Spoglądając na nadany tytuł książki należącej do gatunku literackiego powieść autorstwa Pani Mélissy Da Costa pt. "Co przyniesie jutro" dostrzegłam to, że często zwracamy, się tymi słowami nawzajem zastanawiając, się nie wiedząc tego, jaki on będzie.
Postanowiłam się dowiedzieć, co autorka miała, na myśli tworząc go i czy płynie z niego jakikolwiek przekaz bądź nie, gdyż co do tego nie ma, nigdy, pewności jedynie możemy wywnioskować z tego, o czym ta powieść jest na podstawie opisu treści książki.
Twórczości autorki nie miałam okazji do tej pory poznać, ale z miłą chęcią zechciałam, dowiedzieć się co ukrywa tak wiele znaczący nadany książce tytuł.
Jak zachowa się Amande Luzin w sytuacji niespodziewanej dla niej samej, czy umie zaakceptować ją, czy może liczyć na pomoc osób, które są dla niej rodziną, całkiem obce, komu zaufa, a może odkryje kogoś, kto pozostawi jakiekolwiek wskazówki służące jej, aby dotychczasowe życie nabrało ciekawszego kolorytu smakowego?
Amande doświadczyła utraty wszystkiego tego, czego zdobyła do tej pory z początkiem kalendarzowego lata. Właściwie to musi dokonać natychmiastowych zmian i zmierzyć się z nowym wyzwaniem życiowym zapominając o tym, co ją podwójnie spotkało i spróbowaniem podarowania szansy na lepsze jutro do miejsca, w którym to miała żyć według planu z bliskimi sercu jej osobami.
Miłe jest, to kiedy ma się uzyskane wsparcie od teściów, szwagra oraz od obcych, znajomych świętej pamięci męża, że może na nich liczyć w każdej sytuacji niezależnie od miejsca, w którym się mieszka i tego właśnie doświadcza główna, bo bohaterka powieści autorstwa Pani Mélissy Da Costa pt. "Co przyniesie jutro" Amande Luzin. Wyczuwalne było to, jak z wielkim zaangażowaniem interesowali się jej dalszym losem, jak sobie radzi, czy są jej potrzebni, czy jak się to mówi, jest synową samowystarczalną, która nie lubi mieć kontaktu z nikim, bo żałobę przeżywa się na różny sposób i nie zawsze on służy pozytywnie osobom, które na dłuższy czas utraciły kontakt z rzeczywistością i izolują się od wszystkiego.
Nie podobało mi się zachowanie Julie, córki poprzedniej właścicielki Pani Hugues, która to pomimo tego, że nie mieszkała już w domu rodzinnym to była, jak dla mnie zbyteczną bohaterką, za bardzo wtrącała się do życia Amande.
U Amande brakowało mi tego, że nie umiała powiedzieć szczerze o tym, co czuje naprawdę, lecz miałam wrażenie, że skrywała to, co myśli w danej chwili. Jest to dla mnie troszkę irytujące zachowanie, ale z drugiej strony rozumiem ją, bo nie miała odpowiedniej w dzieciństwie osoby, z którą mogłaby porozmawiać o wszystkim. Brakowało jej miłości matczynej. Zbyt słaby kontakt z mamą zaowocował to, jaka jest i należy to zaakceptować.
Czytana przeze mnie powieść składa się z 25 rozdziałów. Nie czytało się jej szybko wbrew pozorom, jakbym przypuszczała.
Ponad rok temu miałam przyjemność być betaczytelniczką książki Irminy Marii "Booktoker". Dziś nareszcie ujrzy ona światło dzienne i będzie mogła dumnie prezentować się na Waszych półkach.
Jest to książka inna niż te które dotychczas wychodziły spod pióra Irminy. To thriller psychologiczny, tym razem kierowany do dorosłego czytelnika.
Historia opowiada o młodym człowieku, którego zniszczył drugi człowiek.
Podczas lektury będą wami targać skrajne emocje, od współczucia po strach i nienawiść. Ta ksiązka da wielu do myślenia, tylko oby zostały z niej wyciągnięte odpowiednie wnioski.
Dla mnie, jako fanki Stephena Kinga ma ona specjalne znaczenie. Dlaczego? To już musicie przekonać się sami.
Polecam jeśli strach Ci nie straszny. 😈
historie z dreszczykiem potrafią nas pochłonąć, tym bardziej, że wewnątrz jest wiele kolorowych niby ilustracji, choć mi to wygląda na malowane farbami urywki wydarzeń. Dodatkowo opowieść jest napisana na podstawie prawdziwych przeżyć o których wciąż opowiadają mieszkańcy Dziwnowa.
My zaglądając do tej książki widzimy, że dwa czasy się ze sobą przeplatają. Dodatkowo poznając w obecnym czasie młodego chłopca widzimy, że on zauważa więcej, jakby miał tajemniczy dar, który potrafi przenikać wszystkie płaszczyzny czasowe. Jest to ułożone jako jego zamyślenie, lecz on tego nie kontroluje, jakby to co ma się ukazać samo decydowało w jakim czasie i miejscu się to wydarzy. Poznajemy jego codzienność oraz wyzwania z kolegami, którzy lubią odwiedzać stare miejsca oraz domy w których podobno mieszkali wpływowi ludzie, lecz zbiegiem lat stoją puste i zapomniane. Te momenty przypomną dzieciństwo każdego, kto też lubił poznawać ten zakazany świat. Rozdziały ukazujące kolejne wydarzenia są krótkie i przecina je Pamiętnik Almy, dziewczynki, która opisuje swoje życie, to co dostaje, jak jest dla niej ważne i jak z każdą chwilą przeczuwa, że coś złego przybiera na sile. Podświadomie wiedziała, że coś się wydarzy, lecz jej teksty w pewnym momencie się kończą. W teraźniejszości zauważamy jak chłopiec widzi jakby przeszłość, czyli czas dziewczynki i jej wydarzeń, które zakończyły się tragicznie. On w swoim świecie odnajduje pewne rzeczy co ewidentnie pokazują, że upływ czasu miał na nie wpływ. Jest to wszystko połączone pewnym domem w którym mieszkała przeszłość, który jakby chciał pokazać co się w nim wydarzyło.
Jestem przekonana, że grono osób będzie zachwyconych tą historią. Skierowana jest do nastoletniego odbiorcy, gdyż jej styl pokazuje jakie rzeczy były ważne dla tego przedziału wiekowego. Czasami ułożone są słowa z dawniejszych lat, lecz przepełnione szykiem i podniosłością, aby zgrabnie oddzielić te czasy od siebie. Wszędzie mamy niepewność i poruszanie się po niej w coraz głębszą atmosferę. Dla wielbicieli historii z dreszczykiem jest idealna:-)
Cora jako dowódczyni oddziału łączników ma wiele spraw na głowie. Najbardziej cierpi z powodu braku personalnych. Jej zespół wykwalifikowanych żołnierzy jest skromny, a nowi są przydzielani do innych oddziałów. Królestwo chce zdobyć nowe tereny i nie cofnie się przed niczym. Dziewczyna straciła kiedyś bliską osobę i teraz jest niezwykle wrażliwa na nowych rekrutów, dlatego jak jest w niebezpieczeństwie nie waha się przed działaniem. Do czego
dowódczyni się posunie? Które stworzenie okaże się bardziej lojalne? Co skrywa w sobie Bezdenne Jezioro?
Zainteresowałam się tą powieścią ze względu na to, że mają być smoki i wywerny, gdzie te drugie mają być bardziej pozytywne od pierwszych. Początek pokazał potencjał, intrygował i zachęcał, tylko dużo zmienia się od momentu właśnie Bezdennego Jeziora. Wtedy klimat powieści całkowicie się zmienia i obiera całkowicie inny bieg.
Dla mnie ta powieść to w pewien sposób eksperyment czytelniczy. Nie jest to lektura klasyczna, gdzie mamy jeden główny temat, trochę przeskakujemy czasowo i jest naprawdę dużo wątków pobocznych. Przeczytałam w życiu mnóstwo książek, a jeszcze znajduję takie, które potrafią zaskoczyć. Nasz główny cel zmienia się w trakcie lektury, może nawet się wydawać, że każda z postaci co innego chce osiągnąć.
Bohaterów też nie tak łatwo opisać, bo są mieszanką wielu cech. Cora przez swoje przeszkolenie dba o osoby, z którymi przebywa, zależy jej na najbliższych i ma ogromne poczucie niesprawiedliwości. Potrafi najpierw działać, potem myśleć. Na pewno można o niej powiedzieć, że jest uparta i zawzięta. Z dziewczyn jest jeszcze Ziri, kobieta, która kompletnie nie patrzy na siebie tylko na innych, nie rozumiem słowa nie oraz musi wiedzieć i widzieć wszystko. Z jednej strony ma to swoje wytłumaczenie, a drugiej mam z nią pewien problem, bo biorąc pod uwagę jej stan, sposób myślenia powinna mieć kompletnie inny. Jeśli chodzi o panów to szczerze, nie pamiętam ich imion jedynie Oliviera, który był poprawny, ale dziwię się, że był taką ciepłą kluską trochę, chociaż z tym z czym się mierzył powinien jednak wziąć się w garść.
Ta powieść to miał być steampunk, nie będę ukrywać, że znam się na tym podgatunkiem, bo tak nie jest. Ma ona swój klimat, ciągły niepokój i poczucie obserwowania. Bezdenne Jezioro skrywa wiele tajemnic i po skończeniu wywołuje mnóstwo przemyśleń, co jest prawdą a co czym innym (nie będę zdradzać). Jednak druga połowa jest chaotyczna, można łatwo się pogubić. Trzeba na niej się skupić i czytać jak najwięcej ciągiem, bo częste przerywanie, powoduje zamęt.
Jeżeli macie ochotę na coś innego, nietypowego to możecie spróbować z tą lekturą. Jest to coś innego, nowego. Nie wiem czy taki gatunek jest dla mnie, muszę potestować z większą ilością. Mam na razie mieszane odczucia, jednak jestem zaciekawiona, co jeszcze można znaleźć w tym podgatunku. Dla mnie to małe odkrycie i chęć zagłębiona się w ten podgatunek.
Czytając tą książkę spostrzegłam, że ludzie zachowują się tak jak ktoś im podpowiedział. Powtarzają frazesy sławnych ludzi, przywołują cytaty dawnych powiedzonek i wszystko biorą za pewnik nie próbując się nawet dowiedzieć, czy coś takiego w ogóle miało miejsce. Tak samo jest w naszym prawdziwym świecie. Robimy wszystko co ktoś nam każe, powtarzamy co kto powiedział i nikomu nie przyjdzie do głowy by to sprawdzić. Tłumaczą tym, że mądry wie co mówi, jednak czy to prawda?
Stare domy od zawsze intrygowały wszystkich. Ten temat zawsze będzie interesował ponieważ istnieje przesłanie, że to w ścianach zapisują się wydarzenia osób jakie w nim mieszkały. Dom z książki jest uważany za nawiedzony. Powtarzana jest pewna historyjka, która również ma ogólne poparcie. W jego murach zapisane są tajemnicze słowa i wychodzi na to, że tylko bliźnięta mogą je rozszyfrować. Kiedy dzieci odwiedzają to miejsce zaczynają znajdywać różne rzeczy należące prawdopodobnie do dawnych mieszkańców tego domu. Słuchając babci i jej koleżanek, które są zabawnie nazywane, coraz więcej dowiadują się nieścisłości związanych z tym domem. Postanawiają na własnej skórze przekonać się co może być prawdziwe, a co ktoś mógł chcieć podkoloryzować. Pamiętajcie, że natura ma swoje tajemnice i tylko nielicznym je zdradza...
Cała książka wydana jest w sztywnej oprawie i wewnątrz zawiera całkiem sporo małych rysunków, które wyjaśniają niektóre zagadnienia. To było coś w rodzaju dla tych, że nie uwierzą dopóki czegoś nie zobaczą. Druk jest większy, a dialogi same przyciągają swoją uwagę. Myślę, że tematyka duchów, zwłaszcza dla nastolatków wciąż jest istotą, której się boją i jednocześnie nie chcą poszukiwać potwierdzenia w tezie czy istnieją naprawdę. Ja wam tylko mogę powiedzieć tyle, że dusza przyjdzie tylko do tego, kto sam chce się z nią spotkać i nie będzie latał na prawo i lewo o tym opowiadając. Czasami po kimś kto odszedł wciąż pozostaje jego energia na kubkach, sztućcach, płótnie czy ścianach lub ubraniach. Dlatego te rzeczy w pierwszej kolejności były wyrzucane, by dla pewności dusza po nie nie wróciła. Lektura tym bardziej wspaniała, że postaciami są zabawne staruszki, które dodają uroku i tajemniczości ze względu na to, co same przeszły, o ile opowiadają prawdę. A człowiek ma to do siebie, że im bardziej ktoś mu relacjonuje dziwne rzeczy, tym bardziej nie wierzy, więc prawda nawet usłyszana staje się wciąż bezpieczna:-)
Przyznam się wam, że czasami trudno jest ocenić książkę, która jest tomem pierwszym, gdyż często bywa, że jest on przegadany, a dopiero kolejne ujawniają się w pełnej krasie zaciekawienia. To nie są książki słabe, tylko każdy z nas w zależności czy jest wolniejszy w swoich uczuciach czy szybki i nagminny, tak będzie jak z cech usposobienia opisywał wydarzenia z historii, którą stworzył. Tutaj ewidentnie mamy wolniejszy rozwój spraw. Zerknęłam na końcu na opis i miałam wrażenie, że niezupełnie znalazłam to, co było tam napisane. Z opisu była Kamila, a w treści Camilla...
Opowieść rozwija się w dłuższym stopniu. Wpierw widzimy młodą dziewczynę, która jest zła na rzeczy, które jej nie wychodzą. Nosi w sercu jakiś dziwny ciężar, który momentami przekłada na swoją przyjaciółkę. Ona często musi ją pocieszać, jakby uczuć wytrwałości i cierpliwości. Wciąż mamy podkreślane jak bardzo Camilla jest zagubiona i jak wciąż ma wrażenie, że nie jest z tego miejsca. Początkowo sądziłam, że chodziło o usposobienie jej wnętrza, jednak później okazało się, że przypominają jej się jakieś dziwne rozmowy, które sugerują, że żyła gdzieś indziej. W niedługim czasie wychodzi na to, że jako dziecko została porwana i jej prawdziwe życie jako księżniczki przeszło na zwyczajne, takie ludzkie. Jednak aby dopełnić to, co zostało jej odebrane musi powrócić do swojego królestwa. Czy jesteście ciekawi jak tego dokona? Czy znajdzie tam kogoś na kogo będzie mogła liczyć?
Opowieść sama w sobie jest ciekawa, tylko zbyt długo utrzymywana jest dramaturgia emocji. W chwilach radości zamiast szczęścia bywały stonowane uczucia i miałam wrażenie, że nic oprócz wnętrza czerni tam nie spotkam. Nawet jak już była wspierana przez kogoś, kto się nią opiekował, to i tak czuła, że na to nie zasługuje. Z punktu widzenia laika czułam jakby depresja kroczyła za postacią zawsze obok gotowa pogłębić jej nastrój. Koniec również nie jest pozytywny, tak różny od nastawienia samej autorki. Ona sama zachęca nas do sięgnięcia po tom drugi z obietnicą wszelkiego rozszerzenia wydarzeń. Jestem więc ciekawa, czy dotrzyma słowa:-)
Wydanie książki jest nieco mniejsze, a druk większy. Niby dobrze się ją czyta, tylko za dużo tego smutku jak dla mnie.
Witam, dziś mam dla was recenzję książki „W raju kwitną jabłonie” ❤️ Autorki Eweliny Miśkiewicz ❤️ Wydawnictwo Videograf ❤️
„Wszyscy mamy jakiś raj, który utraciliśmy i za którym tęsknimy”.
Autorka bardzo fajnie pokazuje nam dwa różne światy, gdzie jeden to teraźniejszość. Nasza bohaterka dowiaduje się, że zachorowała na ciężką chorobę, lecz podejmuje decyzję, by nie poddać się leczeniu. Zapewne zapytacie się dlaczego? Ja już wiem 😍😁.
Drugi świat to przeszłość. Rozalia zabiera nas w swój świat, pokazując, jaką drogę musiała przejść, by znajdować się w tym miejscu, w którym jest teraz i podejmować takie, a nie inne decyzje.
Jesteśmy świadkami roku 1945, gdzie wojna pokazała swoje dramatyczne skutki. Ludzie z miejscowości Machów z powrotem próbują ułożyć sobie życie po tych wszystkich wydarzeniach. Rodzice naszej bohaterki próbują zacząć wszystko od nowa właśnie w tej małej miejscowości. Wiadomo, że ludzie, którzy przeżyli wojnę i te wszystkie straszne rzeczy, z którymi musieli żyć, chcieli po prostu spokoju, swojego małego kąta, by móc w końcu poczuć się bezpiecznie.
Czy ciekawiło was kiedyś, skąd biorą się złe rzeczy, które nam się przytrafiają? Czy są nam gdzieś zapisane? Czy dzieją się wtedy, kiedy podejmujemy złe decyzje? Jak myślicie? Nasza bohaterka do samego końca zadawała sobie właśnie to pytanie...
Mamy tutaj pokazane, jak zaczęło się odkrycie złóż siarki pod Tarnobrzegiem. Właśnie to pokazuje naszym bohaterom, że czekają ich kolejne tragedie i kolejne trudne doświadczenia. Ciężko było czytać o ludzkiej krzywdzie, o tym, co przeżywali ci ludzie, zdając sobie sprawę, że znowu muszą uciekać i zostawiać za sobą wszystko, co udało im się stworzyć.
To jednak nie koniec tragedii, jakie spotykają tę rodzinę. Z pokolenia na pokolenie wydawać by się mogło, że jest tylko coraz gorzej. Los nie oszczędza naszych bohaterów i pokazuje, jak bardzo przeszłość może mieć wpływ na kolejne pokolenia.
Ta historia pokazuje nam, że czasami nosimy w sobie ogromny bagaż doświadczeń, o którym nie zawsze potrafimy mówić. Pokazuje również, że pewne wydarzenia zostają z nami na zawsze, nawet jeśli minęło wiele lat.
„W raju kwitną jabłonie” to historia pełna bólu, trudnych wyborów, rodzinnych tajemnic i wydarzeń, które niejednokrotnie łamią serce. ❤️ Momentami było mi naprawdę ciężko czytać o tym, co spotykało bohaterów, ale jednocześnie chciałam wiedzieć, jak potoczą się ich losy.
To książka, która skłania do przemyśleń i pokazuje, że nigdy nie wiemy, jakie historie kryją się za ludźmi, których spotykamy na swojej drodze. A czasami, żeby zrozumieć teraźniejszość, musimy najpierw poznać przeszłość. ❤️
Jeżeli lubicie historie rodzinne, pełne emocji, trudnych wyborów, tajemnic i wydarzeń, które zostają w głowie na długo, to myślę, że warto sięgnąć po tę książkę. ❤️📖
Nie każda książka daje się łatwo opowiedzieć. Są historie, które zamiast prowadzić nas prostą drogą od początku do końca, każą się zatrzymać, przyjrzeć im bliżej i samemu zdecydować, co właściwie chcą nam powiedzieć. „Czuwanie” George’a Saundersa zdecydowanie należy do tej grupy.
Głównym bohaterem jest K.J. Boone – potężny, bogaty i przez lata przyzwyczajony do tego, że wiele rzeczy może mieć pod kontrolą. Teraz jednak leży w swojej luksusowej rezydencji i czeka na śmierć. Właśnie wtedy pojawia się Jill Blaine – młoda kobieta, która sama już nie żyje i której zadaniem jest towarzyszenie umierającym w ostatnich chwilach. Ma pomóc Boone’owi przejść na drugą stronę, ale szybko okazuje się, że jej obecność nie będzie jedynie spokojnym czuwaniem przy łóżku.
Jill jest zdecydowanie jedną z najciekawszych postaci tej historii. Sama ma za sobą niedokończone sprawy i własną przeszłość, dlatego jej spotkanie z Boone’em staje się czymś więcej niż tylko kolejnym „zadaniem”. Z czasem coraz mocniej zaczynamy poznawać zarówno ją, jak i człowieka, któremu ma towarzyszyć. Boone natomiast jest bohaterem trudnym. Niełatwo go polubić, a jego życie zmusza do zadania pytania, czy sukces i ogromna władza rzeczywiście mają jakąkolwiek wartość, kiedy przychodzi moment, w którym nie możemy już niczego zmienić.
Akcja rozgrywa się przede wszystkim podczas ostatniego wieczoru życia Boone’a, ale Saunders bardzo swobodnie przekracza granicę między teraźniejszością, wspomnieniami i światem zmarłych. Mamy luksusową rezydencję, ale także przestrzeń niemal pozaziemską, w której pojawiają się duchy i postacie związane z przeszłością. To właśnie sprawia, że „Czuwanie” ma bardzo specyficzny, momentami senny i niepokojący klimat. Nie jest to realistyczna opowieść o umieraniu, ale raczej literacka wizja tego, co może wydarzyć się na granicy życia i śmierci.
I chyba właśnie z tym elementem miałam największą trudność. Początkowo potrzebowałam czasu, żeby odnaleźć się w świecie stworzonym przez Saundersa. Nie wszystko jest tutaj oczywiste, a autor nie prowadzi czytelnika za rękę. Trzeba zaakceptować pewną dziwność tej historii, jej groteskę i momentami absurdalne rozwiązania. Kiedy już pozwoliłam sobie wejść w ten świat bez oczekiwania, że wszystko będzie logiczne i realistyczne, zaczęłam dostrzegać w nim znacznie więcej.
Bo pod tą dziwną, momentami wręcz szaloną warstwą kryje się bardzo poważna opowieść o życiu i jego konsekwencjach. O tym, co zostawiamy po sobie. O decyzjach, których nie można już cofnąć. O winie i odpowiedzialności. O tym, czy człowiek u kresu życia potrafi naprawdę spojrzeć na siebie bez usprawiedliwień.
Emocji jest tutaj sporo, choć nie są one podane w prosty sposób. Pojawia się niepokój, smutek, niedowierzanie, czasem nawet rozbawienie wynikające z absurdu niektórych scen. Jest też poczucie ciężaru, kiedy zaczynamy uświadamiać sobie, że dla Boone’a naprawdę kończy się czas. Najbardziej zostało ze mną jednak poczucie refleksji – takie ciche pytanie, które pojawia się gdzieś z tyłu głowy: co zobaczyłabym, gdybym musiała spojrzeć na całe swoje życie tuż przed jego końcem?
Styl George’a Saundersa jest bardzo charakterystyczny. Autor nie boi się eksperymentować, miesza groteskę z powagą, realizm z fantastyką i filozoficzną refleksję z absurdem. Język potrafi być jednocześnie obrazowy, zaskakujący i bardzo precyzyjny. Widać tutaj ogromną literacką świadomość, ale też pewną swobodę w łamaniu przyzwyczajeń czytelnika. „Czuwanie” jest przy tym stosunkowo krótką powieścią – polskie wydanie liczy 304 strony – ale zdecydowanie nie jest lekturą, którą pochłania się bez zatrzymania.
To literatura piękna dla czytelników, którzy lubią książki nieoczywiste, wymagające i zostawiające przestrzeń do własnej interpretacji. Jeśli ktoś szuka prostej historii o śmierci, przemianie i odkupieniu, może poczuć się tutaj zagubiony. Jeśli natomiast lubicie literaturę, która trochę Was niepokoi, trochę zaskakuje, a przede wszystkim zmusza do myślenia – „Czuwanie” może być bardzo ciekawym doświadczeniem.
Nie jest to książka, którą oceniłabym wyłącznie przez pryzmat tego, czy „dobrze się ją czytało”. Momentami wymaga cierpliwości i zgody na to, że nie wszystko zostanie podane wprost. Ale właśnie dzięki temu po odłożeniu jej na bok zostaje sporo pytań.
„Czuwanie” to dziwna, momentami groteskowa, ale przede wszystkim refleksyjna opowieść o śmierci, życiu, winie i tym, co po sobie zostawiamy. Nie jest lekturą dla każdego, ale jeśli lubicie literaturę, która wychodzi poza utarte schematy i zostaje w głowie jeszcze długo po przeczytaniu ostatniej strony, zdecydowanie warto dać jej szansę.
Kontynuacja mega ciekawego wątku i niejednoznaczni bohaterowie. Ta seria zdecydowanie należy do moich ulubionych. Pokazuje superbohaterów z innej strony, dostajemy tutaj rozterki, które nie są tylko łatwe i kolorowe, ale stanowią trudny orzech do zgryzienia.
Będąc nastolatką przeczytałam tą książkę przynajmniej ze dwa razy, potem jeszcze raz po angielsku, a teraz przypomniałam ją sobie w wersji audio. Uwaga, to ważne - pomimo upływu czasu, „Miasto kości” wciąż jest tak fenomenalne jak za pierwszym czytaniem. Co tutaj znajdziemy? Niesamowity fantastyczny świat, w którym chciałoby się żyć, niebanalną i angażującą fabułę, zbuntowanych wojowniczych nastolatków ryzykujących zdrowie w potyczkach z demonami i swoimi uczuciami, niegłupią główną bohaterkę, zabawnego przyjaciela i skradającego serce łobuza. O takich przygodach fantazjowałam, takie rozterki mnie porywały. Dobrze sobie przypomnieć, że na rynku istnieje także literatura młodzieżowa z interesującymi historia, a nie wyłącznie z nastawieniem na jedno.
Nie umiem ułożyć konstruktywnej opinii w przypadku tej serii, żadne wady nie przychodzą do mi do głowy w trakcie czytania (przynajmniej pierwszych trzech części, potem, z tego co pamiętam, Clare straciła formę). To po prostu bardzo dobra pozycja fantasy dla nastolatków - nie jest ani zbyt płytka, ani zbyt głęboka, przyjemnie stymuluje wyobraźnię. Zakończenie skonstruowane tak, że nie sposób nie sięgnąć po następną część.
Simon w oryginale wydaje się dużo sympatyczniejszy niż w polskiej wersji, nie wiem czemu. Przynajmniej na początku, potem... chyba znowu przestałam mu kibicować, za bardzo przypomina mi nieudolną wersję postaci z innej książki, błyszczącego pana E.
Powieść jest pełna dramatycznych zwrotów akcji, powtarzających się walk na śmierć i życie, romantycznych gestów i miotania się bohaterów wśród własnych uczuć - z radością dałam się wodzić autorce za nos. Wciąż uważam, po latach, że to najlepsza seria urban fantasy dla nastoletnich czytelników. Trafia do mnie ten humor, mitologia, świat współczesny pełen nadprzyrodzonych bytów, trafia idealnie.
Nic nie zrozumiałam, nie wiedziałam, co czytam, gdzie jestem, czemu dzieje się to, co się dzieje i co to wszystko znaczy. Działy się rzeczy niestworzone, wchodziły przez okno i kręciły piruety, a ja mogłam tylko patrzeć i być zachwyconą.
Opowiadania, do których można wracać wielokrotnie i raz je kochać, raz nienawidzić. Pokazują, jak złożony jest świat w tej serii, w jak dojrzały i zaskakujący sposób skonstruowany. Wersje audio zasługują na osobne westchnienie zachwytu.
Książka bardzo ładnie pokazuje, że małżeństwo z miłości powinno być z odczuwania miłości, a nie życia w zgodzie, gdzie nie rozmawia się na tematy, które dzielą oboje. Człowiek jest niezwykłą osobą, która jeśli chce, to potrafi się dostosowywać do warunków jakie z pewnych względów się wybrało. Ta zapora jednak, gdzie tej prawdziwej miłości nie ma, kiedyś pęknie. U jednych może to być rok, u jeszcze innych dziesięć lat, albo nawet trzydzieści. Każdy z nas ma inny rodzaj wytrzymałości, lecz konieczność poddania się prawdzie na co nasze ciało będzie coraz bardziej krzyczało, kiedyś nastąpi. Im bardziej żyje się w sprzeczności ciała, tym mocniej ono z biegiem lat będzie cierpiało obracając się w kierunku różnych chorób. Co w takim razie jest najbardziej winne?
W książce poznamy dwoje ludzi, które są zupełnie inną mieszanką kulturową jednak jest między nimi wielka chemia, dlatego decydują się na bycie razem. Stoją jednak na wyboistej drodze, gdzie jej rodzice byli całkowicie przeciwni jakiejkolwiek bliskości drugiego człowieka. Nawet myjąc się ona musiała uważać aby czasami nie dotknąć się w niedozwolone miejsce. Kiedy jednak dorasta zaczyna działać na przeciw rodzinie. Aby bardziej zrozumieć kto dlaczego jest jaki jest, mamy przeplatane informacje o rodzinach jak żyli, czym się zajmowali i co wyznawali za najwyższą prawdę. Poznając jego perspektywę widzimy jak wiele skrywa tajemnic. Nie wychodzą one przypadkiem, tylko są wyciągane z wizyt terapeutycznych na które chodzi. Poznając jego słowa w gabinecie i te w jaki sposób on sam został przedstawiony widzimy jakby to były dwie zupełnie inne osoby. Pojawiają się też postacie poboczne, które podkreślają zwyczajność życia i wpływ jaki mają na innych choć sami tego nie zauważają. Ten szeroki obraz jaki został utworzony niby czyta się lekko, jednak język jakim jest napisana przypomina mi oglądanie filmu, gdzie nie widać czułości, tylko fakty, które decydują o tym co dalej kto tutaj coś zrobi. Mi dała się odczuć jako poważna i niezwykła lektura, która aż krzyczy by nie osądzać nikogo po pozorach, ale mieć uwagę na to jak żyje ich rodzina, gdyż zawsze jest coś, co przechodzi na dzieci.
Takim głównym wątkiem jest fakt iż oboje z bohaterów są lekarzami w innej specjalizacji i ten świat medyczny gra tutaj drugie skrzypce. Widzimy ich rozterki, walkę o życie innych ludzi, ich uzależnienia oraz sprawy, którym zwyczajnie się poddali. Druk jest mniejszy, więc czyta się ją dłużej, gdyż sama książka liczy 557 stron pełnej treści. Myślę, że jednak każdy kto ją przeczyta zastanowi się zanim pierwszy poda jakikolwiek osąd o kimkolwiek, dlatego serdecznie ją polecam:-)
Świetne, niebanalne postacie, które formują się w bardzo nietypową drużynę, do tego motyw drogi, tak jakbyśmy wszyscy przemykali tylko wśród zarośli, a wojna i główna oś wydarzeń działa się gdzieś w oddali - ta mikstura zostawia w głowie czytelnika niezatarte wrażenia. O ciętym dowcipie oczywiście nie muszę wspominać.
„Całe szczęście to kryzys” – Ewa Podsiadły-Natorska, Katarzyna Waszyńska, Robert Kowalczyk
Kryzys. Słowo, którego raczej nie chcemy mieć w swoim życiu. Kojarzy się z czymś trudnym, bolesnym i nieprzewidywalnym. A co, jeśli zamiast traktować go wyłącznie jak koniec pewnego etapu, spróbujemy zobaczyć w nim również początek czegoś nowego? Właśnie wokół tego pytania zbudowana jest książka „Całe szczęście to kryzys”.
Nie jest to powieść z klasyczną fabułą i bohaterami, za którymi podążamy od początku do końca. To szczera rozmowa o różnych momentach, w których nasze dotychczasowe życie przestaje działać tak, jak powinno. Robert Kowalczyk i Katarzyna Waszyńska, psychologowie i terapeuci, dzielą się wiedzą oraz doświadczeniem z pracy z pacjentami, a Ewa Podsiadły-Natorska nadaje całości przystępną, dziennikarską formę.
Tematów jest naprawdę sporo. Rozstania, zdrada, samotność, rodzicielstwo, choroba, utrata pracy, wypalenie zawodowe, kryzys wieku średniego czy utrata sensu. To sytuacje bardzo różne, ale łączy je jedno – potrafią zachwiać naszym poczuciem bezpieczeństwa i zmusić do zastanowienia się, co właściwie chcemy zrobić ze swoim życiem.
I właśnie to podobało mi się tutaj najbardziej. Autorzy nie próbują wmówić czytelnikowi, że na każdy problem istnieje prosty sposób. Nie ma gotowych recept w stylu „zrób pięć rzeczy i wszystko się zmieni”. Zamiast tego jest rozmowa, konkretna wiedza i próba pokazania, że kryzys może wyglądać zupełnie inaczej u każdego człowieka.
Podczas czytania niejednokrotnie zatrzymywałam się przy niektórych fragmentach i odnosiłam je do własnych doświadczeń czy sytuacji znanych mi z życia. To książka, przy której łatwo znaleźć zdanie albo historię, która nagle zaczyna dotyczyć również nas. I chyba właśnie dlatego czyta się ją inaczej niż typowy poradnik psychologiczny.
Dużą wartością są historie ludzi, którzy znaleźli się w trudnych sytuacjach. Dzięki nim psychologiczne zagadnienia nie pozostają jedynie teorią. Pojawiają się prawdziwe emocje – strach, złość, bezradność, żal, samotność, ale też nadzieja, ulga i poczucie, że po bardzo trudnym czasie można powoli zacząć układać życie na nowo.
Nie ma tutaj jednej przestrzeni czy określonego czasu, w którym rozgrywa się akcja. „Miejscem” tej książki są przede wszystkim ludzkie doświadczenia – związki, rodziny, praca, gabinet terapeutyczny i codzienne życie. Dzięki temu trudno powiedzieć, że jest to historia kogoś innego. Problemy, o których rozmawiają autorzy, są blisko nas i mogą dotknąć właściwie każdego.
Bardzo dobrze sprawdziło się również połączenie różnych perspektyw. Psychologowie i terapeuci wprowadzają wiedzę oraz doświadczenie zawodowe, a dziennikarska forma Ewy Podsiadły-Natorskiej sprawia, że całość nie brzmi jak podręcznik. Język jest prosty, komunikatywny i pozbawiony niepotrzebnego naukowego dystansu. Można czytać tę książkę spokojnie, we własnym tempie, wracając do tematów, które w danym momencie są dla nas szczególnie ważne.
Moje odczucia po lekturze są przede wszystkim związane z refleksją. „Całe szczęście to kryzys” nie daje poczucia, że od teraz wszystko będzie łatwe. Daje jednak coś bardziej potrzebnego – świadomość, że trudny moment nie musi definiować całego naszego życia. Czasem zmusza nas do zatrzymania się i zadania sobie pytań, których wcześniej skutecznie unikaliśmy.
To książka dla osób, które właśnie przechodzą przez trudniejszy czas, ale również dla tych, którzy chcą lepiej rozumieć siebie, swoich bliskich i mechanizmy stojące za naszymi reakcjami. Nie trzeba być w kryzysie, żeby znaleźć w niej coś dla siebie. Warto po nią sięgnąć także wtedy, kiedy po prostu czujemy, że potrzebujemy inaczej spojrzeć na swoje życie.
„Całe szczęście to kryzys” nie obiecuje, że kryzys można ominąć. Pokazuje natomiast, że można nauczyć się przez niego przechodzić i spróbować wykorzystać go do zmiany. Dla mnie to książka przede wszystkim mądra, potrzebna i bardzo życiowa – taka, do której można wracać wtedy, kiedy pojawia się potrzeba zatrzymania się i spojrzenia na własne życie z trochę innej perspektywy. Polecam szczególnie tym, którzy potrzebują nie gotowych odpowiedzi, ale spokojnej, szczerej rozmowy o tym, co naprawdę dzieje się z nami, kiedy życie nagle skręca w zupełnie inną stronę.
„Czasami trzeba odejść wystarczająco daleko, żeby wreszcie zobaczyć, gdzie tak naprawdę jest nasze miejsce.”
Właśnie z taką myślą zostawiłam za sobą ostatnią stronę „Barw pienińskich szczytów” Joanny Tekieli. I choć jest to opowieść o Agnieszce, jej sztuce, miłości i trudnych decyzjach, mam wrażenie, że podczas lektury znalazło się w niej również trochę miejsca dla każdego z nas.
Drugi tom cyklu „Szepty pienińskich ścieżek” ponownie zabiera nas do Sromowiec, gdzie życie płynie zdecydowanie spokojniej niż w wielkim mieście. Agnieszka coraz mocniej zakorzenia się w tym miejscu, a Pieniny stają się dla niej nie tylko domem, ale również niewyczerpanym źródłem inspiracji. Jej obrazy zaczynają nabierać coraz większego znaczenia, a przed nią pojawia się szansa, która może odmienić jej życie.
Prestiżowy plebiscyt, możliwość zaistnienia w świecie sztuki, uznanie i perspektywa kariery brzmią przecież jak spełnienie marzeń. Tylko czy każde marzenie rzeczywiście warto spełniać? I czy sukces ma sens, jeśli po drodze możemy zgubić to, co dawało nam prawdziwe szczęście?
To właśnie te pytania najbardziej wybrzmiały dla mnie podczas lektury.
Agnieszka musi zmierzyć się nie tylko z zawodowymi wyborami. Również jej relacja z Michałem zostaje wystawiona na próbę. Pojawiają się niepewność, różne priorytety i pytania o przyszłość. Bardzo podobało mi się to, że ich relacja nie została przedstawiona w sposób przesłodzony. Jest w niej miejsce zarówno na bliskość, jak i wątpliwości, rozmowy, emocje oraz decyzje, których czasami wcale nie chce się podejmować.
A jednak to Pieniny skradły moje serce.
Joanna Tekieli ma niezwykłą umiejętność opisywania przyrody tak, że przestaje być ona jedynie tłem wydarzeń. Tutaj góry naprawdę żyją. Czuć ich obecność niemal na każdej stronie. Dunajec, pienińskie szlaki, światło, zmieniające się pory roku i majestatyczne szczyty tworzą atmosferę, w której można się po prostu zatracić.
Czytając tę historię, miałam wrażenie, jakbym na chwilę sama mogła odłożyć wszystkie codzienne sprawy i znaleźć się gdzieś pośród gór. Bez pośpiechu. Bez ciągłego „muszę”. Po prostu – być.
I chyba właśnie za to najbardziej cenię tę powieść.
„Barwy pienińskich szczytów” nie opowiadają wyłącznie o miłości, sztuce czy wyborze pomiędzy spokojnym życiem a wielką karierą. To również historia o odnajdywaniu siebie. O tym, że czasami trzeba mieć odwagę powiedzieć „to jest moje życie” i przestać mierzyć własne szczęście cudzymi oczekiwaniami.
Agnieszka jest bohaterką, której naprawdę chce się kibicować. Nie jest idealna, ma swoje lęki, rozterki i momenty zawahania. Dzięki temu wydaje się niezwykle prawdziwa. Jej droga pokazuje, że odnalezienie swojego miejsca nie zawsze oznacza podjęcie jednej wielkiej decyzji. Czasem jest to szereg małych wyborów, które dopiero po czasie układają się w odpowiednią całość.
Joanna Tekieli stworzyła powieść spokojną, ciepłą i niezwykle klimatyczną, ale jednocześnie skłaniającą do zatrzymania się na chwilę i zastanowienia nad własnym życiem. To jedna z tych historii, przy których nie trzeba pędzić przez kolejne strony. Można delektować się atmosferą, krajobrazami i emocjami bohaterów.
A kiedy już dotrzemy do końca, pozostaje to przyjemne uczucie, jak po krótkim wyjeździe w miejsce, w którym naprawdę udało nam się odpocząć.
„Tęsknoty jeża. O samotności i bliskości” to podobno bajka dla dzieci. Część bestsellerowej holenderskiej serii autorstwa Toona Tellegena, która podbiła cały świat. Książki z serii zostały przetłumaczone na ponad 35 języków, a w samej Holandii sprzedało się ponad milion egzemplarzy. I jak to z bajkami bywa, dzieci często odbierają je przede wszystkim przez emocje, obrazy i prostą historię. Dorośli natomiast mają doświadczenia, wiedzę i skojarzenia, przez które dostrzegają drugie, trzecie, a czasem nawet bardzo mroczne dno. „Tęsknoty jeża. O samotności i bliskości” dla dziecka mogą być nieco nudną historią o niezbyt zdecydowanym jeżu. Dla dorosłego, smutną opowieścią o lęku przed bliskością, o samotności z wyboru i tej, której się nie chce. O ambiwalencji. O potrzebie bycia ważnym, zauważony, o lęku przed odrzuceniem i w końcu o egzystencjalnym niepokoju. Ciekawe to było doświadczenie.