Ojej. Szybko przypomniało mi się, dlaczego w liceum dałam ciała na historii. Dla mnie ta książka to jeden chaos pełen nazwisk, dat i nieistotnych faktów. Wierzę, że dla kogoś innego może być pasjonującą lekturą, ja się totalnie pogubiłam i miałam ochotę pójść spać. DNF, żeby tylko się dalej nie męczyć.
Uwielbiam, niezmiennie, pomimo lat, nieważne czy po polsku, czy po angielsku - „Piekło pocztowe” to mój nr 1. Pierwszy raz czytałam Pratchetta w oryginale, polecam to fanom, jeżeli tylko mają taką możliwość. Już na pierwszej stronie widać subtelne różnice, w jednym miejscu autor ukrył humor w zdaniu wielokrotnie złożonym, tłumacz uprościł je, ale za to wplótł dodatkowy żarcik w innym miejscu. Dobrze się to czyta, nawet kiedy wiem, co będzie dalej. Po-le-cam listem po-le-co-nym nieopóźnionym.
Carla Montero to autorka, której książki od razu trafiły w mój gust. Już od pierwszej, którą przeczytałam ("Ogród kobiet"), wiedziałam, że jej styl mi się podoba. Jej powieści mają charakterystyczny schemat: łączą historię, tajemnicę, zamkniętą przestrzeń i powoli odsłaniają prawdę. Klimatem przypominają mi książki Agathy Christie, bo nie są pełne szybkiej akcji, lecz mają duszny, tajemniczy nastrój. "Dziewczyna z mgły" to najnowsza powieść Montero, która przenosi nas głównie na Wyspę Man w 1938 roku. Od początku widać, że czas i miejsce akcji nie są przypadkowe. Ta niewielka wyspa położona pośrodku Morza Irlandzkiego od lat słynie z prestiżowych wyścigów samochodowych. Wydaje się luksusową oazą spokoju, która mimo napięć i zagrożeń, nadal pozostaje miejscem bezpieczeństwa i komfortu, funkcjonując jak odrębny świat, odcięty od reszty Europy. Surowe klify, rozległe wrzosowiska i gęste mgły dodają temu miejscu atmosfery izolacji i napięcia. Zamknięta przestrzeń wiejskiego dworu Thier-Babban, należącego do brytyjskiego magnata prasowego i członka zarządu Royal Automobile Club, Amosa Whitleya, sprawia wrażenie miejsca, w którym każda rozmowa, każde spotkanie i każdy gest nabierają znaczenia, a emocje bohaterów z każdym dniem stają się coraz intensywniejsze. Spotykają się tam kierowcy różnych narodowości, o odmiennych poglądach, a wyścig staje się jedynie pretekstem do pokazania świata stojącego na granicy wojny. Zakulisowe gierki, ambicje kierowców i szefów drużyn oraz najnowocześniejsze technologie coraz mocniej mieszają się z ideologią, propagandą, ambicjami, uprzedzeniami i wzajemnymi pretensjami. Wszystko to dodatkowo zderza się z problemami lokalnej społeczności oraz działalnością siatki sabotującej wyścig, co jeszcze bardziej wpływa na fabułę, wykraczając poza sport i rywalizację na torze. Dużą siłą tej opowieści są postacie. Każda z nich wnosi do narracji coś unikalnego: napięcie, podejrzliwość, ciężar przeszłości, uczucie samotności, dziecięcą delikatność lub własne motywacje. Nawet postacie drugoplanowe nie pełnią jedynie roli tła dla głównych wydarzeń, lecz tworzą złożoną sieć relacji, sekretów i niedopowiedzeń. W tle rozgrywają się dramaty, romanse, intrygi i konflikty, które z każdą stroną pogłębiają się niczym gęsta mgła. Autorka z mistrzowską precyzją ukazuje odczucia bohaterów, ich emocje oraz dylematy, co pozwala zanurzyć się w opisywane sytuacje. Główną bohaterką jest Mila Kovac, młoda Hiszpanka, która w świecie wyścigów zyskała już pewną sławę. Przyjeżdża na wyspę po śmierci męża, Antona Behry, który nieco ponad rok wcześniej zginął w tragicznym wypadku podczas wyścigu. Ta strata mocno ją przygnębiła i pogrążyła w smutku. Gdy kończy się śledztwo w sprawie jego śmierci, Mila ma wciąż wrażenie, że inspektor Lafont podejrzewa ją o zabójstwo. To ją niepokoi, a informacja o wznowieniu śledztwa nie tylko wpływa na jej decyzje, ale też budzi w czytelniku dodatkowy niepokój i poczucie, że nic z tego, co zostało z odkryte nie jest oczywiste. Rywalizacja na torze szybko schodzi na drugi plan, a Mila musi zmierzyć się nie tylko z innymi zawodnikami, ale też z własnymi wspomnieniami, oczekiwaniami innych, niespodziewanym uczuciem i strachem. Podobało mi się ukazanie, jak wymagające i niebezpieczne były wyścigi samochodowe w latach 30, a także rola, jaką odgrywały kobiety w tym świecie. Sport ten przedstawiony został nie tylko jako rywalizacja z przeciwnikami, lecz także jako pasja pełna ryzyka i adrenaliny. Kierowcy byli zarówno podziwiani, jak i postrzegani jako szaleńcy igrający ze śmiercią, ponieważ samochody w tamtym były bardzo szybkie, brakowało odpowiednich zabezpieczeń, a wypadki często kończyły się tragicznie. Kobiety ścigające się z mężczyznami musiały nieustannie udowadniać swoją wartość, zmagały się z uprzedzeniami, lekceważeniem oraz trudnymi realiami epoki. Świetnie podkreśla to wątek Elizabeth Arden, znanej z perfum, które uwielbiam. Po raz pierwszy w historii marka kosmetyczna chciała wesprzeć zawodniczkę wyścigową. Niekoniecznie dlatego, że Mila jest najlepsza, ale dlatego, że jest kobietą, którą można pokazać mediom w eleganckim wydaniu oraz wykorzystać jej sytuację i zagubienie po śmierci męża w celach marketingowych. To pokazuje, że już wtedy sport zaczynał łączyć się z reklamą i wizerunkiem dla zysku. Po lekturze tych kilku zdań widać, że tytuł "Dziewczyna z mgły" ma kilka znaczeń. Nie odnosi się tylko do przydomka głównej bohaterki. Symbolizuje zagubienie bohaterów, ukrywane sekrety oraz tworzy niepowtarzalny klimat powieści. Mgła odgrywa kluczową rolę, separując bohaterów i ukrywając prawdę, którą powoli odsłania. Dodatkową zachętą do ściągnięcia po tę książkę może być obecny w niej Polski wątek oraz przeskok czasowy z 1939 do 1946 roku, który domyka fabułę i pokazuje, że wojna nie była jedynie tłem historycznym, lecz realnie wpłynęła na losy bohaterów i zakończyła pewną epokę w świecie wyścigów. Dzisiejsza Formuła 1 i wyścig Le Mans to zupełnie inny świat. Mnie "Dziewczyna z mgły" nie rozczarowała. Dostałam w tej historii dokładnie to, czego się spodziewałam. To lektura, która nie tylko dostarcza rozrywki, ale także skłania do refleksji nad przemijalnością pokoju, siłą solidarności i wyzwaniami stojącymi przed nami, aby historia się nie powtórzyła. Gorąco polecam sięgnięcie po tę książkę.
Niektóre powieści trudno zamknąć w ramach jednego gatunku. Tak właśnie jest z „Adelą” – książką, która początkowo może sprawiać wrażenie romansu historycznego, jednak bardzo szybko okazuje się znacznie bardziej złożoną opowieścią. To historia o odpowiedzialności, poświęceniu, moralnych dylematach i poszukiwaniu własnego miejsca w świecie, który nie zawsze daje człowiekowi możliwość wyboru.
Akcja powieści rozgrywa się w Wolnym Mieście Gdańsku pod koniec lat dwudziestych XX wieku. Jest to okres pełen społecznych napięć, ekonomicznych trudności i politycznej niepewności. Autorka niezwykle starannie odtwarza realia epoki, dzięki czemu czytelnik może niemal poczuć atmosferę ulic dawnego Gdańska. Z jednej strony widzimy eleganckie kamienice, kawiarnie i miejsca spotkań zamożniejszych mieszkańców, z drugiej zaś biedę, bezrobocie i codzienną walkę o przetrwanie. Historyczne tło nie jest jedynie dekoracją dla wydarzeń, lecz pełnoprawnym bohaterem tej opowieści. To właśnie ono kształtuje losy postaci i wpływa na podejmowane przez nich decyzje.
Główną bohaterką jest Adela – młoda kobieta, na której barkach spoczywa odpowiedzialność za najbliższych. Opiekuje się niewidomą matką oraz siostrą, a codzienność zmusza ją do podejmowania trudnych decyzji. Nie ma luksusu marzeń ani czasu na romantyczne uniesienia. Musi myśleć przede wszystkim o bezpieczeństwie rodziny i zapewnieniu jej godnego życia. To bohaterka, którą bardzo łatwo zrozumieć i której trudno nie kibicować. Jej siła nie przejawia się w spektakularnych czynach, lecz w wytrwałości, determinacji i gotowości do poświęceń.
Na jej drodze pojawia się Adam Jabłoński – mężczyzna owiany tajemnicą, który po latach wraca do Gdańska. Jego przeszłość skrywa wiele sekretów, a sam bohater budzi zarówno zainteresowanie, jak i nieufność. Relacja pomiędzy Adelą a Adamem rozpoczyna się od pewnego układu, jednak z czasem przybiera coraz bardziej skomplikowaną formę. Autorka unika schematów charakterystycznych dla klasycznych romansów. Uczucia rodzące się między bohaterami nie są oczywiste ani łatwe. Towarzyszą im wątpliwości, lęki i bagaż doświadczeń, który nie pozwala bezgranicznie zaufać drugiej osobie.
Jednym z największych atutów powieści są doskonale nakreślone portrety psychologiczne bohaterów. Zarówno Adela, jak i Adam są postaciami wielowymiarowymi, pełnymi sprzeczności i wewnętrznych konfliktów. Ich decyzje nie zawsze są słuszne, ale niemal zawsze wydają się wiarygodne. Autorka pokazuje, jak przeszłość wpływa na teraźniejszość i jak trudno czasem uwolnić się od dawnych doświadczeń. Szczególnie interesująco przedstawiona została przemiana Adeli, która stopniowo odkrywa własną wartość, zaczyna dostrzegać swoją siłę i uczy się walczyć o siebie.
„Adela” porusza wiele ważnych tematów społecznych. To opowieść o ekonomicznym uzależnieniu, nierównościach społecznych, samotności i odpowiedzialności za innych. Autorka zwraca uwagę na ograniczenia narzucane kobietom przez ówczesne konwenanse oraz pokazuje, jak często życie zmusza człowieka do moralnych kompromisów. Bohaterowie wielokrotnie stają przed wyborami, w których nie istnieją rozwiązania idealne, a każda decyzja niesie za sobą określone konsekwencje.
Na uwagę zasługuje również wątek przestępczego półświatka, który nadaje fabule dodatkowego napięcia. Tajemnice z przeszłości, niewyjaśnione sprawy oraz motyw zemsty sprawiają, że historia nie zwalnia tempa. Dzięki temu powieść zachowuje równowagę pomiędzy warstwą obyczajową, historyczną i sensacyjną. Autorka umiejętnie buduje atmosferę niepewności, sprawiając, że czytelnik z zainteresowaniem śledzi kolejne wydarzenia.
Dużym atutem książki jest również sposób prowadzenia narracji. Jest ona spokojna i refleksyjna, ale jednocześnie angażująca emocjonalnie. Autorka nie stawia na gwałtowne zwroty akcji czy dramatyczne sceny, lecz skupia się na emocjach bohaterów i procesach zachodzących w ich wnętrzu. Dzięki temu historia nabiera autentyczności i pozwala lepiej zrozumieć motywacje postaci.
„Adela” to powieść dla czytelników, którzy lubią historie osadzone w realiach historycznych, ale oczekują od nich czegoś więcej niż jedynie wątku romantycznego. To książka o dojrzewaniu do własnych decyzji, o odpowiedzialności i poszukiwaniu szczęścia w świecie pełnym ograniczeń. To także opowieść o tym, że czasem największa odwaga nie polega na walce z innymi, lecz na zmierzeniu się z samym sobą.
Jest to historia pełna emocji, życiowych dylematów i bohaterów, którzy pozostają w pamięci na długo po zamknięciu ostatniej strony. „Adela” skłania do refleksji nad tym, jak bardzo nasze wybory są uzależnione od okoliczności oraz jak cienka bywa granica między obowiązkiem a pragnieniem własnego szczęścia. To powieść, która nie tylko dostarcza rozrywki, ale również zachęca do zastanowienia się nad ludzką naturą i ceną podejmowanych decyzji.
CUKIERECZKU… myślę, że dziewczyny go szybciutko pokochają <3 ja osobiście uwielbiam jak pęka skorupa tego nadąsanego, “obojętnego” twardziela, i kradnie nie tylko serce głównej bohaterki, ale i moje…
Małomiasteczkowy klimat, “kowboj”, lekki romans, czytając miałam wrażenie, że to połączenie obyczajówki z romansem, ale pojawia się nawet ta mroczna strona! Trochę tajemnic, lekki dreszczyk…
Największy plus jak dla mnie należy się braciom, a dokładnie relacji jaka ich łączy. Momentami była bardzo rozczulająca. Ale może to ze względu na wiek, to dorośli ludzie, po przejściach, a testosteron aż kipi!
Czasami historia za bardzo zwalniała, ale nie odbierało to przyjemności z czytania. Przez opisy można bardziej wczuć się w historię i poznać tych ludzi. Myślę, że kolejne tomy będą lepsze, bo osobiście polubiłam bardziej Hadley, jednakże mimo, że książka mi się podobała to jednak nie aż tak żebym sięgnęła po następne.
*To jest moja prywatna opinia. Zachęcam do przeczytania i wyrobienia sobie własnego zdania.
Powiem wam, że ten poradnik potrafi namieszać w głowie. Jest precyzyjny, ale i tak otwarto konkretnie ukazany, że potrzebowałam czasu żeby przyzwyczaić się do stwierdzenia ,,chomika w głowie". Może to też z tego powodu, że kiedyś jeden mnie mocno ugryzł i powiedziałam sobie, że nigdy nie będę miała z nimi do czynienia, a tutaj były o nim słowa mało, że na każdej stronie, to jeszcze co kilka linijek. W pewnym jednak momencie pomyślałam sobie, że dostaję od życia kolejne doświadczenie, a mianowicie stawienie czoła nie tyle swojemu lękowi, a zaakceptowaniem tego, że co stało mi się raz, nie oznacza, że będzie tak cały czas. Gdzieś po około 37 stronie przebolałam istnienie zwierzęcia, które faktycznie przekształciło mi się później w tego chomika w głowie o którym autor opowiadał. A nazwał tak nasze ,,ego". Było to związane z wizytą u pewnej dziewczynki, która pomogła wgryźć mu się w głębszą psychologię, czego dowodu istnienia potrzebował. Jeśli jednak nie każdy wie czym jest nasze ego, to będzie tutaj szeroka skala wytłumaczenia na jeszcze szerszej skali pokazania przykładów w których się ono uruchamia. Według autora każdy z nas chce być zauważony w otoczeniu, a przynajmniej chciały tak setki pokoleń, co zapewniało im istnienie, dobrobyt, a co za tym idzie, nie czuli, że są nikim. Chcieli być widziani na wszelkie sposoby, dlatego gdziekolwiek taki człowiek szedł, to rozglądał się, czy aby ktoś czasami na niego patrzy. Teraz my sami mając stresującą sytuację w której pragniemy zabłysnąć, a nagle ktoś nam tą uwagę zabiera, czujemy się źli, wściekli i zwyczajnie oburzeni wewnątrz siebie, czyli w głowie, czyli to nasze ego pojawia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i przypomina, że cała uwaga miała być nasza, bo na to zasługujemy, bo tak zaplanowaliśmy, bo tak zwyczajnie miało być. Te wszystkie głosy oburzenia w głowie zasłaniają nam perspektywę świadomych myśli, odbierając często szansą na awans, czy też przejęcie kontroli w ważnym wydarzeniu.
Ja nazwałabym ego brakiem pewności siebie, gdyż jeśli jej nie mam, to wymyśla mój mózg tysiące powodów przez które i tak coś mi nie wyjdzie. Jednak jeśli mamy pewność siebie, to nie rozproszy nas nikt ani nic, gdyż będziemy wiedzieli, że cokolwiek się nie stanie, to nasz pomysł jest doskonały, bo przepracowaliśmy go pod każdym kontem, a zdanie innych nas nie interesuje, bo sami do tego doszliśmy. Ale oczywiście to były moje rozważania.
Tutaj dominuje chomik, który zatruwa nam głowę. Wywołuje on strach, który wprawia nasze ciało w szybszy ruch, głośniejszy ruch, więc słysząc choćby głośne bicie serca napędzamy się tym strachem podwójnie. Nie ma wtedy mowy o logicznym myśleniu. Autor opisuje sposoby jak go uciszyć, choćby poprzez zauważenie tych myśli, wysłuchanie ich i zaprzeczenie. Zapytanie, dlaczego się pojawiły? Czy muszę im oddawać kontrolę? Dalej dowiecie się skąd się pierwsze chomiki w głowach wzięły i dlaczego człowiek wolny to ten, który nie ma uzależnień, tylko obsesje na punkcie dotarcia do celu tam, gdzie go sobie upatrzył:-)
Tak naprawdę wciąż wydaje mi się, że pozycja zasługuje na najwyższą punktację, tylko ten początek jest tak szybko opisany, tak konkretnie ukazany pod myśli autora, nie odbiorcy, dlatego w pierwszej chwili czuć tu rozproszenie umysłu. Jest też możliwość, że tylko ja tego doświadczyłam. Jestem jednak przekonana, że dla zwykłego Kowalskiego ten poradnik będzie zbyt rozwinięty, by w pełni go pojął. Jednak dla osoby, która przeczytała co najmniej pięć poradników i z tego dwa zrobiły na niej wrażenie, znacznie szybciej odbierze korzyści płynące z tej książki. Wybór oczywiście pozostawiam wam:-)
Dziękuję za książkę do recenzji Klubowi Recenzenta z serwisku nakanapie.pl:-)
Książka Francesci Albanese to manifest. Nie tylko wolnej Palestyny, ale każdego narodu uciskanego w przeszłości lub obecnie. To głos ludzi cierpiących z powodu kolonializmu i apartheidu. To dzieło, które obnaża obojętność naszą i obojętność Zachodu na ból i rany niewinnych.
W „Kiedy świat śpi” autorka rozprawia na temat dramatu Palestyńczyków przez pryzmat dziesięciu osób ważnych dla niej i jej działań jako specjalnej sprawozdawczyni ONZ ds. okupowanych terytoriów palestyńskich. Osób, które wywarły wpływ na postrzeganie sprawy na świecie i na wielu płaszczyznach pomogły w dyskusji na ten szalenie ważny temat.
Albanese w pasjonujący sposób, często odwołując się do historii, a także traumy pokoleń prześladowanych Żydów, stara się każdemu, nawet najbardziej zdystansowanemu obserwatorowi, uzmysłowić istotę tragedii Palestyny. Mało tu grających na emocjach drastycznych opisów izraelskich zbrodni.
Rozdziały traktują o bardzo zróżnicowanych aspektach tej sytuacji. Są przy tym niezwykle równe pod względem poziomu. Przekonania autorki przeplatają się swobodnie ze stanowiskami opisywanych osób. Nie brakuje wśród „bohaterów” wybitnych, także izraelskich naukowców, przyjaciół związanych z Palestyną, a także takich postaci jak Hind Rajab – zamordowana dziewczynka czy Malak Mattar – wybitna artystka.
Nie widzimy wyraźnej granicy, która odcina lata apartheidu na ziemiach Izraela od wydarzeń z 7 października 2023 roku. To tylko kolejny akapit tej straszliwej historii dla osoby, która tematem zajmuje się od wielu lat. To podkreśla też, że nic nie wzięło się znikąd.
Wniosek, który niesie ta znakomita publikacja Albanese, to przede wszystkim uznanie każdej istoty ludzkiej za równą i zasługującą na godne traktowanie. Ludobójstwo to przerażająca zbrodnia, która w żadnym zakątku świata nie powinna mieć miejsca.
Ja to naprawdę jestem w szoku, że dopiero teraz poznałam serię o Mądrej Myszy. Środek książki pokazał wszystkie książeczki z tej serii i uwierzcie na słowo, że jest ich po prostu ogrom! I nie chodzi tylko o jakieś puste bajki, tylko konkretne zmagania małego człowieka, które pomagają mu zrozumieć nie tylko jak funkcjonuje jego ciało, ale i cały świat:-)
W dzisiejszej bajce Maks miał prawdziwe wyzwanie, ponieważ podpatrzył swoje starsze rodzeństwo jak korzystało z dużej toalety. On sam wciąż nosił pieluszkę, ale miał pragnienie spróbować jak to jest załatwić się do ubikacji. Wytłumaczyli mu, że obecnie najlepszym pomysłem byłby nocnik, więc przyniesiono mu go po starszym rodzeństwie. Tyle tylko, że Maks korzystał z niego z pieluchą na pupie:-) Strach dziecka przed brakiem bezpieczeństwa jest całkowicie zrozumiały, dlatego rodzice wyczekali momentu, kiedy zapragnął już bez pieluszki z niego skorzystać. Nie było to takie łatwe, gdyż to nie nocnik miał wyzwalać siusiu, ale siusiu miało być wyzwalaczem skorzystania z niego. Cała nauka została poprowadzona tak, by chłopczyk nie czuł się źle, a przede wszystkim, by nie czuł się przymuszony. W ostatecznym rozrachunku sam zdecydował się na coraz odważniejsze kroki i pomimo małych nocnych wypadków każdego dnia było tylko lepiej:-)
Mój niespełna czterolatek wciąż korzysta z pieluszki, ale jesteśmy na etapie przyuczania go do kibelka, ponieważ wszystkie nocniki są bardzo malutkie. Naprawdę, mam dla porównania taki dawny, gdzie był naprawdę duży. Teraz są krótkie, zwłaszcza dla chłopca jest to bardziej kłopotliwe. Owa bajka będzie nam służyła do odzwyczajania go od pieluszki, dlatego tym bardziej cieszą mnie informacje w niej zawarte. Póki co myślę, że ta bajka będzie nie tylko dla nas, ale i dla innych dzieci wielkim przełomem pieluszkowym. Tutaj nic nie jest na mus, wszystko jest ułożone na gotowość i decyzję dziecka, że odtąd samo da sobie radę. To tak w skrócie:-)
Wydana w małym formacie, kolory są żywe ale nie rażące. Postacie przejawiają na swoich twarzach cierpliwość z uśmiechem, co działa kojąco na osobę, której problem pieluszkowy dotyczy. Świetna lektura, bardzo ją polecam:-)
„Siedem obrączek” Nory Roberts to powieść, która idealnie łączy elementy romansu, tajemnicy i literatury paranormalnej, tworząc wciągającą historię o rodzinnych sekretach, przeznaczeniu i walce z klątwą sięgającą wielu pokoleń.
Główna bohaterka, Sonya MacTavish, niespodziewanie dziedziczy imponującą, pełną tajemnic posiadłość na wybrzeżu Maine. To, co początkowo wydaje się niezwykłym zrządzeniem losu, szybko okazuje się początkiem podróży w głąb mrocznej rodzinnej historii. Dom skrywa nie tylko wspomnienia dawnych mieszkańców, ale również duchy przeszłości i sekret siedmiu obrączek związanych z pradawną klątwą, która przez lata przynosiła cierpienie kolejnym kobietom.
Nora Roberts z niezwykłą lekkością buduje atmosferę napięcia i tajemnicy. Stopniowo odsłania przed czytelnikiem kolejne fragmenty układanki, sprawiając, że trudno oderwać się od lektury.
Nie brakuje również tego, z czego Roberts słynie najbardziej, czyli subtelnie rozwijającego się romansu. Relacja Sonyi i Treya została przedstawiona naturalnie i z wyczuciem, stanowiąc idealne dopełnienie głównego wątku pełnego nadprzyrodzonych zagadek.
„Siedem obrączek” to opowieść o odwadze, przełamywaniu rodzinnych schematów i sile miłości zdolnej pokonać nawet najstarsze przekleństwa. To książka, która zachwyci zarówno fanów twórczości Nory Roberts, jak i czytelników poszukujących emocjonującej historii z nutą magii i tajemnicy.
To książka nie tylko imponujących rozmiarów, ale i fantastycznego wydania, który pomimo piękna obrazu, niesie w swoim przekazie wszystko, co jest niecierpiące zwłoki. Początek niczym sceny z horroru, następnie nieco obyczajówki złożonej z fantastyki i dopełnieniem grzesznych myśli w postaci romansu. W tej historii było wszystko idealnie dopracowane ale w konkretnych momentach, które ukazywały konkretne wydarzenia. Aby niektórych rzeczy za bardzo nie naświetlić i by nie powstała z tego charakterystyka, mieliśmy utykane osoby, co posiadają pewne cechy wyglądu, odczuć a później przeznaczania w treści, które w połączeniu z konkretnymi wydarzeniami sprawiały, że momentami miało się wrażenie takiego odłączenia myśli. Wydarzenia spójne, ale ustawione jako zlepek przeskoków do innych scen, może nieco zbyt szybko, gdyż już łapaliśmy ciałem to, co się działo i zamiast takiego spełnienia była kolejna scena. To tylko początkowo mnie dekoncentrowało, ale im dalej, tym ujrzałam, że taki był jej właśnie rytm. Jakby wiatr porwał liść z drzewa i co już miał opaść, to wzbijał go ponownie w powietrze. Postacie są tutaj takie nietypowe. Nie zawsze dużo mówią, ale jeśli mówią, to jakby sącząc zlepek tajemnic poddając je po trochu, by podsycać naszą niewiedzę do niemal oszałamiającego momentu. Nie wszystkich da się polubić, gdyż mądrzy dzielą się na inteligentnych i tych, co tak o sobie mówią. W chwilach grozy mamy sytuacje, kiedy czytamy o mordercach, w fantastyce o wędrówce i magicznych mocach, w obyczajówce o tym co komu się dzieje, a romansie o co najmniej grzesznych myślach. Dialogi potrafią być zastanawiające, gdyż są grą pozorów i jakby prześciganiem się kto komu dłużej odpowie sposobem zadającym coraz więcej pytań:-) Kiedy opowiadają jakieś ważne wieści, to dotykają czegoś, opierają się o coś i to takie przerywniki, które wywołują napięcie, jakby teatralne akty bez których cały dramat nie miałby aż takiego poklasku. Myślę, że właśnie to mogło być powodem oderwania od treści, choć nie mnie, to jednak niektórych z pewnością tak. Idealne określenie to szybka akcja w zwolnionym tempie:-)
W sumie było tutaj coś z takiej półprawdy, taki zlepek wydarzeń przypisanych na konkretny dział literatury, choć najbardziej zapamiętałam to, że wróg w chwilach przebłysków zamieniał się w kogoś troskliwego. To było jak ujrzenie kogoś kto ją krzywdził, obserwowanie go jak ją traktował i później ujrzenie w nim tego, co wszystko wcześniejsze zasłaniało. Patrzenie oczami, rozumem i na końcu sercem:-) Opisałam wam akcję w taki sposób, abyście mogli wiedzieć, czy taki wygląd wydarzeń wam odpowiada. Sama fabuła nie zawsze bywa tym, czego się oczekuje, dlatego ja zawsze czytam bez jakichkolwiek oczekiwań niesiona pędem emocji w których mogę odebrać ją zmysłami, a nie tylko oczami"-)
„Ogień wiedział to, czego nie rozumieli ci, którzy chcieli ją zniszczyć. Nie można zniszczyć pamięci ani miłości. Nie da się spalić prawdy. Ona pozostanie na zawsze. W popiele. W ziemi. W powietrzu. W słowach kobiet, które przyjdą po niej. Kobiet wiedzących, upartych, czułych i silnych. Każda z nich będzie nosiła w sobie cząstkę Margarety, błysk w oku, czuły dotyk, szept serca. Każda będzie córką czarownicy.”
Cztery kobiety, które dzielą setki lat. Życie w ciągłym strachu o jutro. Miłość, która nie powinna się zdarzyć i mała perła w samym środku historii.
Takie niezwykłe połączenie serwuje w swojej najnowszej powieści Ewelina Klimko.
Osiemnasty wiek nie był łatwym czasem dosłownie dla nikogo , lecz kobietom było jeszcze trudniej.
Każda z nich musiała bardzo uważać na to co i jak mówi, zaś posłuszeństwo wobec mężów, ojców i braci była uważana za coś oczywistego.
Te, które czerpały wiedzę o ziołach i leczeniu od swoich przodkiń uważane były za nieczyste i paktujące z diabłem. Palone na stosach.
Właśnie taki okrutny los spotkał Ursulę matkę nastoletniej Margarety.
Dziewczynka mogła jednak liczyć na pomoc Teresy i tak trafiła do pałacu hrabiostwa von Barwitz i poznaje małą Marię Józefę.
Rok 1943
Ewa pracuje w jednym z archiwów i każdego dnia żyje z lękiem o to czy będzie mogła przeżyć kolejny dzień.
Wkrótce w życiu dziewczyny pojawia się Greta. Na polecenie jednego z najważniejszych nazistów Heinriecha Himmlera kobiety poszukują informacji i dokumentów o procesach" czarownic ".
Czego poszukują Niemcy? Jaką cenę zapłacą bohaterki i jakie tajemnice skrywa pałac w Sławie?
Historia prowadzona jest dwutorowo, a autorka z niezwykłą lekkością splata losy kobiet żyjących w różnych epokach. Margareta, Ewa, Greta i Maria Józefa stają przed trudnymi wyborami, które wymagają odwagi, poświęcenia i walki o własną wolność. Choć dzielą je stulecia, łączy je coś znacznie silniejszego niż więzy krwi – pamięć, wiedza i siła kobiet, które nie godzą się na narzucony im los.
„Córka czarownicy” to opowieść o prześladowaniach, niesprawiedliwości i lęku, ale również o nadziei, przyjaźni i miłości. Ewelina Klimko porusza trudne tematy, pokazując, jak łatwo przez wieki oskarżano kobiety o to, czego nie rozumiano. Jednocześnie przypomina, że wiedza, dobro i prawda potrafią przetrwać nawet najciemniejsze czasy.
Ogromnym atutem powieści jest klimat. Tajemniczy pałac w Sławie, rodzinne sekrety, dokumenty ukryte przed światem oraz ślady dawnych wydarzeń sprawiają, że od książki trudno się oderwać. Autorka umiejętnie buduje napięcie, stopniowo odsłaniając kolejne elementy układanki.
To historia, która skłania do refleksji nad rolą kobiet na przestrzeni wieków i pokazuje, jak wielką siłę można odnaleźć w pamięci o tych, które były przed nami. Poruszająca, pełna emocji i tajemnic powieść, która na długo pozostaje w myślach po przeczytaniu ostatniej strony.
"Mistrz tortur" jest trzecim tomem cyklu Mroczni oblubieńcy. Jest to romans historyczny osadzony w czasach średniowiecza w Anglii 1087 roku. Wyraźnie był wyczuwalny mroczny, duszny, ciężki, wręcz surowy klimat tego okresu, z jego brudem, chłodem i brutalnością.
Co byście powiedziały, gdybyście wpadły w ręce... mistrza tortur? Przerażenie, a może podekscytowanie? Owym mistrzem tortur jest Valdrim. Mężczyzna budzi przerażenie w każdym, kogo przesłuchuje. Nikt nie zna jego metod działania. Oskarżona o czary Lydia trafia do lochu Valdrima. Uważa, że są to jej ostatnie chwile życia. Mimo strachu nie ma zamiaru się złamać. Nie błaga o litość, odważnie stawia czoła mężczyźnie, rzucając mu wyzwanie, czym zyskuje uznanie w jego oczach. Między katem a więźniarką rodzi się napięcie. A może i coś więcej? Co się stanie, kiedy Valdrim zmuszony będzie oddać dziewczynę innemu mężczyźnie?
Bohaterowie są barwni, ich przeszłość owiana jest tajemnicami, zdecydowanie budzą emocje, towarzyszymy im w myślach i uczuciach. Trudne dylematy moralne i decyzje, jakie podejmują, ranią oraz wyzwalają ogromne obawy o przyszłość. Wchodzimy w sam środek niebezpiecznej, pełnej napięcia i niedopowiedzeń gry, w której granice między oprawcą a ofiarą się zacierają. Strach miesza się z fascynacją. Namiętność i zasady stają w kontrze do prawdy. A same tortury... och co tu się zadziało! Mogłabym znaleźć się na miejscu Lydii. Nawet dałabym się zamknąć w jego lochu, związać i potorturować. Bo Mistrz bez wątpienia to potrafi! No i te momenty, kiedy opadały jego maski, uwydatniając jego prawdziwe oblicze.
W tym wszystkim jest też nadzieja na to, że może być lepiej. Ale to wymaga od postaci sporo cierpliwości, troski, słów zamienionych w czyny. Bardzo kibicowałam bohaterom w tym, by się im udało.
Historia obrazuje, jak łatwo ludzie rzucają oskarżenia. Jak plotkami, pomówieniami i kłamstwami można zniszczyć drugiej osobie życie. Do tego jeszcze to średniowieczne zacofanie prostego ludu, który wierzy w czary i czarownice.
Melisa Bel świetnie ukazała kontrast warstw społecznych okresu średniowiecza. Widzimy również wpływ Kościoła na władzę, to jak niektórzy wykorzystują piastowane stanowiska do własnych celów. Zasłaniając się wiarą czy dobrem ludzi, tak naprawdę pokazują swoje prawdziwe brutalne oblicze.
Dopełnieniem są ilustracje, które idealnie oddają klimat epoki średniowiecza i wydarzeń z kart książki. Dzięki takiemu zabiegowi jeszcze bardziej wczuwamy się w tę historię.
"Mistrz tortur" to gorący, uwodzicielski, przesiąknięty mroczną atmosferą romans o zakazanym uczuciu, złamanym życiu i sercu, tęsknocie za utraconą miłością. Emocje i rumieńce na policzkach gwarantowane! Sprawdźcie, kto ostatecznie kogo tu złamie...
W chwilach głębokiego przemyślenia nad tym, co otacza, nas obecnie odnoszę często wrażenie, że jest wiele zjawisk tych nadprzyrodzonych i niezauważalnych powstających ot, tak na poczekaniu przez czysty przypadek. Żyjemy zbyt szybko. Liczy się wyłącznie pogoń za szczęściem, uzyskanymi korzyściami finansowymi ciężkiej pracy, a tętno życia podwyższa się z minuty na minutę wraz z jego najnowszymi standardami technologicznymi, a przede wszystkim na tym się głównie skupiamy, nie patrząc na to, czy rodzina jest z tego powodu zadowolona, że nas nie widzi, kosztem niezauważalności począwszy często o zapomnieniu o istnieniu osób bliskim naszemu sercu.
Zmiana dotychczasowego naszego życia następuje wówczas, gdy zaczyna się coś wokół niego dziać nieoczekiwanego i powstaje zadać sobie kilka pytań w związku z tym i odpowiedzieć na nie.
Czy można dostrzec siebie na nowo we współczesnej obserwacji rzeczywistości tego zapragnęłam się dowiedzieć poznając twórczość autorstwa Pana Owi Wookz-Sawi w książce pt.''Tętno Rzeczywistości'' należącej do gatunku literackiego poezja.
Ciekawiło mnie najbardziej w trakcie czytania wierszy, jaka jest wizja przemyśleń wartości nowo odkrywanych słów i ich znaczeń, czy autor odnajdzie sposoby na to, aby popatrzeć na przebieg życia nieco inaczej, czy się mu to uda, a może ma chęć przedstawienia współczesnego świata z innej perspektywy lub pozostawić czytelnika bez udzielenia odpowiedzi na pytania, które go szczególnie w jego przekazie interesują.
Podoba mi się to, że nadany tytuł tomikowi poezji ''Tętno Rzeczywistości'' odsłania wiele warstw tego, co tak sprytnie jest ukryte pod maską niewidzialnej wokół siły przenoszących nas do miejsc, o których z czasem nie mamy zielonego pojęcia lub nie umiemy ich dostrzec tak na pierwszy rzut oka. Jedynie udając, znakomicie zachowania dające wiele do myślenia potrafimy to zrobić niezauważalnie w szybkim natłoku spraw osobom radzącym sobie bezproblemowo, ale czy to wystarczy, aby samemu i nie wyręczać się nimi w pełni, które nie zawsze mogą mieć powiązanie z treścią wierszy.
Bliski sercu autorowi jest stan emocjonalny i to, co z niego wypływa w głębi w stosownie dobranych słowach odnoszących się do zrelacjonowanej sytuacji tematycznej.
Na chwile ciężkiej życiowej udręki jest potrzebne nam przeczytanie wybranego dobrowolnego wiersza, w którym znajdziemy ukojenie pozwalające na dłużej się zatrzymać przy ponownym jego czytaniu i zrozumieniu płynącego z niego przekazu.
Jak najbardziej polecam przeczytać ten tomik poezji.
„Nienawidziłem jej, ale pamiętałem, jak to jest kochać ją do szaleństwa”.
Bo ja chcę ciebie. Jeśli tylko pozwolisz, wezmę wszystko, co zechcesz mi dac. Jestem gotowy pozostać twoim przyjacielem, jeśli sobie tego zażyczysz. Ale nie odtrącaj mnie już nigdy wiecej. Bo życie bez ciebie dla mnie nie istniało. Nie chcę kolejnego ranka obudzić się z myślą, że znowu spieprzyłem jedyną dobrą rzecz, jaka mi się przytrafiła.
Są historie, które czyta się z przyjemnością. Są też takie, które zostają w sercu na długo po odłożeniu książki na półkę. Ta powieść zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. To opowieść pełna emocji, niewypowiedzianych słów, utraconych szans i uczuć, które mimo upływu lat wciąż pozostają żywe.
Od pierwszych stron zostałam całkowicie pochłonięta przez historię Talii i Haela. Motyw dawnej miłości, która z czasem przerodziła się w niechęć i wzajemne pretensje, zawsze wzbudza we mnie ogromne emocje, a tutaj został przedstawiony w sposób wyjątkowo autentyczny. Bohaterowie spotykają się ponownie po latach przy okazji przygotowań do ślubu swojego rodzeństwa. Wydawałoby się, że przeszłość została już dawno zamknięta, jednak wystarczy jedno spojrzenie, jedno wspomnienie i jedna rozmowa, by dawne uczucia ponownie dały o sobie znać.
Autorka znakomicie buduje napięcie między bohaterami. Ich relacja jest pełna sprzeczności – z jednej strony wciąż tkwi w nich gniew i żal za to, co wydarzyło się w przeszłości, z drugiej nie sposób nie dostrzec uczuć, które nigdy całkowicie nie wygasły. Każda ich rozmowa, każda wymiana zdań i każdy gest niosą ze sobą ogromny ładunek emocjonalny. To właśnie dzięki temu trudno oderwać się od lektury.
Początkowo książka wywoływała u mnie przede wszystkim uśmiech. Powroty do wspólnych wspomnień bohaterów były urocze, momentami zabawne i pełne ciepła. Czułam te charakterystyczne motylki w brzuchu, obserwując rodzące się na nowo uczucie. Jednak z każdą kolejną stroną historia nabierała głębi i coraz mocniej poruszała moje emocje. Pojawił się smutek, tęsknota, poczucie straty i ból związany z decyzjami podjętymi przed laty. Kilka scen naprawdę chwyciło mnie za serce i sprawiło, że w oczach pojawiły się łzy.
Bardzo polubiłam Talię. To bohaterka silna, oddana rodzinie i gotowa zrobić wszystko dla osób, które kocha. Jednocześnie jest niezwykle ludzka – popełnia błędy, zmaga się z własnymi lękami i nosi w sobie ciężar przeszłości. Od początku wyczuwałam, że skrywa sekret, jednak prawda okazała się znacznie bardziej bolesna, niż mogłam przypuszczać. Jej historia pokazała, jak wielką cenę czasami płacimy za podejmowane decyzje.
Hael, zwany Rekinem, początkowo wydaje się człowiekiem chłodnym, zdystansowanym i trudnym do polubienia. Jednak im lepiej go poznajemy, tym wyraźniej dostrzegamy jego wrażliwość i wewnętrzne rozdarcie. Szczególnie poruszył mnie wątek relacji z ojcem. Autorka w niezwykle trafny sposób ukazała, jak brak akceptacji i nieustanna potrzeba udowadniania swojej wartości mogą wpływać na całe życie człowieka. To jeden z tych elementów fabuły, które nadają historii dodatkowej głębi i sprawiają, że bohaterowie stają się jeszcze bardziej autentyczni.
Ogromnym atutem tej książki jest sposób przedstawiania emocji. Nie są one przesadzone ani sztuczne. Wręcz przeciwnie – wydają się niezwykle prawdziwe. Autorka pokazuje, jak niewypowiedziane słowa potrafią przez lata narastać w człowieku, zamieniając miłość w gniew, a tęsknotę w pozorną obojętność. Porusza również temat terapii i mierzenia się z własnymi traumami, pokazując, że proszenie o pomoc nie jest oznaką słabości, lecz odwagi.
Bardzo spodobał mi się również klimat przedślubnych przygotowań. Suknie, kwiaty, wybór dekoracji, rodzinne spotkania i marzenia o idealnej uroczystości tworzą piękne tło dla rozwijającej się historii. Ten lżejszy, bardziej romantyczny element doskonale równoważy trudniejsze i bardziej emocjonalne momenty powieści.
Najbardziej urzekło mnie jednak przesłanie tej historii. To opowieść o drugich szansach, przebaczeniu i odwadze, by jeszcze raz zawalczyć o własne szczęście. O tym, że czasem największym wrogiem miłości nie jest brak uczuć, lecz brak rozmowy. O tym, jak ważne są chwile, które na pierwszy rzut oka wydają się nieistotne, a tak naprawdę składają się na całe nasze życie.
Ta książka wzrusza, rozśmiesza, łamie serce i na nowo je skleja. Przypomina, że nawet najbardziej bolesne rany mogą się zagoić, jeśli damy sobie szansę na szczerość i wybaczenie. To piękna, emocjonalna historia o miłości, która mimo przeciwności losu nigdy całkowicie nie zgasła.
"Bóg zesłał ludziom pożywienie, a diabeł kucharzy”.
Czy można zamknąć wspomnienia w smaku? Czy jedno danie może stać się mostem łączącym świat żywych i zmarłych? Daria Lavelle w swojej powieści „Posmak” udowadnia, że jedzenie to coś znacznie więcej niż codzienna potrzeba. To emocje, historie i ludzie, których nosimy w sercu nawet wtedy, gdy już ich przy nas nie ma.
Konstantin Duchovny posiada niezwykły dar. Zmarli kontaktują się z nim za pomocą smaków pojawiających się na jego języku. Problem polega na tym, że często są to potrawy, których nigdy wcześniej nie jadł. Musi więc odtworzyć je niemal po omacku, kierując się jedynie tym, co czuje. Nie jest kucharzem, nie posiada kulinarnego wykształcenia, a jednak kolejne dania powstają pod jego rękami z zadziwiającą precyzją.
Szybko okazuje się, że nie są to zwykłe posiłki. Perfekcyjnie odtworzone smaki działają niczym zaklęcie. Pozwalają zmarłym na krótką chwilę powrócić do świata żywych, by odbyć ostatnią rozmowę, pożegnać się, wyjaśnić niedopowiedzenia lub po prostu jeszcze raz spojrzeć w oczy tym, których kochali.
Brzmi jak dar, o którym marzyłby niejeden człowiek.
Ale czy na pewno?
Bo gdzie przebiega granica między pomocą a ingerowaniem w naturalny porządek rzeczy? Czy można naprawdę ruszyć naprzód, jeśli ciągle ogląda się za siebie? I jaką cenę trzeba zapłacić za możliwość spotkania z tymi, którzy odeszli?
To właśnie te pytania sprawiają, że „Posmak” jest czymś więcej niż tylko historią z elementami realizmu magicznego.
Akcja rozgrywa się w Nowym Jorku – mieście pełnym różnorodności, smaków i kultur. To miejsce idealnie współgra z całą historią. Klimatyczne restauracje, niewielkie knajpki i kuchnie wypełnione aromatami przypraw tworzą wyjątkowe tło dla wydarzeń. Podczas lektury niemal czułam zapach przygotowywanych potraw i wielokrotnie łapałam się na tym, że opisy dań pobudzają wyobraźnię równie mocno jak same losy bohaterów.
Największym atutem książki jest jednak jej emocjonalność. Każda osoba trafiająca do Konstantina niesie ze sobą własną historię. Jedni pragną wybaczenia, inni zamknięcia pewnego rozdziału, jeszcze inni chcą po prostu powiedzieć ostatnie „kocham”. Dzięki temu autorka pokazuje całą gamę ludzkich uczuć – od tęsknoty i żalu po miłość, wdzięczność i nadzieję.
Bardzo spodobało mi się również to, że Lavelle nie skupia się wyłącznie na samym motywie kontaktu ze zmarłymi. To przede wszystkim opowieść o radzeniu sobie ze stratą i o tym, jak różni ludzie przeżywają żałobę. O tym, że czasem najbardziej potrzebujemy nie odpowiedzi, ale możliwości wypowiedzenia słów, które zbyt długo pozostawały niewypowiedziane.
„Posmak” okazał się dla mnie prawdziwą literacką perełką. To jedna z tych książek, które trudno porównać do czegokolwiek innego. Świeża, oryginalna i napisana z ogromną wrażliwością. Zaskakuje pomysłem, wzrusza historiami bohaterów, momentami bawi, ale przede wszystkim skłania do refleksji.
Po zamknięciu książki długo zastanawiałam się nad tym, jak wiele wspomnień potrafi kryć się w smakach i zapachach. Jak często jedno danie może przywołać twarz bliskiej osoby lub moment, który wydawał się dawno zapomniany.
To powieść dla wszystkich, którzy lubią historie nieoczywiste. Takie, w których magia przeplata się z codziennością, a niezwykły pomysł służy opowiedzeniu czegoś bardzo prawdziwego o człowieku.
Daria Lavelle stworzyła opowieść, która zostawia po sobie dokładnie to, co sugeruje tytuł – posmak. Delikatny, słodko-gorzki i pozostający w pamięci jeszcze długo po przeczytaniu ostatniej strony.
Nie od dzisiaj wiadomo, że wiersze nie są dla wszystkich ludzi, ponieważ nie bywają prostym zdaniem oznajmującym. W nich prawda jest ukryta pomiędzy słowami, mają swoje przesłania, introspekcje, przemyślenia oraz konkretne postrzeganie świata z punktu widzenia konkretnej osoby. Jestem nawet przekonana, że czytają je tylko osoby, które poszukują w życiu czegoś więcej, ponieważ kiedyś jak i w wierszu, tak i w bajce prawda życia była zawarta. Celowo podkreślam, że dawne, ponieważ kiedyś świat skupiał się na zaciekawieniu ludzi, pomocy im oraz pokazaniu w jaki sposób mogą sięgnąć po dobrobyt. Niestety niewiele osób było w stanie to dostrzec, dlatego wmówiono sobie, że wiersze są dla inteligentnych, dla tych, co nie mają zajęcia w życiu, tylko tracą czas na czytanie. Wiem, bo dorastałam w otoczeniu, gdzie ogrom ludzi było tego przykładem. Wgrywali sobie własne systemy nie dostrzegając obfitości, która została im na tacy podana. Jednak to nie ich wina, ponieważ jeśli ktoś czegoś nie chce, to nic nie da podarowanie mu czegoś za darmo, ponieważ i tak nie zrobi z tego korzyści. Pewnie zastanawiacie się do czego dążę. Już tłumaczę.
Natrafiłam na książkę autora według niektórych zupełnie przypadkiem, a według mnie, ściągnęłam ją sobie myślami zastanawiając się, czy jeszcze ktoś potrafi pisać wiersze mądre pokazujące prawdę, szczerość i uczciwość słowną jak i intencjonalną. W wyniku pewnych wydarzeń właśnie ta pozycja się u mnie zmaterializowała i pokazała, że są ludzie którzy potrafią w wierszach prawdy życiowe opisywać. Przytoczę wam kilka wybranych z wierszy wersów:
,,Zakrwawiona koszula i zraniona
dziewczyna, jak łatwo jest chybić,
nie strzelaj, gdy to żywym zagraża,
nawet słowem, gdy pewności nie ma"
,,Nowe narzędzia mieć będą,
myśli będą czytać technologią,
nie zmysłów nową zdolnością,
biologicznie będą tą samą istotą"
,,Bo ludzie hołubią nadal absurdy,
te do nich przylgnęły na wieki,
to symbol święty, chociaż durny,
celebrowane najświętsze ścieki"
Tak naprawdę mogę grono takich cytatów wam pokazywać, gdyż były też takie o niepotrzebnej nauce historii, o tym, że politycy dostają pieniądze za to, że mówią rzeczy w które ktoś chce wierzyć, o tym, że powtarzamy sobie złe słowa dlatego je dostajemy i nikt nie pomyśli, by je odmienić. Naprawdę multum mądrych słów i przekazów ukazanych rymowanymi wierszami, czasami nierymowanymi, ale zachowującymi jedność sylab przypisanych do konkretnych rodzajów wierszy. Bardzo ale to bardzo mi się podobały. Złożone z słów prostych, czasami starodawnych ale w złożeniu z symboliką przekazu, wprost idealnych do opisanych sytuacji. Jednemu posłużą za przeczytanie, innemu za przekaz, a jeszcze innemu za mantrę, która odmieni jego życie jeśli weźmie z nich przykład i prawdę przeczytaną u siebie zastosuje. Mi zaimponowały tym, że nie objęły jednego tematu, nie skupiły się na jednym przekazie, tylko ukazały życiowe prawdy od strony ludzkiej a w tym politycznej i mieszczańskiej. Patrząc na życie autora bardzo mnie cieszy, że jego ważne wnioski zawarł dla potomności społecznej. Ze swojej strony Mu za to dziękuję:-)
Ta książka idealnie pokazała jak zachowują się osoby, które potrafią manipulować innymi. Tam humor zmienia się w zależności od tego jaki efekt próbują uzyskać. Mogą płakać na zawołanie, oskarżać bezpodstawnie i wyrażać skruchę, by uzyskać przychylność osoby, która jest w ich planie. Autorka idealnie odwzorowała zachowanie takich osób oraz dała takie potwierdzenie na tezę, że jeśli gdzieś kogoś coś zabolało, to tam się wyszkolił, by później innych w tej sferze móc uleczyć. To taka rekompensata dla samego siebie z oczywiście dobrym wydźwiękiem dla społeczności. Tutaj taką różnicę stanowiła sama terapeutka, która miała swoje dawne traumy, które nie zostały uleczone i za sprawą swojego wgranego paradygmatu, odbierała osobiście wydarzenia, które działy się w małżeństwie, którego terapię prowadziła. W pewnym momencie sama kwestionowała siebie, gdyż nie wiedziała komu może zaufać, kto w tamtym małżeństwie był winien i co tak naprawdę powinna była z tym zrobić.
Powiedziałabym nawet, że mamy tu wielkie mistrzostwo aktorskie, gdyż podkreślone jest zachowaniem i drobnymi rzeczami kiedy ktoś dramatyzuje oraz kiedy znamy plany postaci, bo nam o tym opowiada, ale natrafiając na przeszkody staje się zakłopotana, bądź też wkłada swoje zdanie w usta osoby na której opinii jej zależy. Tak naprawdę koniec książki dopiero wszystko wyjaśnia i spodoba się ona osobom, które lubią zagrywki psychologiczne. Dla tych, którzy wielbią spokojne opowieści może się stać ona nieco skomplikowana, ale dla wyrzynaczy psychologii będzie nie lada gratką w którą wejdą z przyjemnością.
Nasuwa mi się też taki wniosek, że praca psychiatry czy psychologa to ogólnie ciężka praca, gdyż słuchają o problemach tysięcy osób, a każdy przychodzi z czymś innym i zaraz po terapii muszą się przestawić na inną osobę, a po wszystkich pacjentach trzeba to jeszcze oddzielić od życia prywatnego, które też nie zawsze jest udane. Nigdy też nie wiadomo, czy osoba korzystająca z takiej opieki jest przypadkiem, czy czasami nie wejdzie zbyt mocno, że zacznie się uginać zasady, jakich należy przestrzegać.
Pozycja napisana z perspektywy samych postaci, dlatego wiemy co knują, choć pobieżnie i wiemy jak wygląda to od strony tej drugiej postaci. W ten sposób nasza psychika pracuje na wysokich obrotach. Jest też możliwość, że właśnie nie każdy za tym nadąży. Ja osobiście uwielbiam takie zagrywki psychologiczne, gdyż zawsze później będę w stanie przewidzieć reakcję innej osoby, która niekoniecznie będzie mi dobrze życzyła. Jest też możliwość, że zwyczajnie lubię patrzeć szerzej aniżeli na wprost:-)
Podsumowując, ja jestem z niej zadowolona, gdyż znam trzy książki o podobnej tematyce i jak dwie były bardzo podobne, tak ta potrafiła mnie zaskoczyć:-) Z tego względu bardzo ją polecam:-)
Pozycja jest bardzo obfita w emocje. Autor chyba nie potrafi pisać spokojnych książek i w sumie chwała mu za to:-) Wpierw pokazuje nam szczęście rodzinne, gdzie para długo starała się o dziecko, a jedyne co udało im się stworzyć to wspomnienia po aniołku, któremu nie dane było z nimi się zobaczyć. Czas tutaj leci niczym woda z kranu, opisywane są wydarzenia jak bardzo przeżyli swoją stratę. Ogromny wpływ psychiki i rozważań w tym temacie trafia prosto do serca. W końcu jednak udaje im się i choć nie za pomocą naturalnego sposobu, a adopcji, to jednak nie posiadają się ze szczęścia. Tutaj był taki przerywnik, gdyż wkraczamy w opowieść kobiety, która opisuje nam w jaki sposób poznała się z mężem i jak wiele dobrego on dla niej zrobił. Opisuje go w samych superlatywach, sami poznajcie jakim cudem się dla niej okazał. Tak naprawdę ona nigdy nie przestała mu być wdzięczna za te rzeczy i wiemy, że ta sprawa właśnie będzie miała ogromne znaczenie później. To się czuje poprzez treść, jakby jesteśmy naprowadzeni na dalsze sceny, kiedy widzimy, że po pewnym czasie sielankowego życia w ich małym gniazdku rodzinnym coś się zmienia. Sześciolatka, którą przyjęli pod swój dach mówi swojej prawnej opiekunce rzeczy, które szokują ją jak i nas. Niby nic niepozornego, pierwsza niepewna rozmowa po której wydaje się być, że nastąpił przełom. Później natomiast samo zachowanie i słowa dziewczynki zmieniają się na zbyt… i tu sami sobie dopowiedzcie, gdyż dużo by tutaj wkładać słów. Nagle jednak nadchodzi czas zapowiadający z pozoru spokojną rozmowę między matką a córką, która zmienia dosłownie wszystko. W bardzo niewinny sposób zostają przekazane informacje sugerujące niepoprawne zachowanie mężczyzny względem dziecka. Tutaj świat jakby staje na głowie, a wydarzenia mocno przyspieszają. Teraz zostaje zadane pytanie, kto jest prawdziwy, dziecko, czy mąż? Jeśli jednak mąż, to w jakim celu zadziało się to, co się zadziało? Jeśli dziecko, to czy tak wielkie pragnienie potomka mogło być ukierunkowane na tak pospolite i nieprawe pobudki? Uf, emocji jest co niemiara…
Jak tylko rozpoczęłam ją czytać, to dosłownie nie mogłam przestać. Tutaj nie ma podpowiedzi kto może być bardziej winny czy niewinny, bo obie strony są jednakowo prawdziwe. Można snuć ogrom domysłów, ale pod koniec tak naprawdę zacznie się tutaj wychodzić prawda. To była jak rozmowa z sumieniem, które przypominało wszystko ,,za” i odnosiło się do każdego ,,przeciw”. Bardzo pochłaniająca i pobudzająca treść. Kawa jest tutaj zbyteczna. Według mnie kolejny raz autor pokazał, że nie zawsze tylko tematyka jest najważniejsza, ale odpowiedni przekaz:-)
Wcześniejszy tom zakończył się jakby plagą nieszczęść dla postaci z książki. Każdemu coś nie wyszło, ktoś umarł, zachorował albo stracił majątek, czy też kogoś do kochania. Dosłownie jakby plaga przeszła od połowy treści i w sumie zostaliśmy pozostawieni w sporych nerwach, bo niewiele wskazywało na to, że cokolwiek zmieni się na plus. Jednak, kiedy zaglądamy do owej pozycji widzimy, że coś w naturze postaci nakazuje im odnaleźć to szczęście, choćby rozpoczynając dzień chwilą ciszy i spokoju dla siebie. Kobiety marzą tutaj o pięknym życiu, nawet nam je opisują, jednak same na końcu niepotrzebnie negują to, co wydawało im się piękne. Czują się niewystarczające, zmęczone i obarczone błędami, które czasami nawet bardziej w sobie podsycają. To dzieje się u kilku bohaterów, gdyż zaglądamy prze firanki do sypialni wielu postaci. Autorka stworzyła świat wielu osób, ich potknięć, zmęczenia macierzyństwem, nietrafnych decyzji, nieodpowiednich połączeń czy też wyrzutów sumienia. Niby chcieli być szczęśliwi, ale uważali, że owe błogosławieństwo jest nie dla nich. Myślę, że pod tym kontem wielu czytelników pokiwa głową i utwierdzi się tylko, że nie są sami, że jest ktoś, kto ma gorzej. Choć może ucieszą się z czasów w jakich żyją, że teraz kobiety mają więcej do powiedzenia niż mężczyźni. Dobrym tematem i smutnym jednocześnie było ukazanie jak młode osoby bardzo poważnie podchodzą do życia i przez to czują się skrzywdzone. Zamiast mówić i wydać z siebie złości, milczą dokładając sobie niepochlebnych myśli. Wszelkie rozmowy w dobrej wierze, ale przepełnione złośliwościami, przechodzą na czytelnika. Niby widzimy w tym zrozumienie, ale zbyt mocny nacisk na przeginanie i wyżywanie się na innych sprawia, że w nas również podnosi się ciśnienie. W ogóle miałam wrażenie, że przewijał się tutaj temat nie tyle braku wyjścia, lecz utwierdzania się w złych przekonaniach, jakby samobiczowanie. Później składają jednak obietnice, że się zmienią. Poszukują ratunku będąc na skraju wyczerpania psychicznego. Temat zielarki był dla mnie czasem na uśmiech i obietnicę szczęścia.
W dużej mierze to tom o kobietach, ich troskach, problemach w małżeństwie, wychowywaniu dzieci i braku takiej wolności. Z pewnością znajdzie uznanie wielu kobiet, jednak pamiętajcie, że tomy są kontynuacją poprzednich wydarzeń i pomimo początku, który skraca poprzednie wydarzenia, warto jednak wejść w sagę od momentu, kiedy to wszystko się zaczęło. Wtedy wbijecie się w rytm i podejmiecie decyzję, czy wasze spojrzenie na świat pokrywa się z wyobrażeniem tego w książce. Jeśli wasza odpowiedź będzie twierdząca, to reszta popłynie już sama:-)
Jest tutaj wiele postaci, ale na spokojnie wiemy o kogo chodzi, o ile znacie tomy wcześniejsze. Autorka ma dar do przenoszenia nas do przeszłości. Szanuje to i dlatego doceniam to punktacją:-)
Dosłownie przez całą książkę czułam jakbym oglądała jakiś film, ewentualnie była słuchaczem słuchowiska, gdzie narrator robił co w swojej mocy, żeby zwrócić na siebie uwagę. Wszelkie emocje, które tutaj spotkacie, zachowania postaci, czy nawet niecenzurowane słowa były tutaj w stłumionym wydźwięku. Jakby odbijały się od szklanego pomieszczenia, gdzie my byliśmy po tej drugiej stronie. Nawet nie odczułam, że ją czytam, gdyż i wydarzenia zmieniały swoje miejsce, postacie przeskakiwały od jednego do drugiego i raz czytałam o złości skontaktowanej z zaskoczeniem i później dochodziła rezygnacja, kiedy odbierający telefon musiał zrezygnować ze swoich planów na rzecz nieżyjącego mężczyzny. I jeszcze to oburzenie, że ostatnio trafia im się dużo trupów, jakby chodziło o złapanie gumy w kole:-) Nie wiem czy mnie dobrze rozumiecie, bo dla mnie było to na duży plus. Każda postać żyła sobie tutaj jakby w swoim świecie na innej częstotliwości i kiedy druga osoba pojawiała się obok bez względu w jakiej postaci, to stwarzała pozory jakby konfrontacji innych światów i wibracji. Często bowiem bywa tak, że kiedy ktoś w książce krzyczy, to reszta powiela jego intonację zachowania, więc jakby każdy jest wtedy taki sam. Tutaj tego nie ma, bo jest wielobarwność, więc nadal w konfrontacji z drugą osobą każdy z nich mówił oraz zachowywał się w swój konkretny sposób. Z mazi kolorów nie powstawał czarny, tylko taka tęcza:-) Taką barwniejszą postacią jest tutaj pisarz, który powraca do swojego miejsca w poszukiwaniu weny i spokoju. Zamiast tego napotyka na zwłoki oraz panią porucznik, która w intonacji jest jego totalną przeciwniczką. Nawet jego twórczość odbija się u niej czkawką. Miejsce, które przyjdzie im odwiedzać będzie się szczyciło złą sławą przeszłości, która jakby odżyła w postaci dawnych dusz rzekomo poruszających się po jej terenie. Historia dosyć tajemnicza, gdyż czytelnik zastanawia się czy czasami nie pada ofiarą czyjejś wyobraźni, czy faktycznie woli żyć w świadomości, że duchy nie istnieją. I tak w sumie jedna rzecz będzie tutaj pewna. Ludzie nie lubią dzielić się swoimi brudnymi sekretami. A już zwłaszcza wtedy, kiedy ktoś zbyt intensywnie zaczyna węszyć:-)
Jak dla mnie to mega opowieść, ale jestem ciekawa jak bym ją odebrała, gdybym znała wcześniejsze tomy:-) Ciężko jest odłożyć ją na bok, gdyż tutaj wciąż coś nowego dochodzi i same paranormalne wydarzenia stają się dosyć zajmujące, gdyż kiedy już łapiemy za koniec tajemnicy, to ona nam się wymyka ukazując, że jednak końce były dwa:-) Postacie są oryginalne, mają swoje zdanie oraz charakterki i sama posiadłość niesie duży cień na to, co się w niej działo. Jak dla mnie mega dzieło, chcę takich więcej!