Karol Kot- kierownik masarni z ludzkimi podrobami, czyli jedna z wielkich wizji prawdziwego mordercy. Może dziwnie brzmi początek oceny, ale u Maxa Czornyja tak jest zawsze- konkretnie, mocno i na temat. A już tym bardziej, gdy mówimy o prawdziwych seryjnych mordercach…
Na całym świecie istnieją dwie grupy ludzi. Pierwsza nie jest w stanie skrzywdzić nawet muchy, podczas gdy druga tylko szuka okazji, by wyrządzić komuś krzywdę. Po przeczytaniu wielu książek z zakresu neurologii mogę stwierdzić, że fantazje dotyczące zabijania można śmiało porównać do… kwiatów. Brzmi to dziwnie? Może początkowo tak, ale spójrzmy na ten problem inaczej. Pomysł mordu najpierw kiełkuje w głowie oprawcy, aż w końcu teoretyczne plany zamieniają się w krwawą praktykę. Plonem może stać się każdy, życie traci niczemu winna osoba i nawet mury kościoła przestają dawać nam schronienie. Chcemy też koniecznie wiedzieć, dlaczego z życiem, w dodatku w tak masakryczny sposób, pożegnała się ta, a nie inna osoba. I o tym można by pisać niezliczone eseje, ale Karol Kot nie skupiał się tylko na kobietach. Uchodził za piromana i twórcę niebezpiecznych bomb. Cóż, każdy z nas chyba słyszał o tym, że człowiek może znaleźć się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Do modus operandi młodego Karola Kota stwierdzenie to pasuje w stu procentach. Chcesz się o tym przekonać? Koniecznie sięgnij po nową książkę Maxa Czornyja. Nie pożałujesz wyboru, obiecuję Ci to, Drogi Czytelniku.
Jestem świeżo po lekturze i gdy teraz tworzę tę opinię, autentycznie trzęsą mi się ręce, wszystko we mnie niemalże krzyczy. Muszę podziękować samej sobie, że często wybieram książki typu true crime, a historię Wampira z Krakowa dosłownie pochłonęłam w jedną noc. Apeluję więc, by każdy czytelnik się z nią zmierzył, ponieważ ówczesna Polska wykreowana przez pisarza nie jest cudowna, kolorowa i bezkonfliktowa. Wręcz przeciwnie- widzimy, że wszędzie można doświadczyć mordu, choćby i w kościele czy na zimowym spacerze. Miejsce i czas nie mają znaczenia dla kogoś, kto napawa się widokiem, a może i smakiem, ludzkiej krwi.
Kiedyś już o tym pisałam, ale chętnie się powtórzę. Opisy działań Karola Kota idealnie pokazują nam, że morderca nie jest synonimem osoby brudnej, zaniedbanej czy intensywnie wytatuowanej. Bestią może być też ktoś, kto przeszedł obok nas na ulicy, może to być też pasażer w komunikacji miejskiej. Z drugiej strony, zawyżona wariacja emocjonalna także nie jest wskazana. Po przeczytaniu jakiejkolwiek lektury Maxa Czornyja trzeba ochłonąć i wrócić do rzeczywistości, która nie może przybrać tylko mrocznych barw. Dobrzy ludzie też chodzą po tym świecie, naprawdę!
Empatia? A cóż to takiego jest? Takie pytanie chyba wielokrotnie zadawał
sobie Karol Kot, ówczesny mieszkaniec Krakowa. Początkowo swoje fantazje wyładowywał na zwierzętach, ale to mu nie wystarczało. Obsesyjnie pragnął kogoś zabić i czuć się panem życia i śmierci. Czy mu się to udało i jak selekcjonował swoje ofiary? O tym szczegółowo nie powiem. Podkreślę jedynie, że autor nie zapomniał o wręcz skandalicznych zachowaniach oprawcy na sali sądowej. Gwiazdorski uśmiech, szokujące odpowiedzi i szereg innych cech tworzą w naszych oczach kogoś bez uczuć wyższych. A może jednak nie kogoś, a coś, bo czy dawno stracony Karol Kot zasługuje na miano człowieka? Zapewne nie, skoro pozbawiono go na zawsze praw publicznych i wykonano wyrok kary śmierci przez powieszenie.
Po lekturze zadaję sobie jeszcze więcej pytań, ale najbardziej nurtuje mnie jedno. Czy dziś kara śmierci powinna być przywrócona? Wiele osób uważa, że jest ona niehumanitarna, a nierzadko niesprawiedliwa. Czy w przypadku seryjnych morderców, którzy notorycznie poszukują nowych ofiar, kara śmierci byłaby nieetyczna? Zawsze był to temat sporny i myślę, że każdy czytelnik powinien kierować się indywidualnymi odczuciami. Ja nie miałabym nic przeciwko zmianom w polskim prawie karnym.
Po raz kolejny Max Czornyj używa narracji pierwszoosobowej, co od lat wzbudza szereg emocji, ale i kontrowersji. Sama daję autorowi zielone światło, gdyż podczas czytania jeszcze mocniej przeżywam wszystkie sytuacje, a stworzone dialogi aż dzwonią w mych uszach. Zwracam też uwagę na szereg niebezpiecznych sygnałów w moim własnym, prawdziwym życiu. Kiedyś, w czasie nastoletnim, rodzice często mówili nam, abyśmy nie rozmawiali z obcymi. Dziś też może się to źle skończyć, choć Karol Kot nawet nie używał słów. Ot, wybrać ofiarę można dosłownie wszędzie, bo tak samo zwierzę szuka słabszego osobnika. Czyżby więc odzywało się w nas prawo dżungli? Poniekąd tak, bo sam seryjny morderca mówił: „Mężczyźni powinni umieć strzelać. Mężczyźni są drapieżnikami”.
Dwa zabójstwa, dziesięć usiłowań i cztery podpalenia. Czy to dużo, czy też mało? Sami to oceńcie, ale nieprzypadkowo Karol Kot został nazwany katem, bestią, wampirem. Mało tego, jego skłonności nie przebili nawet oprawcy należący do SB, NKWD, Gestapo i SS. To chyba wystarczy, by wiedzieć, o kim w książce jest mowa…
Autora należy pochwalić nie tylko za samą konkretną treść, ale formę graficzną. Powieść podzielona jest na 5 mocno brzmiących części oraz na 95 rozdziałów. Dobrze dobrana czcionka nie męczy oczu, dlatego kolejne rozdziały pochłaniałam nawet w środku nocy. Miłośnicy wnikliwej psychoanalizy na pewno sięgną po ten znamienny tytuł.
Słowo polecam jakoś mi tu nie pasuje, ale na książkę na pewno zdecydują się osoby pragnące poznać mroczną stronę ludzkiej natury. A czy TAM, po drugiej stronie, Karol Kot spłaca teraz swoje mordercze czyny i jest zesłany na wieczne potępienie? Tego, niestety, nie możemy się dowiedzieć. Chciałabym jednak, aby tak właśnie było.
"Sztuka zemsty" jest drugim tomem serii Chłopaki z Radości. Każdą z części można czytać niezależnie od siebie, gdyż dotyczy innej pary głównych bohaterów.
Rysiek cudem uchodzi z życiem po konfrontacji z niebezpiecznym zabójcą. Choć Simon trafia za kratki, to nie koniec ich problemów. Ktoś potrąca Kasię przed domem Piekarczyka. Rysiek zrobi wszystko, by ją chronić. Simon ucieka z więzienia i planuje zemstę. Ale czy tylko on...?
Siłą tej książki z pewnością są bohaterowie. Nieidealni, popełniający błędy, mający swoje słabości. Podobała mi się relacja, jaka łączy Ryśka i Kasię. Potajemnie kochają się w sobie, ale żadne z nich nie przyzna się do tego. Ciągle się kłócą i sprzeczają. Rysiek to podrywacz, który zmienia kobiety jak rękawiczki, więc zarówno jego przyjaciele z Radości zabraniają mu jej podrywania, bo traktują ją jak siostrę, jak i ojciec dziewczyny woli, by spotykała się z policjantem Antkiem. Tylko czy aby w sercu Ryśka już nie osiadł ktoś na stałe? Jaki naprawdę jest ten facet?
Bez wątpienia uwagę przykuwa postać Simona. To, z jaką skrupulatnością działał i jakimi metodami się posługiwał, by osiągnąć swój cel, budzi ciekawość i nomem omen uznanie. "Artysta" bez dwóch zdań. Jestem ogromnie ciekawa, jaką rolę rozpisze mu jeszcze autorka.
Gosia Lisińska wspaniałe ukazała wartość przyjaźni. Widzimy, że bohaterowie zawsze mogą na siebie liczyć w każdej kryzysowej sytuacji. Nawet jeśli dzieli ich w niektórych kwestiach mocna różnica zdań. Tym bardziej warto to docenić. Drugą sprawą jest miłość, która dopada każdego niezależnie od wieku.
Jak przystało na gatunek i tematykę książki pojawia się tu trochę wulgaryzmów czy krwawych scen. Jednak moim zdaniem są one potrzebne, dobrze wpisują się w ogólny odbiór i autentyczność historii. Poza tym dzieje się bardzo dużo. Jest świetnie skrojona intryga, a dynamizm akcji nie opuszcza nas do samego finału. Mało tego. Wydaje się, że wydarzenia z tej części bedą miały duży wpływ na to, co wydarzy się w kolejnym tomie.
"Sztuka zemsty" to gorący, zabawny romans sensacyjny o przyjaźni, lojalności i miłości w oparach czyhającego niebezpieczeństwa psychologicznej rozgrywki seryjnego mordercy. Jaką cenę trzeba zapłacić za sprawiedliwość? Czy wszyscy wyjdą cało z opresji? Sprawdźcie!
Na ponowne spotkanie z twórczością Wandy Siubieli ucieszyłam się, gdyż jest mi ona osobiście bardzo bliska. Doceniam każdy nowy dodany element podczas powstawania tej książki. Zaufaniem pozytywnym, jakim obdarza, każdego czytelnika spowodował, że z miłą chęcią objęłam ją patronatem.
Autorka ma bardzo dobre rozeznanie zawodowe, co do zaprojektowania, zaprezentowania przejrzystego graficznego wyglądu zewnętrznego i wewnętrznego książki. Nie jest jej zupełnie obce lustrzane odbicie różnorodności osobowości personalnej, wirtualnej, które doświadcza w rzeczywistości. Czujnie zauważa, jaki świat potrafi być, a ona poprzez zwrócenie uwagi na to, jacy jesteśmy, chce podkreślić naszą wartość tą mniejszą, jak i tą najcieplejszą, która wypływa z naszego serca. Nadany tytuł książki spodobał mi się.
Ciekawiło mnie najbardziej czy i w jaki sposób tytułowe przyjaciółki odnajdą drogę do poznawania dobra i zła, jakie relacje będą u nich najczęściej występowały, czy jednak nie będą umiały być wobec siebie takie, jakie powinny być, czy odkryją podczas spędzania ze sobą czasu przeprowadzonych rozmów, jakie mają wady i zalety tak bez tak zwanego zastanowienia się, jak jest nam znane tak na co dzień z życia, czy są szczere wobec siebie, która z nich okaże się tą lubiącą znajdować się w centrum uwagi, która jest tą słuchającą uważniej nic nie mówiącą, a może okazać się, że będzie wśród nich królowa słowa, czy i w jakim stopniu przyjaźń ma dla nich znaczenie, a może tylko tworzy pozory, w których nie liczy się prawda, wybaczenie, cierpliwość, zazdrość postanowiłam poznać historię opisaną przez niezwykle sympatyczną obserwatorkę życia Wandę Siubielę w książce pt.''Przyjaciółki z wirtualnego podwórka. Lato''?
Przyznam, że książka pt.''Przyjaciółki z wirtualnego podwórka. Lato'' powoduje to, że nie da się tak łatwo od niej odejść. Z każdym analizowanym uważnie rozdziałem nabiera tempa pomimo tego, że nie czyta jej szybko.
Zosia jedna z występujących głównych bohaterek ma wiele pytań, wątpliwości, co się właściwie wokół skomplikowanego labiryntu dzieje, w którym obecnie znajduje i co spowodowało przyczynę zniknięcia jej przyjaciółki.
Wszyscy występujący bohaterowie ukrywają tajemnice, choć one nie są takie dostrzegalne tak na pierwszy rzut oka.
Kluczową zagadką nie jest tylko łącząca mocna nić, która zostaje wystawiona mimo wszystko na próbę. Do tego pojawia się cierpliwość, wytrwałość w dążeniu do poszukiwania zaginionej Beaty, ale czy Zosia dotrze do miejsc, osób, które odpowiadają za to, że jej nie ma.
Czy uda się Zosi poznać prawdę o Beacie, jej rodzinie i firmie pozostawiającej ślady przeszłości, a może są, osoby umiejące sprytnie bawić się ukrywając cienie i blaski życia strony tej bogatszej?
„Melodia duszy” autorstwa Doroty Milli, drugi tom cyklu „Saga z głębi serca”, to piękna i niezwykle poruszająca powieść obyczajowa o odnajdywaniu siebie, odwadze do zmian i wsłuchiwaniu się w głos własnego serca. To historia pełna emocji, życiowych rozterek i trudnych wyborów, która przypomina, że czasem trzeba zgubić drogę, aby w końcu odnaleźć tę właściwą.
Główną bohaterką jest Goja – kobieta, która po bolesnych doświadczeniach postanawia zacząć wszystko od nowa. Wyjazd do Sopotu staje się dla niej szansą na odzyskanie równowagi i odnalezienie własnej tożsamości. Choć próbuje zostawić przeszłość za sobą, dawne rany, rodzinne tajemnice i niewypowiedziane emocje wciąż dają o sobie znać. Autorka prowadzi tę historię bardzo subtelnie, pozwalając czytelnikowi krok po kroku poznawać bohaterkę i towarzyszyć jej w wewnętrznej przemianie. Nie zdradzę, dokąd zaprowadzi ją ta droga, bo warto odkrywać ją samemu.
To przede wszystkim powieść obyczajowa z pięknie poprowadzonym wątkiem romantycznym. Nie jest to jednak historia skupiona wyłącznie na miłości. To opowieść o relacjach rodzinnych, przebaczeniu, akceptacji siebie i odwadze do życia w zgodzie z własnymi pragnieniami. Wszystkie te elementy doskonale się ze sobą przeplatają, tworząc niezwykle autentyczną całość.
Goję polubiłam od pierwszych stron. Jest bohaterką, której łatwo kibicować, bo nie jest idealna. Popełnia błędy, wątpi, boi się i czasem nie wie, którą drogę wybrać. Właśnie ta prawdziwość sprawiła, że jej historia tak mocno mnie poruszyła. Z ogromnym zainteresowaniem obserwowałam, jak z każdą kolejną stroną zaczyna coraz bardziej wierzyć w siebie i słuchać własnej intuicji.
Szczególnie ciepło odebrałam postać wujka Ignacego. To bohater pełen życiowej mądrości, spokoju i dobroci. Jego obecność w życiu Goi była niezwykle ważna i wielokrotnie wywoływała u mnie uśmiech. Takie postacie zostają w pamięci na długo, bo przypominają, jak ogromne znaczenie może mieć wsparcie drugiego człowieka.
Nie wszystkie postacie wzbudzały moją sympatię. Toksyczne relacje rodzinne i zachowania niektórych bohaterów momentami naprawdę mnie irytowały. Ich egoizm, brak zrozumienia i nieumiejętność dostrzeżenia potrzeb innych wywoływały wiele emocji. Myślę jednak, że właśnie dzięki nim ta historia jest tak wiarygodna – pokazuje, że życie rzadko bywa czarno-białe.
Akcja rozgrywa się we współczesnym Sopocie, który zachwyca swoją atmosferą. Bardzo lubię, kiedy miejsce staje się czymś więcej niż tylko tłem wydarzeń, a tutaj właśnie tak było. Spacerując razem z bohaterami po nadmorskich uliczkach, niemal czułam zapach morza i powiew wiatru. To dodawało całej historii wyjątkowego klimatu i sprawiało, że jeszcze łatwiej było zanurzyć się w opowieści.
Styl Doroty Milli po raz kolejny mnie urzekł. Pisze lekko, naturalnie i z ogromną wrażliwością. Nie potrzebuje wielkich dramatów ani przesadnych zwrotów akcji, by poruszyć czytelnika. Jej siłą są emocje, autentyczne dialogi i bohaterowie, którzy wydają się prawdziwi. To jedna z tych autorek, których książki czyta się z ogromną przyjemnością i od których trudno się oderwać.
Podczas lektury towarzyszyło mi wiele emocji. Były chwile wzruszenia, smutku, nadziei i radości. Kilka razy miałam ochotę przytulić Goję i powiedzieć jej, że wszystko jeszcze się ułoży. Innym razem czułam złość na ludzi, którzy swoimi decyzjami ranili innych. Najbardziej jednak zostało ze mną poczucie, że każdy z nas zasługuje na życie w zgodzie ze sobą i nie powinien pozwalać, by cudze oczekiwania zagłuszyły głos własnego serca.
To piękna, ciepła i bardzo życiowa historia o odnajdywaniu własnej drogi, budowaniu poczucia własnej wartości i odwadze do rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Polecam ją wszystkim miłośnikom powieści obyczajowych pełnych emocji i mądrych refleksji. Jeśli lubicie książki, które wzruszają, dają nadzieję i na długo zostają w pamięci, „Melodia duszy” z pewnością Was nie zawiedzie.
Celina Mioduszewska przenosi nas do XIX-wiecznej mazowieckiej wsi Radlewo. Tu nie liczy się realna wielkość majatku, a nazwisko i herb. Błażej Radlewski wierzy, że honor rodu Ostoja obroni jego rodzinę przed niedostatkiem. Nadzieją ma być jego syn Aleksander, który wyjeżdża do amerykańskiego Pittsburgha, by ratować ojcowską schedę. Gdy po latach wraca z pieniędzmi, nadchodzi wojna, która zmieni wszystko...
Autorka świetnie ukazała realia epoki. Wiernie oddała nadchodzącą zawieruchę wojenną i związane z nią konsekwencje, niepewność, nieubłaganie zbliżające się zagrożenie. Dramatyczne losy rodu Ostoja-Radlewskich poruszają do głębi. To świat, który odbiera poczucie bezpieczeństwa. Nie ma tu taniego sentymentalizmu, a surowy realizm historyczny.
Akcja książki budowana jest stopniowo, skupia się na codziennej egzystencji bohaterów. Dopiero motyw emigracji sprawia, że fabuła nabiera dynamizmu, a postać Aleksandra wnosi powiew nowoczesności i młodzieńczej determinacji. Jednak nadchodząca wojna niszczy kruche marzenia o spokojnym i dostatnim życiu. Przeciwwagą dla Aleksandra jest jego ojciec Błażej. To mężczyzna ceniący tradycyjne wartości, honor i dumę rodu. Byłam pełna podziwu i empatii dla ich zmagań z "jałową ziemią", z codzienną walką o przetrwanie. Z kolei fatum od pokoleń zbierające śmiertelne żniwo, przygnębia. Chciałoby się z niektórymi bohaterami dłużej poobcować, ale ci odchodzą. Na świat przychodzą nowi, ale i niektórzy z nich długo nie zagrzeją na tym świecie miejsca. Potrzeba tu poświęcić nieco więcej uwagi, by nie pogubić się w rozbudowanym drzewie genealogicznym.
Warto zwrócić uwagę na wątek relacji rodzinnych. Bohaterowie stają w obliczu trudnych wyborów, niewypowiedzianych żali, niesnasków, tajemnic, ale mimo wszystko czuć ich wzajemną miłość, wsparcie i siłę. Ale są też i takie momenty, kiedy tej miłości zabraknie. I nie chodzi tu tylko o uczucie między ludźmi. Miłość i przywiązanie do ojcowizny, schedy też jej wymaga. Z czasem dla człowieka co innego staje się ważne. Widzimy, jak decyzje przodków rzutują na przyszłe pokolenia.
Historia zmusza do refleksji nad tym, czy przeszłość i dziedzictwo przodków są dla nas darem, czy może ciężarem? Jak udźwignąć odpowiedzialność za majątek, kiedy staje się on złem koniecznym, a charakter okazuje się być równie istotny?
"Saga utraconego dziedzictwa" to klimatyczna, wielowymiarowa, poruszająca powieść o honorze, dumie, sile rodziny, miłości, walce o ocalenie tożsamości oraz nadziei. To książka traktująca o przewrotności losu, pokazująca, jak wielką cenę czasem trzeba zapłacić za wierność własnym korzeniom. Polecam bardzo!
Ta książka jest taką odskocznią od życia codziennego, gdyż czytając ją ma się wrażenie, że każdy, kto urodził się przeszło trzydzieści lat do tyłu potwierdzi podobny sposób wychowania nas przez swoich rodziców. Kiedy czytałam początek dzieciństwa bohatera, to jakbym o swoim czytała. Do domu przychodziło się tylko na trzy pory jedzenia, a już mając sześć lat samemu chodziło się ze swoją bandą po mieści czy wsi i robiło różne szalone rzeczy. Trzeba było przychodzić do domu na czas i u mnie też to była godzina dwudziesta. Tak samo jak on jeździłam z koleżankami rowerami nad wodę i wystarczyło spóźnić się raz, a pupa była czerwona i szlaban zdobił cały kolejny tydzień. Miłość? Podejrzewam, że tak jak bohatera, tak i rodzice mnie kochali, choć u mnie było tak, że najmłodsze dziecko było zawsze zaopiekowane, a reszta musiała robić wszystko, co dorośli. Nasza postać czuła się odrzucona, lecz nie obwinia nikogo, tylko wręcz ich tłumaczy, że podejrzewa iż nie zaznali sami w młodości od swoich rodziców uczucia, dlatego nie potrafili przelać go na niego. To nie są długie opisy, lecz skrótowo opisane najważniejsze momenty życia postaci, byśmy poprzez jego podpowiedzi poznali kim był od środka i jakie posiadał cele, które pragnął zrealizować. Ta opowieść nie jest łatwa, choć lekko się czyta. Krok po kroku widzimy bowiem jak udało mu się dojść tam, gdzie pragnął i jak osoba z nim współpracująca praktycznie obróciła wszystko w popiół. Czytaliśmy o pościgu za nią, bo bardzo mieszał w jego firmie i o jego niezrozumieniu powodu dla którego komuś tak bardzo zależało na jego upadku. Chcąc jeszcze raz podejrzeć co konkretnego ta osoba zrobiła okazało się, że serwisy przestały mu działać. Jakiś czas zajęło mu aby odbić się od dna za pomocą jeszcze większych długów i widać tutaj jego determinację. Pragnął ze wszystkich sił pokazać, że uda mu się odkręcić to co się wydarzyło. To była nierówna walka. W międzyczasie mamy też sytuację z kobietą, która również nie przedstawiała się najlepiej. Czyżby zatem była to prawdziwa historia o człowieku, który żył naprawdę? Czy nasz świat jest na tyle zły aby torować drogę do sukcesu komuś drugiemu tylko po to, aby nie wiodło mu się lepiej? Odpowiedź brzmi: można. Tak naprawdę dopiero na samym końcu dotarło do mnie, że czytałam autobiograficzną opowieść. Teraz już rozumiem skąd paskudna maska na okładce książki. Pasuje tam idealnie.
Pomimo tego, że jest to historia prawdziwego człowieka, to jednak można potraktować ją jako przestrogę, aby zanim kogokolwiek wpuści się do swojego życia, choćby był najlepszą osobą do pomocy, to dwa razy należy się zastanowić czy zależeć mu będzie na naszym dobru- wtedy nie robimy z nim interesów, czy na wspólnym- bo wtedy sam będzie podnosił wszystko, co spróbuje upaść:-) Wspaniała książka, dziękuję za nią Klubowi Recenzenta z serwisu nakanapie.pl:-)
Szlak Appalachów. Wyzwanie, którego podejmują się osoby pragnące stawić czoła własnym słabościom, odreagować trudy codzienności lub odnaleźć siebie. Pielęgniarka Valerie Gillis gubi się w bezkresnej dziczy stanu Maine. Poszukiwania prowadzi porucznik stanowa Beverly Miller z imponującą statystyką odnalezień. W tym przypadku jednak nawet ona zdaje się przegrywać walkę z nieubłaganym czasem, a szanse na odnalezienie Valerie nikną w oczach…
Na początek – chwała wydawnictwu, że nie reklamuje tej książki wyłącznie jako thrillera. Ileż znamy takich przypadków, gdy znakomite powieści czy dramaty były skrzywdzone przez niewłaściwą etykietkę. Posunąłbym się nawet dalej. Według mnie Zagubiona to literatura piękna z elementami thrillera lub wątkiem kryminalnym.
Dość o szufladkowaniu. Książka składa się z do bólu przejmującego dziennika zaszytej w dziczy Valerie, perspektywy strażniczki leśnej Bev, raportów z przesłuchań i rozmów oraz kluczowego dla sprawy punktu widzenia emerytki z Connecticut. Co ta starsza pani ma wspólnego ze sprawą, Wam nie zdradzę. Liczba narracji w ogóle nie przeszkadzała mi podczas czytania. Wręcz przeciwnie – sprawiała, że nie mogłem doczekać się odkrycia kolejnego elementu tej układanki.
W warstwie powieściowej króluje natura, która niczym osobna (a może nawet główna) bohaterka pojawia się co rusz w tej historii. Piękne i barwne opisy przyrody, które stworzyła Amity Gaige, pozwalają na chwilę się zatrzymać – zarówno bohaterom, jak i nam, czytelnikom. Kompetencje pisarskie autorki widać na każdym kroku. Postacie, które kreuje, są niecodzienne, z przeszłością – i to nie zawsze tą przykrą.
Uwielbiam, gdy w literaturze mającej na celu dać nam chwilę zapomnienia i dreszczyk emocji dostaję coś więcej. Tym „więcej” w przypadku Zagubionej jest zarówno tona emocji, jak i zachwycający styl opowiadania. Polecam ją fanom dobrej literatury, nieważne, w otoczeniu jakich gatunków przebywają na co dzień.
To niezwykle poruszająca lektura, która od pierwszych stron uświadamia, że nie mam do czynienia z klasyczną biografią. „Brat Franciszek. Autobiografia zasłyszana” autorstwa Andrzeja Zająca OFMConv to książka napisana w wyjątkowy sposób – tak, jakby sam św. Franciszek z Asyżu usiadł obok czytelnika i spokojnym, pełnym pokory głosem opowiedział historię swojego życia. Ta forma sprawia, że trudno pozostać jedynie biernym odbiorcą. Czyta się ją bardziej sercem niż rozumem.
Już od pierwszych rozdziałów czułam, że ta opowieść nie skupia się na samych wydarzeniach, ale przede wszystkim na wewnętrznej przemianie człowieka. To historia drogi – od zagubienia i niezrozumienia siebie, przez stopniowe odkrywanie tego, co naprawdę ważne, aż do pełnego zawierzenia Bogu. Autor oddaje głos Franciszkowi w sposób niezwykle naturalny i wiarygodny, dzięki czemu łatwo zapomnieć, że nie są to jego autentyczne wspomnienia, lecz literacka próba wsłuchania się w jego duchowość, Testament i pisma.
Podczas czytania towarzyszył mi przede wszystkim spokój, ale też wiele momentów skłaniających do zatrzymania się i refleksji. Nie jest to książka, którą chce się przeczytać jak najszybciej. Wręcz przeciwnie – często odkładałam ją na chwilę, żeby przemyśleć przeczytane słowa. Wiele zdań zostaje w pamięci na długo i prowokuje do zadania sobie pytań o własne wybory, wartości oraz to, dokąd tak naprawdę zmierzamy.
Bardzo spodobało mi się również to, że autor nie próbuje tworzyć pomnika świętego człowieka. Pokazuje Franciszka jako osobę, która również musiała przejść trudną drogę przemiany, nauczyć się pokory i zrezygnować z własnych wyobrażeń o szczęściu. Dzięki temu jego historia staje się niezwykle bliska i ponadczasowa. Motyw metanoi – głębokiej przemiany sposobu myślenia – wybrzmiewa tutaj wyjątkowo mocno i sprawia, że książka nabiera uniwersalnego charakteru.
To lektura pełna ciszy, nadziei i światła. Nie epatuje wielkimi wydarzeniami ani dramatycznymi zwrotami akcji, lecz zachwyca prostotą przekazu i autentycznością emocji. Każda kolejna strona przypomina, że prawdziwa zmiana zaczyna się we wnętrzu człowieka, a droga do Boga często prowadzi przez poznanie samego siebie.
Szczególnie polecam tę książkę osobom poszukującym duchowej refleksji, miłośnikom św. Franciszka z Asyżu, ale również wszystkim, którzy lubią literaturę zmuszającą do zatrzymania się w codziennym pędzie. Myślę, że spodoba się także czytelnikom, którzy nie szukają gotowych odpowiedzi, lecz chcą towarzyszyć bohaterowi w jego wewnętrznej podróży i odnaleźć w niej coś dla siebie.
To jedna z tych książek, które czyta się powoli, pozwalając, by każde kolejne słowo wybrzmiało w sercu. Jeśli lubicie mądre, pełne wrażliwości i duchowej głębi opowieści, „Brat Franciszek. Autobiografia zasłyszana” zdecydowanie zasługuje na Waszą uwagę. To piękna, poruszająca i bardzo wartościowa lektura, do której z pewnością warto wracać.
Ależ to była historia ! Nie mogłam się od niej oderwać! Przez nią zarwałam noc!
Rok 1923
Poznajemy losy rodziny Hardenbergów, których dostatnie życie po klęsce Niemiec w Wielkiej Wojnie uległo pogorszeniu. Stopniowo poddają się ideologii narodowosocjalistycznej. Szczególnie ojciec rodziny Friedrich wierzy w idee głoszone przez rosnącego w siłę Adolfa Hitlera. Czy jego dzieci Walter, Paul i Rose będą ślepo podążać za tą ideologią? Co stanie się z najmłodszym i chorym Joachimem? Co spotka tę rodzinę w czasie II wojny światowej i po jej zakończeniu?
Rok 2000
Klaudia Borzym chowa swą zmarłą siostrę Wiktorię. Nie czuje wielkiej rozpaczy i żalu, bowiem nie utrzymywały kontaktu już od wielu lat, a widziały się, gdy była dzieckiem prawie 40 lat temu. Klaudia uświadamia sobie, że od ostatniego spotkania minęło dokładnie 37 lat. Wtedy przypomina sobie słowa Cyganki, która ostrzegła ją przed liczbami 19 i 37, bo one przyniosą jej prawdę, której nie chce znać …
Przyjmując kondolencje, czeka z niecierpliwością na koniec ceremonii. Towarzyszy jej przyjaciółka Milena z mężem Filipem. Do Klaudii podchodzi Ludwika Piętek - pielęgniarka ze szpitala, w którym przebywała Wiktoria. Szpitala dla nerwowo i psychicznie chorych w Krotoninie. Mówi, że demony przeszłości nie dawały Wiktorii żyć. Jakie demony? Dlaczego tam się leczyła? Czego Klaudia nie wie o swojej siostrze? Kobieta nie potrafi przestać o tym myśleć. Okazuje się także, że jest jedyną spadkobierczynią swej siostry. Dociera do skrywanej rodzinnej tajemnicy sięgającej okupacji i niemieckiej rodziny, z którą wydaje się nic ją nie łączyć. Ponadto zaczyna wierzyć w przepowiednię cygańskiej wróżki, bo zbyt wiele rzeczy w jej życiu związanych było i jest z tymi cyframi. Jakie tajemnice skrywała Wiktoria? Kim tak naprawdę była? Co ukrywała mama Klaudii? Czego z rodzinnych pamiątek i pamiętnika matki dowie się kobieta? Jakie będą grzechy jej przodków? Czy uda jej się oszukać przeznaczenie ? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w tej niezwykle pasjonującej powieści. Po poprzednich dwóch powieściach pani Ewy miałam duże oczekiwania. Ale nie zawiodłam się. Książkę czyta się jednym tchem. Jest w niej w wszystko to, co według mnie dobra powieść powinna zawierać - tajemnice, dwie linie czasowe, wyraziści bohaterowie, prawdziwa historia w tle, zaskakujące zakończenie, dylematy moralne, które poprowadzą do refleksji nad życiem. Gratuluję pani Ewie świetnej powieści.
Gorąco polecam😊.
To bardzo przyjemna lektura, lecz dla osób pełnoletnich. Jest tutaj bowiem dużo gier wstępnych, aktów zbliżeń oraz opisów w jaki sposób one przebiegają. Pomijając to, pomiędzy tymi zbliżeniami u pierwszej pary było widać wzajemne zrozumienie. Nie było między nimi żadnych skrępowań nawet co do rozmów na różne tematy. Miałam wrażenie, że kiedy on lekko przygasał, to ona poprawiała mu humor i odwrotnie. Widać było pracę i chęci w utrzymaniu tego, co dla nich wspólnie było najważniejsze. Potrafili spełniać swoje marzenia, bo zawsze w nich uwzględniali komfort tej drugiej osoby, jakby zawsze półśrodek, który każdego z nich miał zadowolić.
Taki przeciwieństwem jest druga para, która jak bardzo pierwsza mnie porusza, tak druga hamuje i pokazuje, że jeśli cokolwiek ma się zawalić, to tylko u nich. Jeśli ktoś ma być zdradzony, to tylko u nich i jeśli gdzieś mają być poważne kłótnie i takie błahe, to tylko u nich. Totalne przeciwieństwo dobra i zła. Miłości i obślizgłej sprośności. Pierwsza para miała swoje zalotne teksty, ale były one na granicy przyzwoitości, ale u drugiej pary czułam tylko zażenowanie i taką trochę sztuczność. Nie chodziło mi o przekaz ich zachowania, ale o sam fakt, że kiedy coś gdzieś się u kogoś nie udaje, to daje się to odczuć taką energią i przesadzistość w zachowaniu obojga, jakby chcieli zamaskować wszystko to, czego inni nie powinni byli zobaczyć. Zmieniało się to później, zupełnie jakby energia w momencie spotkań tych par działała zamiast w sposób pozytywny, to obierała kierunek bezpośredni, dosadny i wtedy cierpko wulgarny, jakby zaznaczali swoje miejsce na ziemi i kto powie więcej niecenzuralnych słów ten wygrywa. Jednak, to nie tylko pusta opowieść, która miała pokazać dwie pary przeciwne. To też intryga, złapanie na nagraniu wpływowych ludzi oraz gra, gdzie zbicie samych kostek jest najmniej szkodliwym wyczynem:-) Pomijając wersje romansu, dostaniecie też niezłą obyczajówkę z wątkami sensacji:-)
Końcówka nie jest końcówką, ktoś nabroił i reszta musi wszystko posprzątać. Ciekawe to jest, bo można się domyśleć, że tak łatwo z tym nie będzie:-) Wierzę, że drugi tom da mi więcej odpowiedzi. Póki co jestem zaintrygowana:-)
Książka z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl.
„Doświadczyć Jezusa naprawdę” autorstwa Johna Eldredge'a to książka, która nie jest zwykłym poradnikiem duchowym ani teologicznym wykładem. To pełna refleksji i osobistych przemyśleń opowieść o wierze, relacji z Bogiem i tęsknocie za czymś głębszym niż codzienny pośpiech oraz religijne schematy. To lektura, która zachęca, by na chwilę się zatrzymać i spojrzeć na swoją duchowość z zupełnie innej perspektywy.
Nie znajdziemy tu klasycznej fabuły ani jednego głównego bohatera. Autor prowadzi czytelnika przez kolejne rozważania, przeplatając je własnymi doświadczeniami, historiami innych ludzi oraz odniesieniami do Pisma Świętego. Nie narzuca gotowych odpowiedzi, ale zadaje pytania, które skłaniają do zastanowienia się nad własną relacją z Jezusem i nad tym, czym tak naprawdę jest wiara.
Bohaterami tej książki są w pewnym sensie wszyscy ludzie, którzy zmagają się z duchowym zmęczeniem, zwątpieniem czy poczuciem oddalenia od Boga. Bardzo polubiłam sposób, w jaki John Eldredge prowadzi czytelnika. Nie ocenia, nie krytykuje i nie daje odczuć, że ktoś wierzy „za słabo”. Wręcz przeciwnie – pokazuje, że pytania, wątpliwości i chwile duchowej pustki są częścią drogi, a nie powodem do wstydu.
Nie było w tej książce postaci, których można by nie polubić. Pojawiające się historie ludzi są autentyczne i pełne szczerości. Dzięki nim łatwo zrozumieć, że każdy przeżywa swoją wiarę inaczej, ale wszyscy nosimy w sobie podobne pragnienie pokoju, nadziei i bliskości Boga.
To książka osadzona we współczesności i odnosząca się do problemów, z którymi mierzy się dzisiejszy człowiek. Ciągły pośpiech, nadmiar informacji, przebodźcowanie i życie w nieustannym napięciu sprawiają, że coraz trudniej usłyszeć własne myśli, a tym bardziej odnaleźć przestrzeń na modlitwę i ciszę. Autor bardzo trafnie opisuje tę rzeczywistość, pokazując, że właśnie w takich czasach szczególnie potrzebujemy zatrzymać się i na nowo odkryć sens relacji z Jezusem.
Ogromnie spodobał mi się styl Johna Eldredge'a. Pisze prostym, ciepłym i bardzo przystępnym językiem. Nie ma tu moralizowania ani poczucia, że autor chce kogokolwiek przekonać na siłę. Raczej zaprasza do wspólnej drogi i dzieli się tym, co sam odkrył. To sprawia, że książkę czyta się z dużym spokojem i otwartością.
Podczas lektury towarzyszyło mi wiele refleksji. Były momenty, które skłaniały mnie do zatrzymania się i przemyślenia własnego życia duchowego. Czułam spokój, nadzieję i ogromne poczucie, że wiara nie musi opierać się wyłącznie na obowiązkach czy schematach. Najbardziej poruszyła mnie myśl, że Jezus pragnie przede wszystkim relacji z człowiekiem, a nie perfekcyjnego wypełniania zasad.
To książka, do której z pewnością można wracać. Nie czyta się jej szybko, bo wiele fragmentów zachęca do zatrzymania i spokojnego przemyślenia przeczytanych słów. To jedna z tych lektur, które bardziej przeżywa się sercem niż rozumem.
Polecam ją wszystkim osobom, które czują, że ich wiara potrzebuje oddechu, pogłębienia lub po prostu nowego spojrzenia. To również wartościowa propozycja dla tych, którzy szukają pokoju w codziennym zabieganiu i pragną na nowo odkryć, że chrześcijaństwo to przede wszystkim żywa relacja z Jezusem. To mądra, spokojna i bardzo poruszająca książka, która zostawia czytelnika z nadzieją i pragnieniem, by jeszcze bardziej otworzyć swoje serce na Boga.
„Myszka i las” autorstwa Alice Melvin to jedna z tych książek, które zachwycają jeszcze zanim przeczyta się pierwsze zdanie. To przepięknie wydana książka obrazkowa, która zaprasza najmłodszych czytelników do spokojnej wędrówki przez las i pokazuje, jak wiele niezwykłych rzeczy można dostrzec, gdy choć na chwilę zwolnimy.
Trudno mówić tutaj o klasycznej fabule, ponieważ najważniejsza jest sama podróż. Razem z uroczą Myszką przemierzamy leśne ścieżki, obserwujemy zmieniające się pory roku i poznajemy mieszkańców lasu. Każda kolejna strona to nowe odkrycia i zachęta do uważnego przyglądania się otaczającej przyrodzie. To opowieść, która nie spieszy się z dotarciem do celu – pozwala po prostu cieszyć się drogą.
Myszka od pierwszych stron skradła moje serce. Jest ciekawa świata, spokojna i pełna dziecięcej radości z odkrywania tego, co na pierwszy rzut oka wydaje się zwyczajne. Bardzo polubiłam również wszystkich leśnych przyjaciół, których spotyka po drodze. Każde zwierzątko wnosi do tej historii odrobinę ciepła i sprawia, że las staje się miejscem pełnym życia i przyjaznej atmosfery. Nie ma tu bohaterów, których można by nie polubić – cała książka emanuje życzliwością i spokojem.
Akcja rozgrywa się w lesie, który zmienia się wraz z porami roku. To właśnie natura gra tutaj główną rolę. Autorka z niezwykłą czułością pokazuje jej piękno, zachęcając dzieci do obserwowania roślin, zwierząt i drobnych zmian zachodzących w przyrodzie. To książka, która może stać się inspiracją do rodzinnych spacerów i odkrywania lasu na własną rękę.
Największym zachwytem napawały mnie ilustracje. Są pełne detali, subtelnych kolorów i drobnych elementów, które można odkrywać za każdym kolejnym razem. Wycinane klapki sprawiają, że czytanie zamienia się w świetną zabawę, a dzieci z ogromną ciekawością zaglądają, co kryje się pod kolejnymi okienkami. To jedna z tych książek, do których naprawdę chce się wracać, bo za każdym razem można dostrzec coś nowego.
Bardzo spodobały mi się również delikatne, rytmiczne rymy, które doskonale współgrają z atmosferą całej opowieści. Tekstu nie ma dużo, ale każde zdanie zostało napisane z ogromnym wyczuciem. Dzięki temu książka świetnie sprawdzi się jako lektura przed snem lub podczas wspólnego, spokojnego czytania.
Czytając „Myszkę i las”, czułam przede wszystkim spokój i ogromną przyjemność z obcowania z tak pięknie wydaną książką. To jedna z tych historii, które nie bombardują czytelnika nadmiarem bodźców, lecz zachęcają do zatrzymania się i wspólnego odkrywania świata. Uśmiech pojawiał się na mojej twarzy niemal przy każdej stronie, a zachwyt nad ilustracjami sprawiał, że często zatrzymywałam się na dłużej.
To książka, która rozwija wyobraźnię, uczy uważności i pokazuje dzieciom, jak fascynująca potrafi być natura. Jest piękna nie tylko pod względem treści, ale również wykonania, dlatego z powodzeniem może stać się wyjątkowym prezentem.
Z całego serca polecam „Myszkę i las” rodzicom, dziadkom i wszystkim, którzy szukają wartościowej książki dla najmłodszych. To idealna propozycja do wspólnego czytania, oglądania i rozmów o przyrodzie. Jestem przekonana, że zachwyci zarówno dzieci, jak i dorosłych, którzy choć na chwilę będą chcieli wrócić do świata pełnego ciszy, natury i małych codziennych zachwytów.
„Myszka i morze” autorstwa Alice Melvin to kolejna przepiękna książka obrazkowa, która zachwyca spokojem, ciepłem i niezwykłą dbałością o każdy szczegół. To opowieść, która przenosi małych i dużych czytelników na wakacyjną wyprawę nad morze i pokazuje, jak wiele radości można znaleźć w prostych chwilach.
Historia Myszki to niespieszna podróż pełna małych odkryć. Razem z bohaterką spędzamy czas na plaży, obserwujemy nadmorski świat, odkrywamy skarby natury i cieszymy się letnimi przygodami. Nie jest to książka pełna nagłych zwrotów akcji – jej największą siłą jest właśnie spokojny rytm i uważne przyglądanie się otaczającemu światu.
Myszka po raz kolejny skradła moje serce. Jest ciekawa świata, pełna zachwytu i dziecięcej radości. To bohaterka, z którą najmłodsi z łatwością mogą się utożsamić – pokazuje, że nawet zwykły spacer brzegiem morza może zamienić się w niezwykłą przygodę. Bardzo polubiłam również wszystkich napotkanych mieszkańców nadmorskiego świata. Każdy z nich dodaje tej historii uroku i sprawia, że chce się jeszcze dłużej zatrzymać przy kolejnych ilustracjach.
Nie ma tutaj bohaterów, których można by nie polubić. Cała opowieść jest pełna ciepła, spokoju i zachwytu nad naturą. To książka, która od pierwszych stron otula czytelnika swoją wyjątkową atmosferą.
Akcja rozgrywa się podczas wakacji nad morzem. Czujemy zapach lata, piasek pod stopami i szum fal. Alice Melvin pięknie pokazuje nadmorski krajobraz – plaże, wydmy, rośliny i zwierzęta, które można spotkać podczas spacerów. Dzięki temu książka staje się nie tylko opowieścią, ale również zaproszeniem do poznawania przyrody.
Największe wrażenie zrobiły na mnie ilustracje. Są pełne szczegółów i stworzone tak, że przy każdym kolejnym oglądaniu można odkryć coś nowego. To właśnie ta uważność sprawia, że książka nie nudzi się po jednym przeczytaniu. Dzieci mogą wyszukiwać ukryte elementy, poznawać nazwy roślin i zwierząt, a przy okazji rozwijać swoją ciekawość świata.
Bardzo spodobał mi się również delikatny, rymowany tekst, który idealnie pasuje do spokojnego charakteru historii. Słowa i ilustracje tworzą razem niezwykle harmonijną całość. To książka, którą można czytać przed snem, podczas rodzinnego odpoczynku albo po prostu wtedy, gdy chcemy na chwilę przenieść się w bardziej spokojne miejsce.
Podczas lektury czułam przede wszystkim radość i spokój. „Myszka i morze” przypomniała mi, że dziecięca ciekawość świata jest czymś wyjątkowym, a najpiękniejsze wspomnienia często tworzą się z prostych chwil – spaceru, zabawy na plaży czy znalezienia wyjątkowego kamyka.
To książka, która zachęca do zwolnienia tempa i uważnego patrzenia na to, co nas otacza. Jest pięknie wydana, wartościowa i pełna magii codziennych odkryć. Polecam ją wszystkim rodzicom, którzy szukają mądrej i zachwycającej książki dla dzieci. Sprawdzi się idealnie dla małych odkrywców, miłośników przyrody oraz wszystkich rodzin, które lubią wspólne czytanie i rozmowy o świecie wokół nas.
"Dziedzictwo Feniksa" było książką, która mnie wciągnęła w coś nowego, ale to właśnie w "Płomieniu poświęcenia" autorka rozwinęła skrzydła. Świat stał się mroczniejszy, stawka wyższa, a emocje uderzają z ogromną siłą, na którą naprawdę trudno się przygotować. Nie ma tu miejsca na przypadek ani łatwe rozwiązania. Każda decyzja ma swoją cenę. I właśnie to czuć na każdej stronie. Najbardziej zachwyciło mnie to, że pod warstwą widowiskowych walk, mitologicznych stworzeń i niebezpiecznej misji kryje się historia o ludziach. O samotności, o stracie, o nadziei, która uparcie tli się nawet wtedy, gdy wszystko zdaje się już stracone.
Relacje między bohaterami zostały poprowadzone z niezwykłą subtelnością i starannością. Nic nie dzieje się zbyt szybko, nic nie jest wymuszone. Szczególnie poruszyła mnie relacja Sue i Shadowa. Dwoje ludzi zamkniętych we własnych światach, którzy nie próbują się na siłę naprawiać. Po prostu uczą się swojej obecności. To jedna z tych więzi, które budują się powoli, a przez to stają się jeszcze bardziej prawdziwe. Shadow jest bohaterem, którego trudno jednoznacznie ocenić. Na pierwszy rzut oka chłodny, odcięty od emocji, przekonany, że uczucia są tylko słabością. A jednak z każdą kolejną stroną pęka jego starannie zbudowany mur. Obserwowanie tej wewnętrznej walki było dla mnie równie fascynujące, co bolesne. Z kolei Sue udowadnia, że prawdziwa siła nie zawsze objawia się w walce. Czasem największą odwagą jest pozwolić sobie czuć mimo wszystkich ran, które nosimy w środku.
Ogromnym atutem powieści jest również świat przedstawiony. Autorka z niezwykłą swobodą prezentuje mitologię, tworząc rzeczywistość, która wydaje się kompletna i autentyczna. Feniksy, tengu, lamie, wilkołaki, dawne artefakty czy japońskie legendy nie są jedynie ozdobą fabuły. Każdy z tych elementów ma swoje znaczenie i sprawia, że z jeszcze większą ciekawością odkrywa się kolejne tajemnice tego świata. Uwielbiam, gdy fantastyka nie tylko dostarcza rozrywki, ale również rozbudza ciekawość i zachęca do zgłębiania mitów oraz legend, bo przecież czytając o niektórych stworzeniach, sama sprawdzałam w sieci jak mogły wyglądać i jakie mają znaczenie w mitologii japońskiej.
Autorka doskonale operuje kontrastami. Z jednej strony potrafi zachwycić niemal baśniowym opisem nocnego nieba czy lasu, by za chwilę wrzucić czytelnika w sam środek brutalnej walki, gdzie nie ma miejsca na litość. Piękno przeplata się z okrucieństwem, spokój z chaosem, a nadzieja z rozpaczą. Dzięki temu ta historia żyje, oddycha i nie pozwala ani na moment stracić czujności, bo chwila zawahania może kosztować kogoś życie.
To również jedna z tych książek, które przypominają, że największe bitwy rozgrywają się w ludzkim wnętrzu. Bohaterowie walczą z przeciwnikami, ale jeszcze częściej z własnymi lękami, poczuciem winy, stratą i przekonaniem, że nie zasługują na szczęście. Te emocje są tak autentyczne, że bardzo łatwo odnaleźć w nich cząstkę siebie.
Końcówka… Nie będę zdradzała szczegółów, ale dawno żadna książka nie pozostawiła mnie z tak wieloma emocjami jednocześnie. Szok, wzruszenie, niedowierzanie i ogromna potrzeba natychmiastowego sięgnięcia po kolejny tom mieszały się ze sobą jeszcze długo po zakończeniu lektury. Pojawienie się nowego "gracza" zmienia obraz całej historii, wzbudza niepewność w bohaterach, ciężko im zaufać, ale czy mają inne wyjście?
"Płomień poświęcenia" to opowieść o sile, która rodzi się z bólu. O ogniu, który potrafi zarówno niszczyć, jak i dawać nadzieję. O tym, że czasami największym bohaterstwem nie jest pokonanie potwora, lecz ocalenie własnego człowieczeństwa.
Jeżeli szukacie fantasy, które zachwyca klimatem, zaskakuje mitologicznym rozmachem, porusza do głębi i sprawia, że bohaterowie zostają z Wami na długo, to nie wahajcie się ani chwili. Dla mnie to nie była zwykła lektura. To była historia, którą przeżyłam całym sercem i jedna z tych książek, o których myśli się jeszcze bardzo długo po odłożeniu na półkę.
Fantastyczna książka,czytając trudno się oderwać.Autorka pisząc czuć że zna dobrze atmosferę Malty i urokliwe zabytki Rzymu i świetnie się w nich porusza..Zdecydowanie polecam.
„Zgotuję ci piekło. Jak rozwodzą się Polacy” to znakomity reportaż o jednym z najbardziej stresujących wydarzeń w życiu człowieka. O rozwodowym piekle, polu bitwy o dzieci, pieniądze, wpływy, czy przyjaciół. Tu wszystkie chwyty bywają stosowane, najohydniejsze zagrywki są na porządku dziennym, a wszystko to „w imię miłości i z nienawiści”. Te skrajnie różne i równie angażujące emocje uczucia dzieli jak widać niezwykle cienka granica. A ludzie balansujący na skraju silnych emocji są zdolni do wszystkiego..
Autorka reportażu nie ocenia. Prezentuje różne punty widzenia. Szokuje realizmem i zmusza do zastanowienia, czy ta gra jest zawsze warta świeczki. Bo czasami najwyższą cenę za życiowe wybory dwójki ludzi, płaci ktoś trzeci.. niewinny. Warto więc sięgnąć i na chłodno poczytać o tym, „do czego zdolni są ludzie, gdy przestają się kochać, a zaczynają nienawidzić ”. A nuż się się kiedyś przyda..
Medycyna na obecną chwilę nie jest nam obca, ale metody leczenia sprawiają, że tak chętnie zagłębiamy się w dodatkową wiedzą o nich. Częściej doświadczamy jej od strony praktycznej.
Jak tym razem odnajdziemy drogę w odkrywaniu właściwego dotarcia do niej wiedzą tylko pacjenci mający z nią do czynienia bezpośrednio, czy będą na tyle cierpliwi, aby przetrwać ten trudny czas, czy wnętrze ich mózgu będzie na tyle silne w zmaganiu się z chorobą mózgu musimy wspólnie przebyć tą niezbyt przyjemną trasę z doktorem Masudem Husainem autorem książki należącej do gatunku literackiego reportaż pt. ''Outsiderzy. Czego pacjenci neurologa nauczyli go o mózgu''?
Podoba mi się to, że na samym wstępie autor wyjaśnia, czym jest dla niego przynależność do społeczności, co to znaczy, jak się czują osoby będące tytułowymi outsiderami, co ma wpływ na to. Przybliża większą wiedzę na temat pochodzenia, nie akceptacji z powodu czarnego koloru czarnego skóry, kiedy nastąpił moment zainteresowania medycyną, a szczególnie układem nerwowym. Być może to spowoduje, że znajdziemy odpowiedź na pytanie, dlaczego zdecydował się napisać książkę.
Uważam, że zagadnienia tematyczne związane bezpośrednio z neurologią i pokrewnymi jej gałęziami pojęciowymi nie zawsze spotykają się w społeczeństwie z akceptacją. Dla osób chorujących neurologicznie są to nieprzyjemne chwile, bo czują się niezrozumiani i niewiedzą, jak mają rozmawiać i z kim o ich chorobie, z którą zmagają się niezależnie od wieku.
Gdy przeczytałam, pierwszy rozdział ''Mały cud'' pojawiło się u mnie mocne nim wzruszenie. Opisany przypadek Davida powracającego do pracy po przebytym udarze uświadamia, jak bardzo potrzebuje on wsparcia medycznego każdego rodzaju pomimo tego, że jego stan zdrowia był mu zupełnie obojętny. Nie myślał o tym, co było tego przyczyną. Zawsze istnieje cień nadziei, że choroba zniknie, ale czy tak się stało, należy się, o tym przekonać poznając go.
Gdy przypatrujemy się, tak z boku na podejście zawodowe autora to nie jest mu obcy stan zdrowia pacjenta po zetknięciu się z nim podczas przeprowadzonej pierwszej rozmowy, nie ucieka od niego, gdyż potrafi on dokładnie analizować go, a dyskretnie ocenia, wygląd zewnętrzny nie mówiąc o nim tak od razu. To dobrze o nim świadczy, że nie ujawnia mu tego.
Autor umiejętnie korzysta z literatury przedmiotu zawodowego.
W książce zostały dokładnie wykonane ilustracje przedstawiające miejsca bólowe pacjentów.
Jak bardzo zaskoczą nas opisane sytuacje zdrowotne pacjentów, czy ich umysł jest otwarty na możliwość podjęcia próby wyleczenia, aby uzyskać, spodziewany przez autora – doktora oczekiwany efekt pomimo ich cierpienia w skryciu warto, odkryć jest te tajemnice neurologiczne i po części psychologiczne, które są, im znane na co dzień o tym warto przeczytać.
"Uwięzione serca" to powieść napisana przez duet matki i córki - Beaty i Ani Agopsowicz. Uważam, że to bardzo trafne połączenie, gdyż tematyka książki oscyluje wokół właśnie takich relacji.
Małżeństwo Natalii i Adama chyli się ku upadkowi. Oboje pochłonięci pracą, zupełnie zapominają o córce Julii. Wyprowadzka Adama z domu, odbija się mocno na dziewczynie. Zbuntowana, a może raczej samotna i niedoceniana nastolatka znika. Ale jak się okazuje, wcale nie uciekła z domu. Prawda jest dramatyczna... Rodzice jednoczą siły, by ocalić dziecko.
Widzimy, że w obliczu zagrożenia przestają mieć znaczenie wzajemne pretensje, ból, żal. Liczy się wspólny cel. Uratowanie córki. Przed czym i czy zdążą? I czy istnieje szansa, by ich małżeństwo mimo wszystko przetrwało?
To historia, która przypomina, jak ważne są uważność na drugiego człowieka, szczera rozmowa, pielęgnowanie rodzinnych więzi. Relacji bowiem nie buduje się od święta, lecz każdego dnia codzienną troską i zainteresowaniem. Wszystko to może uchronić dziecko przed tym, co na nie czyha w świecie pełnym niebezpieczeństw. Często gubimy się w wirze codzienności, skupiając się na sobie. Bardzo łatwo bowiem jest przeoczyć to, co dzieje się życiu naszych pociech. Nie dostrzegamy ich problemów, nie interesujemy się tym, z kim i jak spędzają czas.
Tytułowe "uwięzione serca" to swojego rodzaju uwięzienie bohaterów w bólu, żalu, pretensjach i braku porozumienia. Julia nie radzi sobie z rozstaniem rodziców. Zostaje z tym sama. Z kolei Natalia i Adam nie potrafią ze sobą rozmawiać. Oddalili się od siebie.
To książka przesycona emocjami. Otwiera oczy na wiele spraw. Pozwala przejrzeć się w niej jak w lustrze. Autorki nie pouczają, nie moralizują. Zostawiają nam przestrzeń do własnych przemyśleń i refleksji. Pozwalają nam dostrzec nasze własne błędy, zarówno te wychowawcze, jak i małżeńskie.
"Uwięzione serca" to przejmująca powieść o rodzinnych relacjach, kryzysie współczesnej rodziny i rozmowie, która potrafi zmienić wszystko. Lektura obowiązkowa dla każdego rodzica, która pomaga zrozumieć emocje i potrzeby dziecka.
Monika Białkowska oddaje głos osobom skrzywdzonym w ramach Kościoła. Skrzywdzonym jednak nie fizycznie czy se**ualnie, ale duchowo i psychicznie. Kieruje naszą uwagę na sprawy najcichsze medialnie, choć równie wyniszczające dla ofiar.
Książka składa się z historii opowiadanych przez ludzi, których bolesne przeżycia, chęć poszukiwania Boga czy charyzmatyczny przywódca przywiodły do najrozmaitszych organizacji kościelnych. W tych wspólnotach stali się oni ofiarami przemocy duchowej, zbyt subtelnej, by móc ją w jakikolwiek sposób zgłosić. Umniejszanie, kontrola, przepracowanie, lęk – to tylko niektóre konsekwencje działań toksycznych grup. Dodatkowo poszkodowanym brakuje przestrzeni do znalezienia pomocy.
Przez większą część książki wydawało mi się, że autorka po prostu zebrała ludzi, których głos należy usłyszeć. To prawda, ale włożyła także coś od siebie. W rozdziale „Przemoc duchowa” komentuje, z perspektywy zarówno psychologicznej, jak i teologicznej, straszliwe mechanizmy kreowane przez „przywódców” lub całe wspólnoty. Opisuje m.in., w jaki sposób stajemy się podatni na wpływy, jak charyzmatyczny autorytet staje się oprawcą i jakie metody w tym celu stosuje.Podkreśla, że każdy z nas może stać się ofiarą. Na ostatnich stronach Białkowska umieściła również zbiór „czerwonych flag”, czyli zdań i stwierdzeń, które mają zaświecić lampkę ostrzegawczą u osób udzielających się w grupach duchowych.
Mnie osobiście uderzyło to, że okrutna przemoc, której nie da się zobaczyć gołym okiem, na tak szeroką skalę ma miejsce w polskim Kościele katolickim i jak niewiele się z tym robi. Podobało mi się również stanowisko autorki – krytyczne, lecz wyważone, bardzo obiektywne z dziennikarskiego punktu widzenia, a równocześnie skupione na pokrzywdzonych.
Myślę, że świetnym pomysłem będzie podrzucenie tej książki osobie zaangażowanej w jakikolwiek rodzaj wspólnoty, by mogła sprawdzić, czy nie pada ofiarą toksycznej
duchowości.
Witam, dziś mam dla Was recenzję książki „Trzy kroki we mgle” ❤️ autorki Natalii Kulpińskiej ❤️
Wydawnictwo WasPos ❤️
„Trzy kroki we mgle” to historia, która bardzo mnie zaskoczyła. Myślałam, że będzie to opowieść o młodzieńczej miłości, która popełniła błąd i szuka wybaczenia. Tymczasem książka całkowicie mnie wciągnęła i pokazała znacznie więcej, niż się spodziewałam. Znajdziemy tutaj wiele ważnych i życiowych wątków.
Jednym z nich jest młodzieńcza miłość piękna, szczera i prawdziwa. Nasi bohaterowie wpadają jednak w chaos intryg, które mocno komplikują ich życie.
Autorka pokazuje również miłość chorą i toksyczną, która z czasem staje się wręcz niebezpieczna. Nasza bohaterka przez długi czas nie zdaje sobie sprawy z tego, że znajduje się w niebezpieczeństwie, choć myślę, że wielu z nas również mogłoby tego nie zauważyć. Złe traktowanie bliskiej osoby, ciągłe zakazy, odbieranie prawa do własnych decyzji oraz manipulacja to z pewnością nie są oznaki zdrowej relacji. Cieszę się, że bohaterka w porę zorientowała się, że coś w jej życiu jest nie tak i że zmierza ono w złym kierunku. Manipulacja i chorobliwa zazdrość są tutaj niestety na porządku dziennym.
Mamy tutaj także pokazane relacje rodzinne. Z jednej strony rodziców, którzy są gotowi rzucić wszystko, by pomóc swojemu dziecku w trudnych chwilach, a z drugiej takich, którzy za wszelką cenę chcą decydować o jego życiu i narzucać mu własną wolę. Według mnie takie zachowanie nie prowadzi do niczego dobrego. Zdecydowanie bliższy jest mi obraz rodziców, którzy wspierają swoje dziecko i są przy nim bez względu na wszystko.
Bardzo spodobał mi się również wątek więzi z dziadkami oraz próba pielęgnowania tego, co po sobie pozostawili. Opieka nad zwierzętami odgrywa tutaj ważną rolę i dodaje tej historii ciepła oraz wyjątkowego klimatu.
Autorka pokazuje też, że prawdziwa miłość nie znika z dnia na dzień. Gdy człowiek zostaje zraniony, bardzo długo nosi w sobie ból, poczucie zdrady i upokorzenia. Tak właśnie czuje się nasza bohaterka. Mimo że mężczyzna jej życia wraca do rodzinnego miasta i próbuje odbudować to, co z własnej winy stracił, ona nie daje się tak łatwo przekonać i wybaczyć.
To książka, która skłania do refleksji nad tym, czym jest prawdziwa miłość, gdzie kończy się troska, a zaczyna kontrola, oraz jak ważne jest dostrzeganie sygnałów ostrzegawczych w relacjach. Historia bohaterów na długo zostaje w pamięci i pokazuje, że nawet po największych życiowych burzach można odnaleźć w sobie siłę, by zawalczyć o własne szczęście. Z całego serca polecam Wam tę książkę mnie bardzo poruszyła i na długo pozostanie w moich myślach. ❤️