Trzy młode kobietki dzielą ze sobą wszystko – smutki i żale, przemycanie wódki, odwiedzanie klubów i wiele innych akcji życiowych. Wchodzenie w dorosłość, na którą żadna z nich nie miała przygotowania. Popełniają błędy, które kształtują je na resztę lat. Jednak życie jest życiem, każda z naszych bohaterem obiera swój tor codzienności. Czy mimo biegu czasu, panie nadal będą ze sobą na dobre i złe?
Nie ukrywam, że ta powieść wyrwała mnie z kapci. Przede wszystkim przypomniałam sobie, swoje własne młodzieńcze doświadczenia – od pierwszej próby palenia poprzez podpijanie piwa tacie, gdy nie widział, kończąc na imprezach jeszcze przed pełnoletnością. Czy moje przyjaźnie przetrwały? Jedne nie, inne tak. Autorka w dosadny i surowy sposób przedstawia nam wchodzenie w dorosłość, które chcąc nie chcą i tak nas nie ominie. Nie wstrzymuje się od bezpośredniego tonu, co odpowiada mi to ogromnie, bo w końcu kiedyś, szaleństwa dziewczyn były normalnością w prawdziwym świecie.
Narrację prowadzi każda z młodych kobiet, poznajemy je i poniekąd utożsamiamy się z nimi. To dobra książka, taka prawdziwa, bez naciągania jak to pięknie i ładnie było. Czułam się mocno poruszona, że nie znajdziemy tutaj tęczy i jednorożców radości z powodu swoich młodych lat – dostaliśmy w sumie prawdziwe oblicze nastolatków lat ’90. Przez powieść się sunie, co jakiś czas zatrzymujemy się na refleksję i przemyślenia. Nie znajdziemy tutaj szaleńczych torów pod niesamowity rollercoaster, nie ma się co oszukiwać. Fabuła toczy się spokojnie, czasem nabiera dramatycznego wydźwięku, czasem lekkości – miesza się nurtem, by sprawić nam po prostu radość z czytania.
Finalnie uwielbiam takie powieści, mogę się w nich zatopić bez wyrzutów sumienia. Może nie ma tutaj nic odkrywczego, ale bezlitosna prawda naszych postaci po prostu działa na nas w pełni. Lubię historie, które też przypominają nam, że gdzieś na świecie jest nasza druga połówka pomarańczy, nie zależnie od tego czy jest to siostra, ciotka czy przyjaciółka. Mnie taka literatura bardzo odpowiada – polecić mogę ze spokojną duszą i gustem czytelniczym!
🌲 Są książki, które pachną lasem, wilgocią i czymś jeszcze… czymś, czego nie da się nazwać, a co zostaje z Tobą na długo. „Tam, gdzie wyją wilki” to właśnie taka historia. Od pierwszej strony czuć, że Bieszczady nie są tu tylko tłem – one żyją, pamiętają, szepczą.
Trzy kobiety. Trzy różne czasy. Jedno miejsce – wzgórze nad Wołkowyją, gdzie nocami rozlega się wycie wilków. Marcjanna tuż przed wybuchem wojny, Emilia w cieniu powstającego zalewu w Solinie i Kinga, która przyjeżdża w Bieszczady powitać rok 2000. Ich losy splatają się w sposób, którego zupełnie się nie spodziewacie. I chociaż dzielą je dekady, łączy je coś więcej niż tylko ziemia, po której stąpały.
To nie są „typowE” bohaterki. Każda z nich nosi w sobie własną stratę, własne pytania bez odpowiedzi, własne milczenie, które zbyt długo trwało. Czytałam i momentami miałam gulę w gardle – nie dlatego, że coś zostało wprost powiedziane, ale właśnie dlatego, że nie zostało. Anna Ziobro pisze o bólu, tęsknocie i niespełnionej miłości w sposób, który nie krzyczy, a mimo to trafia prosto w serce.
Styl autorki jest lekki i bardzo „filmowy”. Bieszczadzkie krajobrazy, zapach ziemi po deszczu, dźwięk dzwonów starego kościoła – to wszystko widziałam pod powiekami. Tempo? Spokojne, ale nie nudne. To powieść, którą się smakuje, a nie pochłania w jeden wieczór. Chociaż… nie obiecuję, że odłożycie ją na nocny stolik bez żalu.
💛 Dla kogo?
Dla tych, którzy kochają sagi rodzinne i powieści wielopokoleniowe. Dla miłośników Bieszczadów i dla tych, którzy jeszcze ich nie znają, a chcą poczuć ich magię. Dla czytelniczek i czytelników, którzy lubią historie o pamięci, tajemnicach i o tym, że przeszłość nigdy tak naprawdę nie odchodzi.
Nieraz w swoich recenzjach wspominałam, że człowiek nie samymi nowościami życie, ale warto też zwrócić uwagę na to, co już jest wydane. Dla mnie takie książki są cenniejsze niż niektóre nowości. Owszem, lubię nowości, lubię czekać na nową książkę swojego ulubionego autora, ale to właśnie takie perełki jak ta, którą dziś recenzuję, sprawiają, że człowiekowi aż miło na sercu się robi. Kolejnym plusem, o którym również wspominam, jest to, że wydawnictwa, w tym przypadku wydawnictwo MG, odświeżyło ten klasyk, dzięki temu może on trafić do młodszego pokolenia, do osób, które nie znają tej książki. Mogłabym rozpisywać się na temat klasyków itp., ale wróćmy do dzisiejszej recenzji, która dotyczyć będzie książki „Wojna i Pokój” tom 1 autorstwa Lwa Tołstoja.
Autor nie miał Instagrama, a i tak doskonale wiedział, jak wygląda towarzystwo, w którym każdy chce dobrze wypaść, a mało kto mówi to, co naprawdę myśli. 😂📚 Zmieniły się stroje, zamiast powozów mamy samochody, a zamiast zaproszeń na salony powiadomienia w telefonie. Potrzeba akceptacji? Nadal ma się świetnie. Podobnie jak przekonanie, że inni wiedzą jak powinniśmy żyć. Pierwszy tom „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja, wydany przez Wydawnictwo MG w przekładzie Zofii Petersowej, warto otworzyć z taką myślą: pod historycznymi kostiumami kryją się ludzie, których rozterki mogą być zaskakująco bliskie naszym.
Historia rozpoczyna się w 1805 roku i wprowadza nas w świat rosyjskiej arystokracji w epoce wojen napoleońskich. Poznajemy rodziny, których życie splatają uczucia, pieniądze, ambicję i towarzyskie zależności. Zaglądamy do salonów Petersburga, domu Rostowów w Moskwie oraz rodzinnego świata Bołkońskich. Na przyjęciach rozmawia się o polityce, ocenia innych i zabiega o własne interesy, podczas gdy wojna coraz mocniej wkracza w losy bohaterów. Obok rodzinnych spotkań i pierwszych miłosnych uniesień pojawiają się wojskowe aspiracje oraz zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością. To opowieść o ludziach, którzy mają mnóstwo planów, choć świat bynajmniej nie zobowiązał się ich realizować.
Jedną z najciekawszych postaci według mnie jest Piotr Bezuchow. Inteligentny, szczery, niezręczny towarzysko, nie do końca rozumiejący zasady środowiska, do którego trafia. W salonie, gdzie wypada odpowiednio wyglądać, mówić i myśleć, taki człowiek stanowi spore wyzwanie. Piotr potrafi powiedzieć coś z przekonania, zamiast wcześniej sprawdzić, czy towarzystwo zatwierdziło taki pogląd. Jego sympatia do Napoleona dodatkowo komplikuje sprawę. Łatwo dostrzec w nim kogoś, kto chciałby znaleźć własne miejsce, lecz jeszcze nie wie, komu ufać i jak odnaleźć się wśród cudzych oczekiwań.
Obok niego pojawia się książę Andrzej Bołkoński, rozczarowany salonowym życiem, szukający znaczenia i spełnienia w wojsku. Jest też młodziutka Natasza Rostowa, spontaniczna, pełna energii i emocji, oraz jej brat Mikołaj, który wiąże z wojskową służbą wielkie nadzieje. Poznajemy Sonię, ubogą krewną wychowywaną przez Rostowów, i Marię Bołkońską, religijną, wrażliwą, żyjącą pod silnym wpływem wymagającego ojca. Każda z tych osób funkcjonuje w innych warunkach, ale wszystkie muszą jakoś pogodzić własne pragnienia z tym, czego żądają od nich bliscy i otoczenie.
Ile możemy dziś z tej historii wyciągnąć? Choćby bardzo niewygodne pytanie: czy naprawdę chcemy tego, do czego tak uparcie dążymy? Czy zależy nam na konkretnej drodze, czy może na oklaskach, które spodziewamy się usłyszeć po dotarciu do celu? W moim odczytaniu Piotr i Andrzej świetnie prowokują do takiego rachunku sumienia. Można mieć pozycję, możliwości i odpowiednie znajomości, a nadal czuć się zagubionym. Można również tak mocno zapatrzyć się w wyobrażenie wielkiego życia, że przestaje się dostrzegać wartość tego zwyczajnego. To pytania aktualne także wtedy, gdy zamiast o karierze wojskowej myślimy o studiach, awansie czy życiu wyglądającym dobrze na zdjęciach.
Towarzyskie sceny aż proszą się o współczesne skojarzenia. Czyje zdanie się liczy? Kogo warto znać? Komu wybacza się więcej ze względu na nazwisko albo majątek? Czy uprzejmość zawsze oznacza życzliwość? Czytając, można potraktować te salony jak ćwiczenie z rozpoznawania pozorów. Złote dekoracje robią wrażenie, ale charakter człowieka nadal trzeba sprawdzać osobno. Najlepiej przed powierzeniem mu własnych spraw. 😂 Młody czytelnik może znaleźć tutaj przede wszystkim przestrzeń do przyjrzenia się własnemu dorastaniu. Zagubienie Piotra da się odczytać jako przypomnienie, że brak gotowego pomysłu na siebie nie przekreśla człowieka. Historia Andrzeja zachęca do sprawdzania własnych ambicji. Rodzinne relacje skłaniają do rozmowy o granicach, obowiązkach i prawie do samodzielnych wyborów. Można też ćwiczyć empatię: spróbować zrozumieć cudzą decyzję, nawet kiedy ma się ochotę wejść między kartki i powiedzieć: „Proszę cię, zastanów się jeszcze przez pięć minut!”. Zrozumienie bohatera nie oznacza przecież przyznania mu racji. Warto wspomnieć o tym, żeby dać sobie czas na oswojenie nazwisk, rodzinnych powiązań i spokojniejszego rytmu opowieści. Mała zakładka z imionami to całkiem rozsądny sojusznik. Nie trzeba również zachwycać się każdą stroną ani zgadzać z każdym spojrzeniem autora. Młodemu odbiorcy ta książka może pokazać, że z klasyką wolno dyskutować, zadawać jej trudne pytania i czytać ją po swojemu.
Pierwszy tom „Wojny i pokoju” polecam całym sercem między innymi za możliwość spotkania ludzi, których dzieli od nas ponad dwieście lat, a których potrzeba miłości, uznania i sensu pozostaje bardzo znajoma. Za rodzinne napięcia, psychologiczną przenikliwość i pytania, które wychodzą daleko poza epokę Napoleona. Dajcie Tołstojowi wejść na swoje czytelnicze salony. Tylko uprzedzam: człowiek przychodzi po historię dawnych rodzin, a nagle musi przemyśleć własne życiowe wybory. Tego akurat w zaproszeniu nie było. 📚😉
Sięgając po "Listy od Mikołajki" spodziewałam się raczej jakiejś stricte świątecznej opowieści. Tymczasem otrzymałam historię obyczajową, którą z powodzeniem można czytać cały rok. Święta są tu jedynie delikatnym tłem.
Poznajemy Agatę, która wydaje się, że ma wszystko. Zrobiła karierę, wiedzie luksusowe życie i nie ogląda się za siebie. Z kolei Kamil stracił żonę i córkę. Posądzony o ich śmierć odsiaduje wyrok. Ich drogi się przecinają, coś przeskakuje. Dzieli ich niemal wszystko: pozycja społeczna, przeszłość i więzienne mury. Kiedy Kamil wraca za kraty, to listy są ich łącznikiem.
Uczucie między Agatą a Kamilem pojawiło się bardzo szybko. Można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego wejrzenia, ale raczej taka duchowa. Jest to tzw. motyw Bliźniaczego Płomienia. Wyraźnie czuć towarzyszace postaciom emocje. Jednak z drugiej strony widzimy, jak trudno jest otworzyć się na drugiego człowieka, zwłaszcza kiedy straciło się tak dużo.
Bardzo podobał mi się motyw listów, jakie do siebie pisywali bohaterowie. To oczekiwanie na nie udzieliło się również i mi. Pełne były strachu, planów, marzeń, potrzeb oraz niosły nadzieję na to, że jeszcze wszystko się poukłada. Listy te udowadniają, że słowa przelane na papier, niekiedy tworzą więź silniejszą niż ta w bezpośrednim kontakcie.
Anne Marie postawiła na sporą ilość wewnętrznych monologów bohaterów. Miewają mnóstwo wątpliwości i obaw co do swoich wyborów i przyszłości. Widzimy, że można stracić wszystko, a mimo to odnaleźć w sobie siłę, by raz jeszcze zawalczyć o siebie i swoje szczęście. Bardzo trzymałam kciuki za Kamila. Każdego dnia mierzył się z lękami, żałobą, traumą, trudno było mu uwierzyć, że może jeszcze na coś zasługiwać.
Ta historia obnaża też błędy bezdusznego systemu sprawiedliwości. Trafiając do więzienia, człowiek nigdy już nie będzie taki sam. Jak więc dalej żyć? Jak poradzić sobie z tą sytuacją? Żal i cierpienie potrafią odebrać siły do walki o siebie, tożsamość, godność i wolność. Pokazano tu również, jak dużą rolę odgrywają media i opinia publiczna. Zbyt łatwo przychodzi nam wydawanie osądów. A wystarczy czasem po prostu wysłuchać i zobaczyć w drugiej osobie człowieka.
"Listy od Mikołajki" to poruszający dramat obyczajowy o stracie, tęsknocie, samotności, poczuciu winy, które nie pozwala oddychać, odkupieniu, miłości, drugiej szansie i więzach, których nie są w stanie zerwać nawet więzienne kraty. To jedna z tych historii, która zostaje w sercu na dłużej.
Witam, dziś mam dla was recenzję książki Czarujący Anglik ❤️ Autorki Anny Margot ❤️
Czarujący Anglik to trzecia część serii Bogaci Brytyjczycy ❤️
Kolejna opowieść, która wciąga od pierwszych stron, a moim zdaniem autorka dopiero tutaj się rozkręca 😍
Mamy tutaj pokazane, czym zajmuje się nasz bohater, który ma wiele specjalizacji 😍. Jego świat wykreowany jest wśród bogactwa, finansów i luksusów, choć nie pokazuje tego innym, jest po prostu sobą.
Bardzo fajnie pokazana jest przyjaźń między Thomasem a poprzednimi bohaterami serii. Miłe jest, kiedy możemy dowiedzieć się, co takiego dzieje się w ich życiu i jak dalej się ono potoczyło 😍.
Mamy tutaj pokazaną sytuację, gdzie pierwszy raz kobieta, która znalazła się w życiu mężczyzny, nie chciała nic więcej oprócz jednej nocy spędzonej razem. To właśnie urzekło Thoma w Sam.
Sam to kobieta, która bardzo dużo namieszała w życiu naszego bohatera. Jej skrytość, upartość i mur, którym się otoczyła, chyba każdego z nas doprowadziłby do próby przekroczenia go.
Mamy tutaj pokazaną drogę, jaką można przejść przez chorobę, która niestety przychodzi nieproszona i bardzo ciężko jest ją pokonać.
Pokazane mamy także to, że nieważne jest to, jak bardzo ktoś może nas zranić czymś, czego nigdy byśmy się nie spodziewali. Tajemnice, które są przed nami ukrywane, myślę, że każdego z nas bardzo by przytłoczyły. Cóż zrobić, kiedy ukochana osoba ukrywa przed nami bardzo ważne informacje? Co każdy z nas by zrobił, kiedy dowiedziałby się, że jest coś, czego nie wiemy, a jest dla nas bardzo ważne? Oj, na pewno ciężko jest pogodzić się w takiej sytuacji.
Pokazaną mamy bardzo długą drogę do szczęścia naszych bohaterów. Nie tylko tajemnice mogą zniszczyć nasz związek, są też sytuacje, gdzie los doprowadza do tego, byśmy pogodzili się z pewnymi sytuacjami.
Bardzo podobało mi się to, że ta historia pokazuje nam, iż nawet kiedy wydaje nam się, że znamy osobę, którą kochamy, czasami możemy odkryć w niej coś, czego zupełnie się nie spodziewaliśmy ❤️. Czasami jedna decyzja, jedna tajemnica albo jedno wydarzenie może zmienić wszystko, a droga do szczęścia wcale nie musi być prosta.
Thomas i Sam pokazują nam, że miłość to nie tylko piękne chwile, ale również zaufanie, trudne rozmowy, wybaczanie i walka o siebie nawzajem ❤️.
Jeżeli lubicie historie, w których nie brakuje emocji, tajemnic, luksusu, przyjaźni i oczywiście miłości 😍, to myślę, że Czarujący Anglik może wam się spodobać.
Ja jestem zdecydowanie na TAK ❤️😍 i z ogromną ciekawością będę czekać na kolejne historie z tej serii, bo coś czuję, że autorka jeszcze nie raz nas zaskoczy ❤️
A wy znacie już serię Bogaci Brytyjczycy? Jeśli tak, koniecznie dajcie znać, która część jest waszą ulubioną ❤️📚
Przyzwoita kontynuacja, ciekawa historia, jakby poboczna do pierwotnej trylogii, widać zarys przygotowań na coś nowego i dużego. Po latach spodobała mi się bardziej niż przy pierwszym nastoletnim czytaniu.
Była ok. Przyzwoita. Gaimanowska. Mam wrażenie, że sama powieść jak najbardziej zasługuje na pochwały i wysokie oceny, ale do mnie osobiście jakoś tak w 100% nie trafia.
Bylismy ślepi. Albo nauczeni nie widzieć. I czasem myślę, że to największy grzech. Nie przemoc sama w sobie, ale to, że tak długo nie chcieliśmy jej dostrzec.
A jeśli jesteś świadkiem czyjejś krzywdy, nie odwracaj wzroku. Czasem jedna reakcja, jedno zdanie, jedna osoba stojąca po stronie
Rodzina Majów wydaje się zgrana i bardzo kochająca. Marek i Julia doczekali się trojga dzieci - nastoletniej Kaliny oraz młodszych Poli i Szymka.
Pewnego wieczoru spokój w ich domu zostaje zakłócony-najstarsza córka nie wraca z treningu.
Początkowo mama dziewczyny zakłada,że ta zasiedziała się u koleżanki, lecz co do niej niepodobne nie daje znaku życia. Julka nie czekając długo zgłasza zaginięcie swojej pociechy ponieważ czuje, że sprawa jest bardzo poważna.
Komisarz Jan Matejko wraz ze swoim zespołem rozpoczyna poszukiwania, jednak szybko okazuje się, że sprawa nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać. Kolejne informacje prowadzą do następnych pytań, a tropy zaczynają wskazywać na wydarzenia, których początkowo nikt nie łączył z zaginięciem nastolatki.
I właśnie stopniowe odkrywanie prawdy jest jednym z elementów, które najbardziej przypadły mi do gustu. Autorka nie spieszy się z ujawnianiem wszystkich odpowiedzi. Zamiast tego pozwala czytelnikowi razem z bohaterami składać historię z pojedynczych elementów. Niektóre tropy wydają się początkowo przypadkowe, inne mogą prowadzić w zupełnie niewłaściwą stronę, ale wraz z rozwojem fabuły kolejne fragmenty zaczynają do siebie pasować.
Ciekawym zabiegiem jest również wykorzystanie kilku perspektyw. Dzięki temu możemy spojrzeć na wydarzenia oczami różnych bohaterów, poznać ich sposób myślenia, emocje oraz doświadczenia. Każda kolejna perspektywa wnosi coś do historii, ale jednocześnie nie daje nam pełnego obrazu. Wręcz przeciwnie – często sprawia, że zaczynamy jeszcze bardziej zastanawiać się nad tym, co tak naprawdę wydarzyło się w przeszłości.
Na uwagę zasługują również bohaterowie. Szczególnie polubiłam komisarza Jana Matejkę oraz jego policyjnych współpracowników. Nie zostali sprowadzeni wyłącznie do roli osób prowadzących śledztwo. Mają własne charaktery, problemy i historie, dzięki czemu sprawiają wrażenie bardziej rzeczywistych. To samo można powiedzieć o pozostałych postaciach – każda z nich ma swoje miejsce w tej opowieści i nie jest jedynie dodatkiem do głównej zagadki.
„To, co zasiane” nie jest jednak wyłącznie kryminałem opartym na pytaniu o sprawcę. Pod warstwą prowadzonego śledztwa znajduje się znacznie bardziej emocjonalna historia dotycząca krzywd, które nie zawsze kończą się w momencie, kiedy dane wydarzenie odchodzi w przeszłość.
Autorka pokazuje, że to, czego nie przepracujemy, czego nie wypowiemy i przed czym próbujemy uciec, może po latach powrócić z ogromną siłą. Dawne decyzje, przemilczenia i wyrządzone krzywdy potrafią mieć konsekwencje długo po tym, jak wydawałoby się, że wszystko zostało już zamknięte.
W tym kontekście tytuł nabiera szczególnego znaczenia. To, co zostało kiedyś zasiane, w końcu zaczyna przynosić swoje owoce – niezależnie od tego, czy ktoś jest na nie gotowy.
Podobało mi się również to, że napięcie nie jest budowane wyłącznie za pomocą nagłych zwrotów akcji. Dużo ważniejsza okazuje się atmosfera i świadomość, że za tym, co widzimy na powierzchni, kryje się jeszcze druga, znacznie mroczniejsza warstwa. Z każdą kolejną stroną pojawia się poczucie, że do rozwiązania zagadki trzeba będzie sięgnąć głębiej, niż można było przypuszczać na początku.
Historia jest napisana przystępnym językiem i czyta się ją bardzo płynnie. Zmieniające się perspektywy dobrze wpływają na tempo, a kolejne odkrycia sprawiają, że trudno odłożyć książkę na dłużej. Sama chciałam jak najszybciej dowiedzieć się, jak połączą się wszystkie pozostawione przez autorkę tropy.
„To, co zasiane” okazało się dla mnie udanym połączeniem kryminału z mocniejszą warstwą psychologiczną. To książka nie tylko o zaginięciu i poszukiwaniu odpowiedzi, ale również o konsekwencjach tego, co wydarzyło się wiele lat wcześniej.
Czy rodzinne tradycje mogą stać się jednocześnie powodem do dumy i ciężarem, który trudno udźwignąć? „Córka strażaka” Agnieszki Olszanowskiej, druga część serii „Wiejskie służby specjalne”, zabiera czytelników do świata, w którym rodzinne więzi, honor, lojalność i ambicje potrafią mocno skomplikować życie.
Robert Dembowski nie ma łatwo. Wielopokoleniowa rodzina ze strażackimi tradycjami nakłada na jego barki ogromną odpowiedzialność. Szczególnie trudna okazuje się relacja z synem, który zamiast spełniać pokładane w nim nadzieje, nieustannie rozczarowuje ojca. Robert próbuje również odnaleźć się w małżeństwie, które dawno przestało być szczęśliwe, a dodatkowo odkrywa, że człowiek, którego uważał za przyjaciela, wcale nie jest mu tak życzliwy, jak sądził.
Na szczególną uwagę zasługuje postać Andrzeja Wódki. To człowiek niezwykle przebiegły, ambitny i bezwzględny, który doskonale wie, jak osiągać swoje cele. Jego niechęć do kobiet w strażackich mundurach zapowiada kolejne komplikacje, zwłaszcza gdy na jego drodze pojawia się ktoś, kto może zachwiać jego dotychczasowymi przekonaniami
Autorka pokazuje, że za pozornie spokojnym życiem może kryć się cała sieć konfliktów, tajemnic, zdrad i niedopowiedzeń. Nie brakuje również pytań o granice lojalności i o to, czy rodzinny honor rzeczywiście powinien być ważniejszy od własnego szczęścia.
„Córka strażaka” to propozycja dla czytelników, którzy lubią powieści obyczajowe z wyrazistymi bohaterami, sporą dawką komplikacji i klimatem małej społeczności, w której wszyscy pozornie się znają, ale każdy może skrywać własne sekrety.
„Wyższa konieczność” to już piąte spotkanie z Bezimiennym i zdecydowanie jedna z tych części, w których stawka jest naprawdę wysoka. Tym razem wszystko rozpoczyna się od kompromitującego nagrania, które za wszelką cenę próbuje odzyskać wpływowy polityk. Szybko okazuje się jednak, że za pozornie prostą sprawą kryje się znacznie większa i bardziej niebezpieczna intryga.
Bardzo podobało mi się to, że oprócz szybkiej akcji dostajemy więcej informacji o przeszłości Bezimiennego. Do tej pory pozostawał on dla mnie wielką zagadką, a tutaj kolejne elementy jego historii zaczynają układać się w całość. Nie oznacza to jednak, że wszystkie pytania znikają – wręcz przeciwnie. Autor umiejętnie podsuwa nowe tropy i sprawia, że cały czas zastanawiałam się, komu można zaufać oraz kto prowadzi własną grę.
W książce nie brakuje politycznych układów, tajnych operacji, wojskowej technologii i ludzi, którzy dla władzy oraz pieniędzy są gotowi zrobić wszystko. Zagrożony jest już nie tylko Bezimienny, ale także jego rodzina, dzięki czemu historia staje się bardziej osobista i emocjonująca. Akcja rozwija się szybko, napięcie nie odpuszcza, a kolejne rozdziały naprawdę zachęcają, żeby czytać dalej.
Książkę przeczytałam błyskawicznie i ani przez chwilę się przy niej nie nudziłam! Fanom Bezimiennego zdecydowanie polecam!
Ta książka jest przykładem tego, że młodzi ludzie powinni być odkrywcami, ponieważ mają niepohamowany apetyt na poznawanie nowych rzeczy i wielki spryt oraz wytrwałość w tym aby zawsze wszystko do końca wyjaśnić. Tym bardziej jeśli chodzi o możliwość pojawienia się kosmitów:-)
Przed wami czwarta część przygód Mai oraz jej Ekipy Badaczy. W głównych tematach przygody będą dotyczyły wróżki, kosmitów oraz dziwnych splotów wydarzeń, które pojawiły się wraz z przybyciem nowej osoby do ich miasteczka. W opowieści włożona jest prawdziwa wiedza astronomiczna oraz wszelkie przedmioty, które służą do pomiaru ważnych obserwacji oraz znane osoby takie jak Kopernik i Galileusz według których to Słońce jest centrum wszechświata, a Ziemia i inne planety krążą wokół niego. Sama nazwa astrolabium będzie dobrym przykładem jak ich rozmowy będą schodzić od poziomu historycznych ciekawostek aż po te dzisiejsze. W tle będą również sprawy tajemniczej pani Seleny i jej szklanej kuli, która w dziwny sposób potrafiła przewidzieć czyjąś przyszłość. Co do tego, to będą zwolennicy i przeciwnicy, ponieważ mądre postacie wiedzą o co chodzi z siłą sugestii, a ci drudzy nie spostrzegą, że jeśli człowiek odpowiednio mocno się na coś nastawi, to będzie wszystko spełnione i żadna magiczna kula nie będzie miała na to najmniejszego wpływu:-)
Tak ogólnie to sama pozycja ma jedynie plusy. Po pierwsze rozwija dziecięcą kreatywność pokazując, że jeśli nas coś ciekawi, to nie należy spoczywać na laurach, tylko szukać informacji w tym temacie. Po drugie uczy odwagi i własnego zdania, gdyż postacie są tutaj różne, prześcigają się w swoich pomysłach i nikt nikogo nie neguje, tylko akceptują fakt, że każdy z nich może widzieć inaczej tą samą sprawę. Po trzecie odkrywają, że wszelka rozmowa jest zawsze kluczem do rozwiązania każdej niewiadomej. Nic nikomu nie dadzą mądre myśli, jeśli nie będzie się umiało zrobić z nimi pożytku.
Jeśli chodzi o grupę docelową, to najlepszym odbiorcą będzie osoba o niepochamowanej ciekawości o wszechświecie oraz każdy, kto chciałby stać się bardziej odważny, tylko nie wie jak się do tego zabrać;-)
Październik zawsze jest dla mnie bardzo aktywnym miesiącem. Wizyty u rodziny i przyjaciół – godziny spędzone w pociągach. Towarzystwa oczywiście dotrzymuje mi zawsze książka, a tym razem w podróż ze mną, wybrał się nikt inny jak Wojtek Kulawski i jego najnowsza powieść „Onirica”. Nie muszę się martwić, że się zawiodę, albo coś pójdzie nie tak, bo wielokrotnie pisarz już mi udowodnił, że robi niezłą robotę, a ta powieść jest kolejnym dowodem na to, że warto czekać na każdy kolejny tytuł. Niesamowity klimat historii, swoim ciężarem zarażał nawet towarzyszących mi innych podróżnych.
Kiedy brutalnie zostaje zamordowany słynny jasnowidz, pani komisarz Zdanowicz usiłuje prowadzić śledztwo, jednocześnie borykając się z problemami natury psychicznej. Kobieta na domiar złego zaczyna mieć halucynacje. Ta powieść to po prostu pełen sztos. Uwielbiam książki Wojtka, bo potrafi budować napięcie jak nikt inny – to nie jest nasze pierwsze spotkanie, a przy każdym kolejnym czuje się zaskoczona. Język pana Kulawskiego za każdym razem jest lekki, konkretny i otulający słowem. W końcu Wojciech cały czas pracuje nad swoimi umiejętnościami i nie ma absolutnie mowy o jakiejkolwiek nudzie.
Historia ma w sobie wiele – traumę po stracie i nową samotną rzeczywistość, problemy psychiczne, poddawanie pewności swoich własnych decyzji i na to wszystko szukanie winnego, bo trupy się ścielą, a przecież nikt nie chce spotkać seryjnego mordercy. Pisarz idealnie manewruje słowem, pląta nas ciekawością, serwuje niespodzianki i zwroty akcji, przy których mamy ochotę wręcz krzyczeć. Przygotowanie do stworzenia tego tytułu to pełen majstersztyk, bo w końcu nasz morderca wzoruje się na innych słynnych zbrodniarzach.
Nie chcę za wiele spoilerować, bo zepsułabym zabawę z czytania, ale mogę namawiać, żeby po prostu sięgnąć po ten tytuł – zapewniam, że nie będzie ani rozczarowania, ani nie będziecie chcieli się oderwać od historii ani na chwilę. Gwarantuję, że albo będziecie czekać na nowe powieści Wojtka, albo będziecie szukać innych jego książek.
Sonia Rosa, w swej cudownej odsłonie pisarskiej, jeszcze nigdy mnie nie rozczarowała. Wypada mi podkreślić, że moja osobista miłość właśnie do jej historii trwa już bardzo długo i jestem pewna, że nigdy się nie skończy. Trzeba po prostu ufać wyselekcjonowanym przez siebie ludziom pióra- to złota zasada, jeśli chodzi o fascynację słowem pisanym.
Jeśli jeszcze ktoś nie zetknął się ze stylem Sonii Rosy i nie wie, na jakich opowieściach bazuje pisarka, to musi na początku dowiedzieć się o tak zwanej wielogatunkowości- ekstremalnie mocnej cesze zawodowej. Często to podkreślam, ponieważ możliwość odnalezienia się pisarza w różnych odsłonach literackich jest najlepszym dowodem świetnie obranej drogi zawodowej. Gorąco zachęcam więc wszystkich i do tego, by poznać każde alter ego Sonii Rosy. Zwróćmy więc jeszcze uwagę na powieści wykreowane przez Katarzynę Misiołek (prawdziwe personalia), Darię Orlicz i często zapomnianą Olgę Haber. Czytanie tych książek, czyli obyczaju, horroru, thrillera z mocnym akcentem erotyki czy mieszanki thrillera, sensacji i kryminału nie będzie straconym czasem, sama dawno się o tym przekonałam. Ot, każdy z nas znajdzie coś dla siebie.
Sonia Rosa od zawsze stroni od serwowania nam przesłodzonych bajeczek- i dobrze. Wszyscy doskonale wiemy, że życie nie jest idealne i nie mam tu na myśli tylko niższej klasy społecznej. Można mieć bowiem wszystko- dobrą pracę, uznanie, renomę, wspaniałą rodzinę, lecz popełniane przez człowieka błędy potrafią zburzyć idealny obrazek w jednej chwili. Czy i tym razem autorka postawiła na coś mocnego, szokującego i wbijającego w fotel? Oczywiście, że tak! Najnowsze dzieło pisarki, czyli „Martwe dziewczyny nie kłamią” to historia bardzo przykra, ale, choć w książce zastosowano fikcję, wszystkie wymyślone wątki można by tak naprawdę przypisać statystycznemu Kowalskiemu. Nie wierzycie? Sprawdźcie to koniecznie. Mnie samej wystarczyła jedna noc, by wszystko stało się jasne. Wiedzcie jednak, że po przeczytaniu ostatniego zdania nie można tak po prostu odłożyć tej książki na półkę i błogo zasnąć, oj nie! Autorka zadbała o to, byśmy bardzo mocno przemyśleli swoje dotychczasowe życie i potrafili doceniać to, co do tej pory udało nam się uzyskać.
„Martwe dziewczyny nie kłamią” to najnowsza książka Sonii Rosy i w tym przypadku mroczny, ale jednocześnie doskonały, jest nie tylko tytuł, ale i projekt okładki. Współczesne wychowanie pozwala poważnie nagiąć granice stylu, a przechodzień zastanawia się, co przemawia za taką, a nie inną stylizacją. Niegdyś malunki na skórze były oznaką przynależności do społeczności więziennej, a teraz? Bywa, że jest to nieprzemyślany kaprys albo bardziej forma niewerbalnego wyrażania samego siebie. Dlaczego zatem zaledwie siedemnastoletnia Laura zaczyna swą postawą i wyglądem ciekawić czytelnika niemal od pierwszej do ostatniej strony? Czy rzeczywiście jest uosobieniem zła, jak głosi skrót fabuły umieszczony na odwrocie książki? Cóż, szczegóły warto odkryć samemu, ale intensywnie podkreślę, że to, co aktualnie napisała Sonia Rosa, można uznać za apel społeczny XXI wieku- bo czy warto ufać obcej, dobrze kamuflującej się osobie? Czy nieznane, a jednocześnie niestandardowo wyglądające postaci powinny przekraczać próg naszego domu? Bardzo proszę, a nawet błagam każdego czytelnika z osobna, by mocno wziął sobie do serca treść szokujących rozdziałów. Sama wiem, że długo ich nie zapomnę.
Na pozytywny odbiór zasługuje też podział fabularny. Na przestrzeni 323 stron każdy rozdział podpisany jest imiennie, co sprawia, że nic nie jest tu chaotyczne czy niezrozumiałe. Możemy też skupić się bardziej na konkretnej osobie, a też wcale nie jest tak, że poznajemy wyłącznie tajemniczą Laurę, ale też Monikę- kobietę, której życie nie jest usłane różami. Mało tego, w książce nie ma typowych rozdziałów podpisanych jako Laura, gdyż autorka skupiła się na czymś zupełnie innym. Pokazała nam dobitnie, że małżeństwo Moniki i Ignacego, głównych bohaterów, wisi na włosku, a przysięga małżeńska nie dla każdego małżonka ma sens. Ba, bardzo denerwujący Ignacy uważa nawet, że świeża krew to jest to, co mężczyźni uwielbiają najbardziej. Czy jest to mądre stwierdzenie i pasuje ono do wykładowcy socjologii, nauki badającej społeczeństwo, relacje między ludźmi? Polemizowałabym, choć bywa, że i szewc bez butów chodzi. A czy Ignacy będzie denerwować i innych odbiorców, nie tylko mnie? Tu już żadnej polemiki nie przewiduję.
Intuicja kobieca bywa w tej powieści bardzo, ale to bardzo zwodnicza. Czy piosenka Budki Suflera pt. „Nie wierz nigdy kobiecie” ma swoje odzwierciedlenie także i w tej lekturze? Warto to sprawdzić, bo akcja jest naprawdę elektryzująca i nie można się od niej oderwać choćby na chwilę. W końcu piętrzące się tu kłopoty przyciągają się niczym ćma do światła, a porównanie to nie jest przypadkowe. Wystarczy zapamiętać wygląd Laury, by to zrozumieć i samemu wysnuć takie wnioski. Ile tych kłopotów opisała Sonia Rosa? Tego zdradzić nie mogę, ale widać, że jej wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Tak było, jest i będzie.
Poza bardzo burzliwym związkiem Moniki i Ignacego Sonia Rosa wyposażyła książkę także w szereg nowoczesnych haseł- bo czy wiemy, czym jest SYNDROM REBEKI albo GASLIGHTER? A może ktoś od razu zrozumiał, na czym polega PROMISKUITYZM? Jeśli nie- fabuła pozwoli poszerzyć dotychczasową wiedzę odbiorców.
Reasumując, osobiście nie znajduję żadnych wad w wykreowanej fabule. Sonia Rosa niemal natychmiast przywróciła mi kadry z fenomenalnego filmu pt. „Niewierna”, w którym w rolach głównych występują Diane Lane, Richard Gere oraz Olivier Martinez. Kto oglądał tę magiczną i jednocześnie szokującą opowieść- ten od razu doszuka się analogiczności. Kto jest w tyle- dziś wszystko jest do nadrobienia. Dla samej pisarki to kolejny komplement, jeśli jej nowe dzieło zestawić można z aktorami z najwyższej półki.
„Miłość i inne obsesje” Agnieszki Sztyler-Turovsky to współczesna, momentami zabawna, a momentami bardzo gorzka opowieść o miłości, samotności i rozpaczliwym poszukiwaniu bliskości.
Główną bohaterką jest Mela – inteligentna, niezależna kobieta z poczuciem humoru, która na pierwszy rzut oka ma wszystko, czego mogłaby potrzebować do szczęśliwego życia. Jest jednak coś, z czym zupełnie nie potrafi sobie poradzić – kolejne związki kończą się dla niej bólem i rozczarowaniem. Kiedy mąż kończy ich małżeństwo za pomocą SMS-a, Mela próbuje znaleźć sposób, żeby się pozbierać. Terapia, portale randkowe, wino, poradniki, afirmacje, podcasty o rozwoju osobistym… próbuje właściwie wszystkiego. Problem w tym, że zamiast naprawdę przepracować swoje emocje, coraz częściej szuka kolejnego zauroczenia, które choć na chwilę pozwoli jej zapomnieć o poprzednim.
Mela jest bohaterką, której trudno nie polubić, choć momentami może również irytować. Jej decyzje nie zawsze są rozsądne, czasami sama komplikuje sobie życie i podejmuje wybory, o których czytelnik chciałby powiedzieć: „Naprawdę znowu?”. I właśnie dzięki temu wydaje się bardzo prawdziwa. Nie jest idealną bohaterką, która zawsze wie, czego chce. Jest kobietą zagubioną, zmęczoną kolejnymi rozczarowaniami i próbującą znaleźć sposób na życie po utracie czegoś, co miało być stałe.
Podczas czytania pojawia się cała gama emocji. Był śmiech, niedowierzanie, momenty irytacji, ale też sporo refleksji. Niektóre zachowania Meli mogą wydawać się przesadzone, jednak im dalej w historię, tym łatwiej dostrzec, że za jej kolejnymi wyborami kryje się przede wszystkim ogromna potrzeba bycia kochaną i poczucia, że dla kogoś jest naprawdę ważna.
Autorka bardzo ciekawie pokazuje również współczesny świat relacji. Portale randkowe, niekończące się przewijanie profili, ogrom możliwości i jednocześnie coraz większy problem ze znalezieniem prawdziwej bliskości. Możemy w ciągu jednego wieczoru poznać dziesiątki potencjalnych osób, a mimo to nadal czuć się samotne. Ten kontrast mocno wybrzmiewa w powieści i sprawia, że historia Meli nie jest tylko opowieścią o jednym nieudanym związku.
Akcja osadzona jest we współczesności, przede wszystkim w codziennym, miejskim świecie dorosłej kobiety. Nie ma tutaj wielkich podróży czy niezwykłych miejsc – są za to mieszkanie, spotkania z przyjaciółmi, randki, telefon, aplikacje, terapia i zwyczajne sytuacje, które dla bohaterki mają ogromne znaczenie. To właśnie ta codzienność sprawia, że łatwo odnaleźć w historii elementy znane z własnego życia lub doświadczeń bliskich nam osób.
„Miłość i inne obsesje” to przede wszystkim powieść obyczajowa z mocnym wątkiem psychologicznym. Nie jest to jednak ciężka i przytłaczająca historia. Agnieszka Sztyler-Turovsky posługuje się lekkim, współczesnym językiem, humorem i ironią, dzięki czemu nawet trudniejsze tematy można czytać z pewnym dystansem. Jednocześnie pod tą lekkością kryje się sporo pytań o samotność, potrzebę akceptacji, uzależnienie od emocji i umiejętność bycia samą ze sobą.
Mnie najbardziej spodobało się to, że książka nie próbuje przedstawiać miłości jako prostego rozwiązania wszystkich problemów. Wręcz przeciwnie – pokazuje, że czasami można tak bardzo potrzebować drugiego człowieka, że zaczynamy gubić samych siebie. Mela długo szuka kogoś, kto wypełni pustkę po rozstaniu, zamiast zastanowić się, czego tak naprawdę potrzebuje. I właśnie ta droga do zrozumienia siebie była dla mnie najciekawszą częścią tej historii.
To książka przede wszystkim dla kobiet, które lubią współczesne powieści obyczajowe, historie o relacjach i bohaterkach z krwi i kości. Szczególnie dobrze odnajdą się w niej osoby, które mają za sobą trudne rozstanie, nieudane związki albo po prostu zastanawiały się kiedyś, dlaczego tak bardzo potrzebujemy być z kimś, nawet jeśli dana relacja wcale nam nie służy.
„Miłość i inne obsesje” to historia o tym, że czasami najtrudniejszą relacją do naprawienia jest ta z samą sobą. Jest lekka w formie, ale porusza całkiem poważne tematy. Z Meli można się śmiać, można się na nią złościć, ale przede wszystkim można ją zrozumieć. I chyba właśnie dlatego ta historia zostaje w głowie nieco dłużej, niż można się spodziewać. Polecam szczególnie tym, którzy lubią książki o miłości, ale również o tym, co dzieje się wtedy, gdy miłość zaczyna przypominać obsesję.
„Operacja Zombie” Jørna Liera Horsta i Hansa Jørgena Sandnesa to kolejna, już 26. odsłona popularnej serii o młodych detektywach z Biura Detektywistycznego nr 2. Tiril, Oliver i ich wierny pies Otto tym razem trafiają na sprawę, która zdecydowanie ma w sobie więcej mroku niż większość ich wcześniejszych śledztw. I choć tytuł może sugerować prawdziwe zombie, szybko okazuje się, że za strasznymi pogłoskami kryje się coś znacznie bardziej tajemniczego.
Akcja rozgrywa się w niewielkim norweskim miasteczku Elvestad, a centrum wydarzeń staje się miejscowy cmentarz. To właśnie tam nocą ma pojawiać się tajemnicza postać, a mieszkańcy zaczynają opowiadać o zombie wędrującym pomiędzy nagrobkami. Tiril, Oliver i Otto oczywiście nie zamierzają tylko słuchać plotek. Postanawiają sprawdzić, co naprawdę dzieje się po zmroku. Ich śledztwo prowadzi ich do tajemnicy skrywanej od blisko stu lat.
Największą zaletą tej historii jest jej klimat. Cmentarz nocą, tajemnicza postać, zagadkowe wydarzenia i Halloweenowa atmosfera sprawiają, że podczas czytania rzeczywiście można poczuć lekki dreszczyk emocji. Nie jest to jednak strach, który może przytłoczyć młodego czytelnika. Autor umiejętnie balansuje między grozą a przygodą, dzięki czemu książka bardziej intryguje i pobudza wyobraźnię, niż naprawdę przeraża.
Tiril i Oliver po raz kolejny pokazują, że dobry detektyw powinien być przede wszystkim spostrzegawczy, dociekliwy i nie bać się zadawania pytań. Bardzo podoba mi się również obecność Otto, który jest nie tylko uroczym psim kompanem, ale stałym elementem detektywistycznej ekipy. Bohaterowie nie otrzymują gotowych odpowiedzi – muszą sami połączyć fakty, obserwować otoczenie i wyciągać wnioski.
To właśnie sprawia, że „Operacja Zombie” nie jest wyłącznie książką do przeczytania. Młody odbiorca może razem z bohaterami próbować rozwikłać zagadkę i zastanawiać się, co właściwie dzieje się na cmentarzu. Dzięki temu lektura angażuje i daje satysfakcję, kiedy kolejne elementy układanki zaczynają do siebie pasować.
Dużym atutem są również ilustracje Hansa Jørgena Sandnesa. Dobrze współgrają z historią i budują odpowiedni klimat, a jednocześnie ułatwiają młodszym dzieciom wejście w świat przedstawiony. Tekst i ilustracje tworzą spójną całość, dzięki czemu książka jest przystępna również dla dzieci, które dopiero nabierają pewności w samodzielnym czytaniu.
Jørn Lier Horst pisze prostym, dynamicznym językiem, dostosowanym do młodego odbiorcy. Nie ma tutaj niepotrzebnych dłużyzn – akcja rozwija się sprawnie, a kolejne tropy zachęcają do poznania rozwiązania. Jednocześnie historia nie traktuje dziecięcego czytelnika zbyt pobłażliwie. Zagadka jest prawdziwym wyzwaniem, a jej rozwiązanie wymaga logicznego myślenia.
„Operacja Zombie” to przede wszystkim dziecięcy kryminał i powieść detektywistyczno-przygodowa z lekką nutą grozy. Szczególnie poleciłabym ją dzieciom w wieku około 6–11 lat, które lubią zagadki, tajemnice, poszukiwanie tropów i historie z odrobiną dreszczyku. To również świetna propozycja na wspólne czytanie, zwłaszcza w okolicach Halloween.
Mnie najbardziej spodobało się to, że za historią o rzekomym zombie kryje się coś więcej – tajemnica sprzed niemal stu lat, którą młodzi detektywi muszą cierpliwie odkryć. Jest ciekawie, momentami naprawdę tajemniczo, ale przede wszystkim angażująco. To jedna z tych książek, po których młody czytelnik może zacząć patrzeć na zwyczajne miejsca trochę inaczej i zastanawiać się, jakie sekrety mogą skrywać.
„Operacja Zombie” to świetna propozycja dla małych fanów zagadek i detektywistycznych przygód. Trochę straszy, mocno zaciekawia i przede wszystkim zachęca dzieci do samodzielnego myślenia. Jeśli w domu macie małego miłośnika tajemnic, Tiril, Oliver i Otto zdecydowanie powinni trafić na jego czytelniczą listę.
„Pod złotym niebem” Devney Perry to historia, w której romans spotyka się z tajemnicą, a spokojne życie w małym miasteczku skrywa znacznie więcej, niż można byłoby się spodziewać. Jest miłość, rodzinne sekrety, zagadkowa śmierć i poszukiwanie ukrytego złota, ale przede wszystkim są bohaterowie, którzy próbują poradzić sobie z przeszłością i odnaleźć swoje miejsce w nowej rzeczywistości.
Ilsa po śmierci ojca przyjeżdża do Dalton w Montanie, by uporządkować jego sprawy i na jakiś czas zamieszkać w niewielkim domku nad jeziorem. Miało być spokojnie – trochę czasu na żałobę, uporządkowanie rzeczy i nowy początek. Szybko jednak okazuje się, że życie jej ojca skrywało tajemnice, o których Ilsa nie miała pojęcia. Listy wspominające o legendach dotyczących ukrytego złota sprawiają, że zwykłe porządki zmieniają się w poszukiwanie odpowiedzi na coraz bardziej niepokojące pytania.
Na jej drodze pojawia się również Cosi Raynes – przystojny szeryf, który zdecydowanie nie pozostaje jej obojętny. Ich relacja nie należy jednak do najprostszych. Cosi jest nie tylko mężczyzną, który zaczyna zajmować coraz więcej miejsca w myślach Ilsy, ale również ojcem jej ucznia. Do tego dochodzi zagadka śmierci jej ojca i poczucie, że ktoś może zrobić wszystko, aby prawda nigdy nie ujrzała światła dziennego.
Bardzo podobało mi się połączenie wątku romantycznego z kryminalną zagadką. Dzięki temu książka nie skupia się wyłącznie na rodzącym się uczuciu. Cały czas pozostaje pytanie: co właściwie wydarzyło się w przeszłości i dlaczego ktoś tak bardzo nie chce, aby Ilsa poznała prawdę? To właśnie ten element sprawiał, że chciałam czytać dalej i odkrywać kolejne fragmenty układanki.
Ilsa jest bohaterką, którą łatwo polubić. Nie przyjeżdża do Montany z wielkim planem na nowe życie – raczej próbuje odnaleźć się po stracie ojca i poukładać rzeczy, które nagle wymknęły się spod kontroli. Jej ciekawość i determinacja sprawiają jednak, że zamiast zostawić przeszłość za sobą, zaczyna coraz głębiej w niej grzebać. Cosi z kolei łączy w sobie cechy troskliwego ojca, odpowiedzialnego szeryfa i mężczyzny, który sam ma swoje emocje oraz bagaż doświadczeń. Ich relacja rozwija się stopniowo, dzięki czemu nie miałam poczucia, że uczucie pojawia się nagle i bez powodu.
Akcja została osadzona w niewielkim Dalton w stanie Montana, a otoczenie ma tutaj duże znaczenie. Domek nad jeziorem, małomiasteczkowa społeczność, zimowa sceneria i przestrzeń Montany tworzą zupełnie inny klimat niż wielkomiejska codzienność. To miejsce z jednej strony daje bohaterce poczucie odosobnienia i spokoju, z drugiej – sprawia, że tajemnice i zależności pomiędzy mieszkańcami stają się jeszcze bardziej wyczuwalne.
W powieści znajdziemy sporo emocji – żałobę, tęsknotę, niepewność, strach, zauroczenie, pożądanie, ale również potrzebę przynależności i rozpoczęcia nowego rozdziału. Szczególnie podobało mi się zestawienie tych emocji z tajemnicą związaną z ojcem Ilsy. Bohaterka nie tylko próbuje dowiedzieć się, co naprawdę się wydarzyło, ale jednocześnie musi nauczyć się żyć ze stratą.
Devney Perry pisze lekko i bardzo przystępnie. Jej styl jest nastawiony przede wszystkim na emocje, relacje i bohaterów, ale autorka nie zapomina o budowaniu napięcia. Historia rozwija się płynnie, a romantyczne momenty przeplatają się z kolejnymi pytaniami dotyczącymi rodzinnej tajemnicy. Dzięki temu książkę czyta się szybko i z zainteresowaniem.
„Pod złotym niebem” będzie dobrym wyborem dla osób, które lubią romanse z dodatkowym wątkiem zagadki i nutą niebezpieczeństwa. Szczególnie poleciłabym ją czytelnikom, którzy cenią małomiasteczkowy klimat, silne emocje, relacje rozwijające się na tle życiowych problemów oraz historie, w których przeszłość bohaterów ma wpływ na ich teraźniejszość.
Mnie najbardziej spodobało się właśnie połączenie dwóch światów – romantycznej historii Ilsy i Cosiego oraz zagadki, która nie pozwala spokojnie zapomnieć o przeszłości. Jest w tej książce ciepło, bliskość i atmosfera nowego początku, ale również tajemnica, która wprowadza niepokój i sprawia, że chce się poznać rozwiązanie.
„Pod złotym niebem” to przyjemna, emocjonalna historia o miłości, stracie, rodzinnych sekretach i odwadze potrzebnej do poznania prawdy. Jeśli lubicie romanse, w których oprócz uczuć czeka na Was tajemnica do rozwiązania, Devney Perry zdecydowanie ma tutaj coś dla Was. To książka, przy której można się wzruszyć, trochę zaniepokoić i przede wszystkim dobrze spędzić czas.
„Wyższa konieczność” Wojciecha Chmielarza to piąta odsłona historii Bezimiennego i jednocześnie powrót do bohatera, którego trudno jednoznacznie ocenić. Tym razem stawka jest jeszcze wyższa, a wydarzenia szybko wymykają się spod kontroli. To mocny thriller sensacyjny, w którym nie brakuje przemocy, manipulacji, politycznych układów, tajnych operacji i pytań o to, czym właściwie jest sprawiedliwość.
Wszystko zaczyna się od wysoko postawionego polityka, który za wszelką cenę próbuje odzyskać kompromitujące go nagranie. Pozornie jeden problem uruchamia jednak lawinę kolejnych wydarzeń. Na jaw zaczynają wychodzić tajemnice z przeszłości Bezimiennego, a ich konsekwencje okazują się śmiertelnie niebezpieczne. Bohater wraz z rodziną zostaje zmuszony do walki o życie i może liczyć właściwie tylko na garstkę zaufanych osób.
Tym razem przeciwnik jest wyjątkowo potężny. Bezimienny i jego najbliżsi stają naprzeciw agencji wywiadowczych, wojska, specgrup działających poza prawem i ludzi, którzy mają dostęp do najnowszych technologii wojskowych oraz ogromnych pieniędzy. W tle pojawiają się tajne kontrakty, polityczne wpływy i manipulacje, a nad wszystkim czuwa człowiek, który nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć swój cel.
Najbardziej podobało mi się to, że Chmielarz nie ogranicza historii wyłącznie do efektownej sensacji. Pod wartką akcją kryją się pytania o przeszłość, odpowiedzialność, lojalność i granice, których człowiek jest gotów nie przekroczyć. Bezimienny po raz kolejny zostaje postawiony w sytuacji, w której nie ma dobrych i łatwych wyborów. Musi działać szybko, ale każda decyzja może mieć konsekwencje dla niego i jego rodziny.
Sam Bezimienny pozostaje bohaterem niejednoznacznym. Z jednej strony jest człowiekiem niezwykle skutecznym, doświadczonym i potrafiącym poradzić sobie w sytuacjach, które dla większości osób byłyby nie do przejścia. Z drugiej – jego przeszłość i sposób działania sprawiają, że trudno patrzeć na niego wyłącznie jak na klasycznego bohatera stojącego po stronie dobra. I właśnie ta niejednoznaczność bardzo mi odpowiada. Nie jest idealny i nie zawsze można zgodzić się z jego metodami, ale dzięki temu wydaje się bardziej prawdziwy.
Dużą rolę odgrywa również rodzina Bezimiennego. Zagrożenie przestaje dotyczyć tylko jego samego, a walka o przetrwanie nabiera osobistego wymiaru. Dzięki temu napięcie jest jeszcze większe, bo nie chodzi już wyłącznie o wykonanie zadania czy pokonanie przeciwnika. Chodzi o ludzi, których bohater chce ochronić.
Akcja jest dynamiczna i przenosi czytelnika w świat, w którym polityka, wojsko, wywiad i wielkie pieniądze splatają się ze sobą. Nie ma tutaj jednego bezpiecznego miejsca, w którym można odetchnąć. Kolejne wydarzenia sprawiają, że atmosfera zagrożenia utrzymuje się niemal przez całą książkę. Czytając, miałam poczucie, że bohaterowie cały czas są o krok od sytuacji, z której może już nie być wyjścia.
Wojciech Chmielarz pisze konkretnie i dynamicznie. Nie przeciąga scen tylko po to, żeby zwiększyć objętość historii. Dialogi są naturalne, akcja rozwija się sprawnie, a kolejne informacje są dawkowane w taki sposób, żeby utrzymać ciekawość. Autor potrafi również budować napięcie bez nieustannego epatowania przemocą. Najbardziej działa świadomość, że nie wiadomo, komu można zaufać i co jeszcze może wyjść na jaw.
Podczas lektury towarzyszyło mi przede wszystkim napięcie i ciekawość. Wielokrotnie zastanawiałam się, kto kogo przechytrzy, kto okaże się zdrajcą i jak daleko sięgają układy stojące za całą sprawą. Nie zabrakło również momentów, w których zwyczajnie trudno było odłożyć książkę, bo chciałam jak najszybciej sprawdzić, co wydarzy się dalej.
„Wyższa konieczność” to propozycja przede wszystkim dla miłośników mocnych thrillerów sensacyjnych, kryminałów z politycznym i wojskowym tłem oraz historii, w których granica między dobrem a złem nie jest oczywista. To również książka dla tych, którzy lubią bohaterów z przeszłością i historie pełne zwrotów akcji, tajnych układów oraz niebezpiecznych przeciwników.
Piąte spotkanie z Bezimiennym pokazuje, że ta historia wciąż ma w sobie sporo energii. Jest brutalnie, szybko i momentami naprawdę niepokojąco, ale przede wszystkim jest ciekawie. Mnie najbardziej przekonało to, że za sensacyjną warstwą nadal stoi opowieść o człowieku, którego przeszłość w końcu zaczyna go doganiać.
„Wyższa konieczność” to mocny, dynamiczny thriller, który nie pozwala bohaterom na chwilę wytchnienia, a czytelnikowi daje dokładnie to, czego można oczekiwać od dobrej historii sensacyjnej – napięcie, tajemnice, niebezpieczeństwo i pytanie, komu tak naprawdę można zaufać. Jeśli lubicie Wojciecha Chmielarza albo po prostu szukacie książki, która od pierwszych stron wciąga w sam środek niebezpiecznej rozgrywki, zdecydowanie warto po nią sięgnąć.
#współpracabarterowa
Wirusy to niezwykle przebiegłe i fascynujące mikroorganizmy. Potrafią bezbłędnie znaleźć organizm, w którym będą mogły najlepiej się rozmnażać,w naszym ciele rozpoczyna się odwieczna walka o to, kto aktualnie jest w lepszej formie: nasz układ odpornościowy czy rozprzestrzeniający się wirus? Ciężka choroba potrafi rozwinąć się w mgnieniu oka.
Jak trafnie zauważa autor książki, Stephen Harrod Buhner: „Wirusy nieustannie się uczą. Zatem my też powinniśmy”. Ta myśl doskonale oddaje esencję tej niezwykłej, liczącej aż 470 stron publikacji. To nie jest zwykły poradnik – to potężne kompendium wiedzy dla każdego, kto chce świadomie podjąć tę rzucaną przez naturę rękawicę.
To, co najbardziej urzeka w tej książce, to jej ogromna praktyczność. Znalazłam tutaj mnóstwo wartościowych receptur. Jednym z przepisów, który szczególnie przypadł mi do gustu, jest genialny syrop na kaszel. Autor nie zostawia czytelnika z domysłami – wszystko jest dokładnie objaśnione: od listy potrzebnych składników, przez cały proces przyrządzania, aż po precyzyjne dawkowanie.
Książka kryje w sobie o wiele więcej. Znajdziemy tu zestawienie siedmiu najlepszych ziół przeciwwirusowych. Każda z tych siedmiu roślin została prześwietlona przez autora pod każdym możliwym kątem. Dowiemy się z tekstu jakie posiada właściwości, jak działa na organizm i jak zastosować je w konkretnym leczeniu oraz co na ich temat mówią badania naukowe.Jak krok po kroku przygotować i podać dany preparat samemu w domu.
Co niezwykle ważne, Buhner podchodzi do tematu z pełną odpowiedzialnością naukową.
Przy każdej roślinie opisuje skutki uboczne i przeciwwskazania. Taka wiedza jest na wagę złota i zapewnia nam pełne bezpieczeństwo terapii.
W książce znajdziemy też całą masę innych receptur na przeziębienie i grypę, zawsze z precyzyjnie rozpisanymi składnikami, metodą przygotowania, sposobem stosowania i oczywiście potencjalnymi przeciwwskazaniami.
Niezwykle zachwycił mnie kluczowy rozdział poświęcony wzmacnianiu organizmu.
„Układ odpornościowy jest konkretnym "narządem czy systemem", podobnie jak płuca czy wątroba, i istnieją skuteczne sposoby, żeby zadbać o jego dobry stan”
Buhner uczy nas, że odporność to nie jest jakaś magiczna tarcza, ale realny system, który musimy fizycznie karmić i wspierać. W tym rozdziale autor wymienia konkretne produkty spożywcze, które wspierają siłę naszej immunologii, oraz szczegółowo opisuje wybrane zioła na odporność. Prawdziwym hitem jest podany w tej sekcji przepis na wywar wspierający odporność, który warto na stałe wprowadzić do swojej domowej apteczki.
Mimo tak ogromnej objętości (470 stron wypakowanych wiedzą) z książki korzysta się niezwykle przyjemnie. Na samym końcu umieszczono praktyczny indeks, dzięki któremu łatwo można znaleźć dokładnie to, czego w danym momencie szukamy – konkretne zioło, objaw czy przepis. Przy tak obszernej lekturze jest to pomoc nie do przecenienia.
To jest po prostu świetna książka. Daje realne narzędzia do walki z infekcjami i uczy, jak mądrze współgrać z przyrodą, która przecież od zawsze wyposażała nas w mechanizmy obronne.
Gorąco polecam każdemu, dla kogo zdrowie własne i bliskich jest prawdziwym priorytetem.
"Spalona droga. Melodia przeszłości" zabiera nas w podróż do XVI-wiecznego Paryża. Byłam bardzo ciekawa tego okresu, gdyż nie przypominam sobie, abym czytała książkę renesansowej Francji. Było więc to dla mnie coś nowego. Ta historia w zaskakujący sposób mnie urzekła.
Kate wiedzie nudne życie, które daje jej jedynie poczucie bezpieczeństwa. Wszystko zmienia się po śmierci dziadka, gdy pozostawiona przez niego pozytywka przenosi ją do renesansowej Francji. Kate to kobieta przyzwyczajona do niezależności. Gdy trafia pod opiekę Françoisa de Laona - mężczyzny równie irytującego, co niebezpiecznie fascynującego, dużo zmienia się nie tylko w jej życiu, ale przede wszystkim w niej samej. Nie wiadomo, komu można zaufać. Każda napotkana osoba wydaje się podejrzana. Dziewczyna poznaje sekrety swojej rodziny i wydarzenia, które mogą odmienić bieg historii, tym bardziej zaczyna rozumieć, że największym zagrożeniem wcale nie jest przeszłość, a ona sama...
Główna bohaterka okazała się interesującą postacią. Wydaje się zagubioną dziewczyną. Tylko z pozoru jest spokojna, bo gdy trzeba, potrafi pokazać charakter. Z zainteresowaniem obserwowałam jej wewnętrzne dojrzewanie, zmiany, jakie w niej zachodziły, jak uczyła się podejmować trudne decyzje.
Z kolei Françoisa to mężczyzna (przewodnik Kate, który przygotowuje ją do zadania), którego nie tak łatwo polubić, przynajmniej na początku. Jednak z czasem coś się zmienia i zaczynamy kibicować tej parze. Dochodzi między nimi do wielu niedomówień i nieporozumień, zatem relacja jest pełna iskier i emocji. Widzimy, jak ważna jest rozmowa. A tu bohaterowie mieli z tym niekiedy problem.
Humor (zwłaszcza ten sytuacyjny) to jest coś, co przełamuje wątki złamanego serca, straty, bólu i samotności. Zabawne momenty zdarzają się nie tylko u głównych bohaterów, ale i pobocznych.
Estera Tracz oprócz motywu podróży w czasie zawarła tu wątek tajnych stowarzyszeń, politycznych rozgrywek oraz miłosnych uniesień. Wszystko idealnie się ze sobą komponowało.
Przyznam, że miałam jakieś obawy, że będzie to stricte fantastyka (choć jest ta naukowa ze względu na motyw podróży w czasie). Co prawda jest tu magia, ale innego rodzaju. Paryż przedstawiony oczami autorki zachwyca. To miejsce pełne niebezpiecznych zasad, tajemnic, spisków, manipulacji, politycznych intryg i religijnych napięć. Całe mnóstwo tu historycznych smaczków.
Miejscami zdarzało się nierówne tempo akcji. Działo się to przy wątkach o naturze czasu, skomplikowanej terminologii czy sporej ilości francuskich nazwisk. Fragmenty te nieco przytłaczały.
"Spalona droga. Melodia przeszłości" to piękny, kradnący serce romans z tłem historycznym o samotności, odwadze do życia, walce o przetrwanie, o siebie i swoje pragnienia, miłości do samej siebie. Gotowi, by odbyć tę fascynującą podróż w czasie z Kate? Emocji nie zabraknie!
Mam wrażenie, że w tą książkę powinno się wchodzić z lekką dozą uważności i ostrożności, ponieważ początek jest niby akceptowalny, aczkolwiek trzeba przejść przez niego ze spokojem, by pojąć iż treść skonstruowana jest w dużej niewiedzy i im dalej, tym więcej tych punktów zapalnych będzie się pojawiało. Treść niby dosłowna aczkolwiek opisana jakby na około, by to od czytelnika zależało z jakiego punktu widzenia na nią patrzy i co sam domyśla się, że mogłoby mieć miejsce.
To historia rozgrywająca się w dużej mierze w głowie postaci. To tam rodzą się niezapomniane spory, kiedy przed laty nie potrafiła się porozumieć ze swoją rodziną. My poznajemy część tych tajemnic aczkolwiek ze wspomnień, dlatego dla postaci mogą mieć dużą wagę, dla czytelnika nieco mniejszą. Od swojego życia oczekuje spokoju, który jednak zamiast nadejść, odsłania powrót do przeszłości z powodu śmierci jej ojca. W głowie rodzi się zatem plan, by załatwić co niezbędne, przemknąć niczym szara mysz i powrócić do miejsca wcześniejszej ucieczki. Życie natomiast nie lubi nierozwiązanych spraw i nieco dłużej obarcza ją problemami na które się nie pisała. Jej ojciec bowiem pozostawił po sobie spadek, który należy odebrać wykonując wcześniejsze instrukcje. Będą one dowodem na to, że nawet po śmierci lubił on mieć wszelką kontrolę nad każdym z rodziny. Jednak jeśli by głębiej się nad tym zastanowić, jej nieco wymuszony powód pozostania miał na celu poznanie swojej rodziny od podszewki. Za fasadą znajomych twarzy będą się kryły sekrety i tajemnice oraz pobojowiska życiowe. Na samym końcu wszystkiemu będzie się przyglądał osobliwy mężczyzna, który zasiądzie w głowie rodziny na dłużej:-)
Książka sama w sobie jest wspaniała i taka prawdziwa, ponieważ pokazuje zwyczajne stosunki międzyludzkie, relacje pomiędzy rodziną, wszystkie ochy i achy, tylko za tymi zwykłymi dialogami będą się kryły dopowiedzenia z głowy, jakby wyobrażenia nie tylko sytuacji, ale i oceny wyglądu oczu, spojrzeń, odpowiednich promieni słońca, stylów padania cienia, takich przemyśleń, które pojawiają się u nas w momentach ciszy czy zastanowienia. Ułożenie tego było bardzo profesjonalne i mądre, ale dla osób, którzy oczekują tylko zwykłej lektury bez myślenia, to raczej strzelenie sobie w kolano. Tak jak poezja jest dla innych odbiorców, tak i ta lektura będzie zachwytem dla mniejszego pola myślicieli, co absolutnie nie umniejsza jej wyjątkowości.
Jako całość: mądra i klarowna z tonowanym smakiem. Jako odbiór: dla grupy docelowej z nadinterpretacjami.