Szlak Appalachów. Wyzwanie, którego podejmują się osoby pragnące stawić czoła własnym słabościom, odreagować trudy codzienności lub odnaleźć siebie. Pielęgniarka Valerie Gillis gubi się w bezkresnej dziczy stanu Maine. Poszukiwania prowadzi porucznik stanowa Beverly Miller z imponującą statystyką odnalezień. W tym przypadku jednak nawet ona zdaje się przegrywać walkę z nieubłaganym czasem, a szanse na odnalezienie Valerie nikną w oczach…
Na początek – chwała wydawnictwu, że nie reklamuje tej książki wyłącznie jako thrillera. Ileż znamy takich przypadków, gdy znakomite powieści czy dramaty były skrzywdzone przez niewłaściwą etykietkę. Posunąłbym się nawet dalej. Według mnie Zagubiona to literatura piękna z elementami thrillera lub wątkiem kryminalnym.
Dość o szufladkowaniu. Książka składa się z do bólu przejmującego dziennika zaszytej w dziczy Valerie, perspektywy strażniczki leśnej Bev, raportów z przesłuchań i rozmów oraz kluczowego dla sprawy punktu widzenia emerytki z Connecticut. Co ta starsza pani ma wspólnego ze sprawą, Wam nie zdradzę. Liczba narracji w ogóle nie przeszkadzała mi podczas czytania. Wręcz przeciwnie – sprawiała, że nie mogłem doczekać się odkrycia kolejnego elementu tej układanki.
W warstwie powieściowej króluje natura, która niczym osobna (a może nawet główna) bohaterka pojawia się co rusz w tej historii. Piękne i barwne opisy przyrody, które stworzyła Amity Gaige, pozwalają na chwilę się zatrzymać – zarówno bohaterom, jak i nam, czytelnikom. Kompetencje pisarskie autorki widać na każdym kroku. Postacie, które kreuje, są niecodzienne, z przeszłością – i to nie zawsze tą przykrą.
Uwielbiam, gdy w literaturze mającej na celu dać nam chwilę zapomnienia i dreszczyk emocji dostaję coś więcej. Tym „więcej” w przypadku Zagubionej jest zarówno tona emocji, jak i zachwycający styl opowiadania. Polecam ją fanom dobrej literatury, nieważne, w otoczeniu jakich gatunków przebywają na co dzień.
To niezwykle poruszająca lektura, która od pierwszych stron uświadamia, że nie mam do czynienia z klasyczną biografią. „Brat Franciszek. Autobiografia zasłyszana” autorstwa Andrzeja Zająca OFMConv to książka napisana w wyjątkowy sposób – tak, jakby sam św. Franciszek z Asyżu usiadł obok czytelnika i spokojnym, pełnym pokory głosem opowiedział historię swojego życia. Ta forma sprawia, że trudno pozostać jedynie biernym odbiorcą. Czyta się ją bardziej sercem niż rozumem.
Już od pierwszych rozdziałów czułam, że ta opowieść nie skupia się na samych wydarzeniach, ale przede wszystkim na wewnętrznej przemianie człowieka. To historia drogi – od zagubienia i niezrozumienia siebie, przez stopniowe odkrywanie tego, co naprawdę ważne, aż do pełnego zawierzenia Bogu. Autor oddaje głos Franciszkowi w sposób niezwykle naturalny i wiarygodny, dzięki czemu łatwo zapomnieć, że nie są to jego autentyczne wspomnienia, lecz literacka próba wsłuchania się w jego duchowość, Testament i pisma.
Podczas czytania towarzyszył mi przede wszystkim spokój, ale też wiele momentów skłaniających do zatrzymania się i refleksji. Nie jest to książka, którą chce się przeczytać jak najszybciej. Wręcz przeciwnie – często odkładałam ją na chwilę, żeby przemyśleć przeczytane słowa. Wiele zdań zostaje w pamięci na długo i prowokuje do zadania sobie pytań o własne wybory, wartości oraz to, dokąd tak naprawdę zmierzamy.
Bardzo spodobało mi się również to, że autor nie próbuje tworzyć pomnika świętego człowieka. Pokazuje Franciszka jako osobę, która również musiała przejść trudną drogę przemiany, nauczyć się pokory i zrezygnować z własnych wyobrażeń o szczęściu. Dzięki temu jego historia staje się niezwykle bliska i ponadczasowa. Motyw metanoi – głębokiej przemiany sposobu myślenia – wybrzmiewa tutaj wyjątkowo mocno i sprawia, że książka nabiera uniwersalnego charakteru.
To lektura pełna ciszy, nadziei i światła. Nie epatuje wielkimi wydarzeniami ani dramatycznymi zwrotami akcji, lecz zachwyca prostotą przekazu i autentycznością emocji. Każda kolejna strona przypomina, że prawdziwa zmiana zaczyna się we wnętrzu człowieka, a droga do Boga często prowadzi przez poznanie samego siebie.
Szczególnie polecam tę książkę osobom poszukującym duchowej refleksji, miłośnikom św. Franciszka z Asyżu, ale również wszystkim, którzy lubią literaturę zmuszającą do zatrzymania się w codziennym pędzie. Myślę, że spodoba się także czytelnikom, którzy nie szukają gotowych odpowiedzi, lecz chcą towarzyszyć bohaterowi w jego wewnętrznej podróży i odnaleźć w niej coś dla siebie.
To jedna z tych książek, które czyta się powoli, pozwalając, by każde kolejne słowo wybrzmiało w sercu. Jeśli lubicie mądre, pełne wrażliwości i duchowej głębi opowieści, „Brat Franciszek. Autobiografia zasłyszana” zdecydowanie zasługuje na Waszą uwagę. To piękna, poruszająca i bardzo wartościowa lektura, do której z pewnością warto wracać.
Ależ to była historia ! Nie mogłam się od niej oderwać! Przez nią zarwałam noc!
Rok 1923
Poznajemy losy rodziny Hardenbergów, których dostatnie życie po klęsce Niemiec w Wielkiej Wojnie uległo pogorszeniu. Stopniowo poddają się ideologii narodowosocjalistycznej. Szczególnie ojciec rodziny Friedrich wierzy w idee głoszone przez rosnącego w siłę Adolfa Hitlera. Czy jego dzieci Walter, Paul i Rose będą ślepo podążać za tą ideologią? Co stanie się z najmłodszym i chorym Joachimem? Co spotka tę rodzinę w czasie II wojny światowej i po jej zakończeniu?
Rok 2000
Klaudia Borzym chowa swą zmarłą siostrę Wiktorię. Nie czuje wielkiej rozpaczy i żalu, bowiem nie utrzymywały kontaktu już od wielu lat, a widziały się, gdy była dzieckiem prawie 40 lat temu. Klaudia uświadamia sobie, że od ostatniego spotkania minęło dokładnie 37 lat. Wtedy przypomina sobie słowa Cyganki, która ostrzegła ją przed liczbami 19 i 37, bo one przyniosą jej prawdę, której nie chce znać …
Przyjmując kondolencje, czeka z niecierpliwością na koniec ceremonii. Towarzyszy jej przyjaciółka Milena z mężem Filipem. Do Klaudii podchodzi Ludwika Piętek - pielęgniarka ze szpitala, w którym przebywała Wiktoria. Szpitala dla nerwowo i psychicznie chorych w Krotoninie. Mówi, że demony przeszłości nie dawały Wiktorii żyć. Jakie demony? Dlaczego tam się leczyła? Czego Klaudia nie wie o swojej siostrze? Kobieta nie potrafi przestać o tym myśleć. Okazuje się także, że jest jedyną spadkobierczynią swej siostry. Dociera do skrywanej rodzinnej tajemnicy sięgającej okupacji i niemieckiej rodziny, z którą wydaje się nic ją nie łączyć. Ponadto zaczyna wierzyć w przepowiednię cygańskiej wróżki, bo zbyt wiele rzeczy w jej życiu związanych było i jest z tymi cyframi. Jakie tajemnice skrywała Wiktoria? Kim tak naprawdę była? Co ukrywała mama Klaudii? Czego z rodzinnych pamiątek i pamiętnika matki dowie się kobieta? Jakie będą grzechy jej przodków? Czy uda jej się oszukać przeznaczenie ? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w tej niezwykle pasjonującej powieści. Po poprzednich dwóch powieściach pani Ewy miałam duże oczekiwania. Ale nie zawiodłam się. Książkę czyta się jednym tchem. Jest w niej w wszystko to, co według mnie dobra powieść powinna zawierać - tajemnice, dwie linie czasowe, wyraziści bohaterowie, prawdziwa historia w tle, zaskakujące zakończenie, dylematy moralne, które poprowadzą do refleksji nad życiem. Gratuluję pani Ewie świetnej powieści.
Gorąco polecam😊.
To bardzo przyjemna lektura, lecz dla osób pełnoletnich. Jest tutaj bowiem dużo gier wstępnych, aktów zbliżeń oraz opisów w jaki sposób one przebiegają. Pomijając to, pomiędzy tymi zbliżeniami u pierwszej pary było widać wzajemne zrozumienie. Nie było między nimi żadnych skrępowań nawet co do rozmów na różne tematy. Miałam wrażenie, że kiedy on lekko przygasał, to ona poprawiała mu humor i odwrotnie. Widać było pracę i chęci w utrzymaniu tego, co dla nich wspólnie było najważniejsze. Potrafili spełniać swoje marzenia, bo zawsze w nich uwzględniali komfort tej drugiej osoby, jakby zawsze półśrodek, który każdego z nich miał zadowolić.
Taki przeciwieństwem jest druga para, która jak bardzo pierwsza mnie porusza, tak druga hamuje i pokazuje, że jeśli cokolwiek ma się zawalić, to tylko u nich. Jeśli ktoś ma być zdradzony, to tylko u nich i jeśli gdzieś mają być poważne kłótnie i takie błahe, to tylko u nich. Totalne przeciwieństwo dobra i zła. Miłości i obślizgłej sprośności. Pierwsza para miała swoje zalotne teksty, ale były one na granicy przyzwoitości, ale u drugiej pary czułam tylko zażenowanie i taką trochę sztuczność. Nie chodziło mi o przekaz ich zachowania, ale o sam fakt, że kiedy coś gdzieś się u kogoś nie udaje, to daje się to odczuć taką energią i przesadzistość w zachowaniu obojga, jakby chcieli zamaskować wszystko to, czego inni nie powinni byli zobaczyć. Zmieniało się to później, zupełnie jakby energia w momencie spotkań tych par działała zamiast w sposób pozytywny, to obierała kierunek bezpośredni, dosadny i wtedy cierpko wulgarny, jakby zaznaczali swoje miejsce na ziemi i kto powie więcej niecenzuralnych słów ten wygrywa. Jednak, to nie tylko pusta opowieść, która miała pokazać dwie pary przeciwne. To też intryga, złapanie na nagraniu wpływowych ludzi oraz gra, gdzie zbicie samych kostek jest najmniej szkodliwym wyczynem:-) Pomijając wersje romansu, dostaniecie też niezłą obyczajówkę z wątkami sensacji:-)
Końcówka nie jest końcówką, ktoś nabroił i reszta musi wszystko posprzątać. Ciekawe to jest, bo można się domyśleć, że tak łatwo z tym nie będzie:-) Wierzę, że drugi tom da mi więcej odpowiedzi. Póki co jestem zaintrygowana:-)
Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
„Doświadczyć Jezusa naprawdę” autorstwa Johna Eldredge'a to książka, która nie jest zwykłym poradnikiem duchowym ani teologicznym wykładem. To pełna refleksji i osobistych przemyśleń opowieść o wierze, relacji z Bogiem i tęsknocie za czymś głębszym niż codzienny pośpiech oraz religijne schematy. To lektura, która zachęca, by na chwilę się zatrzymać i spojrzeć na swoją duchowość z zupełnie innej perspektywy.
Nie znajdziemy tu klasycznej fabuły ani jednego głównego bohatera. Autor prowadzi czytelnika przez kolejne rozważania, przeplatając je własnymi doświadczeniami, historiami innych ludzi oraz odniesieniami do Pisma Świętego. Nie narzuca gotowych odpowiedzi, ale zadaje pytania, które skłaniają do zastanowienia się nad własną relacją z Jezusem i nad tym, czym tak naprawdę jest wiara.
Bohaterami tej książki są w pewnym sensie wszyscy ludzie, którzy zmagają się z duchowym zmęczeniem, zwątpieniem czy poczuciem oddalenia od Boga. Bardzo polubiłam sposób, w jaki John Eldredge prowadzi czytelnika. Nie ocenia, nie krytykuje i nie daje odczuć, że ktoś wierzy „za słabo”. Wręcz przeciwnie – pokazuje, że pytania, wątpliwości i chwile duchowej pustki są częścią drogi, a nie powodem do wstydu.
Nie było w tej książce postaci, których można by nie polubić. Pojawiające się historie ludzi są autentyczne i pełne szczerości. Dzięki nim łatwo zrozumieć, że każdy przeżywa swoją wiarę inaczej, ale wszyscy nosimy w sobie podobne pragnienie pokoju, nadziei i bliskości Boga.
To książka osadzona we współczesności i odnosząca się do problemów, z którymi mierzy się dzisiejszy człowiek. Ciągły pośpiech, nadmiar informacji, przebodźcowanie i życie w nieustannym napięciu sprawiają, że coraz trudniej usłyszeć własne myśli, a tym bardziej odnaleźć przestrzeń na modlitwę i ciszę. Autor bardzo trafnie opisuje tę rzeczywistość, pokazując, że właśnie w takich czasach szczególnie potrzebujemy zatrzymać się i na nowo odkryć sens relacji z Jezusem.
Ogromnie spodobał mi się styl Johna Eldredge'a. Pisze prostym, ciepłym i bardzo przystępnym językiem. Nie ma tu moralizowania ani poczucia, że autor chce kogokolwiek przekonać na siłę. Raczej zaprasza do wspólnej drogi i dzieli się tym, co sam odkrył. To sprawia, że książkę czyta się z dużym spokojem i otwartością.
Podczas lektury towarzyszyło mi wiele refleksji. Były momenty, które skłaniały mnie do zatrzymania się i przemyślenia własnego życia duchowego. Czułam spokój, nadzieję i ogromne poczucie, że wiara nie musi opierać się wyłącznie na obowiązkach czy schematach. Najbardziej poruszyła mnie myśl, że Jezus pragnie przede wszystkim relacji z człowiekiem, a nie perfekcyjnego wypełniania zasad.
To książka, do której z pewnością można wracać. Nie czyta się jej szybko, bo wiele fragmentów zachęca do zatrzymania i spokojnego przemyślenia przeczytanych słów. To jedna z tych lektur, które bardziej przeżywa się sercem niż rozumem.
Polecam ją wszystkim osobom, które czują, że ich wiara potrzebuje oddechu, pogłębienia lub po prostu nowego spojrzenia. To również wartościowa propozycja dla tych, którzy szukają pokoju w codziennym zabieganiu i pragną na nowo odkryć, że chrześcijaństwo to przede wszystkim żywa relacja z Jezusem. To mądra, spokojna i bardzo poruszająca książka, która zostawia czytelnika z nadzieją i pragnieniem, by jeszcze bardziej otworzyć swoje serce na Boga.
„Myszka i las” autorstwa Alice Melvin to jedna z tych książek, które zachwycają jeszcze zanim przeczyta się pierwsze zdanie. To przepięknie wydana książka obrazkowa, która zaprasza najmłodszych czytelników do spokojnej wędrówki przez las i pokazuje, jak wiele niezwykłych rzeczy można dostrzec, gdy choć na chwilę zwolnimy.
Trudno mówić tutaj o klasycznej fabule, ponieważ najważniejsza jest sama podróż. Razem z uroczą Myszką przemierzamy leśne ścieżki, obserwujemy zmieniające się pory roku i poznajemy mieszkańców lasu. Każda kolejna strona to nowe odkrycia i zachęta do uważnego przyglądania się otaczającej przyrodzie. To opowieść, która nie spieszy się z dotarciem do celu – pozwala po prostu cieszyć się drogą.
Myszka od pierwszych stron skradła moje serce. Jest ciekawa świata, spokojna i pełna dziecięcej radości z odkrywania tego, co na pierwszy rzut oka wydaje się zwyczajne. Bardzo polubiłam również wszystkich leśnych przyjaciół, których spotyka po drodze. Każde zwierzątko wnosi do tej historii odrobinę ciepła i sprawia, że las staje się miejscem pełnym życia i przyjaznej atmosfery. Nie ma tu bohaterów, których można by nie polubić – cała książka emanuje życzliwością i spokojem.
Akcja rozgrywa się w lesie, który zmienia się wraz z porami roku. To właśnie natura gra tutaj główną rolę. Autorka z niezwykłą czułością pokazuje jej piękno, zachęcając dzieci do obserwowania roślin, zwierząt i drobnych zmian zachodzących w przyrodzie. To książka, która może stać się inspiracją do rodzinnych spacerów i odkrywania lasu na własną rękę.
Największym zachwytem napawały mnie ilustracje. Są pełne detali, subtelnych kolorów i drobnych elementów, które można odkrywać za każdym kolejnym razem. Wycinane klapki sprawiają, że czytanie zamienia się w świetną zabawę, a dzieci z ogromną ciekawością zaglądają, co kryje się pod kolejnymi okienkami. To jedna z tych książek, do których naprawdę chce się wracać, bo za każdym razem można dostrzec coś nowego.
Bardzo spodobały mi się również delikatne, rytmiczne rymy, które doskonale współgrają z atmosferą całej opowieści. Tekstu nie ma dużo, ale każde zdanie zostało napisane z ogromnym wyczuciem. Dzięki temu książka świetnie sprawdzi się jako lektura przed snem lub podczas wspólnego, spokojnego czytania.
Czytając „Myszkę i las”, czułam przede wszystkim spokój i ogromną przyjemność z obcowania z tak pięknie wydaną książką. To jedna z tych historii, które nie bombardują czytelnika nadmiarem bodźców, lecz zachęcają do zatrzymania się i wspólnego odkrywania świata. Uśmiech pojawiał się na mojej twarzy niemal przy każdej stronie, a zachwyt nad ilustracjami sprawiał, że często zatrzymywałam się na dłużej.
To książka, która rozwija wyobraźnię, uczy uważności i pokazuje dzieciom, jak fascynująca potrafi być natura. Jest piękna nie tylko pod względem treści, ale również wykonania, dlatego z powodzeniem może stać się wyjątkowym prezentem.
Z całego serca polecam „Myszkę i las” rodzicom, dziadkom i wszystkim, którzy szukają wartościowej książki dla najmłodszych. To idealna propozycja do wspólnego czytania, oglądania i rozmów o przyrodzie. Jestem przekonana, że zachwyci zarówno dzieci, jak i dorosłych, którzy choć na chwilę będą chcieli wrócić do świata pełnego ciszy, natury i małych codziennych zachwytów.
„Myszka i morze” autorstwa Alice Melvin to kolejna przepiękna książka obrazkowa, która zachwyca spokojem, ciepłem i niezwykłą dbałością o każdy szczegół. To opowieść, która przenosi małych i dużych czytelników na wakacyjną wyprawę nad morze i pokazuje, jak wiele radości można znaleźć w prostych chwilach.
Historia Myszki to niespieszna podróż pełna małych odkryć. Razem z bohaterką spędzamy czas na plaży, obserwujemy nadmorski świat, odkrywamy skarby natury i cieszymy się letnimi przygodami. Nie jest to książka pełna nagłych zwrotów akcji – jej największą siłą jest właśnie spokojny rytm i uważne przyglądanie się otaczającemu światu.
Myszka po raz kolejny skradła moje serce. Jest ciekawa świata, pełna zachwytu i dziecięcej radości. To bohaterka, z którą najmłodsi z łatwością mogą się utożsamić – pokazuje, że nawet zwykły spacer brzegiem morza może zamienić się w niezwykłą przygodę. Bardzo polubiłam również wszystkich napotkanych mieszkańców nadmorskiego świata. Każdy z nich dodaje tej historii uroku i sprawia, że chce się jeszcze dłużej zatrzymać przy kolejnych ilustracjach.
Nie ma tutaj bohaterów, których można by nie polubić. Cała opowieść jest pełna ciepła, spokoju i zachwytu nad naturą. To książka, która od pierwszych stron otula czytelnika swoją wyjątkową atmosferą.
Akcja rozgrywa się podczas wakacji nad morzem. Czujemy zapach lata, piasek pod stopami i szum fal. Alice Melvin pięknie pokazuje nadmorski krajobraz – plaże, wydmy, rośliny i zwierzęta, które można spotkać podczas spacerów. Dzięki temu książka staje się nie tylko opowieścią, ale również zaproszeniem do poznawania przyrody.
Największe wrażenie zrobiły na mnie ilustracje. Są pełne szczegółów i stworzone tak, że przy każdym kolejnym oglądaniu można odkryć coś nowego. To właśnie ta uważność sprawia, że książka nie nudzi się po jednym przeczytaniu. Dzieci mogą wyszukiwać ukryte elementy, poznawać nazwy roślin i zwierząt, a przy okazji rozwijać swoją ciekawość świata.
Bardzo spodobał mi się również delikatny, rymowany tekst, który idealnie pasuje do spokojnego charakteru historii. Słowa i ilustracje tworzą razem niezwykle harmonijną całość. To książka, którą można czytać przed snem, podczas rodzinnego odpoczynku albo po prostu wtedy, gdy chcemy na chwilę przenieść się w bardziej spokojne miejsce.
Podczas lektury czułam przede wszystkim radość i spokój. „Myszka i morze” przypomniała mi, że dziecięca ciekawość świata jest czymś wyjątkowym, a najpiękniejsze wspomnienia często tworzą się z prostych chwil – spaceru, zabawy na plaży czy znalezienia wyjątkowego kamyka.
To książka, która zachęca do zwolnienia tempa i uważnego patrzenia na to, co nas otacza. Jest pięknie wydana, wartościowa i pełna magii codziennych odkryć. Polecam ją wszystkim rodzicom, którzy szukają mądrej i zachwycającej książki dla dzieci. Sprawdzi się idealnie dla małych odkrywców, miłośników przyrody oraz wszystkich rodzin, które lubią wspólne czytanie i rozmowy o świecie wokół nas.
"Dziedzictwo Feniksa" było książką, która mnie wciągnęła w coś nowego, ale to właśnie w "Płomieniu poświęcenia" autorka rozwinęła skrzydła. Świat stał się mroczniejszy, stawka wyższa, a emocje uderzają z ogromną siłą, na którą naprawdę trudno się przygotować. Nie ma tu miejsca na przypadek ani łatwe rozwiązania. Każda decyzja ma swoją cenę. I właśnie to czuć na każdej stronie. Najbardziej zachwyciło mnie to, że pod warstwą widowiskowych walk, mitologicznych stworzeń i niebezpiecznej misji kryje się historia o ludziach. O samotności, o stracie, o nadziei, która uparcie tli się nawet wtedy, gdy wszystko zdaje się już stracone.
Relacje między bohaterami zostały poprowadzone z niezwykłą subtelnością i starannością. Nic nie dzieje się zbyt szybko, nic nie jest wymuszone. Szczególnie poruszyła mnie relacja Sue i Shadowa. Dwoje ludzi zamkniętych we własnych światach, którzy nie próbują się na siłę naprawiać. Po prostu uczą się swojej obecności. To jedna z tych więzi, które budują się powoli, a przez to stają się jeszcze bardziej prawdziwe. Shadow jest bohaterem, którego trudno jednoznacznie ocenić. Na pierwszy rzut oka chłodny, odcięty od emocji, przekonany, że uczucia są tylko słabością. A jednak z każdą kolejną stroną pęka jego starannie zbudowany mur. Obserwowanie tej wewnętrznej walki było dla mnie równie fascynujące, co bolesne. Z kolei Sue udowadnia, że prawdziwa siła nie zawsze objawia się w walce. Czasem największą odwagą jest pozwolić sobie czuć mimo wszystkich ran, które nosimy w środku.
Ogromnym atutem powieści jest również świat przedstawiony. Autorka z niezwykłą swobodą prezentuje mitologię, tworząc rzeczywistość, która wydaje się kompletna i autentyczna. Feniksy, tengu, lamie, wilkołaki, dawne artefakty czy japońskie legendy nie są jedynie ozdobą fabuły. Każdy z tych elementów ma swoje znaczenie i sprawia, że z jeszcze większą ciekawością odkrywa się kolejne tajemnice tego świata. Uwielbiam, gdy fantastyka nie tylko dostarcza rozrywki, ale również rozbudza ciekawość i zachęca do zgłębiania mitów oraz legend, bo przecież czytając o niektórych stworzeniach, sama sprawdzałam w sieci jak mogły wyglądać i jakie mają znaczenie w mitologii japońskiej.
Autorka doskonale operuje kontrastami. Z jednej strony potrafi zachwycić niemal baśniowym opisem nocnego nieba czy lasu, by za chwilę wrzucić czytelnika w sam środek brutalnej walki, gdzie nie ma miejsca na litość. Piękno przeplata się z okrucieństwem, spokój z chaosem, a nadzieja z rozpaczą. Dzięki temu ta historia żyje, oddycha i nie pozwala ani na moment stracić czujności, bo chwila zawahania może kosztować kogoś życie.
To również jedna z tych książek, które przypominają, że największe bitwy rozgrywają się w ludzkim wnętrzu. Bohaterowie walczą z przeciwnikami, ale jeszcze częściej z własnymi lękami, poczuciem winy, stratą i przekonaniem, że nie zasługują na szczęście. Te emocje są tak autentyczne, że bardzo łatwo odnaleźć w nich cząstkę siebie.
Końcówka… Nie będę zdradzała szczegółów, ale dawno żadna książka nie pozostawiła mnie z tak wieloma emocjami jednocześnie. Szok, wzruszenie, niedowierzanie i ogromna potrzeba natychmiastowego sięgnięcia po kolejny tom mieszały się ze sobą jeszcze długo po zakończeniu lektury. Pojawienie się nowego "gracza" zmienia obraz całej historii, wzbudza niepewność w bohaterach, ciężko im zaufać, ale czy mają inne wyjście?
"Płomień poświęcenia" to opowieść o sile, która rodzi się z bólu. O ogniu, który potrafi zarówno niszczyć, jak i dawać nadzieję. O tym, że czasami największym bohaterstwem nie jest pokonanie potwora, lecz ocalenie własnego człowieczeństwa.
Jeżeli szukacie fantasy, które zachwyca klimatem, zaskakuje mitologicznym rozmachem, porusza do głębi i sprawia, że bohaterowie zostają z Wami na długo, to nie wahajcie się ani chwili. Dla mnie to nie była zwykła lektura. To była historia, którą przeżyłam całym sercem i jedna z tych książek, o których myśli się jeszcze bardzo długo po odłożeniu na półkę.
Fantastyczna książka,czytając trudno się oderwać.Autorka pisząc czuć że zna dobrze atmosferę Malty i urokliwe zabytki Rzymu i świetnie się w nich porusza..Zdecydowanie polecam.
„Zgotuję ci piekło. Jak rozwodzą się Polacy” to znakomity reportaż o jednym z najbardziej stresujących wydarzeń w życiu człowieka. O rozwodowym piekle, polu bitwy o dzieci, pieniądze, wpływy, czy przyjaciół. Tu wszystkie chwyty bywają stosowane, najohydniejsze zagrywki są na porządku dziennym, a wszystko to „w imię miłości i z nienawiści”. Te skrajnie różne i równie angażujące emocje uczucia dzieli jak widać niezwykle cienka granica. A ludzie balansujący na skraju silnych emocji są zdolni do wszystkiego..
Autorka reportażu nie ocenia. Prezentuje różne punty widzenia. Szokuje realizmem i zmusza do zastanowienia, czy ta gra jest zawsze warta świeczki. Bo czasami najwyższą cenę za życiowe wybory dwójki ludzi, płaci ktoś trzeci.. niewinny. Warto więc sięgnąć i na chłodno poczytać o tym, „do czego zdolni są ludzie, gdy przestają się kochać, a zaczynają nienawidzić ”. A nuż się się kiedyś przyda..
Medycyna na obecną chwilę nie jest nam obca, ale metody leczenia sprawiają, że tak chętnie zagłębiamy się w dodatkową wiedzą o nich. Częściej doświadczamy jej od strony praktycznej.
Jak tym razem odnajdziemy drogę w odkrywaniu właściwego dotarcia do niej wiedzą tylko pacjenci mający z nią do czynienia bezpośrednio, czy będą na tyle cierpliwi, aby przetrwać ten trudny czas, czy wnętrze ich mózgu będzie na tyle silne w zmaganiu się z chorobą mózgu musimy wspólnie przebyć tą niezbyt przyjemną trasę z doktorem Masudem Husainem autorem książki należącej do gatunku literackiego reportaż pt. ''Outsiderzy. Czego pacjenci neurologa nauczyli go o mózgu''?
Podoba mi się to, że na samym wstępie autor wyjaśnia, czym jest dla niego przynależność do społeczności, co to znaczy, jak się czują osoby będące tytułowymi outsiderami, co ma wpływ na to. Przybliża większą wiedzę na temat pochodzenia, nie akceptacji z powodu czarnego koloru czarnego skóry, kiedy nastąpił moment zainteresowania medycyną, a szczególnie układem nerwowym. Być może to spowoduje, że znajdziemy odpowiedź na pytanie, dlaczego zdecydował się napisać książkę.
Uważam, że zagadnienia tematyczne związane bezpośrednio z neurologią i pokrewnymi jej gałęziami pojęciowymi nie zawsze spotykają się w społeczeństwie z akceptacją. Dla osób chorujących neurologicznie są to nieprzyjemne chwile, bo czują się niezrozumiani i niewiedzą, jak mają rozmawiać i z kim o ich chorobie, z którą zmagają się niezależnie od wieku.
Gdy przeczytałam, pierwszy rozdział ''Mały cud'' pojawiło się u mnie mocne nim wzruszenie. Opisany przypadek Davida powracającego do pracy po przebytym udarze uświadamia, jak bardzo potrzebuje on wsparcia medycznego każdego rodzaju pomimo tego, że jego stan zdrowia był mu zupełnie obojętny. Nie myślał o tym, co było tego przyczyną. Zawsze istnieje cień nadziei, że choroba zniknie, ale czy tak się stało, należy się, o tym przekonać poznając go.
Gdy przypatrujemy się, tak z boku na podejście zawodowe autora to nie jest mu obcy stan zdrowia pacjenta po zetknięciu się z nim podczas przeprowadzonej pierwszej rozmowy, nie ucieka od niego, gdyż potrafi on dokładnie analizować go, a dyskretnie ocenia, wygląd zewnętrzny nie mówiąc o nim tak od razu. To dobrze o nim świadczy, że nie ujawnia mu tego.
Autor umiejętnie korzysta z literatury przedmiotu zawodowego.
W książce zostały dokładnie wykonane ilustracje przedstawiające miejsca bólowe pacjentów.
Jak bardzo zaskoczą nas opisane sytuacje zdrowotne pacjentów, czy ich umysł jest otwarty na możliwość podjęcia próby wyleczenia, aby uzyskać, spodziewany przez autora – doktora oczekiwany efekt pomimo ich cierpienia w skryciu warto, odkryć jest te tajemnice neurologiczne i po części psychologiczne, które są, im znane na co dzień o tym warto przeczytać.
"Uwięzione serca" to powieść napisana przez duet matki i córki - Beaty i Ani Agopsowicz. Uważam, że to bardzo trafne połączenie, gdyż tematyka książki oscyluje wokół właśnie takich relacji.
Małżeństwo Natalii i Adama chyli się ku upadkowi. Oboje pochłonięci pracą, zupełnie zapominają o córce Julii. Wyprowadzka Adama z domu, odbija się mocno na dziewczynie. Zbuntowana, a może raczej samotna i niedoceniana nastolatka znika. Ale jak się okazuje, wcale nie uciekła z domu. Prawda jest dramatyczna... Rodzice jednoczą siły, by ocalić dziecko.
Widzimy, że w obliczu zagrożenia przestają mieć znaczenie wzajemne pretensje, ból, żal. Liczy się wspólny cel. Uratowanie córki. Przed czym i czy zdążą? I czy istnieje szansa, by ich małżeństwo mimo wszystko przetrwało?
To historia, która przypomina, jak ważne są uważność na drugiego człowieka, szczera rozmowa, pielęgnowanie rodzinnych więzi. Relacji bowiem nie buduje się od święta, lecz każdego dnia codzienną troską i zainteresowaniem. Wszystko to może uchronić dziecko przed tym, co na nie czyha w świecie pełnym niebezpieczeństw. Często gubimy się w wirze codzienności, skupiając się na sobie. Bardzo łatwo bowiem jest przeoczyć to, co dzieje się życiu naszych pociech. Nie dostrzegamy ich problemów, nie interesujemy się tym, z kim i jak spędzają czas.
Tytułowe "uwięzione serca" to swojego rodzaju uwięzienie bohaterów w bólu, żalu, pretensjach i braku porozumienia. Julia nie radzi sobie z rozstaniem rodziców. Zostaje z tym sama. Z kolei Natalia i Adam nie potrafią ze sobą rozmawiać. Oddalili się od siebie.
To książka przesycona emocjami. Otwiera oczy na wiele spraw. Pozwala przejrzeć się w niej jak w lustrze. Autorki nie pouczają, nie moralizują. Zostawiają nam przestrzeń do własnych przemyśleń i refleksji. Pozwalają nam dostrzec nasze własne błędy, zarówno te wychowawcze, jak i małżeńskie.
"Uwięzione serca" to przejmująca powieść o rodzinnych relacjach, kryzysie współczesnej rodziny i rozmowie, która potrafi zmienić wszystko. Lektura obowiązkowa dla każdego rodzica, która pomaga zrozumieć emocje i potrzeby dziecka.
Monika Białkowska oddaje głos osobom skrzywdzonym w ramach Kościoła. Skrzywdzonym jednak nie fizycznie czy se**ualnie, ale duchowo i psychicznie. Kieruje naszą uwagę na sprawy najcichsze medialnie, choć równie wyniszczające dla ofiar.
Książka składa się z historii opowiadanych przez ludzi, których bolesne przeżycia, chęć poszukiwania Boga czy charyzmatyczny przywódca przywiodły do najrozmaitszych organizacji kościelnych. W tych wspólnotach stali się oni ofiarami przemocy duchowej, zbyt subtelnej, by móc ją w jakikolwiek sposób zgłosić. Umniejszanie, kontrola, przepracowanie, lęk – to tylko niektóre konsekwencje działań toksycznych grup. Dodatkowo poszkodowanym brakuje przestrzeni do znalezienia pomocy.
Przez większą część książki wydawało mi się, że autorka po prostu zebrała ludzi, których głos należy usłyszeć. To prawda, ale włożyła także coś od siebie. W rozdziale „Przemoc duchowa” komentuje, z perspektywy zarówno psychologicznej, jak i teologicznej, straszliwe mechanizmy kreowane przez „przywódców” lub całe wspólnoty. Opisuje m.in., w jaki sposób stajemy się podatni na wpływy, jak charyzmatyczny autorytet staje się oprawcą i jakie metody w tym celu stosuje.Podkreśla, że każdy z nas może stać się ofiarą. Na ostatnich stronach Białkowska umieściła również zbiór „czerwonych flag”, czyli zdań i stwierdzeń, które mają zaświecić lampkę ostrzegawczą u osób udzielających się w grupach duchowych.
Mnie osobiście uderzyło to, że okrutna przemoc, której nie da się zobaczyć gołym okiem, na tak szeroką skalę ma miejsce w polskim Kościele katolickim i jak niewiele się z tym robi. Podobało mi się również stanowisko autorki – krytyczne, lecz wyważone, bardzo obiektywne z dziennikarskiego punktu widzenia, a równocześnie skupione na pokrzywdzonych.
Myślę, że świetnym pomysłem będzie podrzucenie tej książki osobie zaangażowanej w jakikolwiek rodzaj wspólnoty, by mogła sprawdzić, czy nie pada ofiarą toksycznej
duchowości.
Witam, dziś mam dla Was recenzję książki „Trzy kroki we mgle” ❤️ autorki Natalii Kulpińskiej ❤️
Wydawnictwo WasPos ❤️
„Trzy kroki we mgle” to historia, która bardzo mnie zaskoczyła. Myślałam, że będzie to opowieść o młodzieńczej miłości, która popełniła błąd i szuka wybaczenia. Tymczasem książka całkowicie mnie wciągnęła i pokazała znacznie więcej, niż się spodziewałam. Znajdziemy tutaj wiele ważnych i życiowych wątków.
Jednym z nich jest młodzieńcza miłość piękna, szczera i prawdziwa. Nasi bohaterowie wpadają jednak w chaos intryg, które mocno komplikują ich życie.
Autorka pokazuje również miłość chorą i toksyczną, która z czasem staje się wręcz niebezpieczna. Nasza bohaterka przez długi czas nie zdaje sobie sprawy z tego, że znajduje się w niebezpieczeństwie, choć myślę, że wielu z nas również mogłoby tego nie zauważyć. Złe traktowanie bliskiej osoby, ciągłe zakazy, odbieranie prawa do własnych decyzji oraz manipulacja to z pewnością nie są oznaki zdrowej relacji. Cieszę się, że bohaterka w porę zorientowała się, że coś w jej życiu jest nie tak i że zmierza ono w złym kierunku. Manipulacja i chorobliwa zazdrość są tutaj niestety na porządku dziennym.
Mamy tutaj także pokazane relacje rodzinne. Z jednej strony rodziców, którzy są gotowi rzucić wszystko, by pomóc swojemu dziecku w trudnych chwilach, a z drugiej takich, którzy za wszelką cenę chcą decydować o jego życiu i narzucać mu własną wolę. Według mnie takie zachowanie nie prowadzi do niczego dobrego. Zdecydowanie bliższy jest mi obraz rodziców, którzy wspierają swoje dziecko i są przy nim bez względu na wszystko.
Bardzo spodobał mi się również wątek więzi z dziadkami oraz próba pielęgnowania tego, co po sobie pozostawili. Opieka nad zwierzętami odgrywa tutaj ważną rolę i dodaje tej historii ciepła oraz wyjątkowego klimatu.
Autorka pokazuje też, że prawdziwa miłość nie znika z dnia na dzień. Gdy człowiek zostaje zraniony, bardzo długo nosi w sobie ból, poczucie zdrady i upokorzenia. Tak właśnie czuje się nasza bohaterka. Mimo że mężczyzna jej życia wraca do rodzinnego miasta i próbuje odbudować to, co z własnej winy stracił, ona nie daje się tak łatwo przekonać i wybaczyć.
To książka, która skłania do refleksji nad tym, czym jest prawdziwa miłość, gdzie kończy się troska, a zaczyna kontrola, oraz jak ważne jest dostrzeganie sygnałów ostrzegawczych w relacjach. Historia bohaterów na długo zostaje w pamięci i pokazuje, że nawet po największych życiowych burzach można odnaleźć w sobie siłę, by zawalczyć o własne szczęście. Z całego serca polecam Wam tę książkę mnie bardzo poruszyła i na długo pozostanie w moich myślach. ❤️
Tak naprawdę zastanawiałam się jak mam podzielić ta książkę, gdyż widziałam ją jako dwie wersje, niczym na jednym obrazie pod drugim kontem mamy zupełnie inny obrazek. Pierwsza wersja widziała losy człowieka, którego spotykają same najgorsze rzeczy. To nie była dobra wizja, gdyż ten urywek wdzierał mi się do głowy wkradając i wkładając tylko same negatywne rzeczy. Taki totalny brak sił, brak wiary w dobro, droga usłana nieszczęściami, depresja krocząca po piętach i ten wiek czterdziestu lat, czyli dokładnie tyle ile ja mam... Takie smutne przeświadczenie, że najlepiej jest zakończyć życie i pozwolić innym wieść prym bogaczy. To nie była łatwa treść, nie podobała mi się zwłaszcza przez to, że pisana była w trzeciej osobie. Później coś lekko zaczęło się zmieniać, zaczęło do mnie dochodzić, że cała treść obiera drogę ku fantastyce, gdzie wszystko jest możliwe. W momencie śmierci, która nie nadeszła, ten stan widziałam jako pobyt w śpiączce. To wtedy postaci zaczęła pojawiać się droga, która wszystko mogła zmienić. Ostatnie słowa umierającej małżonki zaczęły mieć inne znaczenie, jakby i ona na ostatniej prostej dawała mu nadzieję, że wszystko do czego doszło da się jeszcze odkręcić. Jednak tam gdzie trafił nie było spokoju. Wewnątrz siebie wciąż czuł potrzebę poruszania się pomimo niechęci, która była jakby odzwierciedleniem jego drogi jako żywy. Osoby, które tam spotykał były miłe i upiorne, koszmarne i straszliwe, modlitewne i nie posiadające dobrze rozwiniętej inteligencji. Jego głowa podsumowywała to miejsce, jednak wzrok kłócił się z tym, ponieważ co postać, to dawała mu odczuć zupełnie inne emocje. Później dochodziło do wydarzeń, gdzie nazywano go tymi, kim czuł, że nie był, jednak w momencie obrania na sobie świadomości osoby którą go nazywali, zdobywał potrzebną wiedzę i inteligencję. To było dokładnie tak jak ktoś mądry powiedział ,,poczuj się osobą, którą chcesz się stać, a zrobisz wszystko, by okoliczności tak cię właśnie traktowały". Od tej pory nie widziałam już zwykłej fantastyki, tylko poprzez wymyślne wydarzenia los człowieka, który co myślał, to to było mu dane, a kiedy myśli zmienił i świat zyskiwał nowy wymiar. Autor przekonuje nas do zmiany punktu widzenia i otwarcia się na nieznane, pomimo tego co bezpieczne nadal chce utrzymać nas w miejscu. Idź i podążaj naprzód zwłaszcza wtedy, kiedy najbardziej ci się nie chce, bo to testy, które trzeba przejść, by utwierdzić się w tym, że staniemy się tym, kim zawsze chcieliśmy być. Już więc nie widzę jej jako łatwą opowieść, ale jako naprowadzenie nas na myśli takie, które pchają nas do miejsca w którym zawsze chcieliśmy być.
P.S. Jest tu psychologiczna zagrywka jako mądre słowa, dobre słowa i naprowadzenie nas na wszystko co miłe. Jestem jednak zdania, że osoby, które nie interesują się psychologią, odbiorą ją jako zwykłą fantazyjną opowieść poradę. Jednak nawet jeśli tak będzie, to i tak warto się z nią zapoznać:-)
Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
Są rany, które nigdy się nie zabliźniają. I zemsta, która domaga się finału.
"A gdy już będziesz gotowy, odszukaj człowieka o imieniu Hubert i nazwisku Grabiec. Stań przed nim, spójrz mu głęboko w oczy, pozdrów ode mnie i zabij z zimną krwią"
Niektóre historie czyta się z zapartym tchem. Są też takie, które zostawiają po sobie ciężar, złość, smutek i mnóstwo pytań. "Zły opiekun" to właśnie jedna z tych historii.
Marcel Moss po raz kolejny udowadnia, że doskonale odnajduje się w thrillerach psychologicznych, w których największym zagrożeniem nie są potwory z koszmarów, lecz ludzie – ci, którzy na co dzień mijają nas na ulicy, cieszą się zaufaniem innych i ukrywają swoje prawdziwe oblicze za maską normalności.
To drugi tom cyklu o Kornelu Malickim i zdecydowanie warto sięgnąć wcześniej po "Porzucone dziecko", ponieważ wydarzenia z poprzedniej części mają ogromny wpływ na motywacje głównego bohatera oraz jego emocjonalną drogę.
Historia rozpoczyna się od tragedii, która wydarzyła się podczas młodzieżowego obozu nad Jeziorem Solińskim w 2007 roku. Strzelanina, niewyjaśnione motywy sprawcy, zaginięcie jednej z uczestniczek oraz tajemnice, które nigdy nie ujrzały światła dziennego, stają się fundamentem opowieści rozgrywającej się niemal dwadzieścia lat później.
Kornel Malicki przyjeżdża do Wołkowyi pod pretekstem zbierania materiałów do reportażu o masakrze. Bardzo szybko okazuje się jednak, że książka jest jedynie przykrywką. Tak naprawdę kieruje nim potrzeba zmierzenia się z własną przeszłością, bólem i człowiekiem, który od lat pozostaje symbolem niewyjaśnionych krzywd. Jednocześnie Kornel sam próbuje odnaleźć się po ogromnej osobistej stracie, dlatego jego historia jest pełna emocji, wewnętrznych konfliktów i desperackiej potrzeby poznania prawdy.
Największą siłą tej powieści są jednak nie same zagadki kryminalne, lecz psychologia bohaterów. Marcel Moss bardzo odważnie porusza temat przemocy psychicznej i fizycznej, samotności, odrzucenia przez rówieśników, obojętności dorosłych oraz traum, które potrafią zniszczyć człowieka na całe życie. Pokazuje, jak często największe tragedie rodzą się z wieloletnich zaniedbań, milczenia i braku reakcji tych, którzy powinni chronić dzieci.
Autor nie moralizuje. Pozwala czytelnikowi samodzielnie ocenić bohaterów, jednocześnie uświadamiając, że zło bardzo rzadko pojawia się nagle. Często dojrzewa latami, karmione cierpieniem, upokorzeniem i poczuciem całkowitej bezsilności.
Ogromnym atutem książki jest klimat. Bieszczady, niewielka miejscowość, zamknięta społeczność i tajemnice sprzed lat tworzą duszną, niepokojącą atmosferę. Z każdą stroną napięcie rośnie, a kolejne odkrywane sekrety sprawiają, że coraz trudniej odłożyć książkę choćby na chwilę.
Marcel Moss po mistrzowsku manipuluje oczekiwaniami czytelnika. Gdy wydaje się, że wszystko zaczyna układać się w logiczną całość, autor jednym zwrotem akcji burzy całą dotychczasową pewność. Finał, jak to u niego bywa, zaskakuje, szokuje i pozostawia ogromny niedosyt, jednocześnie otwierając drzwi do kolejnej części cyklu.
To nie jest lekka historia. To thriller, który momentami boli, irytuje i zmusza do refleksji nad tym, jak ogromny wpływ na dorosłe życie mają wydarzenia z dzieciństwa. To opowieść o zemście, poczuciu winy, stracie i konsekwencjach decyzji podejmowanych wiele lat wcześniej.
Jeżeli lubicie thrillery psychologiczne, w których liczy się przede wszystkim mroczny klimat, skomplikowane relacje między bohaterami i stopniowo odkrywane tajemnice, "Zły opiekun" z pewnością spełni Wasze oczekiwania. To kolejna książka Marcela Mossa, która udowadnia, że największy strach nie kryje się w ciemności, lecz w ludzkiej psychice.
Krystyna Mirek po raz kolejny udowadnia, że potrafi stworzyć ciepłą, pełną humoru i emocji historię o ludziach, którzy wierzą w miłość, mimo różnych życiowych doświadczeń. „Wyjdź za mnie, kochanie” to powieść, która z pozoru opowiada o przygotowaniach do wystawnego ślubu, jednak szybko okazuje się, że najważniejsze wydarzenia rozgrywają się w sercach bohaterów.
Autorka przedstawia galerię barwnych postaci, z których każda wnosi do fabuły coś wyjątkowego. Szczególnie zapada w pamięć Apolonia Darska, kobieta, która pragnie, by ślub ukochanej wnuczki był perfekcyjny. Ciekawym i zaskakującym elementem jest również wątek doświadczonego złodzieja, który planuje ostatni skok w swojej karierze. To właśnie on wnosi do historii nutę napięcia i nieprzewidywalności, a jednocześnie pokazuje, że pozory potrafią mylić.
Powieść zręcznie łączy humor z refleksją nad relacjami rodzinnymi, wybaczaniem i odwagą w podejmowaniu życiowych decyzji. Nie brakuje zabawnych sytuacji, rodzinnych nieporozumień i romantycznych zwrotów akcji, które sprawiają, że książkę czyta się z uśmiechem i dużym zainteresowaniem. Autorka przypomina, że nawet najbardziej szczegółowo zaplanowany scenariusz może zostać wywrócony do góry nogami przez uczucia, których nie da się kontrolować.
„Wyjdź za mnie, kochanie” to idealna propozycja dla miłośników powieści obyczajowych z nutą romansu i komedii. To historia pełna ciepła, pokazująca, że w życiu nie wszystko da się zaplanować, a największe szczęście często przychodzi wtedy, gdy najmniej się go spodziewamy. To książka, która poprawia nastrój, wzrusza i przypomina, że o prawdziwą miłość zawsze warto zawalczyć.
,,Oglądając zły program telewizyjny, stajemy się programem telewizyjnym. Jesteśmy tym, co czujemy i co postrzegamy. Gdy jesteśmy zagniewani- jesteśmy gniewem. Gdy jesteśmy zakochani- jesteśmy miłością. Kiedy patrzymy na ośnieżone górskie szczyty- stajemy się górą. Możemy być, czym tylko zechcemy."
,,Czy to w mieście, czy na wsi, czy na dalekim pustkowiu- powinniśmy ,,zasilać się", dobierając starannie otoczenie, i nieustannie dbać o swoją świadomość."
To naprawdę wspaniały poradnik, który odpowie wam na pytanie jak powrócić do siebie, jak przerwać wielką gonitwę w głowie, kiedy czujemy się przebodźcowani, jak zwyczajnie wyciszyć siebie i umysł, co często powtarzają nam nasi mentorowie. Każdy daje porady aby wyciszyć umysł, a tutaj w końcu dowiecie się jak tego dokonać:-) Przeczytacie sposoby na prawidłowe oddychanie, medytację, dzwonki, które sprawiają, że powracamy do tu i teraz, spożywanie pokarmu, którym potrafimy się delektować, praktyka Eucharystii, uważne jedzenie przy zauważaniu i czuciu jak się gryzie, jak poruszamy językiem i kiedy przełykamy. Tutaj zobaczycie, że nie ma czegoś takiego jak mechanicznie spędzony czas. Można wykonywać zwykłe rzeczy i być w ciagłej chwili obecnej, gdzie nie ucieka się do pomysłów w głowie, sytuacji, które wytrącały nas z równowagi, czy też poddawały nas dawnym wspomnieniom i nagle okazywało się, że śniadanie zostało zjedzone, a my nie wiedzieliśmy jak to się stało. Ten podręcznik na wszelkie sposoby pokaże wam jak żyć świadomie przez cały dzień. Jadąc samochodem czy też czując wszystko, czego nasze ciało dotyka. Opisane jest, że aby żyć świadomie musimy mieć wyznaczone cele. Do tego poddany został przykład (w sumie to cały ich ogrom, ale ten najbardziej do mnie przemówił) aby nie podziwiać samego kwiatu czując jak sami się w niego zamieniamy. By nie oddawać swojej uwagi tam, gdzie nic nam ona nie da. Jeśli chcemy stać się sławni, taki przykład, to wpatrujmy się właśnie w takie osoby, by poczuć się jak oni, tak jak wcześniej czuliśmy się tym kwiatem, i to spowoduje, że stając się tym kim chcemy, świat zrobi wszystko abyśmy tym się stali również na zewnątrz.
Jeśli chciałabym wam powiedzieć dlaczego należy przeczytać tą książkę, to moja odpowiedź brzmi następująco: Ponieważ wszystko, czego nie rozumiecie w nauce manifestacji właśnie tutaj zostało wyjaśnione. Nie macie tutaj przykładów jak coś osiągnąć, tylko po tytule konkretu, który chcecie się nauczyć, będzie napisane co trzeba zrobić aby to się stało. To nauka, którą trzeba powtarzać tak jak inny język, którego ktoś chce się nauczyć. To tutaj zobaczycie jak to jest wykonać zadanie ,,bycia uważnym". Jak powrócić do siebie, jak myśleć świadomie, jak pamiętać wszystko, co robiliście w każdej chwili waszego życia, jak być spokojną, jak przestać wypominać sobie niepowodzenia, jak nie cierpieć, jak zamknąć wszystko co waszemu ciału nie służy. Sekret po sekrecie aby dojść do kierowania swoim życiem i osiągania w nim wyników jakie chcecie, a nie na jakie was zaprogramowano. Bo myślenie świadome nie jest sekundową reakcją po której nawijacie jak szaleni siejąc swoje oburzenie. Świadome myślenie jest przetworzeniem tego co widzicie, zauważeniem, że nie musicie reagować na czyjeś nerwy i zadaniem sobie pytania, czy chcecie prowadzić temat z którego nie macie korzyści, czy decydujecie się go uciąć. Rozmowa o czymś czego nie chcecie, z kimś kogo nie lubicie jest zabieraniem cząstki waszej energii, czy cząstki waszego życia. Zadajcie więc sobie pytanie, czy warto zamienić swoje życie na coś, czego nie chcecie? Bo jak tego dokonać w pozytywny sposób też będzie tu opisane:-)
Po stokroć polecam tą książkę by czytać ją po stokroć. Choćby krótki rozdział na półtorej strony raz dziennie. Ta pozycja ma treść dla ludzi przebudzających się i przebudzonych. Każdy kto stwierdzi, że jej nie rozumie, zwyczajnie wciąż śpi...
Książka ma w sobie dwa rytmy czytania. Samo przeczytanie treści zajmuje krótki czas, ale cisza jaką po sobie pozostawia każdy kawałek krótkiego opowiadania, czy też bardziej poetyckiej opowieści po prostu trwa. Od początku, kiedy nie zna się tematyki, a ja jestem właśnie taką osobą, która czyta po okładce, nie spisie, nie opisie, tylko po magnetyczności okładki... To zwyczajnie chciało mi się płakać. W pierwszej myśli chciałam zegnać na autorkę całe złe emocje jakie mną zawładnęły, gdyż opisywane były przykłady różnych ludzi w różnym wieku, którzy nie tylko tracili pamięć, ale i wydawało im się, że mają w sobie dwie osoby, potrafili prowadzić dialog w dwojaki sposób, nie kończyli wypowiedzi, treść bywała niczym wzięta z urywków kilkunastu książek, gdzie wybierano sobie linijki i wklejano jako całkowity przekaz. Pomyślałam nawet, że zwariuję od tego spokoju usianego dramatem wydarzeń. Ostatnio coś mi się porobiło i nie chcę czytać niczego smutnego i niczego złego. Mam do tego prawo, każdy ma. Jednak ta treść wciąż nie dawała mi spokoju. Wtedy poczułam jak coś wewnątrz mnie pęka, bo kilkunastu opisach doszło do mnie, że czytam o emocjach ludzi chorych na schizofrenię. W takim wypadku mieli prawo być kim myśleli, że byli. Mieli prawo targać się na swoje życie czekając aż to drugie ja w nich zniknie i w końcu będą sami. Czytałam o bezsilności rodzin, którzy nie wiedzieli jak się wśród nich zachować, kiedy ktoś obwieszczał, że wracał z dalekiej podróży a tak naprawdę był w pokoju obok. Kiedy czuli, że dwa lata wpatrywali się w sufit, bo czuli, że tak powinni, a prawda była zupełnie inna. To było zderzenie ja z własnym ja oraz tej trzeciej osoby, która była tylko pojedynczym widzem. Zabolało mnie to, bo byłam całkiem niedawno w pobliżu takiej osoby, która już odeszła.
Co mnie zaciekawiło to opis ich wewnętrznego przymusu aby postępować tak jak ktoś im kazał. Jakby swoje własne ja, takie, które każdy z nas posiada i albo je słucha albo je zmienia, to u nich było traktowane jako osobna jednostka, która jest w nich i kłóci się z nimi, a kiedy nie słuchają zmusza ich do robienia sobie krzywdy. Jakby było zaprogramowane na same najgorsze rzeczy, bo na dobre uważało, że nie zasługują. To dlatego czasami taka osoba mówi dziwne rzeczy. Nie bo chce, tylko dlatego, że czuje iż musi to wewnątrz siebie słuchać...
Sama książka jest króciutka, ale to zupełnie wystarczy aby zszokować mocą słów, a nie ilością zapisanych stron. Daje ogromne zrozumienia dla każdego kto jest chory, nie tylko na tą konkretną chorobę. Uczy, że nie można zaprzeczać słowom takich osób, a jedyne co można zrobić, to słuchać ich z zainteresowaniem, gdyż wewnątrz siebie nie mają nikogo do obrony. Nie mogą bronić siebie, bo tego systemu już u nich nie ma. Mają tylko tego kogoś, kto albo wybierze kłócenie się z nim i dokładanie im przykrości, albo poklepie pokrzepiająco po plecach dając tym znać, że nie są sami. Że choć i tak nas zapomną, to jednak na tą krótką chwilę po prostu mają nas. To dla nich wielkie bogactwo...
Jak zwykle się rozpisałam, ale to tylko dlatego, że chcę aby czytelnik ujrzał jak wyjątkowa jest to książka. Że odbiera się ją emocjami i zrozumieniem. Jest wartościowa. Dlatego ją polecam...
Przyznaję się, że kiedyś bardzo często pisałam wiersze i używałam je w wielorakiej formie ale nigdy w jednosłownej. Jest to bardzo interesujące i takie konkretne. Każde słowo wybrzmiewa niczym gong w głowie i akceptuje samego siebie pokazując, że jest najważniejsze. Niczym setki ludzi z bardzo wysoką samooceną będą w wielkim tłumie, ale każdy z nich będzie miał się za geniusza innego kalibru. Właśnie tak odebrałam dźwięczność tych słów. Co do przekazu, to początkowo szukałam w nim tego, co mogło zostać ukryte, ale dopiero im dalej, tym bardziej zauważałam jego wyjątkowość. Wyobraźcie sobie właśnie cały dom ze wszystkimi rzeczami potrzebnymi do użytku wraz z człowiekiem. Wszystko jest na miejscu, choć ma szeroką funkcjonalność. Pod osłoną człowiek ujrzeliśmy jakich humorów doznawał, jakie kolory koszulki nosił, jakich miał długości włosy, koloru oczy i jak wszystko choć jest jedno, to jednak przymiotników można dobrać do tego ogrom. Tak samo jak przybory toaletowe czy same rzeczy pozostające w codziennym użytku do każdego i jednej osoby jednocześnie. To były emocje każdej rzeczy z osobna, gdzie my widzieliśmy ją jako martwą i tylko ona sama choć nieruchoma czuła wszystko, co z nią robiliśmy. W ten sposób było też zobrazowane przemijanie, że z każdym dniem coraz trudniej było pojedynczemu włosowi odnaleźć parę na całe życie. Nigdzie nie było konkretnego odbicia, gdyż wszystko choć nieruchome, to jednak złożone z cząsteczek, które drgały, zawsze były inne od tej drugiej, choć na pierwszy rzut oka podobnej, rzeczy. Opisywała jak wiele miłości doznającej różnych i niemiłych wzajemności zwyczajnie umierało. Opisała każdy piękny kwiat przydomkiem odczuwalnej emocji kojarzącej się z czymś smutnym, złym i nieuchronnie ujmującym sobie. Pokazała tym, że Lawenda jest strapieniem, ponieważ pięknie pachnie, działa jako pomocnicze zioło, ale kiedy ktoś jest na nią uczulony, to ofiarowana jako prezent nie będzie radością a jedynie strapieniem. Wszędzie widziała ze stron oczywistych, te drugie, rozumiane mniej przychylnie. Uzmysłowiła tymi wierszami, że każdy z nas może widzieć coś takiego samego w inny sposób. To wiersze z 2024-2025 roku i jeśli powstaną kolejne, to bardzo chciałabym je poznać.
Jeśli taki odbiór treści wam przypadnie do gustu, to wiedzcie, że cała treść zachwyci swym pięknem. Bardzo polecam do przeczytania:-)