie wie co takiego musiało się stać, jak musiał być skrzywdzony, że stał się tym, w kogo potrafił się przemienić. Nie chodzi o to, że mamy każdego człowieka otaczać zrozumieniem, tylko o to, by zwyczajnie zająć się swoim życiem, a nie patrzyć na innych i osądzając ich czuć zazdrość, że mieli tyle siły aby dojść tam, gdzie sami chcieliśmy, ale zabrakło nam odwagi. Obwiniamy ich na podstawie swoich zaniedbań bądź strachu. Czekamy na ruch z czyjejś strony, podczas gdy tylko my znamy swoje pragnienia i tylko my ten ruch możemy zrobić. Pozycja pokazuje, że nasze dzieci powinny być dla nas priorytetem wtedy, kiedy są małe i bezbronne. Nie można całe życie chcieć je uszczęśliwiać, gdyż wtedy szczęścia im nie dajemy tylko zapewnienie, że one same powinny myśleć tylko o swoich dzieciach a nie o sobie. W ten sposób wyrasta ród nieszczęśliwy, żyjący dla innych a nie dla siebie. W starości nachodzą takie momenty, że bardzo żałujemy iż nie spełniliśmy swoich marzeń. Z tym żalem kończymy nasz czas na ziemi.
Autorka zapragnęła nam pokazać, że nie można na wszystko czekać. Każdy z nas jest wyjątkowy i jeden, dlatego powinien się skupić na swoich pragnieniach. Każda chwila, kiedy myślimy o czymś dla nas ważnym jest tą w której powinniśmy się za to zabrać. Nie jutro, bo jutra się nie zna, tylko teraz. Strach będzie tak samo wielki dzisiaj jak i jutro. On nie jest zły, to tylko sygnał od naszego ciała, że tego jeszcze nie robiliśmy, nie jest ani dobry ani zły. Po prostu jest niczym dzwonek w ciele, że oto coś nowego jest na naszej drodze. To emocja nie wróg.
Wszystkie książki autorki zawsze dają nam przesłanie, pytanie tylko czy chcemy je zauważyć. Ja jestem zdania, że to mądra pozycja z przesłaniami, która daje do myślenia tym, którzy chcą czegoś więcej niż tylko codziennej powtarzalności dnia. Z ręką na sercu wam ją polecam:-)
„Daleko od raju” Katarzyny Majewskiej-Ziemby to trzeci tom cyklu „Dom wyjątkowy” i kolejna niezwykle emocjonalna podróż do wojennej Warszawy. Tym razem autorka prowadzi nas przez czas, w którym strach, głód i śmierć są codziennością, a zwykłe decyzje mogą kosztować życie.
Michalina pracuje w szpitalu Bersohnów i staje przed dramatycznym zadaniem – musi pomóc dwóm dziewczynkom wydostać się z getta. Po drugiej stronie muru Dom Wyjątkowy staje się azylem dla tych, którzy potrzebują pomocy. Jego mieszkańcy angażują się w konspirację i ratowanie dzieci, choć sami każdego dnia ryzykują wszystko.
Najbardziej poruszyły mnie właśnie ludzkie wybory bohaterów. Nie ma tu prostego podziału na odwagę i strach, dobro i zło. Są za to ludzie, którzy mimo przerażenia próbują zrobić to, co właściwe. Wojenne realia Warszawy, a później Powstanie Warszawskie sprawiają, że napięcie ani na chwilę nie słabnie.
Autorka pisze bardzo przystępnie, ale jednocześnie potrafi mocno oddziaływać na emocje. Jej bohaterowie nie są papierowi – mają wątpliwości, słabości i własne granice, a ich historie pokazują, jak trudne było zachowanie człowieczeństwa w świecie, który każdego dnia próbował je odebrać.
To książka dla osób, które lubią poruszające powieści historyczne, rodzinne historie i opowieści o zwykłych ludziach postawionych przed niezwykłymi wyborami. „Daleko od raju” jest pełna bólu i strachu, ale również odwagi, nadziei i dobra, które potrafi pojawić się nawet w najciemniejszych czasach.
To historia, która przypomina, że czasem największym bohaterstwem nie jest walka, lecz wyciągnięcie ręki do drugiego człowieka, kiedy samemu można za to zapłacić najwyższą cenę.
„Zdrowie bez wymówek. Workbook” Tadeusza Oleszczuka to nie jest książka do przeczytania i odłożenia na półkę. To przede wszystkim praktyczny, 12-miesięczny plan pracy nad codziennymi nawykami. Każdy miesiąc skupia się na innym filarze zdrowia – od snu i nawodnienia, przez aktywność fizyczną, aż po stres czy ograniczenie cukru i toksyn.
Najbardziej podoba mi się właśnie jego praktyczna forma. Zamiast wielkich postanowień mamy małe kroki, ćwiczenia, tygodniowe wyzwania i miejsce na własne obserwacje. Dzięki temu można naprawdę zatrzymać się na chwilę i zastanowić, co w naszej codzienności warto zmienić.
To poradnik, ale napisany bardzo przystępnie i bez niepotrzebnego komplikowania. Nie ma tu bohaterów ani fabuły – bo głównym bohaterem stajemy się my sami i nasze codzienne wybory.
Podczas pracy z workbookiem pojawia się też coś więcej niż motywacja. Jest refleksja nad tym, ile rzeczy robimy automatycznie i jak niewielkie zmiany mogą z czasem przynieść dużą różnicę. I chyba właśnie to podejście najbardziej do mnie przemawia – bez presji, bez perfekcjonizmu i bez obietnicy natychmiastowych efektów.
To propozycja dla każdego, kto chce bardziej świadomie zadbać o swoje zdrowie, ale nie wie, od czego zacząć albo szybko traci zapał. Małe kroki, konsekwencja i rok pracy nad sobą – czasem właśnie tyle potrzeba, żeby zacząć coś zmieniać. 🌿
„Najgorsze sekrety to te, które odkrywamy wtedy, kiedy jest już za późno, żeby udawać, że ich nie znamy.”
Są miejsca, w których pieniądze otwierają wszystkie drzwi. Są ludzie, których nazwisko potrafi uciszyć niewygodne pytania. Są też sekrety, za które można zapłacić znacznie więcej niż utratą reputacji.
A potem jest Hardwicke.
Elitarna szkoła, która z pozoru powinna być jedynie miejscem nauki, ambicji i rywalizacji. W rzeczywistości przypomina jednak planszę do gry, na której każdy pionek ma swoje znaczenie, każdy ruch może zostać wykorzystany przeciwko komuś, a zaufanie jest chyba najbardziej niebezpieczną walutą.
Po raz kolejny trafiamy do świata Tess Kendrick i po raz kolejny szybko okazuje się, że w jej otoczeniu nic nie jest tak niewinne, jak mogłoby się wydawać.
Tym razem wszystko zaczyna się od kampanii wyborczej. Niby szkolnej. Niby zwyczajnej. Niby dotyczącej tylko uczniów i ich ambicji.
Tylko że w Hardwicke słowo „zwyczajny” chyba nie istnieje.
Im dalej zagłębiałam się w tę historię, tym mocniej miałam wrażenie, że obserwuję coś znacznie większego niż konflikt pomiędzy nastolatkami. Pod powierzchnią zaczynają wychodzić kolejne zależności, interesy i sekrety. Ludzie przestają być tymi, za których ich uważałam, a wydarzenia, które początkowo wydawały się nieistotne, nagle nabierają zupełnie innego znaczenia.
I właśnie wtedy zaczęłam podejrzewać wszystkich.
Dosłownie wszystkich.
Jennifer Lynn Barnes bardzo dobrze wie, jak wzbudzić w czytelniku niepokój. Nie potrzebuje nieustannie szokować. Wystarczy jej jedna informacja. Jedno niedopowiedzenie. Jedno zachowanie bohatera, które nie do końca pasuje do tego, co wiemy.
I już zaczynamy się zastanawiać.
Dlaczego to powiedział?
Co przed nią ukrywa?
Dlaczego zachował się właśnie w ten sposób?
A może… od początku wszystko było częścią planu?
Najbardziej podobało mi się właśnie to poczucie, że nie mogę bezgranicznie zaufać nawet własnym teoriom. Barnes pozwala nam myśleć, że jesteśmy o krok przed bohaterami, po czym bardzo spokojnie wyciąga spod naszych stóp kolejną deskę.
I nagle okazuje się, że cała konstrukcja, którą sobie zbudowaliśmy, właśnie się rozpada.
Tess jest przy tym bohaterką, której nie da się po prostu obserwować z boku. Jej emocje, impulsywność i determinacja sprawiają, że wielokrotnie podejmuje decyzje, przy których miałam ochotę krzyknąć: „Nie rób tego!”.
Ale jednocześnie trudno byłoby mi oczekiwać od niej czegoś innego.
Tess nie potrafi odwrócić wzroku.
Kiedy widzi problem, chce go rozwiązać. Kiedy coś jej nie pasuje, zaczyna szukać odpowiedzi. A kiedy ktoś próbuje ją okłamać, nie zamierza po prostu wzruszyć ramionami.
Tylko że każda odkryta prawda ma swoją cenę.
I mam wrażenie, że w tym tomie Tess coraz wyraźniej zaczyna rozumieć, że poznanie prawdy nie zawsze oznacza zwycięstwo.
Czasami prawda jest początkiem kolejnego problemu.
Czasami otwiera drzwi, których lepiej byłoby nie otwierać.
A czasami sprawia, że zaczynasz patrzeć na ludzi, których kochasz, i zastanawiać się, czy naprawdę ich znasz.
To właśnie relacje między bohaterami nadają tej historii dodatkowego ciężaru. Nie są tutaj bezpieczną przystanią. Wręcz przeciwnie. Są kolejnym źródłem pytań.
Bo jak można ufać komuś, skoro nie wiesz, ile rzeczy przed Tobą ukrywa?
Jak odróżnić szczerość od manipulacji?
I co zrobić, kiedy osoba, której najbardziej potrzebujesz, może być jednocześnie osobą, która ma przed Tobą najwięcej sekretów?
Te pytania zostawały ze mną zdecydowanie dłużej niż sama zagadka.
„Próba sił” pokazuje też bardzo brutalnie, jak działa świat, w którym wpływy znaczą więcej niż zasady. Tutaj informacje są bronią. Słabości można wykorzystać. Rodzinne nazwiska otwierają drzwi, które dla innych pozostają zamknięte, a ludzie nauczeni od najmłodszych lat życia w takim środowisku doskonale wiedzą, jak prowadzić własne rozgrywki.
I chyba właśnie dlatego atmosfera tej książki jest tak specyficzna.
To nie jest mrok, który krzyczy.
To mrok, który siedzi gdzieś pod powierzchnią.
Czujesz go w rozmowach. W spojrzeniach. W niedopowiedzeniach. W momentach, kiedy ktoś mówi dokładnie to, co powinien, ale mimo wszystko masz wrażenie, że właśnie coś przed Tobą ukrył.
A potem przychodzi kolejny zwrot akcji.
I kolejny.
I kolejny.
W pewnym momencie przestałam już próbować przewidywać, kto mówi prawdę, bo zaczęłam podejrzewać, że odpowiedź może być znacznie bardziej skomplikowana.
To zdecydowanie jedna z tych książek, przy których warto pozwolić sobie na paranoję.
Bo tutaj paranoja może być jedynym rozsądnym rozwiązaniem.
„Próba sił” jest młodzieżowym thrillerem, ale nie mam wrażenia, że została napisana wyłącznie z myślą o lekkiej, szybkiej rozrywce. Owszem, czyta się ją bardzo dobrze, historia ma tempo, są momenty humoru i relacje, które pozwalają złapać oddech.
Ale pod tym wszystkim kryje się coś znacznie cięższego.
Opowieść o władzy.
O manipulacji.
O tym, jak łatwo człowieka można wykorzystać, kiedy zna się jego słabe punkty.
I o tym, że czasami najgroźniejszym przeciwnikiem wcale nie jest ktoś, kto stoi naprzeciwko nas.
Może być nim ktoś, kto stoi tuż obok.
Drugi tom „The Fixers” zostawił mnie z poczuciem, że Hardwicke jest miejscem, w którym naprawdę nie można odwrócić się plecami nawet na chwilę.
Bo kiedy wszyscy coś ukrywają, największym błędem jest założenie, że Ty znasz całą prawdę.
A ja?
Po tej książce wiem jedno.
Jeżeli kiedyś trafię do Hardwicke, pierwszą rzeczą, jaką zrobię, będzie znalezienie wyjścia.
Bo w tej szkole sekrety mają długie życie.
A ludzie, którzy je poznają…
nie zawsze mogą liczyć na szczęśliwe zakończenie. 🖤
„Najgorsze sekrety to te, które odkrywamy wtedy, kiedy jest już za późno, żeby udawać, że ich nie znamy.”
Są miejsca, w których pieniądze otwierają wszystkie drzwi. Są ludzie, których nazwisko potrafi uciszyć niewygodne pytania. Są też sekrety, za które można zapłacić znacznie więcej niż utratą reputacji.
A potem jest Hardwicke.
Elitarna szkoła, która z pozoru powinna być jedynie miejscem nauki, ambicji i rywalizacji. W rzeczywistości przypomina jednak planszę do gry, na której każdy pionek ma swoje znaczenie, każdy ruch może zostać wykorzystany przeciwko komuś, a zaufanie jest chyba najbardziej niebezpieczną walutą.
Po raz kolejny trafiamy do świata Tess Kendrick i po raz kolejny szybko okazuje się, że w jej otoczeniu nic nie jest tak niewinne, jak mogłoby się wydawać.
Tym razem wszystko zaczyna się od kampanii wyborczej. Niby szkolnej. Niby zwyczajnej. Niby dotyczącej tylko uczniów i ich ambicji.
Tylko że w Hardwicke słowo „zwyczajny” chyba nie istnieje.
Im dalej zagłębiałam się w tę historię, tym mocniej miałam wrażenie, że obserwuję coś znacznie większego niż konflikt pomiędzy nastolatkami. Pod powierzchnią zaczynają wychodzić kolejne zależności, interesy i sekrety. Ludzie przestają być tymi, za których ich uważałam, a wydarzenia, które początkowo wydawały się nieistotne, nagle nabierają zupełnie innego znaczenia.
I właśnie wtedy zaczęłam podejrzewać wszystkich.
Dosłownie wszystkich.
Jennifer Lynn Barnes bardzo dobrze wie, jak wzbudzić w czytelniku niepokój. Nie potrzebuje nieustannie szokować. Wystarczy jej jedna informacja. Jedno niedopowiedzenie. Jedno zachowanie bohatera, które nie do końca pasuje do tego, co wiemy.
I już zaczynamy się zastanawiać.
Dlaczego to powiedział?
Co przed nią ukrywa?
Dlaczego zachował się właśnie w ten sposób?
A może… od początku wszystko było częścią planu?
Najbardziej podobało mi się właśnie to poczucie, że nie mogę bezgranicznie zaufać nawet własnym teoriom. Barnes pozwala nam myśleć, że jesteśmy o krok przed bohaterami, po czym bardzo spokojnie wyciąga spod naszych stóp kolejną deskę.
I nagle okazuje się, że cała konstrukcja, którą sobie zbudowaliśmy, właśnie się rozpada.
Tess jest przy tym bohaterką, której nie da się po prostu obserwować z boku. Jej emocje, impulsywność i determinacja sprawiają, że wielokrotnie podejmuje decyzje, przy których miałam ochotę krzyknąć: „Nie rób tego!”.
Ale jednocześnie trudno byłoby mi oczekiwać od niej czegoś innego.
Tess nie potrafi odwrócić wzroku.
Kiedy widzi problem, chce go rozwiązać. Kiedy coś jej nie pasuje, zaczyna szukać odpowiedzi. A kiedy ktoś próbuje ją okłamać, nie zamierza po prostu wzruszyć ramionami.
Tylko że każda odkryta prawda ma swoją cenę.
I mam wrażenie, że w tym tomie Tess coraz wyraźniej zaczyna rozumieć, że poznanie prawdy nie zawsze oznacza zwycięstwo.
Czasami prawda jest początkiem kolejnego problemu.
Czasami otwiera drzwi, których lepiej byłoby nie otwierać.
A czasami sprawia, że zaczynasz patrzeć na ludzi, których kochasz, i zastanawiać się, czy naprawdę ich znasz.
To właśnie relacje między bohaterami nadają tej historii dodatkowego ciężaru. Nie są tutaj bezpieczną przystanią. Wręcz przeciwnie. Są kolejnym źródłem pytań.
Bo jak można ufać komuś, skoro nie wiesz, ile rzeczy przed Tobą ukrywa?
Jak odróżnić szczerość od manipulacji?
I co zrobić, kiedy osoba, której najbardziej potrzebujesz, może być jednocześnie osobą, która ma przed Tobą najwięcej sekretów?
Te pytania zostawały ze mną zdecydowanie dłużej niż sama zagadka.
„Próba sił” pokazuje też bardzo brutalnie, jak działa świat, w którym wpływy znaczą więcej niż zasady. Tutaj informacje są bronią. Słabości można wykorzystać. Rodzinne nazwiska otwierają drzwi, które dla innych pozostają zamknięte, a ludzie nauczeni od najmłodszych lat życia w takim środowisku doskonale wiedzą, jak prowadzić własne rozgrywki.
I chyba właśnie dlatego atmosfera tej książki jest tak specyficzna.
To nie jest mrok, który krzyczy.
To mrok, który siedzi gdzieś pod powierzchnią.
Czujesz go w rozmowach. W spojrzeniach. W niedopowiedzeniach. W momentach, kiedy ktoś mówi dokładnie to, co powinien, ale mimo wszystko masz wrażenie, że właśnie coś przed Tobą ukrył.
A potem przychodzi kolejny zwrot akcji.
I kolejny.
I kolejny.
W pewnym momencie przestałam już próbować przewidywać, kto mówi prawdę, bo zaczęłam podejrzewać, że odpowiedź może być znacznie bardziej skomplikowana.
To zdecydowanie jedna z tych książek, przy których warto pozwolić sobie na paranoję.
Bo tutaj paranoja może być jedynym rozsądnym rozwiązaniem.
„Próba sił” jest młodzieżowym thrillerem, ale nie mam wrażenia, że została napisana wyłącznie z myślą o lekkiej, szybkiej rozrywce. Owszem, czyta się ją bardzo dobrze, historia ma tempo, są momenty humoru i relacje, które pozwalają złapać oddech.
Ale pod tym wszystkim kryje się coś znacznie cięższego.
Opowieść o władzy.
O manipulacji.
O tym, jak łatwo człowieka można wykorzystać, kiedy zna się jego słabe punkty.
I o tym, że czasami najgroźniejszym przeciwnikiem wcale nie jest ktoś, kto stoi naprzeciwko nas.
Może być nim ktoś, kto stoi tuż obok.
Drugi tom „The Fixers” zostawił mnie z poczuciem, że Hardwicke jest miejscem, w którym naprawdę nie można odwrócić się plecami nawet na chwilę.
Bo kiedy wszyscy coś ukrywają, największym błędem jest założenie, że Ty znasz całą prawdę.
A ja?
Po tej książce wiem jedno.
Jeżeli kiedyś trafię do Hardwicke, pierwszą rzeczą, jaką zrobię, będzie znalezienie wyjścia.
Bo w tej szkole sekrety mają długie życie.
A ludzie, którzy je poznają…
nie zawsze mogą liczyć na szczęśliwe zakończenie.
Czyżby kolejny bestsellerowy pisarz umknął mej uwadze? Na to wygląda i jest idealnym potwierdzeniem ważnej kwestii: rynek literacki, w znaczeniu nie tylko polskim, ale i światowym, jest tak płodny, że absolutnie każdy znajdzie coś dla siebie.
Myślę, że odstraszało mnie samo trudne nazwisko pisarza, w końcu kultura japońska jest mocno odmienna od naszej i nie sposób wszystko w niej zrozumieć. Przyznajcie jednak sami, Drodzy Czytelnicy, że Toshikazu Kawaguchi nie brzmi łatwo… No, ale jeśli bestsellerowa seria pt. ZANIM WYSTYGNIE KAWA sprzedała się w nakładzie 6 milionów (sic!) egzemplarzy, to jest chyba jasne, że fabuła wciąga, wzrusza i daje nam pole do osobistych przemyśleń. Mało tego, gdybyśmy mieli dokonać porządku chronologicznego, to fikcyjna historia całego cyklu opiera się najpierw na sztuce teatralnej, potem na literaturze, by dotrzeć do fanów szklanego ekranu. Czy to nie cudowne? Przecież każdy człowiek pióra marzy o takim rozgłosie.
Cykl ZANIM WYSTYGNIE KAWA składa się już z sześciu tomów, a „Zanim zrozumiałem, że cię kocham” to najświeższe dzieło pisarza. Absolutnie mnie to nie zraża, gdyż cykle mają to do siebie, że zazwyczaj łączy je tylko jeden stały element. W tym przypadku chodzi o niecodzienną w swym działaniu kawiarnię, jak też o żelazne zasady w niej panujące. O szczegółach nie opowiem, ale zadam Wam wszystkim identyczne pytanie, które w tej książce jest kluczowe: gdybyś mógł cofnąć się w czasie, z kim chciałbyś się spotkać? Ja nie zastanawiałam się ani chwili, a podczas pisania tej opinii wszystko we mnie wręcz krzyczało. Ponadto, niemal od razu przypomniałam sobie jedną z powieści Nataszy Sochy („Godzina zagubionych słów”) i wiem, że fabularnie Toshikazu Kawaguchi, jak i polska pisarka, mogą śmiało podać sobie ręce. Oboje są niesamowici i swoimi tekstami potrafią zmiękczyć nawet najbardziej skostniałe serca i umysły.
Zdaję sobie sprawę, że książki nie ocenia się po okładce, gdyż to zawartość ma być doskonała. Niemniej jednak, osobom odpowiedzialnym za szatę graficzną również należą się brawa. Oprawa jest niezwykle urokliwa, a przynajmniej ja tak czuję, bo jestem fanką kotów oraz fioletu. Osoby znające mnie prywatnie doskonale wiedzą, że za tymi futrzakami byłabym gotowa rzucić się w ogień.
4 rozdziały traktujące o bardzo odmiennych formach miłości, 239 stron- tyle przygotował dla nas pisarz. Ponadto, dzięki zamieszczonej na początku książki mapie relacji między bohaterami nie ma mowy o uczuciu chaosu. Rozumiem, że imiona postaci mogą wydawać się trudne, ale sama treść na pewno zaciekawi wielu odbiorców.
Kawa- niby coś zwykłego, wręcz bardzo potrzebnego. Autor jednak udowadnia, że zostawianie napoju nietkniętego i zimnego ma bardzo poważne i smutne skutki. Moja refleksja jest taka: miejmy dla siebie odrobinę więcej czasu, a teoretyczne zwroty „zdzwonimy się” lub „musimy się spotkać” niech jak najszybciej zamienią się w praktykę. Dlaczego tak do tego dążę? Zapraszam do lektury- treść wszystko Wam wyjaśni.
Dzięki powieści możemy też poznać odrębne zasady kulturowe panujące w Japonii. Dotyczą one choćby walentynek i wręczania sobie czekoladek. Rytuał ten został świetnie opisany przez autora, a to, jak bardzo jest on odmienny, zaskoczy niejednego odbiorcę.
Nie sądziłam, że książka przesiąknięta fikcją i kulturą japońską może zawierać też polskie akcenty- a jednak! Pisarz wychwala pod niebiosa nasze narodowe potrawy. Opis bigosu, pierogów czy deserowych pączków powoduje bardzo silną chęć ich skosztowania.
Mimo trudnych w wymowie imion bohaterów nie żałuję, że przeczytałam tę powieść. Pierwszy i ostatni rozdział uważam za majstersztyk- ich treści nie da się zapomnieć. Dlaczego? Sami się przekonajcie. Powiem tylko, że fabułę w nich zawartą z całą pewnością można przenieść do świata realnego.
Książkę można przeczytać na raz, gdyż ma nieco większy druk, całkiem sporo ładnych rysunków w czarno białych barwach i ogólnie 132 strony mijają bardzo szybko. Jedynie co trwa tutaj w zwolnionym rytmie to moment, kiedy czyta ją osoba, która kogoś straciła i bardzo to przeżywa. To bowiem historia oparta na śmierci matki młodej dziewczyny, która miała w niej najlepszą przyjaciółkę. Nie potrafi się pogodzić z jej stratą na tyle, że przeprowadzają się wraz z jej tatą do innego miejsca, by nic nie mogło przypominać im chwil czasu wspólnego. To historia, którą opowiada narrator, dlatego widzimy, że jej tata również bardzo tą stratę przeżywa, choć najbardziej chyba boli go fakt małej samolubności córki, która nie myśli o tym, że on również stracił małżonkę, którą bardzo kochał i jego córka nie widzi, że przecież on został. Nadal ma ojca, który ją kocha i próbuje w jakiś sposób do niej dotrzeć, tylko ona go odrzuca. Ze wszystkich słów jakie do niej wypowiedział zapamiętała tylko to, że wciąż może mieć mamę w swoim sercu, choć nie rozumie tego stwierdzenia. Po przeprowadzce poznaje pewnego chłopaka, którego z początku odtrąca. Jednak następnym razem ma wyrzuty sumienia, dlatego daje mu szansę na zapoznanie się z nią. Niezbyt dobre oceny zaczynają ich łączyć we wzajemnych nauczycieli, a po rozmowach wychodzi, że on jako jedyny powiedział do niej, że rozumie jej smutek, ponieważ sam też kogoś stracił. Wtedy kurtyna między nimi opada, a więź staje się silniejsza, gdyż on wypowiada słowa, które mówił jej ojciec, że zmarłych nadal można utrzymać w swoim serduszku. Po tym jak dotarł sens tych słów do niej zauważyła swojego tatę i jakby zasłona cierpienia opadła, dając miejsce pozwolenia sobie na ojcowską miłość. Następnie fabuła nieco przyspiesza i cytatem dam wam małą podpowiedź.
,,Nie mogła uwierzyć, że tak łatwo dali się nabrać. Jej złe przeczucia, które miała od początku podróży, potwierdziły się aż nadto."
,,To był dopiero początek ich wakacyjnego koszmaru..."
Te sceny są jeszcze przed połową książki, więc czeka was jeszcze wiele emocji do samego końca. Na podsumowanie powiem wam tylko, że każdy robi coś z perspektywy tego, co nim targa. Dopiero poznając prawdziwe intencje i powody tych zachowań, można wyciągnąć prawdziwe wnioski.
Jeśli czytelnikiem jest osoba, która kogoś straciła, to często będzie się wzruszała, bo podobno w bólu ludzie najbardziej się jednoczą. Jeśli twoje życie jest szczęśliwe, to uznasz tą historię za nieco smutną, może zbyt niedojrzałą emocjonalnie, gdyż nie da się zrozumieć sytuacji, której się nie przeszło. Daje jednak pocieszenie i pokazuje, że po odejściu jednego człowieka, nadal pozostają inni dla których możemy być ważni. Tego przeważnie podczas smutku się nie widzi.
Zdania bywają proste, czasami bardziej rozbudowane, ale pokazujące dokładnie to, co siedzi w umyśle osoby zajętej smutkiem. Tam nie ma barw. Pojawią się dopiero wtedy, kiedy otworzymy się na innych, bo nadal żyjąc, wciąż mamy prawo do uśmiechu i radości. Tego zawsze chciałaby dla nas najbliższa rodzina:-)
Cudowna, bardzo mnie zauroczyła, a nawet była mi potrzebna do poukładania swoich emocji, dlatego ją doceniam i polecam:-)
Książkę można przeczytać na raz, gdyż ma nieco większy druk, całkiem sporo ładnych rysunków w czarno białych barwach i ogólnie 132 strony mijają bardzo szybko. Jedynie co trwa tutaj w zwolnionym rytmie to moment, kiedy czyta ją osoba, która kogoś straciła i bardzo to przeżywa. To bowiem historia oparta na śmierci matki młodej dziewczyny, która miała w niej najlepszą przyjaciółkę. Nie potrafi się pogodzić z jej stratą na tyle, że przeprowadzają się wraz z jej tatą do innego miejsca, by nic nie mogło przypominać im chwil czasu wspólnego. To historia, którą opowiada narrator, dlatego widzimy, że jej tata również bardzo tą stratę przeżywa, choć najbardziej chyba boli go fakt małej samolubności córki, która nie myśli o tym, że on również stracił małżonkę, którą bardzo kochał i jego córka nie widzi, że przecież on został. Nadal ma ojca, który ją kocha i próbuje w jakiś sposób do niej dotrzeć, tylko ona go odrzuca. Ze wszystkich słów jakie do niej wypowiedział zapamiętała tylko to, że wciąż może mieć mamę w swoim sercu, choć nie rozumie tego stwierdzenia. Po przeprowadzce poznaje pewnego chłopaka, którego z początku odtrąca. Jednak następnym razem ma wyrzuty sumienia, dlatego daje mu szansę na zapoznanie się z nią. Niezbyt dobre oceny zaczynają ich łączyć we wzajemnych nauczycieli, a po rozmowach wychodzi, że on jako jedyny powiedział do niej, że rozumie jej smutek, ponieważ sam też kogoś stracił. Wtedy kurtyna między nimi opada, a więź staje się silniejsza, gdyż on wypowiada słowa, które mówił jej ojciec, że zmarłych nadal można utrzymać w swoim serduszku. Po tym jak dotarł sens tych słów do niej zauważyła swojego tatę i jakby zasłona cierpienia opadła, dając miejsce pozwolenia sobie na ojcowską miłość. Następnie fabuła nieco przyspiesza i cytatem dam wam małą podpowiedź.
,,Nie mogła uwierzyć, że tak łatwo dali się nabrać. Jej złe przeczucia, które miała od początku podróży, potwierdziły się aż nadto."
,,To był dopiero początek ich wakacyjnego koszmaru..."
Te sceny są jeszcze przed połową książki, więc czeka was jeszcze wiele emocji do samego końca. Na podsumowanie powiem wam tylko, że każdy robi coś z perspektywy tego, co nim targa. Dopiero poznając prawdziwe intencje i powody tych zachowań, można wyciągnąć prawdziwe wnioski.
Jeśli czytelnikiem jest osoba, która kogoś straciła, to często będzie się wzruszała, bo podobno w bólu ludzie najbardziej się jednoczą. Jeśli twoje życie jest szczęśliwe, to uznasz tą historię za nieco smutną, może zbyt niedojrzałą emocjonalnie, gdyż nie da się zrozumieć sytuacji, której się nie przeszło. Daje jednak pocieszenie i pokazuje, że po odejściu jednego człowieka, nadal pozostają inni dla których możemy być ważni. Tego przeważnie podczas smutku się nie widzi.
Zdania bywają proste, czasami bardziej rozbudowane, ale pokazujące dokładnie to, co siedzi w umyśle osoby zajętej smutkiem. Tam nie ma barw. Pojawią się dopiero wtedy, kiedy otworzymy się na innych, bo nadal żyjąc, wciąż mamy prawo do uśmiechu i radości. Tego zawsze chciałaby dla nas najbliższa rodzina:-)
Cudowna, bardzo mnie zauroczyła, a nawet była mi potrzebna do poukładania swoich emocji, dlatego ją doceniam i polecam:-)
Autor jest znany z tego, że pisze bardzo grube książki. Nie ma on jednak pustych wypełniaczy, które rozwlekają całą treść, tylko cała historia dzieje się jakby na bieżąco, łącznie z tym co kto robi, co mówi i jakie gesty przy tym wykonuje. Rozmawiając z policjantką, która została zaatakowana przez jednego z kiboli widzieliśmy chwilę jej upadku, krwawienia z nosa, później w kolejnym rozdziale, które są zatytułowane emocją która towarzyszy postaciom, byliśmy świadkami jak druga osoba relacjonowała jej całe zajście pociągając przy tym nosem, jakby wlepiając się w scenę, gdzie ciało reagowało już na samo wspomnienie sytuacji.
Widzimy codzienne życie policji, a później odnalezienie zwłok staruszki nakazuje wierzyć, że natura upomniała się o swoje. Kolejne wydarzenie pokazuje, że rozczłonkowane ciało mężczyzny zaczęło już uwalniać swój fetor, co ewidentnie na przypadek nie wyglądało. Opisy sugerują ukrycie, a idąc tropem poznawania życia tych postaci widzimy, że oboje nie mieli sielankowego życia. Wkraczając na ścieżkę ich dróg wraz ze śledczymi poznajemy kolejne tropy, które wskazują na osobę, która zamiast pomagać im rozwiązać te zagadki, rzuca kłody pod nogi. Im bliżej byli celu, tym wszystko wchodziło na dalsze powiązania i bywało znacznie trudniej. Bardzo spodobał mi się motyw odkrywanych listów, gdzie w nich ktoś przyznawał nam się, że prawdopodobnie kogoś zabił. Była w tym nutka wiary w swoje bóstwo, tęsknoty za kimś bliskim i osądzanie jednocześnie, że wina leży po stronie kogoś innego. Te listy są odznaczone innym drukiem i w momencie, kiedy się pojawiają, nasza calutka uwaga schodzi właśnie na nie. Była w nich pewnego rodzaju bezbronność i dziecinność. Będzie to wszystko podzielone na trzy części i każda jakby wspólnie i osobno jednocześnie.
Chyba najbardziej spodobał mi się tutaj opis urody ludzkiej, że ona przemija wraz z wiekiem, tylko serce potrafi pozostać czyste, oraz fakt, że każdy z nas kiedyś umrze i powinniśmy zrobić co tylko możemy, aby jak najdłużej móc się cieszyć tym życiem. Podobno natura daje i natura odbiera, dlatego życie z nią w zgodzie daje zgodę na dłuższy byt.
Jak na kryminał to akcja jest naprawdę wartka i nie było tu przestoju czy braku zainteresowania treścią. Mamy poutykane mądrości życiowe i odkrycie tego co jest naprawdę piękne. Tak naprawdę na usta cisnęło mi się słowo ,,sprawiedliwość". Dostaniecie tutaj jej dwa obrazy. Polecam tym, którzy oprócz kryminału szukają w treści czegoś więcej:-)
Polecam tylko osobom naprawdę zainteresowanym tematem, którzy mają w sobie na tyle samozaparcia, żeby razem z autorem przedzierać się przez zeznania sądowe i inne źródła historyczne. Dla laika będzie to ciężki kawałek papieru.
Uwielbiam książki, które potrafią obudzić wspomnienia i skłonić do osobistych refleksji. Ostatnio mam wyjątkowe szczęście trafiać właśnie na takie historie. Jedną z nich jest „Czerwone Piwo Królowej” Alicji Czarneckiej-Suls, opowiadająca historię browaru Schroederów w Chmielniku.
Ta książka okazała się dla mnie czymś więcej niż zwykłą fikcją. To boleśnie prawdziwy obraz wielu polskich miast. Wraz ze znikaniem starych fabryk i zabytków, bezpowrotnie znika też lokalna tożsamość. Dawne browary nie były przecież tylko zakładami pracy. Tworzyły codzienność i historię wielu pokoleń. Czytając tę powieść, nie mogłam przestać myśleć o moim Bytomiu. Przed oczami stanął mi nasz największy browar przy ulicy Wrocławskiej. Jego tradycje sięgały końca XIX wieku, a neogotycki budynek z czerwonej cegły na stałe wpisał się w krajobraz miasta. Po wojnie urządzono w nim przechowalnię owoców i warzyw, ale w 1961 roku państwo odbudowało zakład, czyniąc go jednym z największych w regionie. Niestety, transformacja ustrojowa przyniosła kryzys. Browar zamknięto w 1996 roku, a w 2004 roku, za zgodą konserwatora zabytków został zburzony. Dziś stoi tam sklep Aldi. Wciąż trudno mi zrozumieć tę decyzję. Takie miejsca mają przecież ogromny potencjał kulturowy i turystyczny. Właśnie dlatego historia rodziny Schroederów tak mocno mnie poruszyła. Im, mimo wojny i nacjonalizacji w PRL-u udało się przetrwać. Po latach zabytek wrócił w ręce ostatniego potomka rodu. Szkoda, że w Bytomiu zabrakło Walerii i Michała, młodych bohaterów tej książki. Może oni pokazaliby urzędnikom, że za każdym takim miejscem stoją przede wszystkim ludzie. Ich praca, pasja, rodzinne tradycje, a czasem także miłość. Inspiracją do napisania tej książki były dla autorki historie kilku browarów i ich rodzin z nimi związanych. W powieści browar nie jest jedynie tłem. To pełnoprawny bohater z własną przeszłością, tajemnicami i historią, którą poznajemy razem z przeszłością i tajemnicami bohaterów. Oś fabuły stanowi zaginiona, dwustuletnia receptura na tytułowe Czerwone Piwo Królowej będące najcenniejszym skarbem rodziny Schroederów. Była symbolem rodzinnej tradycji oraz hołdem dla królewny Anny Hanowerskiej, najstarszej córki króla Jerzego II, a odnalezienie tych zapisków to jedyna szansa na uratowanie podupadającego rodzinnego dziedzictwa i przywrócenie zakładowi dawnej świetności. Historyczne zaginięcie splata się ze współczesną, kryminalną wręcz intrygą, która sprawia, że od książki nie da się oderwać. Autorka świetnie przygotowała się do tematu. Książka zachwyca detalami o dawnym piwowarstwie i szacunkiem do tradycji. Podobnie jest z profesjami bohaterów. Michał to londyński fotograf gwiazd, żyjący w blasku fleszy. Waleria z kolei łączy fotografię z tradycyjnym introligatorstwem, którego nauczył jej dziadek. Oboje robią to, co kochają, z niezwykłą precyzją i wrażliwością, pasją i szacunkiem do tradycji. Dla mnie było to bardzo ciekawe, szczególnie że dzięki tym opisom mogłam lepiej wyobrazić sobie świat bohaterów i ludzi związanych z tymi profesjami.
Poznajemy też losy starszego pokolenia, Klary (babci Walerii) i Antoniego (stryja Michała). Ich dawne, skomplikowane uczucie pokazuje, jak mocno przeszłość wpływa na teraźniejszość. Dodatkowe napięcie wprowadza postać burmistrza i trudna relacja Walerii z matką. Pod wpływem tych wszystkich tajemnic Michał i Waleria przechodzą głęboką przemianę. Początkowa nieufność i dystans stopniowo topnieją, gdy zostają zmuszeni do współpracy. Michał pod wpływem Walerii zaczyna dostrzegać, że pogoń za karierą w Londynie i powierzchowny świat celebrytów nie dają mu prawdziwego szczęścia. Waleria przy Michale otwiera się na świat, zyskuje więcej odwagi do walki o swoje i zaczyna śmielej patrzeć w przyszłość. Zaczynają doceniać swoje korzenie i to, co w życiu naprawdę ważne.
„Czerwone piwo królowej” okazało się dla mnie czymś więcej niż opowieścią o browarze, rodzinnych tajemnicach i uczuciach. To historia o miejscach, które tworzą tożsamość miast, i o tym, jak łatwo można je stracić.
Miłym dodatkiem jest również zamieszczony na końcu książki zbiór przepisów kulinarnych Klary z wykorzystaniem piwa. To niewielki element, który jeszcze mocniej łączy opowieść z tradycją i codziennym życiem bohaterów.
Czytałam o tych lotach na miotle, o paleniu ziół w miseczce, by kogoś uśpić, o eliksirze siły – i miałam przed oczami Kajka i Kokosza. Oraz ciotkę Jagę, rzecz jasna.
Dobrze się bawiłam, acz Basia działa na mnie wybitnie drażniąco (gratulacje dla Autora za stworzenie bohaterki jeszcze bardziej irytującej niż pani Bennet). Martuś jest rozczulający, a bohaterowie drugoplanowi świetnie nakreśleni. Przepadam za dowcipnie dawkowanymi stereotypami, np. tym, jak to Goci słyną z posłuszeństwa rozkazom. Przednie!
Jestem zachwycona subtelną pochwałą życia i mądrą konkluzją dotyczącą małżeństwa. Podoba mi się takie podsumowanie.
Przyznaję 8/10 punktów, czyli gwiazdek szeryfa.
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Lira, ale nie ma to wpływu na moją ocenę.
„Francuski spadek” Katarzyny Janus to ciepła, ale niepozbawiona trudniejszych emocji powieść obyczajowa z nutą romansu i kryminalnej tajemnicy. Antoni Dębski zupełnie niespodziewanie otrzymuje po matce nieruchomość w Saint-Cyprien, kampera oraz list, który zmusza go do zmierzenia się z przeszłością.
Wyjazd nad Morze Śródziemne miał być tylko próbą uporządkowania spraw, a staje się początkiem czegoś znacznie większego. Antoni zostaje w odziedziczonym miejscu, poznaje ludzi związanych z restauracją i hotelikiem, uczy się gotować, naprawia to, co wymaga naprawy, a przede wszystkim powoli zaczyna układać własne życie. Nie brakuje nowych relacji, namiętności, tajemnic i sytuacji, które nie pozwalają mu tak po prostu zapomnieć o tym, co było.
Bardzo podobał mi się klimat tej historii. Francja, słońce, morze, lokalna restauracja i codzienność z dala od dotychczasowego życia tworzą przyjemne tło dla opowieści o człowieku, który próbuje pozbierać się po stracie i znaleźć odpowiedź na pytanie, czego właściwie chce od życia.
Antoni jest bohaterem, którego łatwo polubić. Nie jest idealny i właśnie to sprawia, że wydaje się tak prawdziwy. Jego emocje, zagubienie i stopniowa przemiana są jednym z mocniejszych elementów książki.
Katarzyna Janus pisze lekko i naturalnie, dzięki czemu przez historię po prostu się płynie. Jest tu sporo ciepła i codzienności, ale również tajemnica, która dodaje fabule odrobiny napięcia.
„Francuski spadek” to historia o stracie, nowych początkach, miłości i tym, że czasem życie samo podsuwa nam drzwi, których wcześniej nawet nie zauważaliśmy. Idealna lektura na spokojny wieczór – szczególnie jeśli macie ochotę na obyczajową historię z francuskim klimatem i odrobiną tajemnicy.
Jest to niezwykle miłe i wzruszające uczucie, kiedy ma się zaszczyt poznać twórczość osoby, o której właściwie nie wie się nic oprócz kilku usłyszanych w radiu niezrozumiałych tekstów piosenek i jakie mają one znaczenie, kiedy je wykonuje.
Nigdy bym nie przypuszczała, że piosenkarz jest również z zawodu autorem tekstów piosenek, pisarzem, poetą. Nie umknęło mojej uwadze pytanie, skąd pojawia się u niego smutek wpleciony w charakterystyczny łatwy do rozszyfrowania sposób głos.
Aby odkrywać po kolei, kim był tak naprawdę główny bohater książki należącej do gatunku literackiego biografia pt. ''Leonard Cohen. Świadek upadku aniołów'' zechciałam zagłębić się od strony prywatnej i zawodowej od osoby będącej jego przyjacielem, a jest nim Christophe Lebold.
Nie da się tak obojętnie przejść obok tego, czego doświadczył na własnej skórze Leonard Cohen, tego nie wiemy, co tak naprawdę czuł, kiedy musiał przeżyć chwile prawdziwej grozy, jak poradził sobie wówczas, czy miał wsparcie od osób zaprzyjaźnionych, czy jednak okazywali się ukrytymi pod osłoną przychylności wrogami.
Gdybym miała, wybrać jeden z trzech zamieszczonych w prologu portret Leonarda Cohena to nie zdecydowałabym się na żaden. Nie spodobały mi się. Było w nich tego, czego nie szukam w tym momencie, aby przekonać się, jaki on jest. W sumie to wynika z nich, co on ma w sobie, jako człowiek, a w szczególności zdolności artystyczne i inne, które mogą przypaść mniej do gustu. Można odebrać je ogólnie jako pozytywny, ale są i też takie cechy charakteru, które mi się nie podobają, gdyż są one niewłaściwą drogą, aby za nim podążać, ponieważ później będzie trudniej się z niej wycofać, a są to początki uzależnień. Niby są one z czystego przypadku, a jednak zdecydował się na nie. Być może chciał sprawdzić jej smak i zaspokoić przez czystą niezauważalną przez nikogo ciekawość, a może tylko tak dla zaimponowania wśród kolegów.
Książki tej nie czyta się szybko ze względu na zamieszczoną małą czcionkę.
Największą uwagę skupiłam, spoglądając ponownie na fotografie Leonarda Cohena, gdyż one odsłaniają, jak bardzo kochał tworzyć, pomimo tego, jaki był i co ze sobą prezentował na scenie.
Powiem wam, że chyba najbardziej pokrzywdzona kobieta to ta, która jest bardzo uważna. To ona musiała nauczyć się tego, przetrwać w ekstremalnych warunkach fizycznych i psychicznych, by móc wytworzyć w sobie spostrzegawczość i uważność. Od samego początku, kiedy wchodzimy w treść widać tą nadmierną czujność i przemoc sugerowaną gestami, gdzie tak zwana ofiara wie jak ma postępować aby było tak jak ktoś zaplanował. Może mieć wszystko dla widoczności wszystkich i wielkie nic dla samej siebie. Tak naprawdę czujemy ten strach przez skórę i niemal od razu przed oczami pojawiają nam się osoby, które mogą w naszym otoczeniu spływać luksusami, lecz jeśli się im przyjrzymy dokładniej, widać, że mają zaplanowany każdy ruch i uśmiech. Niektórzy sami wybierają posłuszność ku dobrobycie, lecz większość po pewnym czasie pragnie wrócić do swobody i normalności, tylko nie ma gdzie uciec. Jeśli pozna się gniazdo lwa, nie ma ucieczki. Tutaj lew wprowadził swoją kobietę dodatkowo do wysokiego poziomu okręgu ludzi w którym przebywa. Najważniejsze to tylko uśmiech i błysk w oku oraz posłuszność. Chyba najgorsze dla niej w tym wszystkim było to, że pozwalała sobą pomiatać, ponieważ go kochała.
,,Anna czuła, że wchodzi w paszczę lwa. Atak paniki wisiał w powietrzu. Walczyła, by go opanować."
,,Każde jego zdanie było jak rozkaz, każde słowo przesuwało pionki po szachownicy. Wiedziała, że jej obecność tutaj to część większej strategii. Tyle że nie znała reguły tej gry."
W duszy prosiła siebie aby nauczyła się być silna i oto nadszedł dzień wyzwania. Odkryła prawdę jak malutkim pionkiem była. Zdradzona w każdej strefie swoich myśli musiała w końcu zawalczyć o swoje. Bo los nie daje ci pewności siebie ot tak. Przechodzisz ogromny test, który cię zniszczy, by dopiero zamknąć to co było wymysłem i niczym powstały z popiołów dostaje się szansę na ucieczkę. Najgorsze jednak są te głosy, niby z otchłani, niby z tuneli, zewsząd. Momentami ma się wrażenie, że samemu można oszaleć, bo prawda zlewa się z nimi.
Niepokój jest obecny od pierwszej strony i trzyma do końca. Po lekturze przychodzi czas na przemyślenie tego co się dowiedzieliśmy z próbą zetknięcia tego, co widzimy wokół siebie. Zadajemy sobie pytanie, czy obraz, który książka utworzyła nam w głowie jest mylny, czy nieco prawdziwy i dlatego wywołuje w nas lęk. Bo w końcu to tylko książka, ktoś ją wymyślił, oparł wydarzenia na tym, co podsunęła mu głowa... Tylko czy aby głowa nie podsuwa tego, co już widziała? Gdzie zaciera się prawda a gdzie fantazja?
Według mnie wspaniała historia, która u każdego człowieka może wywołać inne wnioski. Dlatego doceniam ją punktacją:-)