„The Christmas Tree Farm” Laurie Gilmore to historia, która przenosi nas do Dream Harbor – miasteczka tak urokliwego, że aż trudno się w nim nie zakochać. Tym razem jednak świąteczna atmosfera nie wszystkich wprawia w zachwyt…
Kira North nie znosi Bożego Narodzenia i marzy przede wszystkim o świętym spokoju. Kiedy zostaje właścicielką farmy choinek, jej plany na spokojne życie zaczynają się komplikować. Zamiast odciąć się od świata i zostawić przeszłość za sobą, musi zmierzyć się z miejscem, które aż kipi świąteczną magią. A kiedy na jej drodze pojawia się Bennett Ellis, wszystko zaczyna przybierać zupełnie nieoczekiwany obrót.
Ben również przyjeżdża do Dream Harbor, by odpocząć i wreszcie przestać brać na siebie odpowiedzialność za cały świat. Los ma jednak dla niego inny plan, a potężna śnieżyca sprawia, że zostaje uwięziony na farmie Kiry. I tak zaczyna się historia pełna drobnych złośliwości, nieoczekiwanych emocji i chwil, które potrafią rozgrzać skuteczniej niż kubek gorącej czekolady.
Najbardziej podoba mi się w tej opowieści zderzenie dwóch zupełnie różnych osobowości. Kira, która próbuje ukryć swoje emocje za chłodnym zachowaniem, oraz Ben, który ma w sobie mnóstwo ciepła, ale sam potrzebuje chwili wytchnienia, tworzą duet, któremu trudno nie kibicować.
To właśnie takie książki przypominają mi, dlaczego lubię zimowe romanse. Nie chodzi wyłącznie o miłość, śnieg i świąteczne dekoracje, ale również o bohaterów, którzy muszą zmierzyć się z własnymi lękami, nauczyć się odpuszczać i dopuścić do siebie drugiego człowieka.
„The Christmas Tree Farm” to idealna propozycja na zimowy wieczór, kiedy za oknem robi się chłodno, w kubku paruje herbata, a my mamy ochotę na coś lekkiego, romantycznego i poprawiającego nastrój. To książka, która pozwala na chwilę oderwać się od codzienności i zanurzyć w świecie, gdzie nawet największy Grinch może odkryć, że magia świąt wcale nie musi oznaczać idealnie udekorowanej choinki.
„Nawet w świecie pełnym magii, pradawnych tajemnic i potęgi, której nie sposób pojąć, najważniejsze pozostają więzi, które łączą nas z tymi, których kochamy”.
„Pierwotna krwi i kości” Jennifer L. Armentrout
Na tę historię przyszło nam długo czekać, dlatego powrót do świata Poppy, Casteela i Kierana był dla mnie czymś, na co naprawdę czekałam. Uwielbiam tę serię, jej bohaterów, niebezpieczeństwa, z którymi muszą się mierzyć, oraz relacje, które sprawiają, że tak trudno się z nimi rozstać. Tym razem jednak nie wszystko poszło tak, jak sobie wyobrażałam. Choć cieszę się, że ponownie mogłam zanurzyć się w tym świecie, nie obyło się bez frustracji i pewnego niedosytu.
Poppy w końcu budzi się ze stazy, ale jej przebudzenie przynosi konsekwencje, których nikt nie mógł przewidzieć. Astendencja zmienia nie tylko ją samą, lecz także Casteela i Kierana. Tymczasem upadek Krwawej Korony wcale nie oznacza końca niebezpieczeństw. Na horyzoncie pojawia się bowiem znacznie większe zagrożenie — Pierwotny Śmierci, którego potęga nawet bez cielesnej formy potrafi siać prawdziwe spustoszenie. Stawka rośnie, a bohaterowie muszą zmierzyć się z rzeczywistością, która może zmienić wszystko, co do tej pory znali.
Muszę przyznać, że początek tej książki był dla mnie naprawdę trudny. Długa przerwa między tomami sprawiła, że nie potrafiłam od razu odnaleźć się w wydarzeniach. Informacje z poprzednich części mieszały mi się z tymi, które poznaliśmy w cyklu „Z ciała i ognia”, przez co momentami czułam się zwyczajnie zagubiona. Zamiast od razu dać się porwać historii, próbowałam przypomnieć sobie poszczególne wydarzenia i poukładać je w głowie. Nie ukrywam, że byłam tym mocno sfrustrowana, bo chciałam cieszyć się lekturą, a nie zastanawiać się, czy na pewno pamiętam wszystkie istotne szczegóły.
Początkowo akcja rozwijała się dość powoli. Poppy, pogrążona w stazie, sama nie do końca rozumiała, co się z nią dzieje, co jest prawdą, a co jedynie wytworem jej umysłu. Pojawiało się sporo informacji, które nie zawsze potrafiłam od razu połączyć w logiczną całość. Z czasem jednak zaczęły nabierać znaczenia, a kiedy Poppy w końcu się obudziła, poczułam, że historia powoli odzyskuje właściwy rytm. Wydarzenia nabrały tempa, wcześniejsze wątki zaczęły wracać do mojej pamięci, a ja wreszcie mogłam mocniej zaangażować się w to, co działo się na kartach powieści.
Mimo to miałam nadzieję, że dostanę nieco więcej. Owszem, otrzymujemy odpowiedzi na wiele pytań, a tajemnice, które od dawna przewijały się w historii, w końcu zaczynają się wyjaśniać. Problem w tym, że sposób przedstawienia niektórych informacji momentami wydawał mi się chaotyczny. Kolejne fakty pojawiały się jeden po drugim, a ja zamiast czerpać pełną satysfakcję z odkrywania prawdy, musiałam zatrzymywać się, by uporządkować sobie wszystko w głowie. Zabrakło mi odrobiny większej płynności, dzięki której mogłabym w pełni docenić wagę tych odkryć.
Największy niedosyt pozostawiły jednak relacje między bohaterami. I mówię to jako osoba, która naprawdę uwielbia tę trójkę!
Poppy i Casteel nadal mają w sobie to coś. Ich chemia, wzajemne przekomarzania i sposób, w jaki na siebie oddziałują, wciąż potrafią wywołać uśmiech na mojej twarzy. Uwielbiam ich razem i nie zamierzam tego ukrywać. Jednocześnie miałam poczucie, że ich relacja nie otrzymała tyle przestrzeni, na ile liczyłam. Oczywiście nie zabrakło scen dla dorosłych, ale momentami miałam wrażenie, że to właśnie one zajmują miejsce, które można było wykorzystać na pogłębienie ich więzi, rozmowy czy pokazanie, jak zmieniają się pod wpływem wydarzeń, przez które przechodzą. Znowu dostajemy niezależną, pełną charakteru Poppy i nadopiekuńczego Casteela, których dobrze znamy z poprzednich tomów. Nadal ich uwielbiam, ale chciałam zobaczyć coś więcej, czegoś nowego, co pozwoliłoby mi jeszcze mocniej poczuć ich relację.
A Kieran? Zdecydowanie było go dla mnie za mało! I tutaj mój książkowy zachwyt nad tą postacią daje o sobie znać najmocniej. Uwielbiam jego charakter, spokój i to, jak doskonale potrafi odnaleźć się między Poppy a Casteelem. Jest głosem rozsądku, kiedy emocje biorą górę, i kimś, kto potrafi spojrzeć na sytuację z innej perspektywy. Dla mnie to nie tylko ważny bohater, ale również ktoś, kto nadaje całej tej relacji wyjątkową równowagę.
Dlatego tak bardzo bolał mnie rozłam między nim a Casteelem. Ich więź ma dla mnie ogromne znaczenie i trudno było mi patrzeć na to, jak zmieniają się ich relacje. Mam ogromną nadzieję, że w kolejnej części dostaniemy więcej wspólnych momentów tej dwójki, a ich przyjaźń odnajdzie właściwe tory. Naprawdę potrzebuję więcej Kierana, jego rozsądku, ciętego języka i obecności, bez której ta historia nie jest dla mnie taka sama!
Czy mimo tych wszystkich zastrzeżeń żałuję, że sięgnęłam po tę książkę? Absolutnie nie!
Choć nie była to część idealna i nie spełniła wszystkich moich oczekiwań, nadal czułam radość z powrotu do bohaterów, których zdążyłam naprawdę polubić. Były momenty frustracji, chwilami brakowało mi emocjonalnej głębi, a niektóre wątki chciałabym zobaczyć poprowadzone inaczej. Mimo wszystko historia potrafiła mnie wciągnąć na tyle, że przeczytałam ją w zaledwie dwa wieczory. A to chyba najlepszy dowód na to, że mimo drobnych potknięć wciąż coś mnie do tego świata przyciąga.
Nie każda książka musi być idealna, żeby nadal zajmować szczególne miejsce w naszym sercu. Czasami wystarczy spotkać ukochanych bohaterów, ponownie poczuć tę znajomą atmosferę i przypomnieć sobie, dlaczego tak bardzo zależy nam na ich dalszych losach.
„Pierwotna krwi i kości” pozostawiła mnie z pewnym niedosytem, ale również z ogromną ciekawością tego, co wydarzy się dalej. Nadal kibicuję Poppy i Casteelowi, nadal uwielbiam Kierana i nadal chcę więcej! Mam nadzieję, że kolejna część przyniesie mi nie tylko odpowiedzi na kolejne pytania, lecz także więcej emocjonalnych momentów, pogłębionych relacji i tej wyjątkowej więzi między bohaterami, za którą tak bardzo pokochałam tę serię.
Bo choć tym razem trochę ponarzekałam, jedno pozostaje niezmienne: ja po prostu nie jestem jeszcze gotowa, żeby pożegnać się z tym światem!
Myślenie – w teorii temat czysto fizjologiczny, bo przecież każdy z nas ma myśli kłębiące się w naszych głowach. Chociaż chwilami mam wrażenie, że to może być również głęboko rozszerzoną strefę intelektualną. „Mózg w pułapce ideologii” to świetna podróż po odkrywaniu jak działamy, nie tylko w kwestiach ciała i neurologii. Uwielbiam jak Autor nie sypie tylko suchymi faktami, bo wiadomo, że wtedy mamy książkę wiejącą nudą aż miło.
Pisarka wcale nie narzuca nam kierunku, w którym mamy mieć swoją własną analizę. Przedstawia nam w przystępny sposób jak nasza fizjonomia działa, jak zaborczo trzymamy się swoich przekonań, albo z jaką łatwością możemy je zmienić. Mamy tu niezłe combo – połączenie neuronauki, psychologii i filozofii zrobiło mi w pewnej chwili niezłą sieczkę z głowy! Jednak po zastanowieniu się, doszłam do wniosku, że ze mną wszystko w porządku, a wątpliwości co do wiary we własne przekonania są takie jakie mają być.
W tej pozycji znajdziemy odpowiedzi na to jak powstają nasze przekonania, Pisarka nie traktuje tematu pobłażliwie, zapędza się głębiej i dzięki temu dostajemy o wiele więcej z tej pozycji. Zderzamy się z różnymi teoriami – i wcale nie są one spiskowe, po prostu przybliżono nam fakt, że czasem mały impuls sprawia, iż zmieniamy zdanie, tak naprawdę z chwili na chwilę. Nie możemy też wykluczać, że pewne kwestie są zależne od tego jak nas wychowano, jakie wartości nam wpojono i jakimi tradycjami się kierujemy, a to chwilami może być nie tylko pozytywną częścią naszego życia, ale i zgubą w świecie wszelakiego myślicielstwa.
Jestem oczarowana, że w ciekawy sposób, taki stricte docierający do kogoś takiego jak ja, laika z krwi i kości, można wyłożyć kawał wiedzy – dla mnie świetna książka i ze spokojnym sumieniem mogę polecać ją dalej. Pamiętajcie jednak, że nie ze wszystkimi założeniami Leor się zgadzam, w końcu każdy z nas ma swój rozum i kieruje się własnymi przekonaniami. Jednak to właśnie to nadaje temu tytułowi najwięcej pikanterii i zarazem daje najwięcej frajdy z czytania 🙂
Kicia Kocia i ważna lekcja o dziecięcych granicach
Czy dziecko powinno przytulać bliskich i rozdawać buziaki tylko dlatego, że tak wypada? A może ma prawo samo decydować o tym, kiedy i w jaki sposób chce okazywać uczucia? Anita Głowińska w kolejnej odsłonie przygód Kici Koci podejmuje niezwykle ważny temat, pokazując najmłodszym, że ich potrzeby i granice zasługują na szacunek.
Tym razem w domu sympatycznej kotki panuje spore zamieszanie. Rodzice przygotowują uroczysty obiad, a na spotkanie mają przybyć goście. Kicia Kocia cieszy się z wizyty, jednak kiedy pojawia się wujek, okazuje się, że nie ma ochoty na przytulanie. Choć darzy go sympatią, nie czuje potrzeby, by od razu rzucać mu się w ramiona.
Ta sytuacja staje się początkiem ważnej lekcji, zarówno dla małych czytelników, jak i dla dorosłych. Autorka przypomina, że dziecko nie powinno być zmuszane do fizycznej bliskości wbrew własnej woli. Nawet jeśli chodzi o ukochaną babcię, ciocię czy wujka, ma prawo powiedzieć „nie” i oczekiwać, że jego decyzja zostanie uszanowana.
Szczególnie cenne jest to, że historia nie skupia się wyłącznie na odmowie przytulenia, ale również na reakcji dorosłych. Ich zrozumienie i akceptacja pokazują, jak wiele znaczy stworzenie dziecku przestrzeni, w której może swobodnie wyrażać swoje potrzeby. Bez presji, poczucia winy i obawy, że kogoś zawiedzie.
Książeczka uświadamia, że brak ochoty na przytulanie nie oznacza braku miłości ani sympatii. Uczucia można wyrażać na wiele sposobów, a prawdziwa bliskość nie powinna wynikać z obowiązku. To ważne przesłanie, które warto przekazywać dzieciom już od najmłodszych lat, jednocześnie pamiętając, że szanowanie granic innych osób jest równie istotne jak dbanie o własne.
Ogromnym atutem tej publikacji jest prosty, przystępny język oraz codzienna sytuacja, z którą wiele rodzin może się utożsamić. Dzięki temu rozmowa o emocjach i osobistych granicach staje się naturalna, a nie przytłaczająca. Historia Kici Koci może być doskonałym punktem wyjścia do wspólnej dyskusji o tym, czym jest zgoda, dlaczego warto słuchać własnych potrzeb i jak reagować, kiedy ktoś nie ma ochoty na kontakt fizyczny.
To również cenna wskazówka dla rodziców i opiekunów. Czasami, chcąc być uprzejmym lub nie urazić członka rodziny, nieświadomie wywieramy na dziecku presję. Tymczasem warto pokazać mu, że jego komfort jest ważny, a odmowa nie musi prowadzić do konfliktu. W ten sposób uczymy je nie tylko asertywności, ale także budowania relacji opartych na wzajemnym zaufaniu.
„Kicia Kocia” po raz kolejny udowadnia, że za prostą opowieścią może kryć się wartościowa treść. To niewielka książeczka, która porusza istotny problem i przypomina o czymś, o czym dorośli nie zawsze pamiętają: dziecko jest odrębną osobą, ma własne emocje, potrzeby i prawo do podejmowania decyzji dotyczących swojego ciała.
Polecam tę historię rodzicom, opiekunom i wszystkim, którzy chcą wspierać dzieci w poznawaniu siebie oraz swoich emocji. To świetna propozycja do wspólnego czytania, a zarazem okazja do przeprowadzenia ważnej rozmowy. Bo miłość nie wymaga przytulania na zawołanie, a najpiękniejsza bliskość pojawia się wtedy, gdy jest dobrowolna i płynie prosto z serca.
Książka ma bardzo chwytliwy tytuł, świetne wydanie i genialny opis. Cóż chcieć więcej od lektury? Sama nie wiem czy dobrze oddam to co o niej myślę, gdyż według mnie czytanie tej pozycji było jak wchodzenie po górach. Co pagórek, to następowało opisywanie innej postaci, niby ciągła a jednak jakby inna historia, która po głębszym rozwinięciu zaczynała wciągać, więc tu był zjazd, lecz zaczynała się kolejna postać pojawiać i ponownie opisanie jej był dla mnie zbytnim skupieniem na opisie, dlatego odrobinę mnie oddalało od całości. Kiedy już złapałam jej rytm, pojawiał się nowy wątek, choć nadal na tym samym poziomie treści. Im dalej, tym wszystko bardziej trzymało się tego głównego celu i to właśnie ,,dalej" dopiero mnie pochłaniało. Motyw tajemniczej legendy był bardzo przyciągający, gdyż utworzony został pod niedowierzenie i znajdywanie pomysłów na to, by ją podważyć. Ich argumenty bywały na tyle mądre, że fascynowały swoim odkryciem.
Cała akcja dzieje się na małej wyspie, dlatego choćby utworzenie pomników dzieci na ich podobizny i pochowanie ich na wyspie było bardzo zastanawiające.
,,Umarły z głodu i zimna w lichej rybackiej chatce. Były pozostawione same sobie na ,,wyspie duchów". Na wyspie, którą omijali nawet najodważniejsi mężczyźni."
Dożo miejsca poświęca się na opisy, które mają sprawić, że nasza wyobraźnia zacznie pracować na najwyższym poziomie. Jednym to się spodoba, bo nadają książce odpowiedni do sytuacji charakter, ale znają się i tacy, których lekka wytrąci z rytmu czytania. Jeśli jednak zaakceptuje się ten fakt, że ta pozycja służy nie tylko do czytania, ale i fantazji o mrocznych wydarzeniach, to zaczniemy widzieć ją jako szacunek, który postanowiono oddać tym przygodom. Bohaterzy są dosyć zróżnicowani, ale to właśnie każdy z nich ma swoje trzy grosze do odegrania. Opiekunka, osoba starsza, pisarz, wdowiec i rzeźbiarka. Niby nie ma między nimi połączenia, a jednak każdy jest tam po coś. Są też osoby bardziej i mniej widoczne. Gdy dojdziemy do sceny z morderstwem zobaczymy jak szybko może się zrodzić w ludziach zwątpienie. Od tej pory będzie bardzo energicznie i oskarżycielsko. Kto zatem jest winny i dlaczego? Czy na tej wyspie faktycznie chowają się duchy?
Tak ogólnie to książka jest całkiem dobra, tylko należy wbić się w jej rytm. Są momenty co wciąga bardzo, ale są i takie, które się przeciągają, to wszystko zależy od punktu widzenia:-)
Tajemnicze postacie na cmentarzu, nocna wyprawa i zagadka do rozwiązania!
Tiril i Oliver, którym niezmiennie towarzyszy wierny Otto, ponownie ruszają do akcji. Tym razem ich uwagę przyciągają niepokojące opowieści o dziwnych, zdeformowanych postaciach widywanych na cmentarzu. Kiedy o całej sprawie wspomina nauczycielka Helene Skodde, darzona przez dzieci dużym zaufaniem, młodzi detektywi nie zamierzają pozostawić tych doniesień bez odpowiedzi. Postanawiają samodzielnie zbadać tajemnicę, a nocna wyprawa na cmentarz staje się początkiem pełnej emocji przygody.
Czy za tymi wydarzeniami kryje się coś nadprzyrodzonego? Na szczęście, a może właśnie na szczęście, prawda okazuje się zupełnie inna. Czasem to ludzie potrafią stworzyć najbardziej zagadkowe historie, a rozwiązanie tajemnicy wcale nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Szczegółów oczywiście nie zdradzę, bo odkrywanie kolejnych wskazówek to przecież jedna z największych przyjemności płynących z lektury!
Podczas czytania miałam skojarzenia z klasycznym „Scooby-Doo”, gdzie pozornie przerażające wydarzenia, tajemnicze postacie i mroczna atmosfera prowadziły do rozwiązania zagadki. Tutaj również nie brakuje dreszczyku emocji, ale wszystko zostało przedstawione w sposób odpowiedni dla młodszych czytelników. Sama okładka sugeruje zresztą, że bohaterowie zmierzą się z wyjątkowo straszną sprawą!
Na uwagę zasługuje również sposób wydania książki. Przystępny język sprawia, że historia jest zrozumiała dla dzieci, a duża czcionka zachęca do samodzielnego czytania. Ilustracje świetnie uzupełniają fabułę, pomagając wyobrazić sobie opisywane wydarzenia. Dodatkowym atutem jest mapka miasteczka Elvestad oraz przedstawienie najważniejszych bohaterów na początku książki. Dzięki temu młody czytelnik może szybko odnaleźć się w świecie opowieści.
Na końcu czeka jeszcze niespodzianka w postaci detektywistycznej zabawy, podczas której trzeba odnaleźć wskazane ilustracje. To świetny sposób, by przedłużyć przygodę z książką i zaangażować dziecko również po przeczytaniu ostatniej strony.
„Biuro Detektywistyczne nr 2” to propozycja dla młodych miłośników tajemnic, zagadek i historii, które potrafią odrobinę przestraszyć, ale przede wszystkim rozbudzają ciekawość.
Madagaskar, niezwykłe zwierzęta i robot, który chce ratować świat!
Co może wyniknąć z wyprawy na Madagaskar, kiedy w grę wchodzą zagrożone lemury, tajemnice dzikiej przyrody i przeciwnik, który nie ma dobrych zamiarów? Z pewnością nie zabraknie emocji! Właśnie taką przygodę przygotował dla młodych czytelników Tomasz Samojlik w książce „Naturobocik. Sekrety Madagaskaru”.
Tym razem sympatyczny robot, zbudowany ze starych urządzeń, staje przed kolejnym ważnym wyzwaniem. Naturobocik musi pomóc zwierzętom i stawić czoła Chytrobotowi, którego plany mogą mieć poważne konsekwencje dla mieszkańców wyspy. Przed nim niełatwa misja, pełna niespodziewanych wydarzeń i odkryć. Czy uda mu się pokrzyżować plany przeciwnika i ochronić tych, którzy potrzebują pomocy? Tego oczywiście nie zdradzę!
Historia od pierwszych stron zachęca do wspólnego odkrywania tajemnic Madagaskaru. Nie brakuje w niej humoru, ciekawych bohaterów ani sytuacji, które potrafią zaskoczyć. Autor umiejętnie łączy przygodową fabułę z elementami edukacyjnymi, dzięki czemu młodzi czytelnicy mogą nie tylko śledzić losy Naturobocika, lecz także dowiedzieć się czegoś o świecie przyrody. Nauka nie jest tu nudnym obowiązkiem, ale naturalną częścią fascynującej opowieści.
Szczególnie spodobało mi się przesłanie płynące z tej historii. Naturobocik udowadnia, że wielkie czyny nie zależą od rozmiaru, wyglądu ani posiadanych możliwości. Czasami wystarczy dobre serce, odwaga i gotowość do działania, by zmienić naprawdę wiele. To cenna lekcja dla najmłodszych, która pokazuje, jak ważne są przyjaźń, współpraca i troska o innych.
Nie bez znaczenia pozostaje również temat ochrony środowiska. Madagaskar staje się miejscem, w którym dzieci mogą dostrzec, jak wyjątkowy i jednocześnie wymagający naszej troski jest świat zwierząt. Przyroda nie powinna być traktowana jak coś, co zawsze będzie istnieć niezależnie od naszych działań. Warto uczyć najmłodszych szacunku do niej już od pierwszych lat, a książki takie jak ta mogą być świetnym początkiem rozmowy na ten temat.
„Naturobocik. Sekrety Madagaskaru” to propozycja dla dzieci, które lubią przygodowe historie, sympatycznych bohaterów i odkrywanie nieznanego. To opowieść, która dostarcza rozrywki, pobudza wyobraźnię i przemyca ważne wartości bez zbędnego moralizowania.
Jeśli szukacie lektury, która połączy dobrą zabawę z poznawaniem świata i pokaże, że nawet niewielki bohater może mieć ogromne znaczenie, warto dać Naturobocikowi szansę. Być może po tej przygodzie młodzi czytelnicy sami spojrzą na otaczającą ich przyrodę z jeszcze większą troską!
Ta książka jest po prostu niesamowita! Porwała mnie od razu, gdzie podłapałam wydarzenia, które działy się w teraźniejszości pisarza i te, które działy się w książce, którą pisał. Jego treść jest odznaczona innym drukiem, aczkolwiek ułożona została od początku do końca na urywki informacji, które są w mocno niepokojącym klimacie. Nawet nieco bardziej niż te obecne w których zaginęła córeczka sąsiadów.
Aby dokładniej zrozumieć o co chodzi, musicie wiedzieć, że Joachim jest bardzo znanym pisarzem, którego zbiory określa się w rzędach biblioteczek. Znają je wszyscy, nawet rodziny policji. Wypracował tym sobie spory szacunek, dlatego jak tylko donosi o prawdopodobnym zajściu porwania ośmiolatki, natychmiast poświęca mu się uwagę. Nie jest brany za nadmiernego gbura nawet wtedy, kiedy poprawia sformułowania okoliczności w których do tego porwania doszło. Jest to ważne, ponieważ Joachim napisał kiedyś książkę złudząco podobną do okoliczności w których ta dziewczynka ,,zniknęła". Niby jest spostrzegawczy, jednak ma ograniczone widzenie jeśli chodzi o intencje innych osób. Jako pisarz ma wybujałą wyobraźnię, aczkolwiek najbardziej ona sprawdza się w tym, co pisze, a nie tym, co widzi. Ważną rolę odegra też jego małżonka do którego zgłosi się kobieta insynuująca brak zbiegów okoliczności. Jest nawet przekonana, że małżeństwo wdepnęło w coś większego i czy chcą czy nie, to już są w kręgu obserwacji. To będzie bardziej zapętlone niż uważamy na początku, ponieważ w momencie, kiedy na karty książki wejdzie siostra mężczyzny, wypowie słowa, które nie tylko do jej strony będą znaczące, ile również opowiadające rzecz, dzięki której i on skorzystał.
Świat z książki jest przepełniony pokazaniem ludzi od strony wygranej losowej, a ich wcześniejszego upadku z którego zostali podniesieni. Jak widać dla własnej korzyści można być w stanie oddać dużo więcej...
Opuszczony budynek, pendrive, piwnica, latarka, metalowe szafy, ważne kody, pościel, pluszak, faza inicjalna... To nie jest zwykła historia poddana fali dreszczowca. To wstrząsające informacja na temat ceny jaką sami sobie wyznaczamy by godnie żyć. Jeśli jesteś fanem gęstniejącej atmosfery, nagłych zwrotów akcji, oraz czytania pomiędzy wierszami, to trafiłeś idealnie. Ta książka jest dla ciebie:-) Szczerze ją polecam!
Dziękuję za książkę do recenzji Klubowi Recenzenta z serwisu nakanapie.pl .
Wierzycie w szczerość przyjaźni? Jak to tak naprawdę z nią jest? Zdarza się, że jedna ze stron manipuluje, czerpiąc dla siebie korzyści. Nie tak łatwo jest uwolnić się z takiej relacji. Poznajemy Karolinę, która chce być niezależna, a kiedy zaprzyjaźnia się z przebojową i charyzmatyczną Liką, czuje, że znalazła kogoś, kto otacza ją troską, opieką, a przede wszystkim rozumie. Jednak wraz z upływem czasu coraz trudniej jest dostrzec, że nie wszystko jest takie, jakim się wydaje. Z kolei Adam to człowiek sukcesu. Gdy porzuca Warszawę i przenosi się do małej beskidzkiej wioski, jego przyjaźń z Bartkiem chwieje się. Tłumione przez długi czas żale zostają w końcu nazwane.
Czy nie macie wrażenia, że czasem łatwiej jest uwierzyć w wygodne kłamstwa niż zmierzyć się z prawdą? Czego się boimy? Co pomyślą o nas inni, odpowiedzialności, zmian? Ta historia pokazuje, że jest to możliwe.
Alicja Filipowska przedstawia nam motyw toksycznej relacji. Kiedy bardzo czegoś pragniemy, nie tak łatwo dostrzeżemy sygnały, które powinny powiedzieć nam: stop! Ba, nawet zaczynamy tłumaczyć dziwne zachowanie "przyjaciółki". Lika to postać narcystyczna, skupiona wyłącznie na sobie, manipulująca, kontrolująca drugą osobę. Czy to jest w porządku, czy jest dla nas wygodne? Chyba nie. Dlaczego więc tkwimy w tym nierównym układzie?
Równie interesująco wypada męski wątek przyjaźni, którą zachwiała przeprowadzka Adama. Tu mamy wieloletnią przyjaźń, która zostaje wystawiona na próbę. Co przez lata było niewypowiedziane? Nawarstwił się aspekt zazdrości, kłamstw, wykorzystywania i mylenia bliskości z uzależnieniem. Domek w małej beskidzkiej wiosce dla Adama staje się ucieczką od codzienności i możliwością spojrzenia na swoje życie z innej perspektywy.
Historia uświadamia, że warto pamiętać o asertywności, nie bać się mówić "nie", mieć odwagę stawiać granice w relacjach z innymi ludźmi. Nie możemy pozwalać, aby ktoś za nas w czymś decydował lub naruszał naszą prywatność. Przyjaźń to nie uzależnienie od drugiej osoby.
Wątek pszczelarstwa jest bardzo istotny dla całości fabuły. Bohaterowie mierzą się z problemami, poszukują własnego miejsca w świecie, a obcowanie z naturą jest dla nich czymś odmiennym. Pszczoły, ule... to wymaga niezwykłej cierpliwości i uważności. Przypominamy sobie, że to w bliskości natury i prostocie życia tkwi prawdziwe szczęście.
"Słodkie kłamstwa" to życiowa, refkeksyjna powieść o toksycznych relacjach, emocjonalnym uzależnieniu, przyzwyczajeniu i niebezpiecznym przekraczaniu granic. To historia o pozornej przyjaźni, która pod wpływem pewnych czynników otwiera oczy.
Są takie historie, które zna cały świat, a mimo to wciąż pozostają w nich fragmenty, do których nie mamy dostępu. Znamy Dianę jako księżną, ikonę stylu, kobietę o wielkim sercu i jedną z najbardziej rozpoznawalnych osób XX wieku. Ale jaka była, zanim stała się własnością mediów i obiektem nieustannego zainteresowania? Jaka była jako siostra, córka i dziewczyna, która po prostu chciała być kochana?
„Łabędzi śpiew. Diana moja siostra” Charlesa Spencera to niezwykle osobista opowieść o kobiecie, którą podziwiał cały świat, ale której życie prywatne naznaczone było bólem, samotnością i trudnymi doświadczeniami. Autor, młodszy brat Diany, zabiera nas do czasów ich wspólnego dzieciństwa, kiedy byli sobie szczególnie bliscy, dzielili rodzinne sekrety i wspólnie mierzyli się z trudnościami.
Najbardziej porusza mnie właśnie ta perspektywa. Charles nie opowiada o Dianie wyłącznie jako o księżnej Walii czy światowej ikonie. Pokazuje ją przede wszystkim jako swoją siostrę, osobę, z którą łączyły go wspomnienia, wyjątkowa więź i doświadczenia, których nie sposób wymazać. To spojrzenie pozwala zobaczyć za znanym nazwiskiem prawdziwego człowieka, z jego emocjami, marzeniami i słabościami.
Wraz z Dianą przenosimy się z rodzinnej posiadłości do świata królewskich obowiązków, ogromnej popularności i nieustannej obecności mediów. Obserwujemy, jak dziewczyna, która kiedyś mogła cieszyć się względnie zwyczajnym życiem, staje się jedną z najbardziej obserwowanych kobiet na świecie.
Najbardziej bolesny jest kontrast między uwielbieniem milionów ludzi a samotnością, której Diana doświadczała za zamkniętymi drzwiami.
Szczególnie emocjonalny wymiar nadaje książce opowieść o ostatnich dniach życia Diany i tragedii z sierpnia 1997 roku. Charles wraca do wydarzeń, które na zawsze zmieniły jego życie, a także do chwili, gdy pożegnał siostrę na oczach całego świata.
Dla mnie to przede wszystkim książka o miłości między rodzeństwem, pamięci i bólu po utracie najbliższej osoby. O więzi, która nie znika wraz ze śmiercią, i wspomnieniach, które z biegiem lat nabierają jeszcze większego znaczenia. To również refleksja nad ceną sławy i nad tym, jak łatwo zapomnieć, że za każdą znaną twarzą kryje się człowiek.
Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego tak często skupiamy się na tym, co nam nie wychodzi, zamiast dostrzegać to, co już działa dobrze? Dlaczego łatwiej przychodzi nam analizowanie własnych błędów niż docenianie małych rzeczy, które dają nam radość?
„To w życiu działa” Paula Contiego to książka, która zachęca do spojrzenia na zdrowie psychiczne z nieco innej perspektywy. Autor, ceniony psychiatra, pokazuje, że droga do lepszego samopoczucia nie musi zaczynać się od nieustannego szukania problemów. Czasem warto zatrzymać się i przyjrzeć temu, co w naszym życiu jest dobre, co daje nam siłę i co pomaga nam iść naprzód.
Najbardziej podoba mi się przesłanie, że nie musimy koncentrować całej swojej uwagi na tym, co wymaga naprawy. Równie ważne jest dostrzeganie własnych zasobów, pielęgnowanie relacji, rozwijanie się i odnajdywanie radości w codzienności. To właśnie te elementy mogą stać się fundamentem większego spokoju i poczucia spełnienia.
Autor zwraca uwagę na znaczenie więzi z innymi ludźmi, rozwoju i świadomego budowania życia, w którym jest miejsce nie tylko na obowiązki i walkę z trudnościami, ale również na przyjemność, wdzięczność i zwyczajną radość.
To książka, która skłania do refleksji nad tym, jak traktujemy samych siebie. Przypomina, że troska o zdrowie psychiczne nie powinna ograniczać się do momentów kryzysu. To również codzienne wybory, relacje, małe kroki i umiejętność zauważania tego, co daje nam oparcie.
„To w życiu działa” to nie magiczna recepta na szczęście, ale zaproszenie do świadomego budowania życia, w którym jest więcej równowagi, bliskości i radości. Myślę, że warto sięgnąć po nią wtedy, gdy potrzebujemy zmiany perspektywy i przypomnienia, że czasem mamy w sobie więcej siły, niż nam się wydaje.
, pot, obietnica lepszego jutra i brutalna rzeczywistość. „Brazylijska gorączka” Anny Fryczkowskiej to książka, która dosłownie parzy od środka. Od pierwszych stron uderza niesamowity, duszny klimat, który nie pozwala odetchnąć ani na chwilę.
Autorka zabiera nas w podróż śladami polskich emigrantów, którzy pod koniec XIX wieku porzucili wszystko, skuszeni wizją darmowej ziemi i bogactwa w Brazylii. „Brazylijska gorączka” Anny Fryczkowskiej to poruszająca powieść historyczno-obyczajowa, która opowiada o brutalnym zderzeniu marzeń z rzeczywistością podczas fali polskiej emigracji do Brazylii pod koniec XIX wieku. Autorka skupia się na losach prostych ludzi, którzy skuszeni obietnicami darmowej ziemi i bogactwa, porzucają swoje dotychczasowe życie na polskiej wsi (na Kujawach) i ruszają za ocean w poszukiwaniu "ziemi obiecanej".
Główną bohaterką książki jest osiemnastoletnia Franka, młoda chłopka, która trafia do Ameryki Południowej razem z rodziną. Zamiast obiecanych, gotowych do uprawy żyznych pól, emigranci zastają na miejscu nieprzyjazną, duszną dżunglę, morderczy upał, tropikalne choroby oraz nieustanny lęk przed nieznanym. Autorka szczegółowo opisuje proces budowania życia zupełnie od nowa, w skrajnie trudnych warunkach. Główna oś fabuły skupia się wokół walki z naturą. Bohaterowie muszą własnymi rękami karczować i wypalać las tropikalny, by wywalczyć skrawek przestrzeni pod budowę domu i skromnego gospodarstwa. Mamy tu trudne relacje i samotność. Franka, odcięta od korzeni, w obcym środowisku decyduje się związać z mężczyzną, którego ledwie zna, by wspólnie zwiększyć swoje szanse na przeżycie. Autorka bez upiększeń pokazuje, jak ekstremalny wysiłek fizyczny, głód, izolacja i utrata złudzeń wpływają na ludzką psychikę, tożsamość oraz moralność.
Fabuła jest oparta na faktach, co tylko potęguje ciarki podczas lektury. To opowieść o wielkiej nadziei, która bardzo szybko zderza się z twardą, egzotyczną ziemią.
Bohaterowie są tak namacalni, że czułam ich ból, zmęczenie i determinację na własnej skórze. Anna Fryczkowska nie idealizuje nikogo. Pokazuje ludzkie słabości, rozpacz, ale też niesamowitą siłę przetrwania. Emocje aż kipią z każdej strony – od naiwnej ekscytacji, przez głęboki żal, aż po wolę walki.
Styl pisania autorki jest hipnotyzujący i niezwykle obrazowy. Język jest przystępny, a tempo akcji idealnie wyważone – momentami rwie do przodu jak tropikalna burza, by za chwilę zwolnić i pozwolić nam poczuć ciężar codzienności bohaterów.
Komu polecam ten tytuł?
Każdemu, kto kocha dojrzałą literaturę piękną, powieści historyczne oparte na faktach oraz głębokie, mięsiste historie obyczajowe. To idealna lektura dla fanów sag, którzy szukają w książkach prawdy i wielkich emocji, a nie cukierkowych opowieści.
✨ Czy jesteście już gotowi na odrobinę świątecznej magii, która rozgrzeje Wasze serca w chłodne wieczory?
Powieść "Listy od Mikołajki autorstwa Anne Marie to idealny literacki kocyk i kubek gorącego kakao w jednym. Od pierwszej strony otula czytelnika niesamowitym, ciepłym klimatem, który pozwala na chwilę zapomnieć o całym świecie.
"Listy od Mikołajki" to poruszający dramat obyczajowy i zimowa historia o poszukiwaniu drugiej szansy, odkupieniu oraz sile uczucia rodzącego się wbrew wszelkim przeciwnościom. Główne wątki fabuły to dwa różne światy. Agata Anielak to kobieta sukcesu, która ma prestiżową karierę, luksusowe życie i opinię niezwykle silnej emocjonalnie. Kamil Farat to człowiek z bolesną przeszłością, który w jedną wigilijną noc stracił absolutnie wszystko. Choć dzieli ich pozycja społeczna, a los stawia między nimi więzienne kraty, przypadek krzyżuje ich drogi. Szybko odkrywają, że łączy ich niewytłumaczalna, natychmiastowa więź. Kiedy Kamil trafia z powrotem za kraty, jedynym pomostem i drogą kontaktu stają się listy ukrywane w aktach sprawy. Szczere, pełne emocji i pisane prosto z serca słowa budzą uczucie, dla którego Agata decyduje się zaryzykować swoją karierę, a Kamil podejmuje walkę o wolność, tożsamość i dobre imię.
Autorka porusza też trudniejsze tematy, takie jak błędy bezdusznego systemu sprawiedliwości, łatwość medialnych osądów, samotność oraz radzenie sobie z traumą i żałobą.
Fabuła tej opowieści to prawdziwy majstersztyk, jeśli szukacie historii pełnej uroku i subtelnych tajemnic. Autorka utkała opowieść, która nie jest kolejnym schematycznym świątecznym romansem. To głęboka, pełna ciepła i życiowych mądrości opowieść o dawaniu, niesieniu radości i szukaniu własnego miejsca na ziemi. Każdy zwrot akcji ma tu swoje miejsce, a świąteczne tło dodaje wszystkiemu wyjątkowego blasku.
Bohaterowie są niesamowicie autentyczni – to ludzie z krwi i kości, z którymi od razu łapie się wspólny język. Ich rozterki, marzenia i emocje rezonują w czytelniku jeszcze długo po zamknięciu książki. Podczas lektury śmiałam się, wzruszałam, a momentami w moich oczach kręciły się łzy wzruszenia. Ta historia potrafi poruszyć najczulsze struny w duszy.
Styl pisania Anne Marie jest niezwykle lekki, a zarazem pełen plastycznych opisów, które działają na wyobraźnię. Przez tę książkę dosłownie się płynie! Tempo akcji jest idealnie zbalansowane – nie ma tu nudy, ale autorka daje nam też czas na to, by delektować się chwilą i wczuć w niesamowity, zimowy klimat.
Dla kogo jest ta pozycja?
Zdecydowanie dla każdego, kto kocha magię świąt, wierzy w bezinteresowne dobro i szuka w literaturze ukojenia. Jeśli uwielbiacie klimatyczne opowieści z głębszym przesłaniem, które zostawiają w sercu trwały ślad, to "Listy od Mikołajki" muszą znaleźć się na Waszej półce!
„Czasem „prawda” nie zawsze jest krystaliczna, a rzeczy, które wydają się klarowne, miewają drugie dno”.
Podobała mi się ta książka, czuję niedosyt.
Książka pisana z perspektyw dwóch bohaterów, oczywiście, że nie polubiłam tego gościa, bo mężczyzną ewidentnie nie można go nazwać. Nie dało się go lubić, więc przypuszczam, że taki był cel autorki. Jeśli chodzi o Monikę to bardzo przykro się to wszystko czytało…co wyprawiał jej pożal się boże mąż i jak była przez niego traktowana.
„Nie mam jeszcze pojęcia, że intuicja, którą zawsze się kierowałam, tym razem mocno mnie zawiedzie i właśnie podjęłam najgorszą decyzję mojego życia…”
Pomysł na fabułę ciekawy, mogłabym się tylko przyczepić do zakończenia, jak dla mnie trochę odrealnione, ale ogółem książkę czyta się błyskawicznie, i tak jak wspomniałam, czuję niedosyt, książka mogłaby liczyć spokojnie dwa razy więcej stron, albo chociaż cd :)
Nie jest to thriller po którym będziecie miały problem z zaśnięciem, ale jeśli lubicie takie spokojniejsze, nastawione bardziej na poznanie bohaterów i wgłębienie się w relacje i ich mroczne tajemnice to będziecie zadowolone.
*To jest moja prywatna opinia. Zachęcam do przeczytania i wyrobienia sobie własnego zdania.
Choć górzyste ukształtowanie terenu Bośni i Hercegowiny nie sprzyja podróżowaniu w celu poznania tego bałkańskiego kraju, Marcowi Casalsowi udaje się to na tyle, że zafascynowany Bośnią w końcu przeprowadza się do niej na stałe i poznaje jej różnorodnych mieszkańców.
Bośnia i Hercegowina, dziś składająca się z dwóch głównych części - Republiki Serbskiej oraz Federacji Bośni i Hercegowiny - od wieków stanowiła jeden z najbardziej etnicznie, religijnie i kulturowo zróżnicowanych regionów Europy. Mimo głoszonych ideałów tolerancji i pokojowym współistnieniu przez tereny te przetoczyło się mnóstwo wojen i cierpienia. Dzisiaj, po ponad trzydziestu latach od ostatniego konfliktu, w starszych pokoleniach nadal gnieździ się pewnego rodzaju dystans do innych narodowości.
„Kamień trwa” ujął mnie formą. Autor przedstawia historię Bośni, poprzez szesnaście opowieści, z których każda skupia się na innym bohaterze. Losy bohaterów przeplatają się z historią kraju, dzięki czemu nie mamy wrażenia, że coś nam umyka. Zdecydowanie nie jest to książka łatwa. Pod względem języka, jak i przede wszystkim tematyki. Dzieje tego rejonu to całe mnóstwo wojen, bólu i ucisku. Obserwujemy, jak bohaterowie, gdy tylko zdołają zaczerpnąć powietrza, znów zostają wciągnięci w wir przemocy.
Jak sam Marc Casals napisał we wstępie, postarał się, aby w zbiorze umieścić opowieści osób z różnych regionów, z różnych grup etnicznych i o różnych doświadczeniach. Zdecydowanie mu się to udało. Książka uwidacznia również znaczenie Sarajewa - przeważająca większość osób w którymś momencie mieszka lub pracuje w tej wieloetnicznej stolicy.
Cudownie było poznać dzieje miejsc, które odwiedziłem tego lata: Bihać, Sarajewo, Banja Lukę, dolinę Uny. Największym atutem okazało się właśnie oglądanie tych wydarzeń oczami zwykłych - niezwykłych mieszkańców tych terenów. Mimo mojej podstawowej znajomości regionu odkryłem mnóstwo interesujących faktów. Dlatego też właśnie uważam, że „Kamień trwa” sprawdzi się w przypadku wszystkich miłośników Bałkanów, bez względu na ich obecną wiedzę.
„To, co zasiane” to poruszający kryminał psychologiczny, który pokazuje, jak bolesne doświadczenia z dzieciństwa mogą wpływać na dorosłe życie. Zaginięcie szesnastoletniej Kaliny staje się początkiem śledztwa, które stopniowo odsłania mroczne tajemnice z przeszłości. Autorka umiejętnie buduje napięcie, łącząc kryminalną zagadkę z trudnymi tematami przemocy, traumy i obojętności. To historia pełna niepokoju i emocji, skłaniająca do refleksji nad tym, jak wiele zła można byłoby uniknąć, gdyby ktoś w porę zauważył cierpienie drugiego człowieka. Polecam miłośnikom kryminałów z głębokim psychologicznym tłem, które pozostają w pamięci na długo po zakończeniu lektury.
„Motyle z miasta wolności” Joanny Marat to poruszająca saga rodzinna, w której miłość, tajemnice i trudna przeszłość splatają się z burzliwą historią Gdańska. Poznajemy Michalinę Motyl, dorastającą na przełomie lat 80. i 90., której życie naznaczone jest rodzinnymi problemami i uczuciem, które odmieni jej los. Autorka ciekawie łączy osobiste dramaty bohaterów z historią miasta, tworząc wielowątkową opowieść o pamięci, kobiecych doświadczeniach i konsekwencjach dawnych wyborów. To emocjonalna, pełna tajemnic powieść, która przypadnie do gustu miłośnikom sag rodzinnych i literatury obyczajowej z historycznym tłem.
„Troszki, czyli kroplówki z nadziei” – Filip Cembala
To ciepła, pełna wrażliwości książka, która przypomina, że nie musimy mieć wszystkiego poukładanego, by dostrzegać dobre strony życia. Filip Cembala dzieli się swoimi przemyśleniami na temat trudnych chwil, akceptacji i nadziei, unikając typowych porad i presji nieustannego samorozwoju. Jego styl jest naturalny, bezpośredni i pełen łagodności, dzięki czemu lektura przypomina szczerą rozmowę z kimś bliskim. Najbardziej urzekło mnie przesłanie, że czasem wystarczy zrobić dla siebie coś małego, by poczuć się choć trochę lepiej. To wartościowa propozycja dla osób, które szukają otuchy, chwili wytchnienia i przypomnienia, że po trudniejszych dniach mogą nadejść lepsze.
Mieliście tak, że odłożyliście książkę, a ona najwyraźniej uznała, że nadal jest z wami umówiona i dalej siedziała wam w głowie? 📖🖤 Dzisiejsza recenzja dotyczy właśnie jednej z nich pt. „Topielica” Anety Kisielewskiej, wydanej przez Filię. Jest dla mnie genialnym przykładem historii, która nie musi odebrać człowiekowi snu, żeby skutecznie zająć mu myśli. Noc przespałam, obowiązki jakoś ogarnęłam, ale co chwilę chciałam wracać do tej opowieści. Autorko, ja naprawdę mam też inne rzeczy do zrobienia! 😂 Denerwują mnie takie książki, ale tak bardzo je uwielbiam, że nie wyobrażam sobie życia bez nich. 😂😂.
Z opisu wydawcy dowiecie się, że w Krakowie znika Bruno Becker, wpływowy prawnik, a jego żona Laura sprawia wrażenie kobiety, której życie zdążyło już porządnie dać w kość. Wycofana, poraniona, z doświadczeniem przemocy, budzi współczucie. Sprawą zajmuje się inspektor Ernest Grinn, który zaczyna przyglądać się nie tylko zaginięciu mężczyzny, lecz także przeszłości jego żony. Pojawiają się pytania o dawnych znajomych, zniknięcia i wydarzenia, które wcześniej można było uznać za nieszczęśliwe wypadki. A czytelnik coraz ostrożniej rozdaje kredyty zaufania. W tej historii przydałby się do nich wyjątkowo drobny druk. Czytając tę książkę, przypomniał mi się film, to był chyba z Tomem Cruisem (ale nie dam ręki uciąć), była kobitka, która przetrzymywała faceta. Nikt w życiu by nie spodziewał się, że mogłaby dopuścić się tego… Myślałam, że jak będę pisała recenzję, zdążę znaleźć tytuł filmu, ale kurka Felek, nie udało mi się. Może wy wiecie, o jaki film chodzi? Bardzo proszę o wiadomość,😂😂bo mnie ciekawskie wszaki zjadają.
Wracając do dzisiejszej recenzji to poznajcie Laurę, która jest bohaterką, przy której trudno wygodnie rozsiąść się ze swoją pierwszą oceną. Chce się ją zrozumieć, poznać powody jej zachowania, zajrzeć pod to, co pokazuje światu. Już początek książki odsłania jej bolesne dzieciństwo i przedstawia Łucję, młodszą siostrę, którą Laura próbuje osłonić przed agresywnym ojcem. To mocne wejście w opowieść, bo od razu widzimy dziecko zmuszone do odpowiedzialności, której nigdy nie powinno dźwigać. Obok niej mamy Brunona, którego zaginięcie uruchamia całą sprawę i Ernesta próbującego dotrzeć do prawdy. Każde z tej trójki przyciąga uwagę z innego powodu. Mnie jednak najbardziej interesowało to, co kryje się za zachowaniem Laury. Na ile poznaję człowieka, a na ile obraz, który pozwala mi zobaczyć? Jak wiele można zrozumieć, znając czyjąś przeszłość? I gdzie kończy się zrozumienie, a zaczyna usprawiedliwianie? Lubię, kiedy thriller zostawia mnie z takimi pytaniami. Mój wewnętrzny detektyw oczywiście zgłasza gotowość do pracy, choć z jego pewnością siebie bywa zdecydowanie lepiej niż z kompetencjami. 😉 Zawsze przegrywam.
Bardzo odpowiada mi to, że przeszłość i teraźniejszość stopniowo się tutaj uzupełniają. Zaginięcie jest punktem wyjścia, ale znaczenie ma również droga, która doprowadziła bohaterów do obecnej sytuacji. Z czym możecie utożsamiać się? Dla mnie przede wszystkim z potrzebą poczucia się bezpiecznie, bycia kochaną i potraktowaną poważnie, z nadzieją, że po trudnym czasie wreszcie przyjdzie coś dobrego, z pragnieniem odcięcia się od tego, co bolało, i rozpoczęcia życia na własnych zasadach. Nie musicie podzielać decyzji bohaterki, żeby rozumieć takie potrzeby. Ta historia skłania też do przyjrzenia się temu, jak szybko oceniamy ludzi. Wystarczy czyjaś pozycja, sposób mówienia albo pozorny spokój, żebyśmy dopowiedzieli sobie resztę. A przecież nie mamy pojęcia, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Jestem pewna, że większość z nas chociaż raz w życiu (ja na pewno kilkanaście razy) oceniła czyjeś życie, postawę, wygląd, lecz gdy okazało się, dlaczego to nasza pewność siebie mocno podupadła i nie przyznajemy się, że byliśmy w grupie osób oceniających kogoś itp. dlatego z „Topielica” jest dla nas wszystkich przypomnieniem, że współczucie i uważność powinny iść w parze. Owszem, możemy dostrzegać czyjąś krzywdę, a jednocześnie zadawać pytania. Możemy próbować zrozumieć człowieka bez uznawania wszystkich jego czynów za słuszne. Moim zdaniem właśnie ta niewygoda jest jednym z największych atutów książki. Nie wszystko da się tu uporządkować jednym stanowczym: „ja na jej miejscu…”. Zresztą łatwo być specjalistką od cudzych wyborów, siedząc bezpiecznie z kawą w ręce. Mega polecam „Topielicę” osobom, które w thrillerach lubią sekrety, niejednoznaczne postacie i zaglądanie pod powierzchnię pozornie oczywistych sytuacji. Dla mnie była mega wciągająca, mroczna i zwyczajnie świetna. Nie potrzebuję mierzyć jej jakości liczbą nieprzespanych godzin. Wystarczy, że mogłam odłożyć ją na stolik, ale myślami nadal tkwiłam przy Laurze. Książka swoje miejsce na półce ma. Teraz jeszcze powinna zacząć płacić za to zajmowane w mojej głowie. 🖤📚
„Nasza historia powszechna” Tima Coulsona to literacka podróż, która przekracza najśmielsze oczekiwania i to dosłownie. Od pierwszej strony czuć, że nie mamy do czynienia z kolejnym suchym podręcznikiem, a z opowieścią, która wciąga jak najlepszy science fiction. Tylko że to wszystko wydarzyło się naprawdę – 13,8 miliarda lat temu.
Fabuła? To historia WSZYSTKIEGO. Coulson, profesor zoologii na Oksfordzie, zabiera nas od Wielkiego Wybuchu, przez narodziny gwiazd i planet, aż po pojawienie się życia i ludzkiej świadomości. Brzmi monumentalnie? Bo jest, ale autor nie przytłacza – tka opowieść z pasją i precyzją, łącząc fizykę, astronomię, chemię i geologię w jedną spójną narrację. Żadnych spoilerów nie potrzebujecie – cała Ziemia i wszechświat są tu bohaterami.
Emocje? Czysty zachwyt i pokora. Ta książka wywołuje to specyficzne uczucie, kiedy uświadamiasz sobie, jak niewyobrażalnie małym, a jednocześnie cudownym elementem kosmosu jesteś. Tim Coulson pisze tak, że nauka przestaje być straszna, a staje się inspirująca. Momentami miałam ciarki – nie z powodu grozy, ale z powodu skali i piękna tego, co nas otacza.
Tempo i styl? Zaskakująco lekkie jak na taki kaliber. Nie jest to książka, którą czyta się „jednym haustem” – i dobrze, bo warto delektować się każdym rozdziałem. Styl Tima Coulsona jest swobodny, gawędziarski, okraszony osobistymi anegdotami, które rozładowują nawet najcięższe tematy. Gdy tylko zrobi się zbyt poważnie, autor serwuje humorystyczną historię z życia naukowca i od razu czyta się dalej z uśmiechem.
Dla kogo? Dla każdego, kto kiedykolwiek zadał sobie pytanie „dlaczego istnieję?”. Dla miłośników popularnonaukowych opowieści. Dla tych, którzy chcą zrozumieć naukę, ale boją się, że będzie zbyt trudna. Autor udowadnia, że można mówić o Wielkim Wybuchu bez akademickiego żargonu. I dla tych, którzy po prostu lubią dobrze napisane historie, bo to jest po prostu świetna opowieść.
Moja ocena: 9/10 🌟 (Minus jeden punkt za momentami zbyt dużą ilość informacji naraz – ale to wina mojego mózgu, nie autora)