Samo wejście do tej lektury jest interesujące, ponieważ czytamy o dryfującym ciele, które wymaga wyłowienia i zabezpieczenia śladów, a z powodów tu opisanych wszystko dzieje się zbyt późno. Widzimy, że to nie będzie prosta procedura, ponieważ mamy zwróconą uwagę na świadków oraz inne postacie, które dziwnie się zachowują. Następnie jest przeskok czasowy do 1944 roku, gdzie zauważa się tajemnicze transporty leśne okryte plandekami. Mówiono ludziom wszystko, aby sprawa była zwyczajna, jednak byli tacy, którzy wiedzieli więcej. Były to tereny zakazane, których pilnował wielki wilczór. Wszystko jest tam tajemnicze i niebezpieczne, ponieważ jeden niespokojny wzrok, czy też przypadkowe zainteresowanie sprawiało, że drugi raz ta osoba już tego nie dokonała. Co się tam działo wychodzi z dużo dalszą treścią.
Opowieść o dalszym czasie jest utkana z wielkiej tajemniczości. Co rozdział to nagłówek głosi z jakiego czasu historia została wyłoniona. Wiele rzeczy opisanych we wsteczności jest tajnych, ukrytych i nielegalnych. Za fasadą bólu kryją się piękne opisy natury, jakby chciano przypieczętować fakt, że tylko człowiek ma prawo być zły, ponieważ natura rządzi się swoimi prawami. Poznajemy tu też pewnego mężczyznę, który pilnuje tajnego miejsca aby zawsze na wszelką ewentualność było przygotowane na nagłe wydarzenia. Ma nieco żalu do siebie, że nie może brać w tym czynnego udziału ze względu na swój stan ciała, jednak praca przy tak poważnym zadaniu nieco mu to rekompensuje.
W czasie obecnym mamy wzmiankę o innym mężczyźnie, który z ciekawości zaczyna zaglądać w więcej miejsc, które pomimo lat nie użytkowane w stanie faktycznym, wciąż działają w trybie ludzkim. Był pewien, że to tylko ciekawość z miłym towarzystwem u boku, jednak nie wiedział, że przeszłość wciąż chce tam pozostać.
,,W każdym razie czuję, że dotknęliśmy czegoś, co może być większe, a na pewno bardziej mroczne od legendy o skarbie Samsonowa."
Podsumowując, pozycja jest typowo szpiegowska, jednak dodatek natury oraz ludzi, którzy zostali pokazani jak przeżywali czasy wojenne oraz obecnie kto jak się zachowywał, czego się obawiał i jak bardzo obserwował tego, który myślał, że jest niewidoczny, a już z pewnością przemawiała za nim jedynie ciekawość dawnych okopów czy skrytek, pokazuje, że odebrać ją można jak za prawdę. Podczas lektury rodzi się w nas wielka ciekawość, jedynie szczegółowe opisy tego co ukrywali i w jaki sposób działali lekko mnie dekoncentrowało. Była tam pewna nerwowość, która na mnie przeszła, lecz w ogóle można uznać to jedynie za plus dla autora. Wielbiciele wojennych sekretów, okopów czy utajnionych informacji z czasu powojennego będą nią najbardziej zachwyceni:-)
🌊 WOW. Może niektórzy z Was spodziewali się tego, co znajdą w środku, a ja, jak zawsze, muszę się nagłowić. Czasem chciałabym zgadnąć i rozwikłać zagadkę. Powiedzieć sobie TADAM! Jestem genialna, lecz po czasie myślę sobie, że to chyba fajnie móc czytać książki, które są tak dobrze skonstruowane, że czytelnik,w tym ja, musimy się wysilić, żeby rozwikłać, o co chodzi… Na mojej drodze pojawiają się takie kryminały, przy których czytelnik grzecznie czyta, kiwa głową i próbuje rozwiązać zagadkę razem z bohaterami. A potem trafia się „Kamień w wodę” Pauliny Cedlerskiej i nagle moje, wasze detektywistyczne ambicje zostają wystawione na bardzo poważną próbę. 😂📚 Co do fabuły, to info dostępne jest wszędzie. Historia zaczyna się od morderstwa młodej dziewczyny. Jej ciało zostaje znalezione przy starej garbarni, a obok pojawia się trop, którego zdecydowanie nie chciałabym znaleźć podczas porannego spaceru: guzik pokryty ludzką skórą. 😳 Tak, dobrze przeczytaliście-LUDZKĄ SKÓRĄ. Już, w tym momencie wiadomo, że spokojnego kryminału przy herbatce raczej nie będzie, a najlepsze dopiero przed nami, bo DNA znalezione na guziku prowadzi do nastolatki, która zaginęła wiele lat wcześniej. No i proszę bardzo… zagadka sama się nie rozwiąże, więc wchodzimy w to! 🕵️♀️.
Do Czernika wraca podkomisarz Jakub Lubański, a jego powrót zdecydowanie nie przypomina sentymentalnej wizyty w rodzinnych stronach. To właśnie tutaj przed laty zaginęła jego siostra, więc obecne śledztwo szybko zaczyna się mieszać z jego własną przeszłością. Jakby jeden problem był za mały! 😉 Jakub próbuje rozwikłać sprawę, a jednocześnie prowadzi własną, obsesyjną pogoń za tajemniczym Lalkarzem. Tutaj zaczyna się prawdziwa zabawa, bo Czernik okazuje się miejscem, w którym przeszłość ma wyjątkowo dobrą pamięć. Tajemnice sprzed lat powoli wychodzą na światło dzienne, bohaterowie mają swoje sekrety, a kolejne elementy układanki, zamiast wszystko porządkować, momentami robią jeszcze większy bałagan. 😂🧩 Człowiek myśli: „Dobra, już wiem!”. Po chwili książka odpowiada: „Tak? To bardzo się cieszę. Czytaj dalej.” 😏.
Autorka nie daje nam wyłącznie zagadki kryminalnej. Dostajemy tutaj mroczny klimat, małomiasteczkowe tajemnice, wydarzenia rozgrywające się na dwóch płaszczyznach czasowych, trudne emocje i bohaterów, których przeszłość zdecydowanie nie zamierza zostawić w spokoju. Jest śledztwo, jest napięcie, są pytania, jest Lalkarz i jest ten cudowny moment, kiedy zaczynacie podejrzewać absolutnie wszystkich. 😂 Co najbardziej mi się podoba? Ta książka pokazuje, że czas wcale nie musi leczyć ran. Czasami tylko przykrywa je kolejną warstwą milczenia, a kiedy ktoś w końcu zacznie grzebać w przeszłości, może się okazać, że pod spodem czeka coś, czego zdecydowanie nie chcieliśmy znaleźć. Właśnie dlatego „Kamień w wodę” to nie jest książka wyłącznie o tym, kto zabił. Według mnie to historia o sekretach, konsekwencjach dawnych wydarzeń, obsesji, stracie i o tym, jak mocno przeszłość potrafi trzymać człowieka za gardło. A wszystko podane w kryminalnym sosie, który momentami robi się naprawdę gęsty. 🖤
Jeżeli lubicie książki, przy których możecie sobie urządzić prywatne śledztwo, obstawiać podejrzanych, zmieniać teorię co trzy rozdziały i z satysfakcją stwierdzać „HA! Wiedziałam!”, po czym kilka stron dalej odkrywać, że jednak absolutnie nic nie wiedzieliście… proszę bardzo, oto Wasza lektura. 😂📖 A jeśli znacie „Lalkarza”, to tym bardziej warto mieć go gdzieś z tyłu głowy, ponieważ „Kamień w wodę” nie jest jego bezpośrednią kontynuacją, ale znajdziemy tutaj powiązania z wydarzeniami i postaciami z poprzedniej książki. Przyznaję, że nie znam „Lalkarza”, więc z ciekawością muszę nadrobić.
To wspaniała seria dla młodego czytelnika, która nie tylko opowiada przygody puchaczy, ale i poprzez wydarzenia pokazuje co się w danym czasie w naturze zmienia. Opisana wiosna na kartach tej kolorowej i pięknej oraz mądrej książki opisuje nam najważniejsze wydarzenia wiosenne, które wręcz rodzą się do życia. Dziecko poznaje znaczenie Równonocy oraz datę astronomicznej wiosny. W wydarzeniach widzimy jak młody puchacz został porwany przez prąd wodny, który obudził się do życia podczas topnienia śniegu. To też nauka samodzielności, gdyż rodzeństwo puchacza opuściło już gniazdo i teraz sam był zdany na siebie. Inne zwierzęta obserwowały go w tej walce trzymając kciuki, nie pomagając, ponieważ wiedzą, że w lesie mogą przetrwać tylko najsilniejsze okazy. W ten też sposób w nowym dziale poznajemy słowo ,,Powódź". Z nim obserwujemy opowieść borsuka, który wykopał swoje głębokie tunele z zawsze awaryjnym wyjściem, by miał drogę ucieczki przed nieproszonym gościem. Ta historia była dla zrozumienia nie tylko przez puchacza, ale i przez dziecko, że kiedy ktoś robi się dorosły to sam musi znaleźć swoje miejsce. U borsuka w norce czasami chowają się też inne zwierzęta, lecz sam borsuk lubi zapraszać tylko te, które sam może skonsumować:-)
Z ważniejszych haseł znajdziecie tutaj opisane parowanie, jak powstają chmury, skąd powstaje deszcz, co to jest segregacja śmieci i jakie kolory do jakiej segregacji służą, co to jest kompas i jak go używać, jak powstaje tęcza oraz z jakich kolorów się składa. Podsumowanie jej jest piękne, gdyż opowiada o tym jak nasi rodzice chcą abyśmy byli w życiu szczęśliwi i mogą nam podsuwać pewne pomysły na przeżycie go, lecz zawsze musimy słuchać siebie i żyć tak abyśmy to my byli w nim szczęśliwi.
Cała seria składa się z tytułowych pór roku w których to główni puchacze dorastają i poznają swoje życie. Pomiędzy opowieściami w których występują też inne zwierzęta są ukryte ciekawostki, które dziecko zaczyna poznawać w zerówce i pierwszej klasie. Jeśli wcześniej pojmie jak nasze życie działa z czego się składa i jak należy postępować aby było naprawdę miłe i przyjemne, to będzie je tak widziało, nie z formy braku, ale zaradności i odwagi. Nauczy się zadawać pytania i być ciekawym, co tylko podsyci jego zainteresowanie w wybranym dla siebie kierunku. Również rodzic dostanie lekcję jak nie wymagać aby nasze dzieci kształciły się w tej dziedzinie, którą my dla nich wybierzemy, ale byśmy dali im prawo wyboru do pójścia tam, gdzie poczują się najlepiej. Każdy z nas jest inny i to jest wspaniałe:-)
Polecam serię z całego serca by dziecko już teraz podczas jesieni mogło obserwować kiedy natura będzie się zmieniała w zimę, kiedy w wiosnę, a później lato. Czasami data w kalendarzu to nie wszystko, a natura nigdy się nie myli:-)
🎹 KTOŚ MI PROSZĘ WYJAŚNI, JAK MOŻNA BYŁO TAKĄ KOBIETĘ PRZEMILCZEĆ?! Bo ja po tej książce mam ochotę złapać historię za kołnierz i powiedzieć: „Kochana, chyba coś Ci się tutaj mocno pomyliło!” 😂 Agnieszka Lis w „Przemilczanej” zrobiła rzecz, którą uwielbiam. Wzięła kobietę, o której zdecydowanie powinno być głośniej, otrzepała ją z kurzu zapomnienia i postawiła przed nami Teklę Bądarzewską-Baranowską. Kompozytorkę, pianistkę, kobietę z talentem, marzeniami i własnym pomysłem na życie. Kobietę, która żyła w czasach, kiedy świat miał dla kobiet bardzo konkretną instrukcję obsługi: ładnie się zachowuj, dobrze wyjdź za mąż, zajmij się domem i broń Boże, nie wychylaj się za bardzo. 😏
Tekla najwyraźniej tej instrukcji nie przeczytała albo, przeczytała i stwierdziła: „No bez przesady” 😂 i całe szczęście, bo oto mamy kobietę, która tworzy muzykę, a jej „Modlitwa dziewicy” robi międzynarodową karierę. Paryż? Jest. Nowy Jork? Jest. Wydania nut? Są. Popularność? Jak najbardziej, a nazwisko? Nazwisko powoli znika. Tutaj już robię wielkie oczy. Jak to możliwe, że można stworzyć coś, co poznaje świat, a potem własna historia niemal znika z pamięci? „Przemilczana” jest dla mnie właśnie o tym. O kobiecie, której talent okazał się większy niż miejsce, jakie jej wyznaczono, o marzeniach, które trzeba było upychać między obowiązkami, o życiu, w którym „czego chcesz?” niekoniecznie było pytaniem, które kobieta mogła sobie zadawać bez konsekwencji. I wiecie, co mnie w tej książce kupiło najbardziej? No właśnie. Ja sama nie miałam pojęcia o tej kobiecie a po przeczytaniu przesłuchałam chyba wszystko co dostępne jest w internecie nie tylko muzykę ale i starałam się bardziej zagłębić w jej życie. Smutne jest to że nie promujemy naszych kompozytorów jak na to zasługują.
Tekla nie jest pomnikiem. Nie dostajemy bohaterki siedzącej na piedestale z miną „patrzcie, oto wielka kobieta z historii”. Dostajemy człowieka z emocjami, pragnieniami, dylematami, codziennością z tym wszystkim, co sprawia, że zaczynamy ją rozumieć, a nie tylko podziwiać. Właśnie tutaj autorka zrobiła mi psikusa. Zaczęłam czytać o XIX-wiecznej kompozytorce, a skończyłam na rozkminianiu własnego życia. 😂 Dziękuję bardzo, pani Agnieszko. Człowiek chciał sobie spokojnie poczytać, a tu nagle rachunek sumienia gratis. Bo ile razy sami robimy dokładnie to, co robiło mnóstwo kobiet przed nami?
„Jeszcze tylko to zrobię.”
„Teraz nie mam czasu.”
„Może kiedyś.”
„To nie jest takie ważne.”
„Najpierw inni.”
„Przecież są ważniejsze sprawy.”
I tak odkładamy siebie na później. Tylko że „później” jest wyjątkowo zdradliwe. Potrafi się ciągnąć miesiącami, latami, czasem całym życiem. Tutaj „Przemilczana” zaczyna być dla mnie czymś więcej niż opowieścią o zapomnianej kompozytorce. To książka o tym, że nie powinniśmy pozwalać, aby cudze oczekiwania stały się scenariuszem naszego życia. Nie mówię oczywiście, że każdy z nas ma jutro rzucić wszystko, kupić fortepian i komponować „Modlitwę dziewicy”. 😂 Chociaż… kto bogatemu zabroni? 😎 Chodzi o coś znacznie prostszego. O to, żeby czasami przypomnieć sobie, że my też jesteśmy ważni, że nasze zainteresowania nie są głupotami, że marzenia nie mają terminu przydatności, że nie wszystko, co nie przynosi pieniędzy, prestiżu albo zachwytu całego świata, jest stratą czasu. Aha, i jeszcze jedna rzecz. Zapomnienie nie oznacza, że coś było nieważne.
To chyba jedna z najmocniejszych myśli, jakie zostawiła mi ta książka. Tekla mogła zostać zapomniana przez kolejne pokolenia, ale to nie sprawia, że jej talent przestaje istnieć. Nie kasuje jej pracy, nie odbiera znaczenia temu, co stworzyła i jak bardzo można to przełożyć na nasze życie? Oj, bardzo. Czasami robimy coś pięknego i nikt nie klaszcze, czasami dajemy z siebie wszystko, a nikt nawet nie zauważa, czasami jesteśmy dla innych, wspieramy, tworzymy, pomagamy, wychowujemy, pracujemy, ogarniamy milion rzeczy naraz… a potem jeszcze zastanawiamy się, czy przypadkiem nie robimy za mało. No więc może czasami warto przestać czekać na oklaski. Nie wszystko musi zostać zauważone przez świat, żeby miało wartość, ale jednocześnie warto walczyć o to, żeby własnego głosu nie wyciszyć tylko dlatego, że komuś innemu jest z nim niewygodnie. I właśnie dlatego historia Tekli tak mocno mnie poruszyła. To nie jest wyłącznie historia kobiety z XIX wieku.
To historia o ambicji, ograniczeniach, marzeniach, pamięci i o tym, jak łatwo człowieka można przykryć kolejnymi warstwami „tak trzeba”, a ja po tej książce mam ochotę powiedzieć jedno: Dziewczyny, kobiety, ludzie, nie chowajcie siebie do szuflady tylko dlatego, że komuś pasuje, żebyście tam siedzieli cicho. ❤️ Róbcie swoje, piszcie, malujcie, śpiewajcie, czytajcie, twórzcie, uczcie się, zaczynajcie od nowa, wracajcie do rzeczy, które kiedyś Was cieszyły, a jeśli ktoś zapyta: „Po co Ci to?” Można odpowiedzieć bardzo kulturalnie: „Bo mam ochotę.” 😎 I koniec dyskusji. „Przemilczana” Agnieszki Lis jest dla mnie książką piękną, emocjonalną i niezwykle potrzebną. Taką, która przypomina o kobiecie, której historia zdecydowanie powinna była dać więcej miejsca. A mnie osobiście zostawiła z jedną myślą:
Nie pozwólmy, żeby nasze życie zostało napisane przez cudze oczekiwania. Może świat nie zapamięta wszystkiego, co zrobimy, ale my przynajmniej będziemy wiedzieć, że naprawdę byliśmy autorami własnego życia. ❤️🎹 I za to właśnie jestem tej książce ogromnie wdzięczna. Agnieszka Lis „Przemilczana”. Wydawnictwo Filia. Jeżeli lubicie książki, które oprócz historii zostawiają człowieka z czymś własnym do przemyślenia, wpisujcie ją na swoją listę. Nie dlatego, że ktoś powiedział, że trzeba. Tylko dlatego, że czasami warto poznać historię osoby, o której świat zapomniał, zanim sami zapomnimy, jak ważne są nasze własne historie. ❤️.Bardzo proszę o więcej takich książek. Książek o ludziach czynów o których nasz kraj, nasza historia zapomniała.
Czy o samym Marcelu Mossie jako pisarzu trzeba pisać wiele? Wydaje mi się, że nie, a osoby dobrze znające jego twórczość nie muszą nawet widzieć okładki, by rozpoznać autorstwo „Niegrzecznych dzieci”. Każda z zaproponowanych nam historii, a jest ich obecnie 41 (wraz ze wznowieniami) ma zawsze taką samą formę graficzną, znamienne są przeskoki czasowe, które ujawniają brudy z dawnych lat. U Marcela Mossa wspomnianych brudów nie zamiata się pod dywan, oj nie! Wręcz przeciwnie- im mocniejsza sprawa, tym intensywniejsze okazuje się dochodzenie do prawdy. Jestem nawet zdziwiona, że świeżo po lekturze nowej powieści mogę jeszcze w stanie racjonalnie myśleć, bo… czy ludzie naprawdę potrafią być tak okrutni? Czy mogą w ogóle nie przypominać normalnych postaci? Autor udowadnia, że tak i jeśli nawet wydaje nam się, że używa hiperboli, to wystarczy obejrzeć kilka autentycznych reportaży- polskich czy zagranicznych- by zmienić zdanie.
Książka ta wchodzi w skład cyklu o bardzo wnikliwym, a jednocześnie poturbowanym życiowo reportażyście Kornelu Malickim. W trzecim tomie znamienne było użycie retrospekcji, byśmy mogli lepiej zrozumieć postępowanie fikcyjnych bohaterów, a nawet potworów w ludzkiej skórze. Warto też rozwiać wątpliwości czytelników- cykl KORNEL MALICKI wymaga od nas zachowania porządku chronologicznego, a dobrze jest starannie wiedzieć, co wydarzyło się wcześniej w życiu najistotniejszych bohaterów. W innej kolejności można nieco się pogubić, co nie sprzyja dobrej lekturze i może źle wpłynąć na ogólną ocenę nowej książki.
Co kieruje ludzi ku złu i makabrze? Sama tego nie wiem, ale poprzez teksty Marcela Mossa zastanawiam się, czy zemsta może w ogóle coś dać? Myślę, że zapoznanie się z nową lekturą autora wręcz zmusi każdego do takich refleksji. Gwarantuję jednak- to, o czym teraz możemy przeczytać, mocno wbija w fotel, szokuje, daje do myślenia, lecz często tworzy też w nas aurę niedowierzania. Możemy myśleć, że pisarza ponosi wyobraźnia, lecz niestety- nie są to tematy wyssane z palca. Motyw gehenny za zamkniętymi drzwiami jest niewiarygodny, ale to tam mrok sięga najmocniej. Autor w zupełnie innym świetle stawia możliwość wychowywania się w rodzinach zastępczych- czy zawsze porzucone dzieci mają szansę na choć odrobinę czułości, miłości i elementarnej opieki? A co, jeśli zagubione dziecko manipuluje się do potęgi nieskończonej? Warto się nad tym pochylić, bo Marcel Moss niby się zagalopował, a może jednak nie?
I tym razem warto dodać, że Marcel Moss tworzy chyba najbardziej zaskakujące zakończenia w dziejach polskiej mieszanki gatunkowej, jaką jest kryminał, sensacja i thriller. Jestem przyzwyczajona do sentencji pisarza, która brzmi: moje powieści są zawsze zbudowane na zakończeniu. Tak, od dawna wiem, że to prawda, ale i tym razem zakładałam zupełnie inny finisz. Marcel Moss, w dobrym tego słowa znaczeniu, znowu zakpił sobie ze mnie i zmiażdżył me rozważania jednym ciosem, a konkretnie epilogiem. Mało tego, cykl o reportażyście Kornelu Malickim wcale nie kończy się na trzecim tomie, to nie będzie klasyczna trylogia. Autor ten ma zawsze głowę pełną pomysłów, ale wręcz boję się, co czeka mnie dalej, skoro jeszcze teraz nie schodzi ze mnie uczucie szoku i swego rodzaju obrzydzenia.
Marcel Moss bardzo dba też o interesujący zarys fabuły dostępny na okładce. Autor przedstawił nam skrót dwóch różnych historii, ale każda z nich ma w sobie gen makabry. Czy łączy je jednak coś jeszcze? Tego nie zdradzę, ale jeśli chodzi o mnie, to cała powieść mogłaby składać się wyłącznie z opowieści podanej przez niejaką Natalię vel Calineczkę. To właśnie opowieść, którą ma zamiar opisać Kornel Malicki, wywołała we mnie największy szok i jestem przekonana, że coś tak okrutnego nadaje się na ekranizację. Byłby to wtedy nie thriller, a horror najwyższych lotów. Wystarczy wyobrazić sobie dom w środku lasu i zamkniętą na cztery spusty piwnicę…
Prolog, epilog i 29 rozdziałów rozmieszczonych na 365 stronach- czy to wystarczająca dawka mroku i sadyzmu? Jak najbardziej, a i tak znalazło się miejsce także i na inne wątki. Nie zdradzę wszystkiego, ale cieszy mnie, że Marcel Moss, choć sam jest pisarzem, pokazuje nam nieczyste działania rynku wydawniczego. Pogoń za sukcesem jest tak ogromna, że wydawcy są w stanie zrobić naprawdę wiele, żeby osiągnąć sukces i zgarnąć najbardziej prestiżowe nagrody. Chcecie to sprawdzić? Zapraszam do lektury.
Mimo, że „Niegrzeczne dzieci” to książka przesiąknięta złem, patologią i strasznym działaniem wpływowych ludzi, to autor i tak znalazł miejsce na wątek, który choć trochę łagodzi brutalne opisy. Jest to też powieść przeznaczona dla miłośników zwierząt. Wątek więzi pomiędzy psem a jego właścicielem jest tu magiczny- psy także czują i należy im się szacunek i empatia. To one niejednokrotnie okazują się najlepszymi przyjaciółmi dla człowieka. Kto się o tym przekonał, na pewno to potwierdzi. Pamiętajmy też, że zwierzęta umierają, a nie zdychają- jest to stuprocentowa racja!
Cóż mogę jeszcze dodać- czekamy na tom czwarty, a Marcel Moss nigdy nie skazuje nas na wielomiesięczną posuchę literacką. Jest zupełnie odwrotnie- trudno za nim nadążyć, ale to oczywiście komplement.
„Nie moja wina. Jak umysł podejmuje decyzje za nas” Łukasza Płoszajskiego to książka popularnonaukowa z pogranicza psychologii, neurobiologii i codziennego życia. Nie znajdziemy tutaj klasycznej fabuły, jednego miejsca akcji ani bohaterów, których śledzimy od początku do końca. Zamiast tego autor zabiera nas w podróż po mechanizmach, które każdego dnia wpływają na nasze wybory – często zupełnie poza naszą świadomością.
I właśnie ta forma okazała się dla mnie największym atutem książki.
Autor nie zasypuje czytelnika suchą teorią. Poszczególne zagadnienia przedstawia za pomocą krótkich, niemal filmowych historii i sytuacji, które bez trudu możemy odnieść do własnego życia. Pojawiają się decyzje dotyczące relacji, zakupów, pracy, oceniania innych ludzi czy reagowania pod wpływem emocji. Dzięki temu łatwo zauważyć, że psychologia nie jest czymś odległym i zamkniętym w laboratoriach. Jest obecna w naszych rozmowach, wyborach, konfliktach, zakupach, relacjach i pozornie błahych codziennych sytuacjach.
Czytając, wielokrotnie łapałam się na myśli: „Przecież ja też tak robię”.
I chyba właśnie wtedy ta książka zaczyna działać najlepiej.
Płoszajski pokazuje, dlaczego czasami mylimy zauroczenie z miłością, ulegamy presji czasu, dajemy się przekonać osobie, którą uznajemy za autorytet, albo za wszelką cenę próbujemy udowodnić, że decyzja, którą już podjęliśmy, była właściwa. Przygląda się skrótom myślowym, emocjom i mechanizmom, dzięki którym nasz umysł potrafi bardzo szybko wyciągać wnioski – nie zawsze trafne.
W książce znajdziemy odniesienia do badań i koncepcji takich naukowców jak Antonio Damasio, Daniel Kahneman czy Robert Cialdini, ale nie sprawia to, że lektura staje się akademickim wykładem. Wręcz przeciwnie – wiedza jest podawana w przystępny sposób i przede wszystkim zostaje osadzona w konkretnych sytuacjach.
Nie ma tutaj tradycyjnych bohaterów. Bohaterem tej książki jest właściwie człowiek i jego umysł – ze wszystkimi jego możliwościami, ograniczeniami, emocjami i automatycznymi reakcjami. A dzięki temu podczas lektury bardzo łatwo zacząć przyglądać się również sobie.
To książka, która potrafi zaciekawić, zaskoczyć, ale momentami również lekko zaniepokoić. Bo świadomość, że nie wszystkie nasze decyzje są tak racjonalne, jak chcielibyśmy wierzyć, może być trochę niewygodna. Z drugiej strony daje coś bardzo wartościowego – większą uważność.
Podobało mi się również to, że autor nie próbuje przekonywać nas, że po przeczytaniu tej książki nagle staniemy się ludźmi podejmującymi wyłącznie idealne decyzje. To byłoby zresztą niemożliwe. Zamiast tego dostajemy wiedzę, która może pomóc zauważyć pewne mechanizmy wcześniej. A kiedy rozumiemy, co dzieje się w naszym umyśle, łatwiej zrobić krok wstecz i zastanowić się, czy naprawdę tego chcę, czy może właśnie ktoś próbuje wpłynąć na mój wybór?
Styl Łukasza Płoszajskiego jest lekki, komunikatywny i bardzo obrazowy. Autor sprawnie łączy naukowe informacje z historiami, dzięki czemu książkę czyta się zdecydowanie łatwiej niż typową literaturę popularnonaukową. Nie brakuje przykładów, które można od razu przełożyć na codzienne sytuacje, a kolejne rozdziały skłaniają do zatrzymania się i refleksji.
Nie jest to więc książka, którą po prostu przeczytamy i odłożymy na półkę. Sporo opisanych mechanizmów zostaje w głowie i zaczyna działać trochę jak filtr, przez który patrzymy na własne zachowania oraz zachowania innych.
Szczególnie poleciłabym ją osobom zainteresowanym psychologią, neurobiologią, funkcjonowaniem ludzkiego umysłu i mechanizmami wpływu społecznego, ale również tym, którzy chcą lepiej rozumieć własne reakcje i decyzje. To także ciekawa propozycja dla każdego, kto choć raz zastanawiał się, dlaczego zrobił coś, czego później żałował, albo dlaczego tak trudno było mu zmienić zdanie, mimo że pojawiły się argumenty przemawiające przeciwko wcześniejszemu wyborowi.
Najbardziej cenię w tej książce to, że nie daje prostych odpowiedzi na skomplikowane pytania. Zamiast tego pokazuje, dlaczego tak trudno być w pełni racjonalnym człowiekiem. I robi to w sposób przystępny, ciekawy i bardzo bliski codzienności.
„Nie moja wina” to lektura, która momentami bawi, momentami zaskakuje, a przede wszystkim zmusza do przyjrzenia się sobie. Po jej przeczytaniu zdecydowanie częściej można złapać się na pytaniu: „Dlaczego właściwie podjąłem/podjęłam tę decyzję?” – i właśnie w tym tkwi jej największa wartość.
To książka dla ciekawych własnego umysłu. Dla tych, którzy chcą nie tylko wiedzieć co robimy, ale przede wszystkim zrozumieć dlaczego czasami robimy to, co robimy.
Polecam – szczególnie jeśli lubicie książki, które poza dostarczaniem wiedzy zostawiają w głowie pytania jeszcze długo po zakończeniu lektury.
„Taniec w deszczu” Trude Taige to poruszająca powieść obyczajowa z wyraźnym wątkiem historycznym, rodzinną tajemnicą i historią miłości, która narodziła się w niezwykle trudnych czasach. To opowieść o kobietach, wojnie, wyborach, których konsekwencje potrafią sięgać znacznie dalej, niż moglibyśmy przypuszczać, oraz o prawdzie, która czasami przez lata pozostaje głęboko ukryta.
Historia rozpoczyna się współcześnie w Norwegii. Juni przyjeżdża na niewielką wyspę, gdzie znajduje się dom jej zmarłych dziadków. Podczas porządkowania pozostawionych rzeczy natrafia na fotografię, która na pierwszy rzut oka może wydawać się tylko starą pamiątką. Problem w tym, że obok młodej Tekli, jej babci, stoi nieznajomy mężczyzna w nazistowskim mundurze.
Juni zaczyna zadawać pytania, na które nie ma już kogo zapytać.
Kim był ten człowiek? Jaką relację łączyła go z Teklą? Dlaczego przez tyle lat nikt o nim nie wspominał?
To właśnie ta fotografia staje się początkiem poszukiwań, które prowadzą Juni nie tylko w głąb rodzinnej historii, ale również z Norwegii do Berlina, a następnie do Demmina – miejsca naznaczonego tragicznymi wydarzeniami maja 1945 roku.
I właśnie przestrzeń oraz czas odgrywają w tej książce ogromną rolę. Autorka płynnie przeprowadza czytelnika między współczesnością a przeszłością, pozwalając stopniowo odkrywać historię Tekli. Norweska wyspa, rodzinny dom, Berlin czy Demmin tworzą zupełnie różne tła dla wydarzeń, ale wszystkie łączy jedno – pamięć o wojnie i jej konsekwencjach. Szczególnie mocno wybrzmiewa kontrast pomiędzy spokojem współczesności a dramatem wydarzeń, które rozgrywały się pod koniec wojny.
Najbardziej zainteresowała mnie właśnie historia Tekli. Początkowo znamy ją jedynie z perspektywy Juni i tego, co udaje się jej odnaleźć. Z każdym kolejnym fragmentem przeszłości obraz młodej kobiety zaczyna się jednak zmieniać. Poznajemy jej emocje, lęki, nadzieje i uczucia, które w czasach wojny musiały mierzyć się z rzeczywistością, w której nie było prostych wyborów.
Bohaterki tej historii nie są jednowymiarowe. Juni jest kobietą, która nie chce zaakceptować przemilczeń i niedopowiedzeń. Jej ciekawość z czasem przeradza się w potrzebę poznania prawdy. Tekla z kolei staje się dla mnie postacią szczególnie interesującą – kobietą uwikłaną w wydarzenia, których konsekwencje miały wpływ nie tylko na jej życie, ale również na kolejne pokolenia.
Ważnym bohaterem tej historii jest również sam rodzinny sekret. Im więcej Juni odkrywa, tym bardziej zaczyna rozumieć, że niektóre wydarzenia zostały przemilczane nie bez powodu. Autorka pokazuje, jak wielka może być siła rodzinnych tajemnic i jak bardzo przeszłość może wpływać na ludzi, którzy sami przecież nie byli uczestnikami dawnych wydarzeń.
Podczas czytania towarzyszyło mi przede wszystkim zaciekawienie. Chciałam razem z Juni odkryć, kim był tajemniczy mężczyzna ze zdjęcia i dlaczego jego obecność została wymazana z rodzinnej historii. Z czasem ciekawość ustępowała miejsca wzruszeniu, smutkowi, niepokojowi, a momentami również niedowierzaniu.
Nie jest to jednak wyłącznie historia o wojnie. W centrum znajduje się człowiek i jego emocje. Miłość, tęsknota, strach, samotność, poczucie winy, nadzieja, ale także potrzeba poznania prawdy przeplatają się ze sobą i sprawiają, że historia nie pozostaje obojętna.
Podobało mi się również to, że autorka nie próbuje sprowadzić wszystkiego do prostej opowieści o dobrych i złych wyborach. Wojna pokazana jest jako rzeczywistość, w której ludzie musieli podejmować decyzje pod ogromną presją, a ich konsekwencje nie zawsze były możliwe do przewidzenia. Dzięki temu historia staje się bardziej ludzka i skłania do zastanowienia się nad tym, jak łatwo oceniać przeszłość z perspektywy bezpiecznej teraźniejszości.
Styl Trude Taige jest przystępny, obrazowy i emocjonalny. Autorka umiejętnie buduje atmosferę tajemnicy, stopniowo odsłaniając kolejne elementy historii. Przeplatanie współczesności z wydarzeniami z przeszłości sprawia, że czytelnik cały czas ma poczucie, że za kolejnym rozdziałem może kryć się następny fragment układanki.
„Taniec w deszczu” to książka przede wszystkim dla osób, które lubią sagi rodzinne, historie kobiet, tajemnice z przeszłości oraz powieści osadzone na tle wydarzeń historycznych. Spodoba się również czytelnikom, którzy lubią, kiedy współczesne śledztwo dotyczące rodzinnej przeszłości prowadzi do wydarzeń sprzed wielu lat.
Dla mnie była to przede wszystkim opowieść o tym, że przeszłość nigdy nie znika całkowicie. Można o niej milczeć, można próbować ją ukryć, można zamknąć stare fotografie w szufladzie, ale pewne historie i tak potrafią znaleźć drogę do kolejnych pokoleń.
„Taniec w deszczu” zostawia po sobie sporo emocji i pytań. To historia o miłości wystawionej na próbę przez wojnę, o kobietach, których losy splatają się na przestrzeni pokoleń, i o prawdzie, która po latach może okazać się trudna, ale jednocześnie potrzebna.
Jeśli lubicie rodzinne sekrety, historię, emocje i powieści, w których przeszłość krok po kroku wychodzi na światło dzienne – tę książkę zdecydowanie warto mieć na swojej czytelniczej liście.
Nina Zawadzka po raz kolejny sięga po historię, w której wielkie wydarzenia splatają się z losami zwykłych ludzi. „Ostatni rozkaz serca” to powieść obyczajowa z mocnym tłem historycznym, osadzona w latach 30. XX wieku, kiedy Europa coraz wyraźniej zbliżała się do katastrofy. Tym razem autorka zabiera czytelnika do Hiszpanii ogarniętej wojną domową, a szczególnie do Madrytu, gdzie życie z dnia na dzień staje się walką o przetrwanie. Ważnym miejscem wydarzeń jest również polska ambasada, która w tej historii staje się azylem dla ludzi szukających bezpieczeństwa.
Na początku poznajemy czworo młodych ludzi – Nataszę, Zbyszka, Beniamina i Annę. Każde z nich ma własną historię, marzenia i bagaż doświadczeń, ale los sprawia, że ich drogi zaczynają się ze sobą splatać.
Zbyszek planuje wyjazd na studia do Paryża, jednak jego życie komplikuje się, gdy Natasza, córka hrabiego, po pewnym skandalu opuszcza Lwów i wyjeżdża do Madrytu, by rozwijać swój talent wokalny. Beniamin, student żydowskiego pochodzenia, doświadcza narastającej niechęci wobec Żydów, natomiast Anna, niemiecka studentka psychologii, jest postacią bardziej niejednoznaczną.
I właśnie ich losy najbardziej przyciągnęły moją uwagę.
Każda z tych postaci jest inna, a jednocześnie wszystkie zostają postawione w sytuacji, która wymusza podejmowanie decyzji, na które w spokojnych czasach prawdopodobnie nigdy by się nie zdecydowali. Wojna zabiera im poczucie bezpieczeństwa, zmienia priorytety i wystawia relacje na próbę.
Szczególnie mocno odebrałam historię Nataszy. Jej pobyt w Madrycie miał być szansą na rozwój i spełnienie marzeń, tymczasem dziewczyna trafia w sam środek brutalnej rzeczywistości. Zaczyna rozumieć, że w czasie wojny nie ma miejsca na beztroskę, a każda decyzja może mieć konsekwencje, których nie da się już cofnąć. Jej relacja ze Zbyszkiem dodatkowo komplikuje całą sytuację i nadaje historii bardzo emocjonalny wymiar.
Autorka pokazuje wojnę nie tylko przez pryzmat wielkich wydarzeń historycznych. Znacznie ważniejsze stają się dla niej pojedyncze ludzkie historie – strach człowieka, który nie wie, czy przeżyje kolejny dzień, tęsknota za bliskimi, potrzeba ochrony drugiej osoby, miłość, która pojawia się w najmniej odpowiednim momencie, i wybory podejmowane pod presją.
Czytając, czułam przede wszystkim niepokój. Atmosfera powieści jest gęsta od poczucia zagrożenia. Nad bohaterami cały czas wisi świadomość, że świat, który znali, właśnie się rozpada. A jednocześnie pomiędzy tym wszystkim znajdują się uczucia, które przypominają, że nawet w najciemniejszych czasach człowiek nadal potrzebuje drugiego człowieka.
Były momenty wzruszenia, złości, bezsilności, ale również nadziei. Niektóre decyzje bohaterów wywoływały we mnie sprzeczne emocje – chciałam ich zrozumieć, ale nie zawsze potrafiłam zaakceptować ich wybory. I właśnie to uważam za jedną z mocniejszych stron tej historii. Bohaterowie nie są idealni. Popełniają błędy, działają pod wpływem emocji, czasami podejmują decyzje, których konsekwencje będą musieli ponosić przez długi czas.
Tło historyczne zostało wykorzystane bardzo dobrze. Hiszpańska wojna domowa nie jest tutaj jedynie dekoracją. Wpływa na życie bohaterów, determinuje ich wybory i buduje atmosferę całej powieści. Madryt pokazany jest jako miejsce pełne chaosu, strachu i przemocy, a jednocześnie właśnie tam pojawiają się ludzie, którzy próbują ratować innych, ryzykując własne życie.
Podobało mi się również przeplatanie osobistych historii z wydarzeniami, które znamy z kart historii. Dzięki temu łatwiej było poczuć, że wojna nie jest jedynie datą w podręczniku. Za każdym wydarzeniem stoją konkretni ludzie, ich rodziny, marzenia i stracone możliwości.
Nina Zawadzka pisze w sposób lekki i przystępny, dzięki czemu mimo trudnej tematyki książkę czyta się płynnie. Krótkie rozdziały i sposób prowadzenia narracji sprawiają, że łatwo powiedzieć sobie „jeszcze tylko jeden”, a potem odkryć, że przeczytało się kolejnych kilkadziesiąt stron.
Jednocześnie autorka nie skupia się wyłącznie na historii miłosnej. To opowieść o wojnie, odwadze, stracie, uprzedzeniach, poświęceniu i konsekwencjach wyborów. Miłość jest bardzo ważnym elementem historii, ale nie przysłania całego obrazu.
„Ostatni rozkaz serca” poleciłabym przede wszystkim osobom, które lubią powieści obyczajowe z historią w tle, historie wojenne, silne emocje i bohaterów postawionych przed trudnymi wyborami. To również propozycja dla czytelników, którzy cenią książki pokazujące wielką historię przez pryzmat jednostki.
Dla mnie była to historia, która przypomniała, jak kruche potrafi być życie i jak wiele może zmienić jeden wybór. Wojna odbiera bohaterom poczucie bezpieczeństwa, ale nie jest w stanie odebrać im potrzeby kochania, nadziei i walki o tych, którzy są dla nich ważni.
„Ostatni rozkaz serca” to opowieść o świecie stojącym na krawędzi, ale przede wszystkim o ludziach, którzy próbują ocalić w sobie człowieczeństwo. O miłości, która przychodzi w najmniej odpowiednim czasie, o poświęceniu i cenie, jaką czasami trzeba zapłacić za własne decyzje.
To jedna z tych książek, po których zakończeniu jeszcze przez chwilę zostaje w głowie historia bohaterów. Jeśli lubicie powieści, w których historia, emocje i ludzkie losy mocno się ze sobą splatają, zdecydowanie warto dać jej szansę.
"Nie podążaj za skorpionem" jest drugim tomem serii Amerykański sen. Ponownie otrzymujemy tu romans sportowy z sekretami w tle. Tym razem poznamy Michaela, brata Elijah'a znanego nam z pierwszej części.
Michael Raver - Negrete to mężczyzna ceniący sobie władzę, możliwości i wpływy. To bokser i szef eleganckiej restauracji w Utah. Uwielbia też szybką i niebezpieczną jazdę na motocyklu. Gdy otrzymuje zaproszenie na ślub, postanawia znaleźć osobę towarzyszącą. Pada na Biankę, która jeździ na motorze, projektuje ubrania i... mocno go pociąga. Zawierają układ.
Skorpion... czyż już to nie brzmi intrygująco, niebezpiecznie? A gdy bliżej go poznamy, jest jeszcze bardziej interesującym facetem, niż można by się tego spodziewać. Trudno go rozgryźć. Mistrz manipulacji, niezwykłej intuicji i nieomylności potrafi sprawić, że zawsze dostaje to, czego pragnie. Czy zatem podążając za Skorpionem, podejmiemy jedną z najgorszych decyzji w życiu, a może wręcz przeciwnie, wcale nie będziemy jej żałować?
Bianca również nie odstaje od Skorpiona. To postać, która przełamuje wszelkie schematy kobiety. Jeździ na motocyklu, jest niezależna i pewna siebie. I co najważniejsze jest fascynującą zagadką...
Historia od początku elektryzuje, trzyma w napięciu i popycha nas do odkrywania spraw, z którymi będą musieli zmierzyć się bohaterowie. Autorka skupiła się na psychologicznej warstwie. Granica między miłością, zaufaniem a niebezpieczeństwem się zaciera. Pojawia się pytanie o to, czy miłość może usprawiedliwić wszystko? Wszak ona rządzi się swoimi prawami, prawda? Relacja między Skopionem a Bianką nie będzie łatwa ani oczywista. On wiele wycierpiał, dlatego zastanawia, czy będzie potrafił otworzyć serce? A może pozostanie zimny jak lód?
Dagmara Łuniewska świetnie ukazała słabości, z jakimi oko w oko stanął Skorpion. Porażki nigdy nie powinny nas zniechęcać do tego, by podnieść się i spróbować zawalczyć raz jeszcze. Nieważne czy dotyczy to ringu, przeciwnika, życia, słabości, miłości - każda walka jest możliwa do wygrania.
Wątek dotyczący ślubu w tej historii ma niebagatelne znaczenie dla zrozumienia swoich błędów i odkrycia prawdy. Niewyjaśnione sprawy, niedomówienia, rodzinne sekrety wychodzą na jaw. Sporo tego jest. Widzimy, jak ważna jest szczera rozmowa i wsparcie.
"Nie podążaj za skorpionem" to pełen emocji romans nasycony tajmnicami, trudną przeszłością, labiryntem intryg, manipulacją, niebezpiecznymi układami, deficytem zaufania i walką z własnymi słabościami. Sprawdźcie, co złamie Skorpion i co jego samego złamie...
Nie miała pojęcia kiedy zaczęło jej na tym mężczyźnie zależeć. W której chwili zatraciła poczucie rzeczywistości, a zaczęła żyć czymś, co było jedynie ułudą. Miała ochotę zacisnąć mocno powieki, pod którymi powoli zbierała się wilgoć. Zaczerpnęła tchu, czując, jak się rozpada.
Spada w otchłań i się topi.
Oblizał delikatnie wargi, po czym połączył ich usta w pocałunku - rozpaczliwym, żałosnym i tak bardzo potrzebnym. Przesyconym paniką, namiętnością i prawdą. Wyrażał wszystko, co chcieli sobie przekazać bez słów. Bolesne uczucie, które rozpierało ich serca, mimo iż wcale go nie chcieli. I żadne z nich się go nie spodziewało. Smakowali siebie nawzajem, jakby był to ostatni posiłek, który mieli skosztować. Z rozpaczą i potrzebą zatracali się w sobie, zupełnie jakby świat zewnętrzny przestał istnieć.
„Nie każda niania przychodzi do domu tylko po to, żeby zaopiekować się dziećmi. Czasem przynosi ze sobą znacznie więcej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.”
I nie, nie zakochałem się. Miał już te słowa na końcu języka, lecz zamilkł. Nie przeszły mu one przez gardło. Ale przecież nie mógłby się zakochać w tej małej, wrednej... W kobiecie, która ciągle robiła mu na złość"
Vaverley Woods kochała swoją dobrze platną posadę w Moore Lab- firmie zajmującej się cyberbezpieczenśtwem, była to nie tylko pasja , lecz również furtka do tego by zaopiekować się młodszym bratem- Matthew.
Niestety jedna decyzja, jeden błąd nie będący zresztą jej winą sprawił, że wszystkie plany i marzenia panny Woods rozpadły się niczym domek z kart a ona sama zaczęła żyć chęcią zemsty na byłym przełożonym.
Tymczasem bogaty i wpływowy biznesmen niespodziewanie musi zająć się swoją malutką córeczką - Zoe.
I właśnie wówczas drogi tych dwojga się przecinają zaś przeznaczenie zdaje się drwić zarówno z Dexa jak i z opiekunki jego dziecka, która niespodziewanie odkrywa ,że znienawidzona osoba jest zupełnie inna niż sądziła.
Czy relacja , która wydawała się niemal od początku skazana na porażkę może się okazać czymś czego oboje potrzebowali , by odnaleźć miłość i spełnić marzenia?
Nie czytałam innych książek autorki i bardzo tego żałuję ,ponieważ pióro Pani Kariny ma w sobie coś magicznego i wciąga bez rezzty. Nianię z piekła rodem po prostu pochłonęłam , chociaż muszę przyznać, że bardzo długo miałam problem z główną bohaterką. Oczywiście rozumiałam jej żal i niechęć względem Dextera, ale to, co dziewczyna fundowała mu w trakcie osobistej wendetty o której zresztą on sam nie miał pojęcia mocno mnie denerwowała.
Po prostu dla mnie było to przekroczenie granic, choć przyznam ,że interakcje pary zawsze mnie ciekawily.
Polubiłam również przyjaciół milionera i łączącą ich relację, a także to,że autorka nie bała się podejmować trudnych tematów czy grać na emocjach.
Niania z piekła rodem” to historia, która początkowo potrafi nieźle zirytować, później jednak coraz mocniej wciąga, by na końcu zostawić czytelnika z emocjami, których zdecydowanie się nie spodziewałam. Choć Vaverley momentami naprawdę wystawiała moją cierpliwość na próbę, z czasem zaczęłam dostrzegać w niej coś więcej niż tylko kobietę owładniętą chęcią zemsty. A relacja jej i Dextera? Zdecydowanie jest jednym z tych elementów, które sprawiają, że trudno odłożyć książkę.
Podobało mi się, że za pozornie lekką historią kryje się znacznie więcej — trudne emocje, krzywda, potrzeba sprawiedliwości, rodzinne relacje, a przede wszystkim dwoje ludzi, którzy muszą zmierzyć się nie tylko z tym, co wydarzyło się w przeszłości, ale również z uczuciami, których absolutnie nie planowali.
A zakończenie… tutaj Karina Majsterek zdecydowanie nie bierze jeńców. Kiedy wydaje się, że wszystko zaczyna układać się na właściwym miejscu, autorka funduje czytelnikowi prawdziwy emocjonalny rollercoaster. Ostatnie strony dosłownie wbiły mnie w fotel i sprawiły, że przez chwilę po prostu siedziałam z książką w dłoniach, próbując poukładać sobie w głowie to, co właśnie przeczytałam.
I chyba właśnie za takie historie lubię sięgać po romanse — za bohaterów, którzy potrafią zirytować, za relacje, którym kibicuje się mimo wszystko, za emocje, które zostają z nami jeszcze długo po zamknięciu książki i za zakończenia, po których można tylko powiedzieć: „No dobrze, tego się kompletnie nie spodziewałam”.
Gorąco polecam.
Czy można całe życie wierzyć w historię, którą opowiadano nam o własnej rodzinie, a potem odkryć, że prawda wyglądała zupełnie inaczej?
Po dwóch poprzednich tomach „Rodziny Tylczyńskich” wydawało mi się, że mniej więcej wiem, czego mogę spodziewać się po tej serii. Jak bardzo się myliłam, przekonałam się już po kilku pierwszych rozdziałach.
Tym razem na pierwszy plan wysuwają się Robert i Liwia — dwoje ludzi, których pozornie dzieli niemal wszystko. On sprawia wrażenie beztroskiego faceta, który najlepiej czuje się za zasłoną żartów i ironii. Ona natomiast przez lata funkcjonowała w świecie, w którym liczyły się zasady, oczekiwania i to, co wypada. Oboje wchodzą w pewien układ przekonani, że doskonale wiedzą, gdzie są granice.
Tyle że z uczuciami jeszcze nikomu nie udało się podpisać umowy.
Robert jest bohaterem, który potrafi rozładować nawet najbardziej napiętą sytuację jednym komentarzem. Jego poczucie humoru i rodzinne przepychanki nieraz wywoływały u mnie uśmiech, ale najbardziej podobało mi się to, że pod warstwą luzu i pewności siebie kryje się zupełnie inny człowiek. Znacznie bardziej emocjonalny i wrażliwy, niż chciałby pokazać światu.
Liwia z kolei bardzo szybko zdobyła moją sympatię. To bohaterka, która musi nauczyć się podejmować decyzje nie przez pryzmat tego, czego oczekują od niej inni, ale tego, czego naprawdę chce sama. Jej relacja z Robertem staje się więc czymś znacznie ważniejszym niż romansem. To początek jej własnej drogi do niezależności.
I kiedy mogłoby się wydawać, że głównym problemem będzie różnica między bohaterami, autorka przypomina nam, że w rodzinie Tylczyńskich nigdy nie może być zbyt spokojnie.
Na jaw zaczynają wychodzić tajemnice, o których przez lata nikt nie chciał mówić. Przeszłość obu rodzin okazuje się ze sobą zaskakująco mocno związana, a spotkanie przy jednym stole szybko zamienia się w prawdziwą emocjonalną bombę.
Niektóre sekrety bolą bardziej niż inne.
Szczególnie mocno poruszyła mnie historia Honoraty. Jej wyznanie sprawiło, że spojrzałam na wiele wcześniejszych wydarzeń z zupełnie innej perspektywy. To jedna z tych historii, które pokazują, że decyzje podejmowane z miłości, strachu czy troski mogą po latach przynieść konsekwencje, których nikt nie był w stanie przewidzieć.
Nieco inaczej odebrałam natomiast Seweryna. Jego zachowanie względem Liwii niejednokrotnie wzbudzało we mnie ogromną złość. Momentami miałam ochotę potrząsnąć nim i zapytać, czy naprawdę nie widzi, że jego „troska” dawno przestała być troską, a zaczęła odbierać córce prawo do własnego życia.
I właśnie ten wątek bardzo dobrze pokazuje, że autorka nie ograniczyła się do stworzenia kolejnego lekkiego romansu.
Owszem, mamy tutaj uczucia, chemię, humor i relację, której rozwój przyjemnie się obserwuje. Mamy również rodzinę, której członkowie potrafią doprowadzić człowieka do śmiechu, wzruszenia, a czasem nawet do lekkiej irytacji. Ale pomiędzy tym wszystkim pojawiają się ważne tematy — kontrola, rodzinne oczekiwania, życie pod dyktando innych, klasowe różnice oraz konsekwencje sekretów, które przez lata były przekazywane z pokolenia na pokolenie.
A Robert i Liwia?
Ich relacja zdecydowanie należy do tych, które rozwijają się we własnym tempie. Początkowo oboje próbują wmówić sobie, że doskonale wiedzą, w co się pakują. Tylko że im więcej czasu spędzają razem, tym trudniej udawać, że między nimi nic się nie dzieje.
I bardzo podobało mi się właśnie to stopniowe przechodzenie od pozorów do prawdziwych emocji. Nie ma tutaj nagłego uczucia, które pojawia się znikąd. Są rozmowy, drobne gesty, wzajemne poznawanie się i momenty, w których bohaterowie zaczynają dostrzegać w sobie coś więcej.
Do tego dochodzi oczywiście rodzina Tylczyńskich, bez której ta historia zdecydowanie nie byłaby taka sama. Ich rozmowy, docinki, wsparcie i chaos tworzą klimat, do którego po dwóch poprzednich tomach zdążyłam się już przyzwyczaić. A babcia Helena? Jestem przekonana, że gdyby dostała własną historię, spokojnie mogłaby skraść show pozostałym bohaterom.
„Czy my nie jesteśmy z innych światów?” okazało się dla mnie historią pełną emocji, humoru, rodzinnych sekretów i nieoczywistych zwrotów. To książka o tym, że czasami największym problemem nie jest to, że pochodzimy z różnych światów, ale to, że przez całe życie pozwalaliśmy innym decydować, gdzie jest nasze miejsce.
Robert i Liwia udowadniają, że nawet najbardziej nieprawdopodobny układ może przerodzić się w coś prawdziwego.
A rodzinne sekrety Tylczyńskich po raz kolejny pokazują, że przeszłość nigdy nie znika całkowicie. Prędzej czy później upomina się o swoje.
Czy można całe życie wierzyć w historię, którą opowiadano nam o własnej rodzinie, a potem odkryć, że prawda wyglądała zupełnie inaczej?
Po dwóch poprzednich tomach „Rodziny Tylczyńskich” wydawało mi się, że mniej więcej wiem, czego mogę spodziewać się po tej serii. Jak bardzo się myliłam, przekonałam się już po kilku pierwszych rozdziałach.
Tym razem na pierwszy plan wysuwają się Robert i Liwia — dwoje ludzi, których pozornie dzieli niemal wszystko. On sprawia wrażenie beztroskiego faceta, który najlepiej czuje się za zasłoną żartów i ironii. Ona natomiast przez lata funkcjonowała w świecie, w którym liczyły się zasady, oczekiwania i to, co wypada. Oboje wchodzą w pewien układ przekonani, że doskonale wiedzą, gdzie są granice.
Tyle że z uczuciami jeszcze nikomu nie udało się podpisać umowy.
Robert jest bohaterem, który potrafi rozładować nawet najbardziej napiętą sytuację jednym komentarzem. Jego poczucie humoru i rodzinne przepychanki nieraz wywoływały u mnie uśmiech, ale najbardziej podobało mi się to, że pod warstwą luzu i pewności siebie kryje się zupełnie inny człowiek. Znacznie bardziej emocjonalny i wrażliwy, niż chciałby pokazać światu.
Liwia z kolei bardzo szybko zdobyła moją sympatię. To bohaterka, która musi nauczyć się podejmować decyzje nie przez pryzmat tego, czego oczekują od niej inni, ale tego, czego naprawdę chce sama. Jej relacja z Robertem staje się więc czymś znacznie ważniejszym niż romansem. To początek jej własnej drogi do niezależności.
I kiedy mogłoby się wydawać, że głównym problemem będzie różnica między bohaterami, autorka przypomina nam, że w rodzinie Tylczyńskich nigdy nie może być zbyt spokojnie.
Na jaw zaczynają wychodzić tajemnice, o których przez lata nikt nie chciał mówić. Przeszłość obu rodzin okazuje się ze sobą zaskakująco mocno związana, a spotkanie przy jednym stole szybko zamienia się w prawdziwą emocjonalną bombę.
Niektóre sekrety bolą bardziej niż inne.
Szczególnie mocno poruszyła mnie historia Honoraty. Jej wyznanie sprawiło, że spojrzałam na wiele wcześniejszych wydarzeń z zupełnie innej perspektywy. To jedna z tych historii, które pokazują, że decyzje podejmowane z miłości, strachu czy troski mogą po latach przynieść konsekwencje, których nikt nie był w stanie przewidzieć.
Nieco inaczej odebrałam natomiast Seweryna. Jego zachowanie względem Liwii niejednokrotnie wzbudzało we mnie ogromną złość. Momentami miałam ochotę potrząsnąć nim i zapytać, czy naprawdę nie widzi, że jego „troska” dawno przestała być troską, a zaczęła odbierać córce prawo do własnego życia.
I właśnie ten wątek bardzo dobrze pokazuje, że autorka nie ograniczyła się do stworzenia kolejnego lekkiego romansu.
Owszem, mamy tutaj uczucia, chemię, humor i relację, której rozwój przyjemnie się obserwuje. Mamy również rodzinę, której członkowie potrafią doprowadzić człowieka do śmiechu, wzruszenia, a czasem nawet do lekkiej irytacji. Ale pomiędzy tym wszystkim pojawiają się ważne tematy — kontrola, rodzinne oczekiwania, życie pod dyktando innych, klasowe różnice oraz konsekwencje sekretów, które przez lata były przekazywane z pokolenia na pokolenie.
A Robert i Liwia?
Ich relacja zdecydowanie należy do tych, które rozwijają się we własnym tempie. Początkowo oboje próbują wmówić sobie, że doskonale wiedzą, w co się pakują. Tylko że im więcej czasu spędzają razem, tym trudniej udawać, że między nimi nic się nie dzieje.
I bardzo podobało mi się właśnie to stopniowe przechodzenie od pozorów do prawdziwych emocji. Nie ma tutaj nagłego uczucia, które pojawia się znikąd. Są rozmowy, drobne gesty, wzajemne poznawanie się i momenty, w których bohaterowie zaczynają dostrzegać w sobie coś więcej.
Do tego dochodzi oczywiście rodzina Tylczyńskich, bez której ta historia zdecydowanie nie byłaby taka sama. Ich rozmowy, docinki, wsparcie i chaos tworzą klimat, do którego po dwóch poprzednich tomach zdążyłam się już przyzwyczaić. A babcia Helena? Jestem przekonana, że gdyby dostała własną historię, spokojnie mogłaby skraść show pozostałym bohaterom.
„Czy my nie jesteśmy z innych światów?” okazało się dla mnie historią pełną emocji, humoru, rodzinnych sekretów i nieoczywistych zwrotów. To książka o tym, że czasami największym problemem nie jest to, że pochodzimy z różnych światów, ale to, że przez całe życie pozwalaliśmy innym decydować, gdzie jest nasze miejsce.
Robert i Liwia udowadniają, że nawet najbardziej nieprawdopodobny układ może przerodzić się w coś prawdziwego.
A rodzinne sekrety Tylczyńskich po raz kolejny pokazują, że przeszłość nigdy nie znika całkowicie. Prędzej czy później upomina się o swoje.
Witam, dziś mam dla was recenzję książki Pałac Tajemnic ❤️ Autorki Agnieszki Pietrzyk ❤️ Wydawnictwo Nemezis ❤️
Pałac Tajemnic to historia, która od samego początku wciąga czytelnika w świat, który nie jest bezpieczny dla nikogo.
Mamy tutaj pokazane zwykłe życie lokatorów starego pałacu, a każda z rodzin ma swoje problemy, tajemnice i rzeczy, o których nie chce mówić. Autorka ma dla nas pełen pakiet kryminalnych zagadek, ponieważ każdy z lokatorów ma bardzo dużo do ukrycia. Tak jak inni mówią, że nikt nic nie słyszał i nie widział, to wcale nie musi być prawdą. Myślę, że każdy z nas czasami słyszy albo widzi coś, co zostaje gdzieś w naszej głowie, ale boimy się wyjaśnić niektóre sytuacje, żeby nie wpakować się w kłopoty albo nie narazić się na niebezpieczeństwo.
Lokatorzy są bardzo różni, tym bardziej że jedni mają problem z alkoholem i żyją w bardzo ciężkich warunkach, inni zaś zostawiają swoje rodziny i związują się z dużo młodszą osobą od siebie. Są też tacy, którzy zmagają się z różnymi chorobami i własnymi problemami, o których nie zawsze chcą mówić głośno.
Mamy tutaj pokazaną sytuację, gdzie zostaje zamordowana rodzina z sąsiedztwa, a nasza bohaterka zjawia się właśnie po to, żeby odkryć, co takiego się stało i kto zamordował sąsiadów.
I tutaj zaczyna się prawdziwa zagadka, bo im bardziej próbujemy odkryć prawdę, tym więcej pojawia się pytań. 😱 Każdy coś wie, każdy coś ukrywa, a niektóre zachowania sprawiają, że zaczynamy podejrzewać praktycznie każdego. Autorka bardzo fajnie prowadzi nas przez tę historię i nie daje nam od razu wszystkich odpowiedzi.
Podobało mi się również to, że oprócz samego morderstwa mamy tutaj pokazane życie mieszkańców pałacu i ich problemy. Dzięki temu historia nie skupia się tylko na jednej zagadce, ale mamy wrażenie, że każdy z bohaterów ma swoją własną historię i swoje tajemnice.
Czy uda się odkryć, kto stoi za morderstwem? 🤔 Czy mieszkańcy pałacu rzeczywiście mówią prawdę? A może ktoś wie zdecydowanie więcej, niż chce nam pokazać? 😱
Powiem wam szczerze, że Pałac Tajemnic to książka, przy której cały czas próbowałam łączyć fakty i zastanawiałam się, komu tak naprawdę można zaufać. ❤️ Jeżeli lubicie kryminały, tajemnice, morderstwa i historie, w których nic nie jest takie oczywiste, to myślę, że ta książka może was zainteresować. 😍
Ja lubię takie historie, gdzie autor nie podaje nam wszystkiego na tacy, tylko pozwala samemu szukać odpowiedzi i podejrzewać kolejnych bohaterów. Tutaj zdecydowanie tego nie zabrakło. ❤️
Jeżeli jesteście ciekawi, co tak naprawdę wydarzyło się w pałacu i jakie tajemnice skrywają jego mieszkańcy, koniecznie sięgnijcie po tę historię. Ja mogę wam powiedzieć tylko jedno – czasami najwięcej do ukrycia mają właśnie ci, którzy twierdzą, że nic nie widzieli i nic nie słyszeli. ❤️📚
🔥 Jeśli na hasła takie jak mroczne fantasy, magia, Nieśmiertelni, tarot, sekrety, intrygi, zemsta, niebezpieczne sojusze i enemies to lovers. „Przysięga zemsty” Jaclyn Rodriguez, wydana przez Wydawnictwo Filia, to pierwszy tom cyklu „Immortal Desires” i powiem Wam jedno autorka naprawdę wie, jak zrobić wejście z przytupem. Nie dostajemy tutaj kolejnej fantastycznej historii, w której bohaterka odkrywa magiczne zdolności, książę jest piękny, wszyscy są piękni, a największym problemem okazuje się wybór sukienki na bal. O nie! 😂 Świat stworzony przez Rodriguez jest znacznie mroczniejszy. Będę szczera: gdy zaczęłam czytać, w mojej głowie zaświtały dwa tytuły innych książek, takich jak „Igrzyska śmierci” oraz „Dwór cierni i róż”. W pierwszym mamy bunt przeciwko panującej władzy, a w drugim wstępny dystans do jednego typa, który, nie chcąc, zaczyna nabierać promili. 🔥😏🔥 Orient będzie spojler tyni spojlerek.
Co do fabuły, to nad śmiertelnikami stoją Nieśmiertelni, pamięć o przegranym buncie i wojnie wciąż wpływa na życie kolejnych pokoleń, a każdego roku odbywa się Selekcja, podczas której stu młodych ludzi zostaje zabranych na Ziemie Nieśmiertelnych. Brzmi niewinnie? No właśnie… absolutnie nie. 😏 W sam środek tego wszystkiego trafia Rune Ryker, dziewczyna, która straciła rodzinę, dom i poczucie bezpieczeństwa, ale nie pozwoliła odebrać sobie determinacji. Sama zgłasza się do Selekcji, ponieważ chce odnaleźć rodzinę i poznać prawdę. Na jej drodze pojawia się Draven, książę, który zdecydowanie nie został stworzony po to, żeby wszystkim było miło. Arogancki, ambitny, tajemniczy i bezwzględny, a do tego posiada dokładnie ten sam niezwykły dar co Rune. Los postanawia więc połączyć tych dwoje i chyba miał przy tym naprawdę dobry humor. 😂 Ich relacja jest jednym z najmocniejszych elementów książki. Jest napięcie, nieufność, słowne przepychanki, wzajemne testowanie granic i chemia, którą można spokojnie kroić nożem. 🔥
Co jednak bardzo mi się podoba, to fakt, że romans nie pożera całej historii. Jest, ale z umiarem, ze smakiem i to jest ok. Autorka stworzyła świat z własną historią, zasadami i hierarchią. Mamy śmiertelników, Nieśmiertelnych, druidów, elfy, serafinów, polityczne rozgrywki, tajemnice, przepowiednie, klątwy i niebezpieczne sojusze. A do tego TAROT. 🃏 I niejako ozdobnik wrzucony do fabuły dla klimatu. 🃏 Karty tarota są częścią systemu magicznego, a Rune otrzymuje kartę Świat, należącą do Wielkich Arkanów i będącą jednym z najpotężniejszych źródeł mocy. Co więcej, identycznym darem włada tylko Draven. I nagle dwoje ludzi, którzy zdecydowanie nie powinni sobie ufać, zostaje połączonych czymś, czego sami do końca nie rozumieją. No i jak tu spokojnie żyć? Bardzo podoba mi się sposób, w jaki Rodriguez wykorzystuje magię. Nie jest ona tylko efektownym dodatkiem. Jest związana z historią świata, jego hierarchią i bohaterami. Czytelnik musi obserwować, łączyć fakty i zastanawiać się, kto mówi prawdę, bo tutaj zaufanie jest towarem deficytowym.
Pod całą warstwą magii, zemsty i fantastycznego świata znalazłam sporo rzeczy, które można spokojnie odnieść do naszego własnego życia. Przede wszystkim zemsta. Kiedy ktoś nas skrzywdzi, bardzo łatwo pozwolić, żeby gniew zaczął kierować naszymi decyzjami. „Przysięga zemsty” pokazuje, że walka o sprawiedliwość, a życie wyłącznie pragnieniem odwetu to dwie zupełnie różne rzeczy. Czasami największą siłą nie jest odpłacenie komuś tym samym, tylko odzyskanie kontroli nad własnym życiem. Kolejna rzecz to zaufanie i ocenianie ludzi po pozorach. Rune i Draven pokazują, że pierwsze wrażenie potrafi być mylące, a za zachowaniem drugiego człowieka może kryć się historia, o której nie mamy pojęcia. Warto więc czasem zatrzymać się na chwilę, zanim wydamy wyrok. Książka przypomina również, że nie trzeba być idealnym, żeby być silnym. Rune popełnia błędy, podejmuje ryzyko, czasami działa impulsywnie, ale nie pozwala innym zdecydować, kim ma być. I chyba właśnie to najbardziej w niej cenię. Możemy mieć trudną przeszłość, możemy popełniać błędy, możemy nie wiedzieć, co wydarzy się jutro, ale nadal mamy wpływ na to, jaką drogę wybierzemy. Do tego dochodzi jeszcze kwestia konsekwencji. Każda decyzja coś zmienia, każdy wybór może mieć swoją cenę, a czasami dopiero po czasie przekonujemy się, jak daleko sięgają skutki naszych działań. „Przysięga zemsty” przypomina też, że nie warto pozwalać, aby inni napisali za nas całej historii naszego życia.
❤️🔥 „Przysięga zemsty” jest książką dla czytelników 18+, którzy lubią romantasy z mroczniejszym klimatem, magię, niebezpieczne relacje, silne bohaterki, tajemnice, brutalniejsze momenty i bardziej zmysłową warstwę relacji. To historia, w której zemsta nie jest tylko słowem z tytułu, magia nie służy wyłącznie do efektownych sztuczek, a uczucia potrafią być równie niebezpieczne jak najpotężniejsze zaklęcie. Dla mnie „Przysięga zemsty” to genialny początek serii. Dostałam mrok, magię, tarot, tajemnice, intrygi, bohaterów z charakterem, świetnie zarysowany świat i relację, przy której niejeden raz miałam ochotę krzyknąć: „Ludzie, czy wy możecie, chociaż przez pięć minut normalnie ze sobą porozmawiać?!”. 😂🔥, Jeśli lubicie romantasy z pazurem, w którym poza romansem dostajemy jeszcze konkretną fabułę, świat pełen sekretów i bohaterów, którzy nie zamierzają grzecznie wykonywać cudzych poleceń, koniecznie wpiszcie ten tytuł na swoją listę. A tarot? Po tej książce zaczynam patrzeć na karty zdecydowanie bardziej podejrzliwie. 😂🃏 Rune i Draven, coś czuję, że jeszcze nieźle namieszacie. 🖤🔥.
Cała książka jest doskonale zobrazowana jeśli chodzi o emocje, napiętość wydarzeń, sytuacje, które pokazują kto jaki jest naprawdę oraz za czym kryją się ludzie aby wypaść jak najlepiej i też jak wygląda ich codzienność, kiedy nikt na nich nie patrzy. Ich myśli ładnie pokazują jak potrafią sondować drugiego człowieka i z czego to wynika. Nie oceniają od razu, obserwują, słuchają i dopiero później wysuwają wnioski.
Taką ciekawą sprawą były tu sytuacje w których postacie żałowały, że o kogoś nie zadbały. Widziały dopiero po czasie co straciły, lecz zerkając też na to do czego doszły bez nich, jakby we wcześniejszym stadium rozwoju były zbyt mało udoskonalone aby mogły zwrócić czyjąś uwagę. Dało mi to do myślenia, że ludzie nie chcą widzieć czyjejś drogi, którą ta osoba przebyła, jak wiele włożyła poświęceń w siebie aby dojść tam, gdzie chciała. Widać tylko jej efekt końcowy i fakt, że miała ,,szczęście", co w fizycznej wersji ze szczęściem nie miało nic wspólnego. Nikt ich nie pyta jak do tego doszli, tylko czemu im się udało. Słowo ,, praca" chyba najbardziej ludzi przeraża...
Ci, którzy zostali utrzymywani staczają się w momencie, kiedy osoby utrzymującej brakuje. Obwiniają ją o swoje niepowodzenie i niezrozumienie tego, że odeszli. Wtedy wszyscy na około są winni, tylko nie oni sami. W głowie wymawiają tylko słowa ,,powinien" podczas gdy ,,powinnam" ich nie dotyczy.
Pozycja jest gruba, ale ma szeroki zakres wydarzeń skupiających się nie tylko na osobie, która wyszła z więzienia i teraz myśli, że wszystko będzie po staremu. Musi mierzyć się z plotkami ludzi o swojej rodzinie oraz pieniądzach, które pozostawił ukryte i wie, że mu się należą. My poznajemy też życie jego partnerki i osób, które do niej przychodzą. Opinia innych ludzi skupia się na ocenie szybkiej i nieprecyzyjnej, podczas gdy ona sama bywa zrozpaczona tym, co ją spotyka. Znajomość tych dwojga rzutuje na prawdzie, którą czytelnik sam sobie uświadamia. Jednak pomimo ich światka jest jeszcze ten, który prowadzi poważne interesy i domaga się sprawiedliwości. Czasami człowiek, który jest dla kogoś bardzo ważny nie ma być tym na całe życie. Nieraz musi odegrać rolę, którą ktoś dla niego zaplanował. Bądźcie zatem przygotowani na masę intryg, zero szczerości, porażki życiowe, chwilowe aplauzy, grube ryby, finanse w korzystnej i niekorzystnej sytuacji oraz brak logicznego myślenia, bądź odczuwania, że wszystko się wszystkim należy. Niby kryminał, ale niesie za sobą przestrogi i wartości. Jestem przekonana, że zasługuje na waszą uwagę:-)
Tytuł jest idealnie dobrany do całej treści. Mamy bowiem napisane, że tematem przewodnim jest klub żon, których mężowie to seryjni mordercy. Szczegół jest jednak w tym, że opowieść pokazuje faktycznie życie tych żon w całej presji otoczenia, wstydzie oraz pokazania się, że jeśli ich druga połówka w jakiś sposób jest sławna, bez względu na to jaki to rodzaj sławy, dobry czy zły, to i one mogą się poczuć wyróżnione. Jednak sława ta opiera się też na złej reputacji, że jak w ogóle one nie zauważyły, że ich mężowie byli zabójcami? Przecież to się czuje, to się widzi, niczym medium sprawa sama pojawia się rozwiązaniem w głowie i jak można tego nie wyczuć? Może dlatego, że morderca ma zawsze kilka twarzy, może być aniołem dla ukochanej i diabłem dla wroga. Małżonka bywała zawsze zadbana, zaopiekowana i rozpieszczona w taki sposób, aby sama zawsze była chętna jeśli jemu naszłaby ochota na igraszki. Dali maksimum uwagi w każdej chwili, więc zapatrzone w chodzące ideały, które je wybrały nie miały nawet myśli, że poza nimi ćwiartowali ludzi na kawałki. W tan sposób poznajemy kilka kobiet, które otulone uwagą mężów nie miały pojęcia o ich innej naturze. Obecnie opowiadają jak bardzo nie ze wszystkim były szczere. Przyznają, że zdarzało się mężom położyć na nich rękę, używać przemocy i żyć pod ich strachem, jednak bywały dnie, kiedy byli nadopiekuńczy. Przede wszystkim były pewne, że tylko one doświadczają przemocy z ich stron. Nie wiedziały, że potrafili odebrać coś więcej niż tylko godność. Po pewnym czasie, kiedy już poznamy ich sekrety ujrzymy, że zaczynają ginąć młode kobiety. Na wspólnym spotkaniu decydują, że same się tym zajmą, ale sprawy zaczyna komplikować fakt, że kiedy raz się skłamało, można użyć tego więcej razy...
Książka jest bardzo ciekawa w odbiorze. Pokazuje kilka twarzy nie tylko mężów kobiet ale i ich samych, które maskując się przed ludźmi kłamały na poczekaniu, gdyż to pozwalało im przetrwać. Początkowa słodycz, spójność, zamienia się w sekrety pomiędzy sobą. To typowo thriller psychologiczny w którym nie czuć, że coś się nie zgadza. Takie udokumentowanie kłamstwa, że dobrze maskowane zawsze ujdzie płazem.
Nie umknie, to mojej na pierwszy rzut oka uwadze skąd autorka zaczerpnęła pomysł na nadanie tytułu powieści i z czym on ma związany główny wątek. Czego on dotyczy i jakie ma on odniesienie do współczesnych realiów?
Zaskoczenia nie ukrywam, że słowa byliśmy, grzeczni ma wiele znaczeń niezależnie od sytuacji, w których znajdują się główni bohaterowie.
No cóż, postanowiłam się zmierzyć z życiowymi przygodami bohaterów, jakie na nie czekają wraz z historiami osobistymi, które ich bezpośrednio dotyczą.
Zainteresowało mnie, jak można nagle zmienić coś w życiu, o ile całościowo toczyło się idealnie. A być może żyje, się sprytnie ukrywając charakter będący od samego początku tajemnicą zaczerpnięcia cienia czegoś od kogoś, kogo nie darzyliśmy zbytnio sympatią.
Niespodziewana obserwacja monitoringowa sąsiadów mieszkających na jednym z osiedli przez Daphne z jednej strony sprawia jej radość, a chwilami przyjemność, bo wie, co robią, ale daje jej do wiele do przemyślenia. Czy ona czuje, się szczęśliwa zachowując się tak niewłaściwie wobec nich?
Być może odnajdzie więcej przyjaciół lub wrogów wymyślając nową strategię na znalezienie ich niezależnie od poniesionych konsekwencji.
Niemiłe spotkanie na samym początku nastąpiło u Daphne i Arta Andrewsa powiązane było z brakiem kultury, czy ono później podczas nieprzewidzianego pobytu w osiedlowym ośrodku kultury zaowocuje czymś dla nich obojga korzystnym, czy przyniesie zadowolenie z obu stron, czy jednak zapłonie w dalszym ciągu wzajemną nienawiścią tego nie byłam w stanie przewidzieć.
Uważam, że nie wszystkie występujące wśród bohaterów zachowania w czytanej przeze mnie powieści pt.’’ Grzeczni już byliśmy’’ autorstwa Pani Clare Pooley nie były na pokaz, ale skutkują, kim naprawdę oni są, komu na kim zależy, a w szczególności pogodzić się samym ze sobą. Należy, być wytrwałym przy spełnianiu założonych misji nie będąc wcale idealnym, lecz sprawiając lekki ból przy użyciu niezbyt bezpiecznych środków moralności.
Powieści tej nie czyta się szybko.
Uświadamia nam ona, że można być świadkiem przygód z życia starszych ludzi, którzy z początku nie bawią się ze sobą dobrze, ale za to na nowo odkrywają siebie bez względu na to, czy popełnili w przeszłości błędy i mają wobec nich wyrzuty sumienia, czy wyrządzili komuś większą lub mniejszą krzywdę. O tym oni wiedzą już sami, a my nie.
Książka sama w sobie jest mądra, jednak jest tutaj kilka kwestii z którymi niekoniecznie się zgodzę. Jako farmerka znam tryb pracy zwierząt, choć wciąż wiem , że to tylko obraz moich i tych, które obserwuję, a nie całego świata, więc napiszę tylko z własnego doświadczenia. Po pierwsze nie zgodzę się z tym, że świnie są najlepszymi opiekunami swoich dzieci. Wielokrotnie bowiem widziałam jak umęczone po porodzie siadały na swoich maluchach nie bacząc na to, że piszczały. Z tego też względu na jakiś czas były im odsuwane, póki mama nie dojdzie do siebie. Jedne maciorki owszem opiekowały się nimi niczym wilczury broniąc swojego stada, a innym było wszystko jedno czy małe chciały jeść czy nie, potrafiły leżeć nie bokiem tylko na brzuchu i trzeba było je popychać aby na bok się obróciły. Druga kwestia to psy bezpańskie i ich niepohamowany głód. Dużo takich psów się przewinęło, wiadomo, że na ranczo ludzie je podrzucają i tak, na początku jadły wszystko co tylko miały, ale po kilku tygodniach można je było nauczyć zjadania odpowiednich porcji i potrafiły być najedzone i nie dokończyć tego, co im zostało. Nie chodzi o to, że instynkt im się zacierał, tylko o to, że poczuły się bezpiecznie i dostały miłość oraz opiekę. I tak, nie dotyczy to wszystkich psów, bo są i takie jakie opisane mamy w książce. Nie szukam tutaj wad i plusów, tylko chcę aby czytelnik wiedział, że większość to nie zawsze oznacza wszystkich i każdy ma prawo mieć swoje odmienne doświadczenia:-)
Główną tematyka książki jest pokazanie nam gatunków zwierząt od których możemy się jako ludzie czegoś nauczyć. Chodzi tu o wierność, jedzenie, załatwianie swoich potrzeb, spanie, praca, miłość, pożądanie, opiekuńczość, przyjaźń, radość, współodczuwanie, inteligencja, wsparcie, opłakiwanie i wiele innych, które są ustosunkowane do określonych gatunków zwierząt, które robią to najlepiej jak potrafią. Autorka na koniec podkreśla, że to są jej doświadczenia, więc miała prawo zrozumieć wszystko na swój sposób, lecz nie ukrywam, że zaimponowała mi wybierając prawie idealnie dopasowane zwierzę do cech, które nam opisała. Skomponowanie tej książki z pewnością nie było łatwe i musiało być oparte o wiedzę, doświadczenie oraz pewność i znajomość zwierząt. Nie każdy podszedłby do tego tematu w tak delikatny i miły sposób, dlatego tym bardziej doceniam wkład w napisanie jej. Pod koniec dodam, że zwierzęta kierują się instynktem, a on jest w swojej naturze dobry i szczery, nakierowany na przetrwanie, więc tak, można się od nich uczyć życia. Kiedy od każdej osoby z otoczenia, czy też zwierzęcia weźmiemy i przyswoimy tylko te dobre cechy, to spokój zagości w naszym sercu. To chyba jest najważniejsze:-)
To było moje pierwsze spotkanie z autorką. Podczas czytania dowiedziałam się, że to podobno kolejna seria, ale tak najprościej pisząc: „Szkarłatny welon” to niezupełnie nowa historia Shelby Mahurin. To kolejna opowieść z tego samego świata, z bohaterką znaną z „Gołębia i Węża”, osadzona po wydarzeniach poprzedniej trylogii. Tylko zamiast skupiać się na Lou i Reidzie, autorka otwiera przed nami zdecydowanie bardziej mroczną, gotycką stronę tego uniwersum. 🩸🖤 Nie mówię, że wszystko płynęło z nurtem, ale po pierwszym tomie muszę poznać poprzednią serię Gołąb i Wąż KONIECZNIE! Rada dla tych, co nie znają twórczości autorki to zacznijcie od serii „Gołąb i wąż”, mega wam to ułatwi.
Wracając do dzisiejszej recenzji. 🩸🦇 RANY, CO TU SIĘ ODHALO?! MIAŁY BYĆ WAMPIRY, MROCZNY KLIMAT I TROCHĘ ROMANSU, A JA DOSTAŁAM JESZCZE EMOCJONALNY ROLLERCOASTER! #Thespoilerisfine 🤦♀️🤦♀️.
😂 No dobra… przyznaję się bez bicia. Sięgnęłam po „Szkarłatny welon” z myślą: będzie fantasy, będzie mrocznie, pewnie ktoś kogoś ugryzie, ktoś się zakocha, ktoś uratuje świat i możemy się rozejść. HAHAHAHA! Naiwna ja. 😂 „Szkarłatny welon” to pierwszy tom cyklu The Scarlet Veil, osadzony jak . W świecie znanym z „Gołębia i węża”. Tym razem poznajemy bliżej Célie Tremblay, która jako pierwsza kobieta wśród łowców próbuje udowodnić, że naprawdę nadaje się do tej roboty. Chce być samodzielna, traktowana poważnie i przestać słyszeć, że trzeba ją chronić. Tylko że życie Célie najwyraźniej uznało, że „spokojnie” to słowo, którego absolutnie nie zna. Trzeba podkreślić, że jestem ogromną fanką wszystkiego, co wampirze, nieśmiertelne itp. W Belterrze zaczynają ginąć ludzie. Ciała pozbawione są krwi, pojawiają się ślady prowadzące do istot, które dla większości ludzi są jedynie legendą. Célie rozpoczyna własne śledztwo i coraz mocniej zagłębia się w świat, którego istnienia nawet nie podejrzewała.
Rozsądny człowiek powiedziałby: „Dziewczyno, odpuść”.
Célie: „Sprawdzę”.
Ja: „NO NIE, CÉLIE, PO CO?!” 😂.
Ale gdyby bohaterowie fantasy podejmowali rozsądne decyzje, nie mielibyśmy czego czytać. Célie jest bohaterką, którą według mnie naprawdę da się polubić. Nie jest niezniszczalną wojowniczką, która po pięciu stronach potrafi pokonać pół armii. Ma swoje lęki, koszmary i niepewności. Popełnia błędy, czasem podejmuje decyzje, przy których człowiek ma ochotę złapać ją za ramiona i powiedzieć: „Pomyśl jeszcze raz, kobieto!” 😂, Ale właśnie to sprawia, że jej przemiana wypada wiarygodnie. Jej siła nie polega na tym, że przestaje się bać. Ona zaczyna rozumieć, że strach nie może decydować za nią. I tego bardzo w niej kibicowałam. A potem pojawia się Michaił. Król wampirów. Tak, dobrze przeczytaliście. KRÓL. WAMPIR. Bo zwykły tajemniczy facet byłby zbyt prosty. Potrzebujemy potężnego, niebezpiecznego władcy, który ma więcej sekretów niż niejeden bohater ma stron w książce. 😂 Michaił to dokładnie ten typ bohatera, przy którym zdrowy rozsądek mówi: „ODDAL SIĘ.” A czytelnicze serce: „Ale może jeszcze chwilę popatrzmy…” 😏.
Ich relacja jest pełna napięcia, nieufności i niedopowiedzeń. Nie ma tu szybkiego „spojrzeli na siebie i już wielka miłość”. Na szczęście! Autorka daje tej relacji czas, a między Célie i Michaiłem cały czas coś iskrzy. Oczywiście, żadne z nich nie może po prostu normalnie porozmawiać. Bo po co? Lepiej skrywać sekrety, podejrzewać się nawzajem i komplikować wszystko do granic możliwości. Czytelniczka cierpi. Bohaterowie cierpią. Autorka prawdopodobnie świetnie się bawi. 😂 I wiecie co? Ja też. Ogromnym plusem „Szkarłatnego welonu” jest jego atmosfera. Jest mrocznie, gotycko, momentami baśniowo, a chwilami naprawdę niepokojąco. To książka, która aż prosi się o nocne czytanie, deszcz za oknem, kubek kawy i lampkę dającą zdecydowanie za mało światła. 🖤📚 Do tego dochodzi świat Les Éternels, pradawnych istot i wampirów, który stopniowo odsłania przed Célie kolejne sekrety. Autorka nie wrzuca wszystkiego czytelnikowi na talerz od razu, więc cały czas pozostaje ciekawość: co tu się właściwie dzieje i komu można zaufać? I bardzo dobrze.
Podobało mi się też to, że pod całą warstwą fantasy znajduje się historia o dorastaniu, samodzielności i próbie odnalezienia własnego miejsca. Célie chce przestać być postrzegana jako delikatna dziewczyna, którą trzeba nieustannie ratować. Chce sama decydować o sobie i udowodnić, że jej miejsce nie zależy od tego, co inni uważają za odpowiednie dla niej. Dla młodego czytelnika w wieku 15–18 lat to bardzo fajny punkt wyjścia do historii, która oprócz fantastycznej przygody mówi też o lęku, odwadze, poczuciu własnej wartości i budowaniu niezależności. A przy tym wszystkim nadal dostajemy to, po co wielu z nas sięga po fantasy:
MROK. WAMPIRY. MAGIĘ. ROMANS. SEKRETY. Czyli zestaw, który zdecydowanie ma prawo namieszać w głowie. 😂🩸, No i zakończenie… SHELBY MAHURIN… SERIO?! Nie będę spoilerować, bo tego po prostu nie można zrobić. Powiem tylko tyle: po ostatnich stronach człowiek potrzebuje chwili ciszy, kawy i… DRUGIEGO TOMU. Całe szczęście, że go mam. Bo gdybym go nie miała, prawdopodobnie siedziałabym pod drzwiami księgarni i pytała, czy może jednak mają jakiś egzemplarz na zapleczu. 😂📚 Ta pozycja to świetna propozycja dla młodzieży 15–18 lat, szczególnie dla tych, którzy lubią fantasy z gotycką atmosferą, tajemnicami, wampirami i romansem, który nie rozwija się w pięć minut. To historia o bohaterce, która uczy się ufać sobie, o świecie pełnym niebezpieczeństw i o relacji, przy której momentami naprawdę można dostać książką po głowie. I tak, kupiłam to. Całkowicie. 😂 Jeszcze raz napiszę, były momenty, gdzie nie wszystko było jasne przez to, że nie znam poprzedniej serii, lecz cały czas nakręcałam się tym, że jeśli tutaj mamy to, co mamy, to kurde-felek, co musi być tam?! SZOK!
🩸, Jeśli macie słabość do mrocznego fantasy, wampirów, gotyckiego klimatu i bohaterów, którzy zdecydowanie powinni częściej ze sobą rozmawiać, „Szkarłatny welon” może Was nieźle wciągnąć. Tylko ostrzegam (już kiedyś to napisałam): nie zaczynajcie, jeśli macie jutro rano coś ważnego. Bo możecie skończyć z książką w ręku, kawą dawno zimną i jednym wielkim: „NO DOBRA, A TERAZ, GDZIE JEST DRUGI TOM?!” 😂🦇
Z twórczością Marcina Mortki staję oko w oko po raz pierwszy. Dlaczego tak się dzieje, skoro pisarz nie jest żadnym debiutantem, a łączna liczba jego propozycji literackich jest przeogromna? Odpowiedź jest prosta, a raczej istnieją dwie najważniejsze przyczyny. Po pierwsze- doba ma tylko 24 godziny, a rynek książkowy tak bogaty, że czasem nie wiemy, co przeczytać w pierwszej kolejności. Obiecujemy sobie, że powieść tego, a nie innego pisarza przeczytamy właśnie teraz, dziś, natychmiast, po czym… wszystkie plany idą w łeb. Na horyzoncie pojawia się kolejna arcyciekawa powieść i to ona zmienia nasze wcześniejsze zamiary. Zresztą, choćbyśmy bardzo chcieli, nie możemy całego dnia, a także nocy, spędzić tylko na czytaniu- mój wzrok w bardzo wymowny sposób dziękuje mi za ciągłe poszerzanie mojego hobby. Druga przyczyna to po prostu gatunek- do tej pory sądziłam, że Marcin Mortka specjalizuje się głównie w tekstach dla dzieci czy fantasy. Pomyliłam się, i to sporo, ale autor ma na swoim koncie aż 155 (!) książek, a zatem muszę dogłębnie go przestudiować.
Zderzenie z „Listami do Poli”, czyli jego najnowszym dziełem, było niemal strzałem w dziesiątkę. To, co od razu przyciąga moją uwagę, to tytułowe listy, a w zasadzie zwierzenia ojca spisane w jednym zeszycie i, tylko teoretycznie, skierowane do najmłodszej córki. Ktoś mógłby powiedzieć, że autor chyba cofa się do prehistorycznych wręcz czasów, ale to absolutna nieprawda. Widok pięknych kopert zdobiących każdy rozdział tylko przyspiesza bicie mojego serca, a wewnętrzny głos mówi mi: czytaj to jednym tchem. Tak też zrobiłam i nie żałuję. Mało tego- koncepcja tytułowych listów bardzo współgra z opisem rodzinnego domu bohaterów, gdyż tam także czas jakby zatrzymał się w miejscu. Istotą są też stare przedmioty- dziś bezużyteczne, ale wciąż mające duszę i zdolność przenoszenia postaci do odległych czasów. Dzieje się to poprzez wspomnienia, rzecz jasna. Są one dobre, a może nie? Sprawdźcie to sami.
Nieścisłości rodzinne zdarzają się wszędzie, ale czy autor dobrze pokazał, jak naprawić ten błąd? Tak, moim zdaniem jest to powieść, którą powinna przeczytać każda dorosła już osoba. Rodzina Wrzaskowiczów to fikcja, jednak sporą część tekstu można przypisać statystycznym Kowalskim czy Nowakom. Nie kontaktujesz się z rodzicami? Kłócisz się z rodzeństwem? Zmień to, póki nie jest jeszcze za późno- to apel do każdego odbiorcy z osobna.
Po przeczytaniu nowej książki Marcina Mortki siedzi we mnie zarówno dużo humoru, ale też myśli podchodzących pod melancholię. Trzeba sobie uświadomić, że kiedyś nie było Internetu, mediów społecznościowych i, o zgrozo, sztucznej inteligencji. Mimo to, familie dbały o to, by się spotykać, by celebrować ważne święta, rocznice, itp. A teraz? Pogoń za pieniądzem i sławą powoduje, że nikt nic o sobie nie wie, a jeśli już coś do nas dociera, to równie dobrze mogą to być bzdury wyssane z palca. Jestem pewna, że wielu czytelników, zaraz po ukończeniu książki, dojdzie właśnie do takich wniosków. Jeśli taki był zamysł literacki pisarza, to udał mu się w stu procentach.
„Listy do Poli” to także książka, w której pokazane jest prawdziwe życie, a niektóre perypetie bohaterów, na przykład podchodzące pod kryminał, trzeba potraktować z przymrużeniem oka. Niezwykle często lubię posługiwać się antycznym terminem decorum, co tłumaczy się jako dopasowanie gatunku do tematu i stylu. U autora widać ten zabieg doskonale, gdyż tam, gdzie mamy się śmiać, zrobimy to. W innych scenach, tych bardziej bolesnych, może i nawet się wzruszymy, bo co w tym złego?
Jeremi Wrzaskowicz to wdowiec mający tak naprawdę czwórkę dzieci- Ewę, Roberta, Grzegorza i tytułową Polę. Dlaczego zatem znika bez wieści, a wszelkie osobiste zapiski uznawane jako listy są kierowane właśnie do najmłodszej Poli? Ta zagadka nie dawała mi spokoju, bo czyżby pisarz uczył nas haniebnego, ale często zauważalnego faworyzowania jednego z dzieci kosztem innych? Czy to zawsze ta najmłodsza pociecha ma być uważana za najpiękniejszą, najcudowniejszą? Nic bardziej mylnego- ta zagadka okazała się być dużo bardziej zdumiewająca, niż zakładałam. Niczego jednak nie zdradzę- pragnę pozostawić czytelników w niewiedzy, by mogli oni spokojnie przemyśleć wszystkie dialogi, a zwłaszcza te o podłożu obyczajowym. Dodam tylko, że jest ich tu naprawdę mnóstwo- w końcu na przestrzeni 431 stron wiele może się wydarzyć, prawda?
To, czym dodatkowo ujął mnie autor, to bardzo oryginalny podział na rozdziały. Nie są one klasycznie ponumerowane, zatytułowane także nie. Marcin Mortka za każdym razem nieco przygotowuje nas na to, co może się wydarzyć. Robi to w bardzo umiejętny, a zarazem prześmiewczy sposób. Ten zabieg bardzo przypadł mi do gustu, pisarzowi należą się za to duże brawa.
Nie chcę zbyt wiele zdradzać, gdyż dzieje się tu naprawdę wiele. Sama najbardziej zainteresowałam się postacią Ewy- kobiety idealnie zajmującej się córeczką Oliwią, ale jej życie wcale nie jest bajkowe. Wątek kryminalny potraktowałam pobłażliwie i wiem, że jedni go pokochają, drudzy nie. To naturalna sprawa. Wiem jednak, że z całą pewnością wrócę do wcześniejszych propozycji pisarza. A tak na poważnie: szalenie ważny jest stały kontakt z bliskimi. Nie zaniedbujmy go, nie mówmy standardowego „zdzwonimy się” albo „kiedyś musimy się spotkać”. Niestety, często okazuje się, że na familijne spotkania naprawdę jest już za późno i nic nie zostaje między sobą wyjaśnione. A powinno.