"Łąki kwitnące purpurą" jest drugim tomem sagi Spacer Aleją Róż. Znajdziemy w nim nie tylko tło historyczne z realnymi postaciami, ale również potrzebę miłości i marzenie o bezpiecznym kraju oraz spokojnym, godnym życiu. W tej części jest znacznie więcej wątków politycznych i przytrafiających się dramatycznych wydarzeń bohaterom. Czy i jak zdołali to udźwignąć?
Edyta Świętek osadziła akcję powieści w realiach Polski Ludowej lat 50-tych XX wieku. Były to szare, aczkolwiek bardzo interesujące, pełne sprzeczności czasy. Propaganda kontra dramaty mieszkańców, obietnice świetlanej przyszłości, nowe mieszkania, stabilna praca kontra strach przed donosami i kontrolą władzy. Pierwsze powojenne wybory, więziony kardynał Wyszyński, słynna Trybuna Ludów, dyskryminacja i prześladowanie księży czy ingerowałnie władzy w działalność kościoła. Znajdujemy się w robotniczej dzielnicy Krakowa, Nowej Hucie, która prężnie się rozrasta i staje się pełnoprawnym bohaterem książki. To tu zamieszkała piątka rodzeństwa Szymczaków. Na wsi zaś została matka z Dorotką.
Towarzyszymy bohaterom w ich smutkach, radościach, lękach, rozczarowaniach, złości, trudnych wyborach, i czyhających niebezpieczeństwach. Wreszcie dowiedziałam się, który z braci wymierzył sprawiedliwość. Kibicowałam też niespełnionej miłości najstarszego z braci oraz powstającym nowym związkom. Postaci pokazują nam, jak ważna w życiu człowieka jest rodzina i wiara. Miłość, oddanie, szacunek, lojalność wobec najbliższych oraz wartości wyniesione z rodzinnego domu, sprzyjają w odnalezieniu się w niełatwej rzeczywistości i w jakimś sensie życiu. Wsparcie bliskich dodaje sił do tego, by walczyć z przeciwnościami losu.
Autorka zadbała o zaskakujące zwroty akcji. Zwłaszcza ostatnie strony przyniosły niezwykłe spotkanie, które jak przypuszczam, odmieni życie jednego z bohaterów. Jestem ciekawa, co z tego wyniknie.
Dodatkowym atutem jest zamieszczone we wstępie książki drzewo genealogiczne, które ułatwia odnalezienie się w wielopokoleniowej rodzin: Pawłowskich, Szymczaków oraz Kurbieli.
"Łąki kwitnące purpurą" to pełna emocji, poruszająca wielowątkowa powieść o rodzinnych więzach, potrzebie miłości, przyjaźni, dojmującej samotności, bezlitosnej tęsknocie, zazdrości, nienawiści. Wspaniała kontynuacja historii, jaką rozpoczął pierwszy tom. Wsiądziecie do tramwaju nr 5, który łączy Nową Hutę z Krakowem?
„…tylko ja potrafię sprawić, żebyś nienawidziła mnie z taką samą mocą, z jaką mnie pragniesz i nigdy ci się to nie znudzi…”
„Czarna jaskółka” to fenomen.
Ale „Czarna jaskółka 2” to fenomen do kwadratu.
Bo w tej części Jack Adams nie tylko wraca w swojej czarnej, bezwzględnej i bezlitosnej odsłonie. On obnaża się z uczuć, o które nigdy byśmy go nie podejrzewali.
Nie było, nie ma i długo nie będzie drugiego takiego bohatera jak Jack Adams.
Handel i produkcja narkotyków?
Wybaczamy.
Bezwzględność, brutalność, zdradę, czyny, których nie powinno się usprawiedliwiać?
Wybaczamy.
Strzał oddany do pierwszej młodzieńczej miłości?
Wybaczamy.
Bo Jack Adams to nie jest bohater, którego się ocenia.
Jego się przeżywa.
A co możemy mu wybaczyć w tej części?
Paradoksalnie — tylko jedno. To, że dał się nabrać na amnezję „żony”. Moniki.
Ale skoro ona jest jak Jack w spódnicy… to przecież trafił swój na swego.
I właśnie dlatego w tej części dostajemy coś absolutnie elektryzującego: ich magnetyczne starcie.
Przyciąganie.
Odpychanie.
Walkę.
Pożądanie.
Dumę.
Zranienie.
Oni są po prostu nieidealni — i przez to tak bardzo idealni.
„…czasem można próbować połączyć dwa zepsute elementy i okazuje się, że idealnie do siebie pasują.”
Monika po wybudzeniu ze śpiączki postanawia udawać amnezję. Gra kobietę łagodną, bezbarwną, inną niż ostra Czarnulka, którą znał Jack.
On natomiast coraz trudniej znosi „nową” żonę. Coraz częściej znika. Coraz szybciej traci cierpliwość.
Kiedy Monice udaje się uciec z Brazylii i wrócić na Podhale, wreszcie może być sobą. Doskonale jednak wie, że Czarnooki Diabeł nie wybacza zniewag. I że prędzej czy później pojawi się w Polsce.
Nie spodziewa się tylko jednego, że Jack wróci nie tylko z jej powodu.
I że konsekwencje jego dawnych wyborów wciągną w grę o najwyższą stawkę także ją.
W tej części Jack przechodzi samego siebie. Jest bezkompromisowy, bezczelny i tak bardzo magnetyczny. Nie udaje nikogo. Niczego sobie nie odmawia. I właśnie wtedy w tej pełnej, nieokiełznanej wersji — fascynuje najbardziej.
Relacja z Moniką z mdłej, brazylijskiej stagnacji przechodzi w coś ostrego, hipnotycznego i tak bardzo uzależniającego. Ich hate-love to istny majstersztyk. Dialogi iskrzą. Wzajemne prowokacje rozpalają. Zazdrość prowadzi do scen, od których nie sposób się oderwać i nie zarumienić. Te sceny po prostu działają!
„Nie pytał, nie prosił. Jak zwykle brał z jawnym pragnieniem i gniewem. A ja chłonęłam to łapczywie.”
Oczywiście wokół nich pojawiają się nowe, intrygujące postaci. Wracają też ci, których już znamy - cała rodzina Adamsów od najstarszego do najmłodszego, którzy również pojawiają się w Polsce. A wraz z nimi pojawia się napięcie, gniew, tajemnice i emocje, które uderzają z podwójną siłą.
Są także momenty, gdy Jack pokazuje zupełnie inne oblicze. Wręcz zaskakująco ciepłe. I nawet on przekonuje się, że nie na wszystko jest odporny. Nie każdą krzywdę potrafi znieść. Zwłaszcza nie swoją.
W tej historii nic nie jest oczywiste.
Nikomu nie można ufać.
Nie wszystko jest tym, czym się z początku wydaje.
Bo nawet porządnie zamknięte drzwi mogą mieć maleńką szczelinę, a przez nią może wślizgnąć się coś tak samo zapomnianego, co bezlitosnego. Coś, co zmusi do wyboru. Coś, co złamie niejedno serce.
„Czarna jaskółka 2” to emocjonalna, bezwzględnie wciągająca historia, która szokuje, wzrusza, bawi i wstrząsa. Jest tak nieprzewidywalna jak pogoda w Tatrach - i jak sam Jack Adams. Bohater, którego kocha się i nienawidzi jednocześnie.
Jednak pomimo całej mojej miłości do Jacka Adamsa, w tej części to Monika wygrywa wszystko.
Jack nadal jest ogniem, chaosem i mężczyzną, który jednym ruchem potrafi rozpalić całą scenę do czerwoności, ale Monika jest czymś znacznie groźniejszym - spokojem, precyzją, strategią, która nie potrzebuje krzyku, żeby przejąć kontrolę. Kobieta działa metodycznie, po cichu, cierpliwie buduje swoją przewagę wtedy, gdy inni są przekonani, że to ona jest kilka kroków za nimi. I choć moje serce nadal niebezpiecznie przyspiesza na samą myśl o Jacku, to właśnie Monika w tej części zgarnęła wszystko, bo udowodniła, że prawdziwa siła nie zawsze płonie najjaśniej, nie zawsze nosi benzynę i zapalniczkę przy sobie, ale czasem jest lodowata, spokojna i właśnie dlatego absolutnie nie do zatrzymania w walce ze złem.
Złem, które czai się w tej części od początku i prawie do końca książki pozostaje zagadką, co pobudza i stawia w gotowości wszystkie zmysły nie tylko samych bohaterów, ale i nas - czytelników.
A zakończenie?
Takie, jakie tylko Liliana Więcek potrafi zaserwować. Perfekcyjnie wymierzone zagadką. Zostawiające niedosyt. Rozpalające apetyt na więcej a jednocześnie rozbrajające!
Po tej książce jedno jest pewne: czekanie na „Czarną jaskółkę 3” będzie bolało.
Walczyłam o „Czarną jaskółkę 2”, oj walczyłam. I było warto.
Bo to historia, która uzależnia. Bo to bohater, który uzależnia.
Jeśli szukacie książki, której nie odłożycie po jednym rozdziale - właśnie ją znaleźliście.
Jeśli kochacie bohaterów, którzy są moralnie niejednoznaczni, niebezpieczni i magnetyczni - dla tych tu - przepadniecie.
Jeśli uwielbiacie relacje pełne napięcia, ognia i nieustannej gry — ta właśnie ta seria i ta książka jest dla was.
Reasumując?
Czytajcie. Nie zawiedziecie się ani na tej historii ani na tych bohaterach.
Jedyny minus?
Kiedy przewrócicie ostatnią stronę, będziecie pragnęli więcej.
To nie jest zwykła historia.
To uzależnienie. To obsesja, z której ja osobiście nie zamierzam się leczyć, no chyba, że przy dziesiątym tomie tej fenomenalnej serii Góralka i mafioso.
„Prawdopodobnie klątwa, która nas połączyła, polegała właśnie na sprzeczności: nienawidzić i zarazem pragnąć jak niczego innego na świecie.”
Po książki Urszula Gajdowska sięgam w ciemno – i jeszcze nigdy się nie zawiodłam. Uwielbiam jej styl za lekkość, naturalność i niezwykłą umiejętność łączenia historii z emocjami. Autorka pisze tak, że strony przewracają się same – z jednej strony subtelnie i z wyczuciem, z drugiej z wyraźną pasją do epoki i bohaterów. „Czas Olivii” tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że każda jej powieść to gwarancja doskonałej, klimatycznej lektury.
Akcja książki rozgrywa się w Szkocji w 1816 roku – w czasach, gdy honor, pochodzenie i rodzinne dziedzictwo miały ogromne znaczenie, a kobiety często musiały walczyć o swoje miejsce w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Już sam punkt wyjścia intryguje: na Zamku Caly dochodzi do rzekomego samobójstwa lady Catriony MacCalister. Jednak od początku czuć, że sprawa nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać. W murach starej, chłodnej twierdzy kryją się sekrety przekazywane z pokolenia na pokolenie, a mroczny szkocki krajobraz doskonale podkreśla atmosferę tajemnicy.
Główną bohaterką jest Olivia – córka zmarłej lady Catriony i dziedziczka Caly. To postać silna, odważna, ale jednocześnie poraniona przez tragedię, która spadła na jej rodzinę. Musi zmierzyć się nie tylko z bólem po stracie matki, lecz także z odpowiedzialnością za rodowe dziedzictwo. U jej boku staje William – ambitny, lojalny i pełen determinacji młodzieniec, który przybywa do Caly, by pomóc przyjacielowi. Między nim a Olivią rodzi się fascynacja, która z czasem przeradza się w coraz głębsze uczucie. Ich relacja rozwija się naturalnie – bez przesady i sztuczności – co jest ogromnym atutem tej powieści.
Autorka świetnie buduje napięcie – wątek romantyczny splata się z zagadką kryminalną, a kolejne odkrywane sekrety sprawiają, że trudno oderwać się od lektury. Mamy tu nie tylko miłość, ale też niebezpieczeństwo, intrygi, rodzinne konflikty i pytania o prawdę. Bohaterowie mierzą się z żałobą, samotnością, brakiem zaufania, presją społeczną oraz ciężarem tajemnic, które potrafią zniszczyć życie. Emocji jest tu naprawdę wiele – od smutku i niepokoju, przez gniew i zwątpienie, aż po nadzieję i rodzące się szczęście.
„Czas Olivii” to powieść historyczno-obyczajowa z wyraźnym wątkiem romantycznym i nutą tajemnicy. Idealna dla czytelniczek, które kochają klimatyczne historie osadzone w XIX wieku, rodzinne sekrety, silne kobiece bohaterki i miłość rodzącą się w cieniu trudnych wydarzeń. To także świetna propozycja dla tych, którzy cenią subtelny, lekki styl i dopracowane tło historyczne.
To historia o odwadze, prawdzie i uczuciu, które potrafi rozkwitnąć nawet w najmroczniejszych okolicznościach. Pełna klimatu, emocji i tajemnic – dokładnie taka, za jaką kocham twórczość Urszuli Gajdowskiej. Z całego serca polecam sięgnąć po tę powieść – to jedna z tych książek, które zostają w pamięci na długo.
Wcześniejszy tom zakończył się jakby plagą nieszczęść dla postaci z książki. Każdemu coś nie wyszło, ktoś umarł, zachorował albo stracił majątek, czy też kogoś do kochania. Dosłownie jakby plaga przeszła od połowy treści i w sumie zostaliśmy pozostawieni w sporych nerwach, bo niewiele wskazywało na to, że cokolwiek zmieni się na plus. Jednak, kiedy zaglądamy do owej pozycji widzimy, że coś w naturze postaci nakazuje im odnaleźć to szczęście, choćby rozpoczynając dzień chwilą ciszy i spokoju dla siebie. Kobiety marzą tutaj o pięknym życiu, nawet nam je opisują, jednak same na końcu niepotrzebnie negują to, co wydawało im się piękne. Czują się niewystarczające, zmęczone i obarczone błędami, które czasami nawet bardziej w sobie podsycają. To dzieje się u kilku bohaterów, gdyż zaglądamy prze firanki do sypialni wielu postaci. Autorka stworzyła świat wielu osób, ich potknięć, zmęczenia macierzyństwem, nietrafnych decyzji, nieodpowiednich połączeń czy też wyrzutów sumienia. Niby chcieli być szczęśliwi, ale uważali, że owe błogosławieństwo jest nie dla nich. Myślę, że pod tym kontem wielu czytelników pokiwa głową i utwierdzi się tylko, że nie są sami, że jest ktoś, kto ma gorzej. Choć może ucieszą się z czasów w jakich żyją, że teraz kobiety mają więcej do powiedzenia niż mężczyźni. Dobrym tematem i smutnym jednocześnie było ukazanie jak młode osoby bardzo poważnie podchodzą do życia i przez to czują się skrzywdzone. Zamiast mówić i wydać z siebie złości, milczą dokładając sobie niepochlebnych myśli. Wszelkie rozmowy w dobrej wierze, ale przepełnione złośliwościami, przechodzą na czytelnika. Niby widzimy w tym zrozumienie, ale zbyt mocny nacisk na przeginanie i wyżywanie się na innych sprawia, że w nas również podnosi się ciśnienie. W ogóle miałam wrażenie, że przewijał się tutaj temat nie tyle braku wyjścia, lecz utwierdzania się w złych przekonaniach, jakby samobiczowanie. Później składają jednak obietnice, że się zmienią. Poszukują ratunku będąc na skraju wyczerpania psychicznego. Temat zielarki był dla mnie czasem na uśmiech i obietnicę szczęścia.
W dużej mierze to tom o kobietach, ich troskach, problemach w małżeństwie, wychowywaniu dzieci i braku takiej wolności. Z pewnością znajdzie uznanie wielu kobiet, jednak pamiętajcie, że tomy są kontynuacją poprzednich wydarzeń i pomimo początku, który skraca poprzednie wydarzenia, warto jednak wejść w sagę od momentu, kiedy to wszystko się zaczęło. Wtedy wbijecie się w rytm i podejmiecie decyzję, czy wasze spojrzenie na świat pokrywa się z wyobrażeniem tego w książce. Jeśli wasza odpowiedź będzie twierdząca, to reszta popłynie już sama:-)
Jest tutaj wiele postaci, ale na spokojnie wiemy o kogo chodzi, o ile znacie tomy wcześniejsze. Autorka ma dar do przenoszenia nas do przeszłości. Szanuje to i dlatego doceniam to punktacją:-)
"Pocałunek diabła" jest pierwszym tomem dylogii Las Vegas. Kaia przygotowuje się do ślubu ze spokojnym i poukładanym prawnikiem Davidem. Jednak szkopuł w tym, że już jest mężatką. Fakt ten ukrywa zarówno przed narzeczonym, jak i przed całą rodziną. Jej mężem jest bogaty i wpływowy Nicholas. Jakie będą weekendowe skutki miasta grzechu? Zdecydowanie będzie gorąco! Nicolas to mężczyzna apodyktyczny, nieprzewidywalny i... pociągający. Kaia to kobieta zagubiona. Przed światem udaje kogoś innego, niż jest w rzeczywistości. Jej przeszłość może zniszczyć wszystko...
Zostajemy wciągnięci w mroczną grę namiętności, manipulacji, kłamstw i sekretów. To bardzo intensywne emocje i uczucia, które wchodzą głęboko pod skórę. Tu rozsądek toczy nieustanną walkę z sercem.
Joanna Świątkowska porusza temat sekt. Przybliża nam to, w jaki sposób działa taka organizacja i jaki ma wpływ na człowieka. Wyrwać się z niej jest bardzo trudno. A konsekwencje życia w takiej zamkniętej wspólnocie mają długofalowe skutki. To specyficzne ukształtowanie charakteru oraz przełożenie na codzienność. Mocno współczułam Kai i jej rodzeństwu. To było straszne, przez co musieli przejść. Jednak czy aby na pewno ten koszmar na dobre się zakończył?
Nicholas... świetna kreacja. On podobnie, jak Kaia przywdziewa maskę. Za bezwzględnością można dostrzec lojalność i opiekuńczość. Relacja tych dwojga to istne tornado! Napięcie, przyciąganie, przepychanki słowne - ciężko było ugasić ten żar, choć oboje próbowali. Zupełnie odwrotnie wyglądała relacja z Davidem. Tu nie było chemii ani nic z tych rzeczy. Przez to Kaia wydawała mi się kobietą mało dojrzałą. Powinna stanąć oko w oko z prawdą, wyznać, że jest mężatką, a nie planować kolejny ślub.
Widzimy, że ucieczka przed przeszłością jest niemożliwa. A co z drugą szansą? Czy warto ją dawać? Czy zawsze warto podążać za sercem? Tu nie ma prostych odpowiedzi, nic nie jest oczywiste. Sami musimy odkryć, kto jest dobry, a kto zły.
"Pocałunek diabła" to wielowymiarowa, podszyta napięciem historia o zakazanej miłości, w której przekonacie się, że Diabeł nigdy nie zapomina i nigdy nie odpuszcza. To książka o wyborach, lojalności, sekretach i mrocznych układach. Moim zdaniem zahacza nieco o thriller, a przy tym mocno wciąga w wir wydarzeń. Przeczytajcie!
Ważna książka pokazująca gdzie są dziś kraje Azjatyckie i jak bardzo stan faktyczny różni się od naszych wyobrażeń. Autor wspiął się tu na wyżyny prostego opowiadania o skomplikowanych zagadnieniach. Fajnie łączy tu tematy polityczne z lekkimi historiami ,,z ulicy", o zwykłych obywatelach, którzy np. w Singapurze, ale tez w wielu innych krajach są pod ,,ostrzałem" wszędobylskich kamer. To jeden z ciekawszych reportaży jakie ostatnio czytałam, serio nie mogłam się oderwać!
Jeśli ktokolwiek z was potrzebuje w życiu jakiejś zmiany, nie czuje się dobrze, może choruje, może wciąż chodzi nerwowy i leki na uspokojenie mu nie pomagają, to powinien rozpocząć swoją przygodę z książkami pani Ewy. Autorka nie nakazuje nam niczego, a jedynie pokazuje od czego możemy zacząć aby polepszyć swoją jakość życia. Chodzi tutaj o produktywność nie tylko mózgową, ale i cielesną. Małe nawyki wprowadzone choćby pojedynczo, bez żadnych drastycznych zmian, mogą sprawić, że częściej na naszej twarzy zagości uśmiech. Drobnymi krokami wprowadzi do naszego życia taki odkurzacz na złe rzeczy, które wysysane z nas, sprawią, że odmieni się wszystko na lepsze. Taką łatwością w rozumowaniu szczęścia jest aby cieszyć się z tego, co się ma, zamiast się smucić tym, czego nie mamy. W naszym prawdziwym życiu tak naprawdę trzeba się nauczyć cieszyć z dobrych rzeczy, gdyż w dzieciństwie większość z nas była negowana. Zawsze coś mogliśmy zrobić lepiej, nauczyć się bardziej, albo przynieść czegoś więcej. Kiedy jednak w momencie, gdy robiliśmy coś dobrze, nikt nas nie chwalił, nie zachęcał do dalszej pracy. Te błędne schematy przechodzą z pokolenia na pokolenie, dlatego ludzie nie wiedzą jak być szczęśliwym. Trzeba się tego wszystkiego nauczyć, tak jak uczymy się mówić czy chodzić. Program na szczęście trzeba wdrążyć od nowa i ta książka właśnie jest nauczycielem do tej nauki. Taką nowością była dla mnie myśl, że zbierane rzeczy w domu, choćby cokolwiek to nie było, ale w nadmiarze, jest takim zatrzymaniem nas w miejscu, bo przypomina nam o konkretnej chwili i czasie w którym odczuwaliśmy szczęście. W ten sposób trudno jest iść naprzód, gdyż wciąż ta przeszłość, to wydarzenie czy też ta kolekcja utrzymuje nas w czasie przeszłym. Nie dostaniemy lepszej pracy jeśli wciąż będziemy patrzyli na druk z awansem, który dostaliśmy dwa lata temu. Nigdy nie kupimy sobie nowej patelni, kiedy w domu wciąż jest jeszcze ta, na której jeszcze da się smażyć, choć przywiera mięso, choć od dawna obiecuję sobie, że tą nową kupię. Póki ona jest, póty trzyma mnie z nią wspomnienie, żadna nowa patelnia w domu się nie znajdzie. To akurat znam z doświadczenia, choć nigdy w ten sposób o tym nie myślałam. Wszystkie wskazówki jakie tutaj znajdziecie pokażą wam co takiego trzyma was we wsteczności. Co możecie odrzucić aby w końcu ruszyć na przód. To było dla mnie takie odkrywcze, co wywołało lawinę myśli i spostrzeżeń nad dotychczasowym życiem. U was zapewne będzie podobnie:-)
,,Poprzez gromadzenie pamiątek i starych szpargałów wyrażają oni nostalgię za niespełnionym lub dawno przebrzmiałym szczęściem."
Każda myśl o wsteczności odwraca uwagę od teraźniejszości. Sami pomyślcie nad tym chwilę i zobaczcie jaka wartość płynie z tych słów. Znajdziecie tutaj listę dobrych wspomnień, wyzwolenie od krzywd, poczucie wartości, wiarę w siebie, przemijanie, lęk, sztukę przebaczania, umiejętność przepraszania, sztukę dobrego małżeństwa i wiele innych zagadnień, które będą wam ogromnie przydatne podczas uwolnienia wszystkiego, co nie daje wam ruszyć z miejsca. Można w niej pisać, lub spisywać przemyślenia na odpowiednich stronach. Każda pora roku, to inne wyzwania, które mają charakter zachęcający. Samo wydanie książki zostało dobrane tak, by pokazać pięknem przyrody iż wszystko można. Pytanie tylko brzmi, czy chcecie się zmienić i być szczęśliwi? Czy chcecie odnieść sukces?
Nie da się jej przeczytać na raz, gdyż to dzieło jest jak przyjaciel, który zawsze będzie na was czekał by pomóc. Coś wspaniałego, serdecznie wam polecam!
Książka ma zwyczajny format, ale jej strony są białe i grubsze, więc cała jest ciężka. Dosłownie jak podjęcie 21 dniowego wyzwania, by w tym czasie przestać narzekać i zaobserwować jak nasze życie uległo zmianie. Może i trudne, ale czy nie do zrobienia? Jeśli macie w waszym kręgu osoby, które ciągle narzekają, to wiecie jaki ciężar na was spływa, kiedy czepiają się wszystkiego, czy pogody, czy ciała, czy sąsiadów czy też ich życia, dosłownie wszystkiego, by tylko na cokolwiek ponarzekać. Mnie wtedy nerwy rozsadzają od wewnątrz, bo nie jestem w stanie takiej osoby słuchać. Rozumiem, że może jej być źle, ale czy nie ma na świecie innych tematów do rozmowy? Nie piszę wam tego po to, by zapełnić swoją recenzję słowami, tylko byście poczuli w jaki sposób ten poradnik z wami postąpi. Wpierw zajmie się pokazaniem jacy ludzie są, jak bardzo sami siebie krzywdzą, co w zupełności przechodzi zawsze na odbiorcę. Kiedy już dojdzie do was co to za osoby i że faktycznie tak jest, wtedy książka zapyta się was, czy chcielibyście to zmienić? Pomyślcie, jedną sytuację można potraktować na dwa sposoby. Ja widziałam dużą kolejkę do mojego lekarza jako plus, gdyż on przyjmował, a bywało z tym ciężko. Osoba, która ze mną przebywała widziała tylko ludzi przed nami, sprawdzała godzinę, narzekała na marnowanie czasu, podczas gdy ja podczas czekania cieszyłam się, że będę przyjęta. Zabrałam sobie też książkę, więc ze spokojem, bez domowego hałasu, mogłam ją przeczytać. Ta sama sytuacja, a dwie inne oceny. Właśnie tego będzie chciała was nauczyć ta książka, by szukać pozytywów, a nie zadręczać się, gdyż jedynie co spowoduje, to tylko wasze nerwy i frustrację. Wszelkie ważniejsze słowa, czy też cytaty będziecie mieli tutaj wyróżnione. Przeczytacie powody dla których ludzie narzekają, mniej więcej chodzi o to, że boją się, iż nie robiąc tego będą inni. Wolą być niezauważeni i siać zło innych aniżeli pokazać, że można inaczej. Jest to też związane z brakiem pewności siebie, ale po kolei:-) Szereg ćwiczeń przez które się przejdzie będą taką terapią, nie przymusem i nie nakazem. Pozycja daje nam wybór, dlatego czujemy się z nią swobodnie. Oprócz ćwiczeń mamy piramidę potrzeb, quizy, tabelki oraz cenne wskazówki jak swoim rytmem wyjść z obszaru narzekania czyli biedy, do obszaru bogactwa. Strona 41-42, krótkie opowiadanie, a tak wiele zmienia w naszym myśleniu. Będzie też inne, równie bogate w przekazie. Czy zatem dzięki tej książce można przestać narzekać? Z pewnością można spróbować wcielić to w życie i próbować. Zmiana życia nie przychodzi od razu, to proces wielu wyrzeczeń. Tylko od was zależy, czy zechcecie zmienić je na lepsze, czy dalej będziecie zdawali się na innych niczym rybki w akwarium. Dla mnie mądra i już:-)
Nie jest to książka dla każdego, a jedynie dla zainteresowanych tematyką depresji. Polecam ją do przeczytania osobom, które się z nią zmagają jak i tym, którzy chcą spróbować pomóc, gdyż mają takie osoby w swoim otoczeniu. Autor napisał książkę w celu zrozumienia tej choroby i utwierdzenia ludzi, którzy o tym nie wierzą, że jest to podstępna i niebezpieczna choroba, a nie wymysł czy też gorszy dzień jak młodzież określili go ,,depresyjnym". Nie da się bowiem mieć depresji przez dzień, czy tydzień. Wyjście z niej to proces określony w latach, praca z przekonaniami, dietą, gdyż zaburzenia psychiczne, to pewien stan człowieka w który nie wszedł ot tak. Aby to zrozumieć na stronie 18 mamy wytłumaczone na czym polega zaburzenie psychiczne a zaburzenie somatyczne. Jak już przejdziemy przez wszelakie pojęcia możliwości określenia stanu choroby, to dopiero wkroczymy na konkretną odpowiedź czy tam depresja w ogóle jest oraz jakie są jej objawy. To przydatne, gdyż możemy w domu mieć osobę w depresji i jego zachowanie obierać jako chęć zwrócenia na siebie uwagi, czyli wykluczenia z życia nie tylko towarzyskiego, a tak naprawdę będzie to stan w którym już potrzebna będzie pomoc.
Bardzo ładnie jest to zobrazowane w książce dla dzieci ,,Dół od Wydawnictwa Widnokrąg. To podpowiedź dla tych osób w okolicy nastoletniego wieku.
Ten poradnik jest dla osób pełnoletnich, choć nie z uwagi na drastyczne sceny, tylko etap rozumowania opisywanych pojęć. W późniejszych stronach poznacie przykładowe opowieści wydarzeń określających stany chorobowe. Ważne treści pojawiają się jeszcze później podpowiadając jakie zaniedbania żywnościowe i higieniczne mogą prowadzić do wysypu bakterii w ciele, które wywołując różne stany zapalne spowalniają i po części upośledzają nasze organy a w tym mózg. Ospałość i wycofanie mają swoich winowajców w naszych jelitach a z tego w hormonach, układzie nerwowym i tak dalej. Szczegółowo będzie tutaj to rozpisane. Jak widać nie na darmo się mówi, że zdrowa dieta to zdrowy człowiek. Po resztę informacji zapraszam do książki. Zdecydowanie będzie to dla was czas przełomowy:-)
Poradnik jest dla osób, które nigdy nie wiedziały w jaki sposób stawiać swoje granice. Mamy tu nawet podkreślone, że książka uczy w jaki sposób powinniśmy szanować przestrzeń innych i jak samemu komunikować, żeby inni nasze zdanie szanowali. Opisuje w jaki sposób rodzice dzieci nie uczą ich poszanowania ich przestrzeni ani zdania, dlatego wyrastają jako osoby bardzo podatne na manipulację innych. Dostaliśmy szereg przykładów w jaki sposób potrafimy oddzielić naszą przestrzeń, choćby klucze do samochodu, czy też zamykanie drzwi łazienki podczas kąpieli. Wypisane zostały rodzaje granic jakie inni ludzie przekraczają, gdyż każdy z nas jest podatny na dziedzinę w której rej rady w dzieciństwie nie dostaliśmy. Wszelkie porady oraz strategie w mówieniu ,,nie" są jak najbardziej poprawne, dużo wnoszą do naszego życia ale na poziomie podstawowym. Poradnik spełnia swoją rolę, zresztą nie jest nigdzie zaznaczone, że z czegokolwiek nas wyleczy, czy też sprawi, że odtąd będziemy asertywni. Taki proces nie nastąpi poprzez jedno przeczytanie książki, gdyż w grę wchodzą nasze przekonania, ponownie dzieciństwo oraz praca nad własną pewnością siebie, by dopiero móc na spokojnie powiedzieć, nie, ja sobie tego nie życzę. Jednak jest idealny dla każdego, kto do tej pory zgadzał się na wszystko i robił rzeczy na które nie miał ochoty tylko po to aby zadowolić kogoś innego. Cieszy mnie, że była tutaj rubryka wypisanych rzeczy do których mamy prawo. Ktoś powie, że to rzeczy naturalne, ale druga osoba, choćby ja z dziesięciu lat do tyłu, nie wiedziała, że bycie miłym nie polega na zgadzaniu się na wszystko.
Takim głównym czynnikiem nauki pokazywania swoich granic jest wyprostowana głowa i zdanie, które kończy się kropką. Niby proste, ale spróbujcie to wykonać, kiedy przez lata wasz wzrok był skierowany na stopy, a odpowiedzi były kończone ,,no dobra". Tutaj taka osoba ujrzy jak bardzo była krzywdzona i jak może naprawić swoje własne samopoczucie, by świat ujrzał i ona sama, że można żyć szczęśliwie nawet wtedy, kiedy mamy inne zdanie i potrzeby niż inni:-)
Morderstwo dokonane na dziecku znalezionym nad zalewem nie stanowi sympatycznego widoku szczególnie dla ekipy prowadzącej wszystkie po kolei czynności związane z oględzinami wokół niego.
Śledztwo nad prowadzoną obecnie nową sprawą daje wiele do pierwszych przemyśleń. Niby nic nie można przeoczyć, atu jednak w międzyczasie tworzy się dużo nieścisłości. Dlaczego tak się dzieje, że dokonanie czynu niewybaczalnego zabicia niczemu niewinnego dziecka dopuszcza się jeszcze kilka po drodze utrat życia. Po co i w jakim celu są one komuś potrzebne, a może popełniane są one na zlecenie, a może to tylko jest prowadzona gra, w której nie widać końca.
Mordercę jest trudno zlokalizować, a przede wszystkim odgadnąć kim on tak naprawdę jest.
Twórczość Pana Pawła Fleszara poznałam sześć lat wcześniej z przeczytanego kryminału pt. ''Powódź'' i z tego, co pamiętam miło ją wspominam, bo uważam, że podjęłam w ciemno ryzyko, czy zechcę się z nią zmierzyć.
Uważam, że autor Paweł Fleszar, tworząc, ten kryminał należący do Cyklu: Komisarz Wit Nawrocki tom 1 pt. ''Piekło Niebo'' być może chce przekazać wskazówkę czytelnikom w formie ostrzeżenia, że nie ma bezpiecznych miejsc i nie można czuć się na tyle dobrze w przebywaniu z osobami zaufanymi, bo one też potrafią grać na dwa fronty pod tak zwaną przykrywką. Niby zachowują się normalnie, a tu jednak wciągają w grę, z której nie ma wyjścia, bez pojawienia się na końcu krwi, a w oczach zamordowanych ukryte łzy, skrywany z czasem na twarzy wyraz bólu, cierpienie. Reszta emocji pozostaje dla rodzin.
Jak poradzi sobie z tymi wszystkimi zadaniami zawodowymi, które są przed nim komisarz Wit Nawrocki, czy pojawią się wokół niego osoby mu sprzyjające, czy więcej będzie towarzyszyło mu ludzi utrudniających rozwiązywanie tych makabrycznych odkrywanych zabójstw młodych chłopców, komu zależy, aby on koniecznie spróbował się zmierzyć z tym, co się dzieje wokół niego zawodowo i jego kolegów z pracy. Czy tajemnicza i nieznana nikomu przeszłość komisarza Nawrockiego będzie wpływała na to, jak będzie po kolei toczyła się całościowa akcja?
Kryminału tego nie czytało mi się szybko.
Warto spędzić miło czas w gronie głównego bohatera i osób z nim pracującym.
„Mimowolnie zaciskam pięści. Serce bije mi jak oszalałe. Zagryzam zęby. Coś przejmuje nade mną kontrolę. Walczę z całych sił z tym uczuciem, ale...
Ono jest takie przyjemne...”
mrok nie zawsze jest tylko strachem. Czasem kusi. Czasem daje poczucie siły.
„Flashback”, pierwszy tom serii Killer’s Instinct autorstwa P.K. Farion i Mateusz Gostyński, zdecydowanie należy do thrillera, którego czyta się szybko i wchodzi pod skórę, zostając tam długo po zamknięciu książki.
Od pierwszej strony czuć niepokój, atmosfera jest ciężka, gęsta, duszna jak powietrze w opuszczonym magazynie. To w nim detektyw Zoe Brown znajduje mężczyznę całego we krwi. Iana Fell swojego przyjaciela.
Ian nie pamięta, kim jest. Nie wie, co zrobił. Nie wie, czy jest ofiarą, czy potworem. Umysł podsuwa obrazy, którym nie ufa, a pamięć kłamie. Ale czy na pewno?
Ian kwestionuje wszystko fakty, wspomnienia, ludzi wokół siebie, a nawet własną tożsamość. Czy można ufać sobie, kiedy nie pamięta własnej przeszłości? Czy amnezja to wybawienie, czy kara? Bardzo podobała mi się jego postać. Rozdarty, zagubiony, momentami przerażająco chłodny, a chwilę później bezbronny. Nieustannie balansuje na granicy – między prawdą a fałszem, między winą a niewinnością. Motyw jego amnezji został tu rozegrany rewelacyjnie. Chwilami sama nie wiedziałam co się dzieje naprawdę.
Między Ianem, a Zoe iskrzy, to nie jest zwykłe przyciąganie, bardziej napięcie podszyte lękiem i niepewnością. On wie, że tylko przy niej czuje spokój. Zdanie, które mówi do Zoe „Jesteś moją kotwicą”, jest mocniejsze niż jakiekolwiek wyznanie miłości. W świecie, który płonie i rozpada się na kawałki, Zoe jest dla niego jedynym stałym punktem.
Ona wie, że nie może mu do końca ufać, pomimo że cały czas o nim myśli. Czy zna tak naprawdę swojego przyjaciela? Dochodzenie, które prowadzi nie pomaga w ich relacjach. Listy mordercy mącą jej umysł, a on jest zawsze o kilka kroków wcześniej. Jak to wszystko się zakończy?
Autorzy po raz kolejny udowodnili, że potrafią budować mroczny klimat i prowadzić nas przez labirynt tajemnic bez oczywistych odpowiedzi. W „Flashbacku” nic nie jest pewne, każdy trop może być manipulacją. Każde wspomnienie może okazać się fałszywym śladem.
Thriller psychologiczny, który zmusza do zadawania niewygodnych pytań: kim jesteśmy bez swoich wspomnień? I co, jeśli prawda okaże się czymś, czego wolelibyśmy nigdy nie odkryć?
Historia o tożsamości, strachu i pragnieniu, które potrafi zarówno ocalić, jak i zniszczyć.
I już nie mogę się doczekać kolejnego tomu, wydaje mi się, że autorzy jeszcze nas zaskoczą:) Na to liczę :)
„ Uśmiech, który pojawia się na mojej twarzy, nie jest wyrazem szczęścia. To coś w rodzaju amoku. Czegoś co przejmuje nade mną kontrolę. Obawiam się, że po raz kolejny zobaczę ciemność...”
Marcel Moss to zapewne pisarz zaskakujący. Jak sam podkreśla w wywiadach czy, jak to się teraz modnie mówi, podcastach, każda jego opowieść jest zbudowana na zakończeniu. Nie inaczej dzieje się w przypadku najnowszej powieści pt. „W obronie męża”, dlatego też chętnie zaapeluję do ciekawskich czytelników lub też nowych fanów pisarza- po zakupie czy wypożyczeniu powieści nie wolno jej wertować, nie wolno czytać końcowych dialogów. W ten sposób odbieramy sobie przyjemność czytania- obiecuję, że wszystko przyjdzie w swoim czasie i będzie nie lada gratką.
Ogromnym walorem dopiero co wydanej książki jest jej jednotomowy wymiar. Po pierwsze, nie każdy z nas lubi serie czy cykle. Po drugie- przy tak bogatej ofercie wydawniczej pamięć odnośnie do bohaterów czy wątków potrafi być zawodna. Najważniejszy jest jednak trzeci aspekt- nie każdy z nas może wypożyczyć czy kupić kolejny tom, zatem „W obronie męża” można potraktować jako ukłon w stronę czytelników mniej zamożnych czy pochodzących z małych miasteczek czy wsi, gdzie biblioteki nie działają tak prężnie. Sądzę też, że nowa powieść to doskonała propozycja dla odbiorców, którzy po raz pierwszy zetkną się z piórem Marcela Mossa. Zobaczą oni, że pisarz ten niczego nie zamiata pod dywan, a każdy poruszony problem społeczny trzeba wciąż sukcesywnie nagłaśniać. Marcel Moss i reżyser filmowy Wojciech Smarzowski mogą zatem podać sobie ręce, gdyż lepiej pomóc choć jednej przestraszonej osobie, niż nikomu. Myślę, że każdy zgodzi się z tym stwierdzeniem.
„W obronie męża” można rozumieć jako bardzo dobrą, a jednocześnie tajemniczą i szokującą opowieść o więzach rodzinnych, które nie zawsze są idealne i nie przypominają wycinków z seriali familijnych. Okazuje się, że mimo długiego stażu partnerskiego nie można powiedzieć, że dana para zna się jak łyse konie czy po prostu na wylot. Są to związki frazeologiczne, które w XXI wieku nie mają racji bytu, zatem, Drogi Czytelniku, zastanów się czasem, z kim jesz obiad, z kim uczęszczasz na spacer czy dzielisz łóżko. Wilkiem w owczej skórze może być dziś dosłownie każdy, choć nie należy też zbytnio generalizować. Nie każda osoba chodząca po tym świecie to ktoś zły to szpiku kości. Bywa jednak tak, że to, co widzimy na co dzień, to idealnie wyprofilowana maska. Jacy więc dziś są nasi najlepsi przyjaciele, życiowi kompani, powiernicy sekretów? Czy nikt nigdy nie nadużył czyjegoś zaufania? Jest to kwestia do głębokiej refleksji, która po lekturze tej książki następuje automatycznie.
Marcel Moss wykreował fikcyjną parę- Laurę i Szymona. Ich sukcesy zawodowe pozwalają na godne życie, o jakim wielu z nas nawet nie może pomarzyć. Jedyną poważną rysą jest brak dziecka, ale nawet długi proces adopcyjny kończy się dla nich sukcesem. Czy jednak życie z sześcioletnią Amelką u boku okaże się namiastką raju? Sprawdźcie to, bo książka ta to niezła mieszanka uczuć- od najbardziej pięknych, do szoku, traumy i dreszczy na ciele odbiorcy. To wszystko w zawrotnym tempie funduje nam autor, ale jest to jeden z jego znaków rozpoznawczych. Co więcej, widoczne w powieści retrospekcje nie są fanaberią. Wręcz przeciwnie- historie bohaterów, także drugoplanowych, ukazane na przestrzeni lat, dają nam idealny portret psychologiczny postaci. Mocno zdajemy sobie sprawę, że przeszłość zawsze wpływa na późniejsze poczynania człowieka, nie jest to postępowanie wyssane z palca.
Po raz kolejny każdy rozdział jest tak zakończony, że zaintrygowany czytelnik nie będzie umiał odłożyć powieści na potem. 335 stron NAPRAWDĘ można pochłonąć w ciągu jednej nocy, mnie się to udało. Wszystko, co dzieje się na kartach książki, zostanie zapewne docenione przez czytelników złaknionych sensacji i bardzo mocnych wrażeń. Sama bardzo chciałam przeczytać coś mocnego, ale nie wiem, czy z opisanymi przez Marcela Mossa problemami umiałabym sobie poradzić w rzeczywistości. A Wy- krytykujecie postawę Laury, domowej lwicy, która gotowa jest skoczyć w ogień za swoimi bliskimi? Niemniej jednak, czytelnik ma sądzić, że już, już wpada na dobry trop, ale to nieprawda. Już za chwilę wszystkie przemyślenia zaczynają rozpadać się niczym domino, a gra zaczyna się od nowa… Taki właśnie jest Marcel Moss, brawo!
Jeśli napiszę coś więcej- zdradzę zbyt wiele. Dlatego warto polecić tę piękną, a jednocześnie szokującą lekturę. Marcel Moss idealnie zadbał o to, abyśmy nie odczuwali nudy czy chaosu. Wręcz przeciwnie- odbiorca poczuje się zaciekawiony, zszokowany, ale też… głodny. Dlaczego? Warto to sprawdzić.
Jest to książka także o bardzo przykrym, ale chyba już nieodwracalnym hejcie w Internecie, który rozszerza się z prędkością światła. Ludzie od zawsze kochali plotki, a sam autor podkreśla, że „raz rzucona plotka ma większą siłę, niż najbardziej uczciwe przeprosiny”. Mnie samą ujęły jeszcze inne słowa zastosowane przez Marcela Mossa. Uznał on bowiem, że „Pożar, który wybuchł w sieci, może przygasł, ale żar pod spodem wciąż się tli. Ludzie nie zapominają. Internet nie wybacza”. Do kogo można przypiąć te arcyważne wypowiedzi? Sprawdźcie to koniecznie.
Świadomie nie podaję wszystkich wątków, a także imion bohaterów. Fabuła zawarta w książce jest bowiem tak ułożona, że dowiadujemy się wszystkiego po kolei, nic nie jest przypadkowe. Autor może być dumny ze swojej kolejnej powieści.
"Dotyk diabła" jest drugim tomem dylogii Las Vegas. Kaia myślała, że wszystko, co złe ma już za sobą. Schronienie i spokój u boku Nicholasa burzy niedająca o sobie zapomnieć przeszłość. Sekta jej rodziców powraca, a wraz z nimi demony dzieciństwa. Śmierć jest blisko... Za każde kłamstwo i sekret trzeba zapłacić. Zabójca nie zostawia śladów. Kto zabija? Kto mówi prawdę, a kto kłamie? Czy tylko Nicholasowi kobieta może zaufać?
Obserwujemy dalszą przemianę Nicholasa, którą teraz widać jeszcze wyraźniej. Spadają na niego emocje i uczucia, których zupełnie się nie spodziewał. Jego potrzeba kontroli staje w kontrze ze strachem o kobietę, którą pokochał. Okazuje się, że jest też kruchy i otwarty. Kaia również przechodzi zmianę. Zagubienie ustępuje miejsca sile i determinacji. Ich relacja wchodzi na wyższy poziom. To już nie mamy do czynienia z grą. Prowokacja ustępuje miejsca więzi, bliskości, zaufaniu, poznawaniu swoich pragnień i trosk.
Niezwykle wrażenie zrobiły na mnie kreacje rodziców Kai. To, w jaki sposób traktowali swoje dzieci i do czego były im potrzebne, nie mieściło mi się to w głowie. Joanna Świątkowska wbrew pozorom nie poszła utartymi schematami. To, co się tu wydarzyło... czegoś takiego nawet nie brałam pod uwagę.
Ta część przynosi nam sporo odpowiedzi na pytania z pierwszego tomu. Jednak pojawiają się kolejne, które nas intrygują i nie dają spokoju. Zaskakujące zwroty akcji jeszcze bardziej wciągają nas w tę historię, chcemy poznać, jak to wszystko się skończy. Książka przybiera mocniejsze akcenty thrillera i dramatu aniżeli romansu. Finał zaś jest bolesny...
"Dotyk diabła" to emocjonalna, intensywna i poruszająca historia o walce z przeszłością, traumą, o siebie i o miłość. To książka o poświęceniu, stracie, zemście. Jak przetrwać w świecie pełnym mroku i manipulacji? Sprawdźcie!
„Niektóre decyzje podejmujemy sercem, a konsekwencje ponosimy całym życiem.”
„Najtrudniej pogodzić się nie z tym, co się wydarzyło, ale z tym, czego już nigdy nie będzie.”
„Gdyby można było cofnąć czas, czy naprawdę zrobiłabym coś inaczej?”
„Nie każda historia miłosna zaczyna się od pierwszego spojrzenia. Niektóre zaczynają się od końca.”
„Miłość nie zawsze przychodzi wtedy, gdy jesteśmy na nią gotowi.”
Życia Hannah Rooney z całą pewnością nie można byłoby określić mianem normalnego.
Jej rodzina prowadzi całe mnóstwo nielegalnych interesów, a ci, którzy jej się narażą marnie kończą.
Celem młodej kobiety jest pomoc młodszej siostrze Kaylie wyrwać się z toksycznego środowiska w którym sama dorastała- problem w tym ,że jej podopieczna jest osobą dość niepokorną i przyjdzie jej zapłacić za to wysoką cenę.
Pewnej nocy adeptkę szkoły pielęgniarskiej w Rockway Watch wzywa Jackson - starszy mężczyzna, samornik by nie rzec pustelnik.
Okazuje się bowiem ,że na nieodległej wyspie doszło do pożaru - w jego wyniku zginęły trzy osoby, a jedna- młody chłopak o nazwisku Tobias Hawthorne przeżyła, lecz to panna Rooney musi go uratować.
Zbyt wiele jednak się wydarzyło by znajomość z nim rozwinęła się w sposób naturalny, a i on choć początkowo nie potrafi sobie przypomnieć nic ze swej przeszłości ukrywa wiele sekretów.
Naprawdę rzadko to piszę , lub mówię, ale gdybym miała się w kimś zakochać byłby to taki typ bohatera - inteligentny o pięknym umyśle, uwielbiajcy słowa i zagadki , ale też czuły i pełen miłości.
To jego perspektywa mnie oczarowała i pozwoliła wniknąć w serce tej historii.
Fabuła ani przez chwilę nie nużyła i od pierwszej strony angażowała emocjonalnie.
I to właśnie sprawia, że ta historia boli najbardziej.
Bo „Love story, tak i wspak” to nie jest klasyczny romans, w którym śledzimy narodziny uczucia, pierwsze spojrzenia i nieśmiałe dotknięcia dłoni. To opowieść o miłości, którą poznajemy od końca. Od straty. Od pustki. Od pytania: co się stało?
Autorka prowadzi narrację w dwóch kierunkach – przeszłość splata się z teraźniejszością, a każdy kolejny rozdział odsłania fragment prawdy. Dzięki temu czytelnik wie, że coś się wydarzyło. Że coś się rozpadło. Ale nie wie dlaczego. I właśnie ta konstrukcja sprawia, że napięcie nie słabnie ani na moment.
Relacja Hannah i Tobiasa nie jest oczywista. Ona – wychowana w brutalnym świecie, nauczona, że uczucia są słabością. On – zagubiony, z wymazaną pamięcią, a jednocześnie niezwykle wrażliwy, bystry, pełen ciepła. Ich rozmowy – o słowach, o znaczeniach, o tym, jak język potrafi budować i niszczyć – są jednym z najmocniejszych punktów tej powieści. To nie jest romans oparty wyłącznie na fizycznym przyciąganiu. To więź intelektualna, emocjonalna, niemal intymna w swojej delikatności.
Im bardziej poznajemy przeszłość, tym boleśniejsze staje się „teraz”. I nagle rozumiemy, że to nie jest historia o tym, jak dwoje ludzi się w sobie zakochało. To historia o tym, jak łatwo można wszystko stracić. Jak jedna decyzja, jeden moment, jedno przemilczenie potrafi zmienić całe życie.
Najbardziej poruszył mnie motyw konsekwencji. Tego, że niektórych wyborów nie da się cofnąć. Że miłość czasem przychodzi w złym momencie. Albo że my jesteśmy w złym momencie dla niej.
To książka pełna melancholii, niedopowiedzeń i emocji, które długo zostają pod skórą. Nie epatuje dramatem – raczej powoli go buduje, aż w końcu uderza z całą siłą.
Witam ❤️
Dziś mam dla Was recenzję książki „Dziedzictwo” autorki Kaja Owczarczyk ❤️
Wydawnictwo Videograf ❤️
Historia rozgrywa się w 1938 roku i przeplata się z czasami współczesnymi, co bardzo lubię w powieściach obyczajowo-historycznych. Ten zabieg pozwala nam lepiej zrozumieć, jak wydarzenia z przeszłości wpływają na kolejne pokolenia.
W roku 1938 autorka porusza niezwykle ważne kwestie społeczne. Widzimy, jak młode panny z dobrego domu w praktyce nie miały żadnego wyboru – ich przyszłość była planowana przez rodziców. Nasza bohaterka, Zofia, mimo że nie była gotowa na zamążpójście, musi podporządkować się decyzji rodziny. Wybrany kandydat na męża ma oświadczyć się przy najbliższej rodzinnej okazji, a jej zdanie właściwie nie ma znaczenia.
W tamtych czasach należało także „odpowiednio” dobierać znajomych. Rodzicom nie podoba się fakt, że Zofia spotyka się z dziewczyną żydowskiego pochodzenia. Autorka bardzo wyraźnie pokazuje napięcia społeczne, uprzedzenia oraz narastający lęk, który zwiastuje nadchodzącą tragedię.
Poznajemy również moment, w którym bohaterka zaczyna odkrywać swoją prawdziwą naturę – coś, co w ówczesnych realiach mogło zostać uznane za skandal i przekreślić jej przyszłość. Wraz z wybuchem wojny światowej życie bohaterów diametralnie się zmienia. Każdy gest, każde słowo i każde pochodzenie mogą stać się zagrożeniem. Strach, konieczność ukrywania prawdy i walka o przetrwanie nadają tej części historii ogromnej intensywności.
Rok 1993. Poznajemy Idę – kobietę pełną ambicji, pracującą jako psychiatra. Choć zawodowo jest silna i kompetentna, prywatnie nie ma łatwego życia. Jej mąż nieustannie ją krytykuje, strofuje i podważa jej decyzje. Trudno czytać o relacji, w której jedna strona stale umniejsza drugiej. Autorka skłania nas do refleksji – czy da się odbudować związek, w którym brakuje wzajemnego szacunku?
Bardzo podobało mi się to, że Ida potrafi w pewnym momencie postawić wszystko na jedną kartę. Gdy dowiaduje się o pobycie babci w szpitalu, porzuca swoje dotychczasowe życie i jedzie, by pomóc jej w rekonwalescencji. To właśnie tam zaczyna odkrywać rodzinne sekrety, które przez lata były skrzętnie ukrywane.
W powieści mamy do czynienia z traumą międzypokoleniową, przemilczanymi wydarzeniami oraz konsekwencjami wojennych przeżyć. To, co spotkało wcześniejsze pokolenia, odbija się na psychice Idy, wpływając na jej relacje, emocje i sposób postrzegania siebie. Szczególnie poruszające są fragmenty dotyczące czasów wojennych – momenty, w których nikt nie był bezpieczny, a widmo obozu koncentracyjnego oznaczało walkę o przetrwanie każdego dnia.
„Dziedzictwo” to historia o kobietach – silnych, choć uwikłanych w realia swoich czasów. To opowieść o wyborach (często wymuszonych), o miłości w cieniu uprzedzeń, o tajemnicach oraz o tym, że przeszłość nigdy nie znika bez śladu.
Książka wzrusza, momentami boli, ale przede wszystkim skłania do refleksji nad tym, jak wiele niesiemy w sobie z historii naszych rodzin. Dla mnie to poruszająca, wielowymiarowa powieść, którą czyta się z zapartym tchem i która na długo pozostaje w pamięci. ❤️
Książka przyszła do mnie wczoraj, a ja ani nie zrobiłam relacji, ani nikogo o tym nie poinformowałam. Wszystko przez to, że zaczęłam ją czytać... Czytałam ją z notesem i długopisem. Nie dałam rady przeczytać tego ot tak, gdyż jak powiedział sam autor:
,,(...) żadna ilość zwykłego czytania i zapamiętywania nie przyniesie ci sukcesu, jakiego szukasz. Jedynie zrozumienie i odpowiednie zastosowanie otrzymanych informacji."
Słuchajcie, książka ma niecałe 160 stron, a ja drugi dzień siedzę w niej i czytam. Rozdział do przodu i znów do tyłu. Drugi do przodu i ponownie od pierwszego do drugiego. Wszystko przez to, że przekładam to na opisane zrozumienie. Niby dotąd uważałam, że jestem mądra i wiem jak się postępuje z manifestacją, ale dopiero po tej książce zobaczyłam, że wszystkie inne osoby, które próbowały mi to przekazać, znały cały cykl, ale ukazywały tylko urywek z całej książki. Każdy z nich dobierał sobie schemat, który sami pojęli i głosili to innym. Całe kilkanaście osób u których bywałam skupiały się na celu, ale w uproszczony sposób. Tutaj autor potrafi krzyczeć, potrafi pokazywać nam wszystkie słabe myśli i każdy powie, że ma rację. Dosłownie jakby wszedł do naszego umysłu i wyczytał to, co zostało tam napisane. Tylko to nie jest książka dla każdego, bo jeśli nie zrozumiałeś miłości siebie, nie nauczyłeś się wybaczać wrogom i życzyć im miłości, jeśli nie jesteś systematyczny przez tydzień, miesiąc czy nawet rok, to nic z tych rzeczy do ciebie nie dotrze. Chęć zmiany musi się pokazać wewnątrz was, a nie być tylko myślą obserwowaną niczym motyl na kwiatku i wraz z jego odfrunięciem ona znika. Już w trakcie zobaczycie, że żyliście w kłamstwie, manipulacji oraz od urodzenia byłeś utrzymywany w nieświadomości tego co masz. Wierzymy w Boga, a Bóg to my. Modlimy się o coś, czyli manifestujemy to SAMI! Autor zdejmie wam tysiące klapek, które z każdym upadkiem u mnie potrzebowały czasu na oddech i przetworzenie tego, co się dowiedziałam. Jeśli pamiętacie moment w którym urodził się jakiś członek rodziny, to właśnie podczas czytania jej zaczniecie się uczyć pierwszych słów, pierwszych myśli i pierwszych bitew ze starymi schematami, które nabyliście. Czy to trudne? Z pewnością jest to proces, ale jak długo będzie trwał, to zależy od każdego z nas osobno. Odtąd szklanka zawsze będzie pełna, upadek lekcją, a wróg nierozliczonym sumieniem. Napiszcie swoją własną książkę zwaną waszym życiem wraz z tą pozycją. Dla wtajemniczonych, nie będzie to abstrakcją:-)
PS. Ta książka zniszczyła wszystko, co lubiłam przed jej przeczytaniem. Mam tylko jedną chwilę, jeden czas i jedno życie. TERAZ jest moim bogactwem
„Czasem wystarczy mokry nos i wierne spojrzenie, by świat stał się prostszy.”
„Najpiękniejsza miłość ma cztery łapy.”
„Bóg stworzył jamniki, żeby udowodnić, że poczucie humoru to jedna z Jego najlepszych cech.”
Jeśli myślisz, że to ty rządzisz w domu, spróbuj powiedzieć to jamnikowi.”
„Jamnik nie jest niski. On po prostu jest bliżej serca.”
Jamniki - o małych pieskach, które naprawdę się liczą to urocza i przepięknie wydana książeczka dla najmłodszych czytelników skupiająca się na opisie pikniku dla tych małych stworzonek organizowanym corocznie w Nowym Jorku.
To nie tylko okazja do spotkania dla właścicieli czworonogów , lecz także szansa na wykazania się kreatywnością ponieważ zwierzęta ubrane są w niezwykle kostiumy - od hot dogów aż po dinozaury.
Co ważne dzieci mogą poznać kolejne liczebniki sprawdzając ile piesków jest na poszczególnych obrazkach.
To książeczka, która bawi kolorami i pomysłowością ilustracji, uczy liczenia w naturalny i przyjemny sposób, a przy okazji przemyca wiedzę o rasie. Jest idealna do wspólnego czytania – do śmiechu, wskazywania palcem kolejnych przebranych psiaków i rozmów o tym, jak wyjątkowe potrafią być te „małe pieski, które naprawdę się liczą”.
Na koniec Stephanie Calmenson opowiada o kilku ciekawostkach związanych z rasą oraz pokazuje zdjęcie swojego przyjaciela o imieniu Harry. 🐶🐾💛
„69 milionów powodów, żeby rzucić swojego szefa” Kiry Archer to lekka, zabawna komedia romantyczna, która idealnie sprawdzi się, gdy potrzebujemy historii z humorem, romantycznym napięciem i sporą dawką biurowego chaosu.
Główną bohaterką jest Kiersten Abbott — kobieta, która niespodziewanie wygrywa ogromną sumę na loterii, ale zamiast natychmiast rzucić pracę i zacząć nowe życie, postanawia… zostać w firmie i rozpocząć własną, bardzo nietypową wojnę z szefem. Kiersten jest dumna, inteligentna, trochę uparta i niezwykle zmotywowana, a jej plan zemsty wynika z długotrwałej frustracji.
Jej przeciwnikiem — a jednocześnie romantycznym partnerem w tej grze emocji — jest Cole Harrington. Mężczyzna o świetnym wyglądzie, ale bardzo trudnym charakterze, który również ma swój sposób na uczestnictwo w biurowych przepychankach. Relacja bohaterów rozwija się w formie starcia dwóch silnych osobowości, pełnego złośliwych komentarzy, napięcia i humorystycznych sytuacji.
Fabuła opiera się na motywie zemsty, dumy i miłości, która pojawia się niespodziewanie. Biurowe środowisko staje się areną zabawnych potyczek między bohaterami, a całość utrzymana jest w konwencji rom-comu z podwójną narracją, dzięki czemu możemy poznać myśli zarówno Kiersten, jak i Cole’a. Styl Kiry Archer jest błyskotliwy, dynamiczny i bardzo przystępny — dialogi są naturalne, a humor sytuacyjny sprawia, że książkę czyta się szybko i z przyjemnością.
Tematycznie powieść dotyka dumy, rywalizacji, stereotypów w relacjach zawodowych oraz trudności w przyznawaniu się do uczuć. To historia o tym, że czasem za maską złośliwości i zawodowej wojny kryje się coś znacznie głębszego. Przesłanie jest lekkie, ale przyjemne — miłość może pojawić się tam, gdzie najmniej się jej spodziewamy, nawet w miejscu pełnym zawodowych napięć.
Podczas czytania towarzyszy uśmiech, rozbawienie i przyjemna lekkość. To książka, która poprawia humor, bawi dialogami i pozwala oderwać się od codzienności bez dużego emocjonalnego ciężaru.
To komedia romantyczna dla fanów biurowych romansów, historii typu „od nienawiści do miłości” oraz książek z mocnym humorem i romantycznym napięciem. Idealna dla czytelników szukających lekkiej, rozrywkowej lektury.
Zabawna, zadziorna i pełna chemii między bohaterami historia o miłości, dumie i zemście, która wcale nie musi kończyć się tak, jak zaplanowaliśmy — jeśli lubicie rom-comy, zdecydowanie warto po nią sięgnąć.