Powieść stawia akcenty w zupełnie innych miejscach niż trylogia filmowa, dlatego czytałam czując wręcz, że poznaję inną historię. Nie da się ocenić, która wersja jest lepsza, bo obie mają swoje mocne i słabsze strony. Ogrom pracy, jaki autor włożył w wykreowanie tego świata odbiera dech w piersiach. Nie wiem, gdzie byłaby współczesna fantastyka, gdyby kiedyś Tolkien nie zdecydował się zaprosić nas do Śródziemia.
Autor nie przepisał bezmyślnie tej samej historii, tylko stworzył drugiego równie ciekawego bohatera i sprawnie dostosowuje wydarzenia do jego punktu widzenia. "Cień..." doskonale funkcjonuje jako samodzielna powieść i jednocześnie nie nuży, jeśli ktoś wcześniej poznał "Grę...". W obu powieściach szczególnie podobają mi się dialogi na początkach rozdziałów - dają wrażenie, że jesteśmy jednym z uczniów, który przypadkiem podsłuchuje rozmowę nauczycieli.
Kocham Clare, cały świat, który stworzyła, wszystkich bohaterów, ale ta część była tak strasznie melodramatyczna i męcząca... Ciągnięcie 10 wątków miłosnych naraz, wielostronnicowe dyskusje w kółko o tym samym, w pewnym momencie zapomniałam, że istnieje jakiś wróg, którego wypadałoby wreszcie pokonać.
Książka wciąga dzięki talentowi Clare i magicznemu światu, który wykreowała. Akcja jest dużo wolniejsza niż w "Darach...", a postać Jema irytuje coraz bardziej ze strony na stronę, więc lektura jest dla mnie huśtawką emocji - od zachwytu i śmiechu do zmęczenia i zdenerwowania.
Poranione serca nie zawsze odnajdą do siebie drogę, a ucieczka nigdy nie jest rozwiązaniem.
Czy można wybaczyć komuś, kto zranił tak bardzo, że zaczerpnięcie kolejnego oddechu wydaje się zbyt trudne? Komuś, kto miał być wsparciem, a stał się zagrożeniem? Czasami odejść jest najtrudniej. Zwłaszcza wtedy, gdy serce wciąż wybiera osobę, która stała się częścią naszego bólu.
„Preludium” B. Calando to historia, która nie jest czarno-biała. To książka, którą po przeczytaniu odkładamy na półkę, ale jej bohaterowie jeszcze długo pozostają gdzieś w naszych myślach. Wracają w najmniej oczekiwanych momentach. Przypominamy sobie sceny, słowa i emocje. Zastanawiamy się, co by było, gdyby bohaterowie podjęli inną decyzję. Czy można było uniknąć bólu? Czy niektóre relacje da się jeszcze uratować, kiedy zaufanie zostało tak bardzo zniszczone?
Po lekturze „Nokturnu” wiedziałam, że historia Beatrice i Samaela jeszcze długo nie da mi spokoju. Zbyt wiele zostało między nimi niewypowiedziane. Zbyt wiele pytań pozostało bez odpowiedzi. Zbyt wiele ran wciąż krwawiło.
A jednak chyba nie byłam przygotowana na to, jak mocno „Preludium” we mnie uderzy.
Bo to nie jest historia o łatwej miłości. Nie wystarczy jedno „przepraszam”, żeby wszystko wróciło na swoje miejsce. To opowieść o uczuciach, które mogą być jednocześnie najpiękniejszym schronieniem i największym źródłem cierpienia. O zaufaniu, które buduje się latami, a traci w jednej chwili. O prawdzie, która czasami boli bardziej niż kłamstwo. I o przeszłości, od której można uciec na drugi koniec świata, ale nie da się uciec od niej we własnej głowie.
Beatrice chciała zacząć od nowa. Zostawić za sobą to, co wydarzyło się w Bazylei. Odnaleźć spokój. Po prostu żyć.
I właśnie ta ogromna potrzeba normalności była dla mnie jednym z najbardziej przejmujących elementów jej historii.
Bo czasami człowiek nie marzy o wielkiej miłości ani spektakularnych gestach. Czasami chce tylko obudzić się rano i nie czuć ciężaru tego, co wydarzyło się wczoraj. Chce przestać się bać. Chce móc zaufać. Chce poczuć, że wreszcie jest bezpieczny.
A Beatrice musi nauczyć się, czy w ogóle jeszcze potrafi w to uwierzyć.
I wtedy na jej drodze ponownie pojawia się Samael.
Jak można jednocześnie tak bardzo kogoś pragnąć i tak bardzo się go bać? Jak można tęsknić za człowiekiem, który stał się częścią naszego bólu? Jak można próbować znienawidzić kogoś, kogo serce wciąż wybiera?
Nie znalazłam na te pytania prostych odpowiedzi. Bo w tej historii nic nie jest proste. Uczucia nie są proste. Ludzie nie są prości. A przeszłość potrafi skomplikować nawet to, co kiedyś wydawało się oczywiste.
Samael to bohater, którego nie da się po prostu polubić albo znienawidzić. Jest pełen sprzeczności, naznaczony własnymi demonami, błędami i decyzjami, których konsekwencje nie znikają tylko dlatego, że zaczyna rozumieć swoje postępowanie.
Czy potrafi spojrzeć prawdzie w oczy? Czy zdobędzie się na odwagę, by przyznać się do własnych błędów? Czy zrozumie, że niektórych ran nie można zagłuszyć pięknymi słowami? Że miłość nie daje nikomu prawa do ranienia?
Beatrice i Samael są dla mnie historią dwojga ludzi, którzy spotkali się w niewłaściwym czasie, z niewłaściwymi bagażami. Zbyt mocno poranionymi, żeby kochać bez strachu. I być może zbyt mocno związanymi ze sobą, żeby po prostu się rozstać.
Czytając ich historię, miałam momentami ochotę krzyczeć. Czasami chciałam przytulić Beatrice i powiedzieć jej, że ma prawo się bać. Ma prawo nie wybaczyć. Ma prawo odejść. Innym razem chciałam potrząsnąć Samaelem i przypomnieć mu, że niektórych decyzji nie da się cofnąć.
I chyba właśnie dlatego ta historia tak bardzo mnie poruszyła. Nie potrafiłam być obok niej obojętna.
„Preludium” jest książką o emocjach, które nie mają jednego koloru. Są chwile piękne i delikatne, takie, które rozgrzewają serce, ale są też momenty, które ściskają je tak mocno, że trudno złapać oddech.
Ból. Strach. Złość. Tęsknota. Bezsilność. Pragnienie. Nadzieja. I ta przeklęta miłość, która pojawia się zawsze wtedy, kiedy najbardziej chcielibyśmy jej nie czuć.
A nad tym wszystkim jest muzyka.
Muzyka jest tutaj czymś więcej niż dźwiękiem. Jest pamięcią, ucieczką i bólem. Jest sposobem na powiedzenie „kocham”, kiedy nie jesteśmy w stanie wypowiedzieć tego słowa. Jest krzykiem człowieka, który nie wie, jak poprosić o pomoc. Jest ciszą między dwojgiem ludzi, którzy mają sobie tak wiele do powiedzenia, a jednocześnie boją się każdego kolejnego słowa.
I chyba właśnie dlatego motyw muzyki zrobił na mnie tak ogromne wrażenie. Bo czasami jedna melodia potrafi powiedzieć więcej niż cała rozmowa. Kilka dźwięków może otworzyć drzwi do wspomnień, które staraliśmy się zamknąć na zawsze.
W „Preludium” mocno wybrzmiewa również temat zemsty. Historia Simona pokazuje, jak przerażająca może być obsesja ukryta pod pozorem troski. Najstraszniejsze nie zawsze jest to, co widzimy od razu. Czasami boimy się dopiero wtedy, kiedy odkrywamy, że ktoś, komu ufaliśmy, od dawna prowadził własną grę. Manipulował naszym życiem, uczuciami i decyzjami, a prawda, w którą wierzyliśmy, była tylko misternie skonstruowanym kłamstwem.
Ile zniszczenia może przynieść jedno kłamstwo?
Czasami więcej, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Bo kiedy prawda w końcu wychodzi na jaw, nie zawsze przynosi ulgę. Czasami przychodzi za późno. Czasami nie potrafi naprawić tego, co już zostało zniszczone.
„Preludium” nie daje łatwych odpowiedzi. Nie mówi, że miłość wszystko naprawi. Nie mówi, że wystarczy wybaczyć. Pokazuje za to, że czasami największą walkę człowiek toczy sam ze sobą — ze swoimi demonami, wspomnieniami, lękiem, poczuciem winy i wszystkimi „co by było, gdyby…”.
I może właśnie dlatego tak bardzo rozumiem Beatrice.
Każdy z nas ma przecież coś, od czego chciałby uciec. Jakąś własną Bazyleę. Jakąś ranę, której nie pokazuje światu. I chyba właśnie dlatego jej historia tak mocno trafia do serca.
Bo pod całą muzyką, mrokiem, zemstą i skomplikowanymi relacjami kryje się coś bardzo prawdziwego — pragnienie, żeby w końcu przestać cierpieć. Żeby ktoś nas naprawdę zobaczył. Nie przez pryzmat naszych błędów ani tego, co wydarzyło się kiedyś. Tylko nas. Takich, jakimi jesteśmy. Z całym naszym bólem, lękami i pęknięciami, których nie da się już ukryć.
„Preludium” zostawiło mnie z ogromną ilością emocji. Z zachwytem nad historią, która potrafi tak mocno wciągnąć, ale też z pewnym rodzajem smutku. Bo są bohaterowie, których chce się ochronić przed światem. Chce się wejść do książki, złapać ich za rękę i powiedzieć: „Już wystarczy. Już nie musicie więcej cierpieć”.
Ale życie nie działa w ten sposób. Książki również nie zawsze na to pozwalają.
Czasami bohaterowie muszą przejść przez piekło, żeby odnaleźć własną drogę. Muszą się rozpaść, żeby później spróbować zbudować siebie na nowo.
I właśnie tak odbieram „Preludium”.
Jako historię o rozpadaniu się, ale również o próbie odnalezienia siebie pośród wszystkich kawałków, które zostały.
To książka, która przypomniała mi, że miłość nie zawsze jest delikatna. Czasami jest brutalna. Czasami przychodzi z bólem i zmusza nas do zmierzenia się z tym, przed czym całe życie uciekaliśmy.
Czy Beatrice i Samael odnajdą swoją drogę?
Tego nie zdradzę.
Bo tę historię trzeba poczuć samemu. Trzeba pozwolić, żeby kolejne strony zabrały nas tam, gdzie muzyka miesza się z bólem, a miłość z zemstą.
„Preludium” B. Calando to dla mnie nie jest po prostu kolejna książka.
To historia, która sprawiła, że zatrzymywałam się przy niektórych fragmentach na dłużej. To bohaterowie, o których myślałam jeszcze długo po zamknięciu książki. To emocje, które nie skończyły się wraz z ostatnią stroną. To muzyka, którą można niemal usłyszeć pomiędzy słowami. To mrok, który momentami przytłacza, i światło, którego szuka się uparcie, nawet wtedy, kiedy wydaje się, że już dawno zgasło.
A kiedy skończyłam czytać, pomyślałam tylko:
Niektóre historie są jak muzyka. Zaczynają się od jednej, cichej nuty. Potem pojawia się kolejna. I kolejna. Aż nagle wszystkie dźwięki łączą się w coś, czego nie potrafimy już zatrzymać.
I nawet kiedy utwór się kończy…
my nadal go słyszymy.
Tak właśnie było ze mną i „Preludium”.
Ta historia wybrzmiała.
Ale we mnie jeszcze długo nie ucichnie.
Witam, dziś mam dla Was recenzję książki Krzysztof ❤️ Burza na Podlasiu. Tom II ❤️ autorki Agnieszki Panasiuk ❤️
Krzysztof to druga część serii Burza na Podlasiu ❤️
Mamy tutaj pokazane dalsze losy bohaterów, czyli Krzysztofa i Anastazji. Autorka porusza bardzo ciężkie tematy związane z rewolucją, jaka odbywa się na Podlasiu. Ludzie dzielą się na grupy i walczą ze sobą, ponieważ każdy ma inne poglądy. Jesteśmy świadkami brutalnych aresztowań, ale także odbierania ludziom prawa do własnego zdania i normalnego funkcjonowania w codziennym życiu. Właśnie dlatego nasza bohaterka zmuszona jest uciekać z własnej miejscowości.
Pokazane mamy, jak kobieta zaczyna nowe życie w innym miejscu. Choć nadal robi to, co kocha najbardziej, czyli uczy dzieci chłopów, to także pomaga chorym, tak jak robiła to dotychczas. Nic nie zmieniło się w jej charakterze i to bardzo mi się w niej podobało. Mimo przeciwności losu ona się nie poddaje.
Pokazane mamy także sekrety rodzinne, które jak zawsze wychodzą na jaw w najmniej oczekiwanym momencie. Naszej bohaterce nawet się nie śniło to, o czym dowiaduje się od kobiety, która staje na jej drodze. Eugenia pokazuje Anastazji, że bardzo mało wie o swojej rodzinie, choć nie zdaje sobie sprawy z tego, że los jej matki związany jest z miejscowością, do której trafiła. Powiem szczerze, że sama byłam w szoku po tym, czego się dowiedziałam.
Pokazany mamy również lęk o kogoś, kto jest nam bliski, kogo tak naprawdę kochamy, nawet wtedy, kiedy los stawia na naszej drodze mężczyznę, który daje nam bardzo dużo czułych chwil, ale także swoje ciepło.
Autorka porusza tutaj temat nadziei, która nie znika nawet wtedy, kiedy człowiek myśli, że nic dobrego w życiu go już nie spotka. Pokazana mamy miłość, która niczego nie żąda w zamian, która jest cierpliwa i czeka... czeka na moment, w którym wszystko zmieni się na lepsze. Lepszy czas. Lepsze życie.
To kolejny tom, który czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Historia wzbudziła we mnie wiele emocji i sprawiła, że z niecierpliwością czekam na dalsze losy bohaterów. Jeśli lubicie powieści historyczne pełne trudnych wyborów, rodzinnych tajemnic i pięknych emocji, to zdecydowanie polecam Wam tę serię. ❤️
Zakochałam się w tej powieści od pierwszej strony. Cudownie opowiedziana, lekka, mądra, życiowa, bardzo prawdziwa. Bohaterowie są jak my - pełni sprzeczności, fascynacji, tęsknot i pragnień. Mało jest książek, które tak bardzo na mnie oddziałują, ale ,,Król serce" Lily King bez dwóch zdań jest jedną z nich. Czytajcie, nie pożałujecie :)
„Sprawa zaginionej piramidy” to fantastyczna propozycja dla dzieci, które uwielbiają zagadki, labirynty i detektywistyczne przygody. Razem z Pierre'em i Carmen czytelnik aktywnie uczestniczy w poszukiwaniach tajemniczego złodzieja, rozwiązując kolejne łamigłówki i odnajdując ukryte wskazówki.
Największym atutem książki są przepiękne, pełne szczegółów ilustracje oraz interaktywna forma, która angażuje od pierwszej strony. To nie tylko świetna zabawa, ale również doskonały sposób na rozwijanie spostrzegawczości, logicznego myślenia i koncentracji. To książka, do której z przyjemnością się wraca i którą warto odkrywać wspólnie z dzieckiem. Zdecydowanie polecam!
Tak naprawdę to dopiero dzięki tej książce dowiedziałam się, że są osoby, które piszą książki na zlecenie innego autora. W sumie to całe życie człowiek się uczy, więc tym bardziej uważam, że czytanie książek poszerza horyzonty:-)
Sama lektura sprawia wrażenie bardzo mądrej i inteligentnej. Nie często się zdarza, aby bohaterzy byli wyważeni i potrafili z góry zachowywać się w każdej sytuacji. Zaimponowali mi tym, gdyż w całości odebrałam ich jako ludzi, a nie postacie, którzy mają jakieś rozterki. Autorka w każdym momencie pokazała ich klasę. Nie ważne, że główna postać nie miała obecnie pieniędzy, gdyż starała się myśleć racjonalnie i łamać stereotypy aby te pieniądze zdobyć. Potrafiła schować dumę do kieszeni i działać pomimo tego, że sprawa dotyczyła jej bliskiej rodziny i trudniej jest wtedy zachować profesjonalność. Rzecz, którą miała zrobić, to napisać, a raczej przepisać gotowe dzieło i oddać jako zwierzenie się z pamiętnej nocy, kiedy doszło do morderstwa na młodych osobach. To jej ojciec znał wszelkie szczegóły, a że sam obecnie nie jest w pełni sprawny umysłowo, to ona miała dokończyć jego dzieło. Musicie też wiedzieć, że wcześniej napisał kilka wspaniałych powieści grozy, więc ludzie czekali za następnymi książkami. Nasza postać dopiero po podpisaniu kontraktu dowiedziała się czego będzie dotyczył. My znamy po krótce początkowy obraz sytuacji morderstwa nastolatków, więc wiemy, że będzie to mocne dzieło. Jesteśmy ogromnie ciekawi rozwinięcia go, ponieważ nikt wcześniej nie znał najmniejszych szczegółów a jedynie sam fakt. Nie będzie to jednak konkretna historia, ponieważ postacie mają tutaj swoje rozterki i myśli, więc tym bardziej poznając ich od strony emocjonalnej widzimy, że akcja nas wciąga w wir intryg. Tak jest do samego końca, fason zachowany, wydarzenia hipnotyzują, a sam fakt morderstwa nie zostaje przewidziany przez czytelnika. Z pewnością szokuje, lecz i to na plus. Takiej dynamiczności akcji dodaje również piękne wydanie książki, gdzie widzimy palący się fragment treści i jak najszybciej próbujemy się dowiedzieć czy to ten, który ona przepisuje, który pisze, czy inne zapiski. Nasza uwaga jest pochłonięta do samego końca, dlatego uważam, że zasługuje na najwyższą punktację:-)
Książka jest dla tych osób, które mają problem z huśtawką swojego nastroju i nie wiedzą dlaczego tak jest. Pomoże im w zrozumieniu siebie, że mają zaburzenia osobowości oraz wskaże jak wiele jest takich osób i jak różnych stref życia one mogą dotyczyć.
Osobiście nie lubię angielskich określeń w książkach dla Polaków, gdyż uważam, że skoro żyjemy w Polsce, to mamy prawo czytać książki pisane po polsku. Zwykły Kowalski nigdy nie zrozumie, że jego zaburzenie osobowości nazywa się borderline, a słysząc taką diagnozę nie domyśli się w czym tkwi problem. We mnie wywołuje to frustrację, gdyż gdybym chciała czytać książki po angielsku, to po takie bym sięgnęła:-) To oczywiście opinia nie tylko moja, ale wielu Kowalskich, których znam i których również oburza ten fakt.
Co do całej książki, to podczas czytania wywołuje w czytelniku falę złości, gdyż przez większość tekstu czytamy o wybuchach gniewu poszczególnych osób i chcąc nie chcąc przechodzi to na czytelnika. W trzecim dziale mamy jakoby rozwinięcie i wskazanie jak można sobie pomóc będąc osobą spokojną i wybuchową jednocześnie. Wiemy już, że otoczenie oraz dzieciństwo wraz z wpojonymi nam przekonaniami (sami je sobie wmówiliśmy lub ktoś nas dręczył wcześniej) powodują, że stajemy się wybuchowi. Poznamy tutaj szereg opisów historii ludzi, którzy mają te stany emocjonalne, jednak zabrakło mi tutaj takiego konkretu. Nie zawsze bowiem człowiek, który jest chory wymaga pomocy psychologa lub psychotropów. Często są to niedobory witamin, które odpowiadają za nagłe wybuchy, lub pożycie z osobami, które są narcystyczne. Gnębieni przez lata nie ozdrowiejemy od razu. Jest to zatem bardziej poradnik, który ma utwierdzić nas w przekonaniu, że albo na to chorujemy, albo rozpoznajemy to u osób nam bliskich czy z otoczenia. Nie wydaje mi się, żeby praca w grupie z osobami z zaburzeniem osobowości byłą najlepszym wyjściem, ale nie mnie to oceniać.
Jak dla mnie ten poradnik to idealny przykład na to, że borderline istnieje. Opisany bardzo delikatnie, ale wszelkie przykłady osób z zaburzeniem były mocno stresujące, a nawet denerwujące w odbiorze. Być może jednak to nie była książka dla mnie:-)
"Miałem ją zniszczyć, ale to ona zniszczyła mnie. Otworzyła coś, czego przecież Nie posiadała w – serce.
Był ucieleśnieniem mroku i marzył wyłącznie o zemście. Sądził, że tylko ona przyniesie ukojenie jego duszy.
Wiedział kim jest ta kobieta zanim jeszcze zamienił z nią choć jedno słowo.
A jednak nie znał prawdy , choć wydawało mu się, że nie ma nic do stracenia.
Ona nie powinna studiować na Akademii Muzycznej w Bazylei - wychowana w domu dziecka nie mogła sobie pozwolić na zbyt wiele- nawet akademik pomogła jej opłacić najlepsza przyjaciółka - Harmina.
A jednak mimo strachu jaki budził w nirj Samael Graves- którego imię kojarzy się raczej z aniołem- Beatrice Spencer kocha muzykę bardziej niż potrafi to wyrazić słowami jakby każda melodia mieszkała w poranionym sercu i tylko czekała by wybrzmieć w odpowiednim momencie z calą mocą.
Co się wydarzy, gdy zamiast nienawiści do głosu dojdzie uczucie skrajnie odmienne i jaką cenę przyjdzie za nie zapłacić?
Nawet nie wiem kiedy ta lektura tak bardzo mnie wciągnęła. O ile Bea mnie momentami denerwowała z racji swojego emocjonalnego rozchwianis o tyle Samael, jego przeszłość i sekrety bardzo mnie intrygowały.
Ta rekacja miała w sobie smsk zakazanego owocu i czegoś cholernie niebezpiecznego , chociaż miałam wrażenie, że w pewnym momencie przyspieszyła troszkę za bardzo.
Za to Cekeste . Kobieta z przeszłości charyzmatycznegp profesora szybko stała się moim wrogiem.
Styl autorki jest lekki, lecz pełen niewypowiedzianych emocji, nieustannie wiszących w powietrzu..
Styl B. Calando jest lekki, ale jednocześnie pełen emocji, które nieustannie wiszą w powietrzu. Czuć je między bohaterami, w ich rozmowach, spojrzeniach i niedopowiedzeniach. Autorka potrafi stworzyć atmosferę, w której czytelnik ma poczucie, że pod powierzchnią cały czas kryje się coś więcej. Że za każdym słowem może stać sekret. Za każdym gestem – ukryta intencja. A za każdą emocją – historia, której jeszcze nie znamy.
„Nokturn” okazał się dla mnie historią o mroku i świetle. O zemście, która miała przynieść ukojenie, a może tylko jeszcze bardziej pogłębiła ból. O przeszłości, która nie chce odejść. O ludziach, którzy próbują odnaleźć siebie, choć tak naprawdę nie wiedzą już, kim są.
Ale przede wszystkim jest to historia o tym, że nawet najbardziej zamknięte serce może kiedyś zacząć bić.
Że człowiek, który przez lata wierzył, że nie ma już nic do stracenia, może nagle zrozumieć, że jednak ma.
Bo kiedy pojawia się ktoś, na kim zaczyna ci zależeć, nagle wszystko staje się trudniejsze.
Zemsta przestaje być najważniejsza.
Gniew zaczyna ustępować miejsca strachowi.
A największym lękiem nie jest już to, że nie uda się osiągnąć celu.
Najgorsze staje się to, że można stracić osobę, która sprawiła, że po raz pierwszy od bardzo dawna naprawdę chce się żyć.
I chyba właśnie to najbardziej podobało mi się w historii Samaela i Beatrice.
To, że pod całą warstwą mroku, sekretów, przeszłości i niebezpieczeństwa znalazła się opowieść o dwojgu poranionych ludziach, którzy być może wcale nie szukali miłości.
Ale kiedy już ją znaleźli, nie potrafili przed nią uciec.
„Nokturn” B. Calando to powieść dla tych, którzy lubią historie pełne tajemnic, muzyki, emocjonalnych zawirowań i relacji, w których granica między nienawiścią a uczuciem potrafi być naprawdę cienka.
To historia o tym, że czasami osoba, którą chcemy zniszczyć, może stać się tą, która ocali w nas coś, o czym dawno zapomnieliśmy.
Serce.
A ja po lekturze nadal zastanawiam się, co tak naprawdę było większym zagrożeniem dla Samaela.
Jego przeszłość…
Czy Beatrice, która powoli i zupełnie nieświadomie zaczęła burzyć wszystkie mury, które tak długo wokół siebie budował?
Początek cyklu Morendo zostawił we mnie sporo emocji i zdecydowanie jest to jedna z tych historii, o których jeszcze przez jakiś czas po odłożeniu książki się myśli.
Bo czasami wystarczy jedna melodia.
Jeden człowiek.
Jedno spotkanie.
I nagle całe życie zaczyna brzmieć zupełnie inaczej.
„Pensjonat pod tańczącymi ogniami” Urszuli Gajdowskiej to niezwykle klimatyczna powieść obyczajowa z wyraźnymi elementami kryminału i romansu. To historia, w której tajemnice sprzed lat przeplatają się z lokalnymi legendami, a każdy kolejny rozdział odsłania nowe sekrety. Autorka umiejętnie łączy napięcie z ciepłem, humorem i emocjami, tworząc opowieść, od której trudno się oderwać.
Główną bohaterką jest Emilia – autorka książek o lokalnych legendach, która na co dzień pracuje w biurze detektywistycznym. Przyjeżdża do malowniczego pensjonatu położonego na skraju Puszczy Knyszyńskiej, aby zebrać materiały do swojej kolejnej książki. Szybko okazuje się jednak, że miejsce skrywa znacznie więcej niż fascynujące opowieści o błędnych ogniach. Zaginięcie męża właścicielki pensjonatu, seria tajemniczych podpaleń i mieszkańcy, którzy nie chcą mówić całej prawdy, sprawiają, że Emilia mimowolnie zostaje wciągnięta w śledztwo. Dodatkowych emocji dostarcza ponowne spotkanie z Piotrem – dawną miłością i byłym policjantem, którego pojawienie się wywołuje wiele wspomnień i niewypowiedzianych uczuć.
Akcja rozgrywa się w malowniczych okolicach Puszczy Knyszyńskiej. Kameralny pensjonat, lasy spowite mgłą, lokalne legendy i niewielka społeczność tworzą wyjątkowy klimat pełen tajemnicy. To właśnie miejsce odgrywa ogromną rolę w całej historii – przyroda, cisza i opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenie sprawiają, że czytelnik niemal czuje zapach lasu i atmosferę niepewności towarzyszącą bohaterom.
Postacie są bardzo dobrze wykreowane i różnorodne. Emilia imponuje odwagą, dociekliwością i determinacją w dążeniu do prawdy. Piotr wnosi do historii spokój, doświadczenie i emocjonalną głębię, a ich relacja została poprowadzona w naturalny i niewymuszony sposób. Moją szczególną sympatię zdobyły jednak cztery energiczne seniorki, które swoimi pomysłami i poczuciem humoru wprowadzają do powieści wiele lekkości. Ich obecność doskonale równoważy bardziej mroczne wątki i sprawia, że historia nabiera wyjątkowego charakteru.
Podczas lektury towarzyszyła mi przede wszystkim ciekawość. Z każdą stroną chciałam dowiedzieć się, jakie sekrety skrywają mieszkańcy i dokąd zaprowadzi bohaterów prowadzone śledztwo. Nie zabrakło także wzruszeń, uśmiechu i chwil napięcia. Autorka świetnie stopniuje emocje, dzięki czemu książka ani przez moment nie traci tempa. To jedna z tych historii, które czyta się z przyjemnością, jednocześnie próbując samodzielnie połączyć wszystkie elementy układanki.
Styl Urszuli Gajdowskiej jest lekki, płynny i bardzo obrazowy. Autorka z łatwością buduje klimat, tworzy wiarygodne dialogi i sprawia, że bohaterowie wydają się niezwykle autentyczni. Umiejętnie łączy elementy powieści obyczajowej, romansu i kryminału, nie pozwalając, by którykolwiek z tych wątków zdominował pozostałe. Wszystko tworzy spójną i angażującą całość.
„Pensjonat pod tańczącymi ogniami” to książka dla czytelników, którzy lubią historie z tajemnicą, ale nie szukają mocnych thrillerów. To idealna propozycja dla miłośników klimatycznych powieści obyczajowych z wątkiem detektywistycznym, lokalnymi legendami i bohaterami, których losy budzą sympatię. Spodoba się również osobom ceniącym książki, w których ważną rolę odgrywa miejsce akcji i atmosfera.
Urszula Gajdowska stworzyła ciepłą, pełną emocji i tajemnic opowieść, w której humor, romantyzm i zagadka tworzą bardzo udane połączenie. To książka, która pozwala na chwilę przenieść się do niezwykłego miejsca, dając czytelnikowi zarówno rozrywkę, jak i chwilę refleksji. Z przyjemnością polecam ją wszystkim, którzy lubią klimatyczne historie z dobrze poprowadzoną intrygą i bohaterami, którym łatwo kibicować.
„Dwie księgarnie, jedna miłość” Ali Brady to pełna uroku komedia romantyczna, która zachwyci nie tylko miłośników romansów, ale przede wszystkim osoby kochające książki. To ciepła, zabawna i pełna emocji opowieść o rywalizacji, drugich szansach i uczuciu, które rodzi się tam, gdzie początkowo wydaje się to niemożliwe. Autorki stworzyły historię lekką, ale jednocześnie poruszającą ważne tematy związane z pasją, marzeniami i odwagą do zmian.
Fabuła przenosi czytelnika do Bostonu, gdzie przy jednej ulicy znajdują się dwie zupełnie różne księgarnie. Jedną prowadzi Josie Klein – miłośniczka klasycznej literatury, porządku i doskonałej organizacji. Drugą zarządza Ryan Lawson, który uwielbia romanse, spontaniczność i nieco chaotyczne podejście do życia. Kiedy nowy właściciel postanawia połączyć oba sklepy, między bohaterami rozpoczyna się rywalizacja o stanowisko kierownika. To, co początkowo wygląda na zwykłą zawodową walkę, z czasem przeradza się w historię pełną wzajemnego zrozumienia, humoru i rodzącego się uczucia. Dodatkowym smaczkiem jest anonimowa znajomość na internetowym forum książkowym, która wnosi do fabuły jeszcze więcej emocji i nieoczywistych zwrotów.
Akcja rozgrywa się we współczesnym Bostonie, a jej sercem są dwie klimatyczne księgarnie. To właśnie one nadają powieści wyjątkowego charakteru. Półki pełne książek, rozmowy o literaturze i codzienność księgarzy tworzą atmosferę, w której każdy miłośnik czytania poczuje się jak w domu. Miasto stanowi przyjemne tło dla wydarzeń, ale to księgarnie są miejscem, w którym rozgrywają się najważniejsze sceny i rodzą się relacje między bohaterami.
Josie i Ryan to postacie bardzo różne, ale jednocześnie świetnie się uzupełniają. Josie jest uporządkowana, odpowiedzialna i ostrożna, natomiast Ryan wnosi do historii lekkość, optymizm i spontaniczność. Ich relacja rozwija się naturalnie, bez pośpiechu, dzięki czemu łatwo uwierzyć w rodzące się między nimi uczucie. Bardzo podobało mi się również to, że oboje mają swoje słabości i wewnętrzne rozterki, co czyni ich wiarygodnymi i bliskimi czytelnikowi.
Podczas lektury często się uśmiechałam. Dialogi są pełne humoru, a słowne potyczki bohaterów dodają historii lekkości. Jednocześnie nie brakuje bardziej refleksyjnych momentów dotyczących marzeń, poczucia własnej wartości i odwagi, by otworzyć się na drugiego człowieka. Czytelnik z łatwością kibicuje bohaterom i z zainteresowaniem śledzi rozwój ich relacji, licząc na szczęśliwe zakończenie.
Styl Ali Brady jest lekki, swobodny i bardzo przyjemny w odbiorze. Autorki doskonale balansują między humorem, romansem i emocjami, tworząc historię, która płynie naturalnie i wciąga od pierwszych stron. Liczne nawiązania do literatury oraz świata książek są dodatkowym atutem, szczególnie dla osób, które same uwielbiają spędzać czas w księgarniach i bibliotekach.
„Dwie księgarnie, jedna miłość” to idealna propozycja dla miłośników komedii romantycznych, książek o książkach oraz historii typu enemies to lovers. Spodoba się czytelnikom, którzy szukają ciepłej, optymistycznej lektury z sympatycznymi bohaterami, dużą dawką humoru i klimatem, który poprawia nastrój.
Ali Brady stworzyły pełną uroku opowieść o tym, że czasem największe zmiany zaczynają się tam, gdzie najmniej się ich spodziewamy. To książka, która wywołuje uśmiech, otula ciepłem i przypomina, że miłość – podobnie jak dobra historia – często pojawia się wtedy, gdy zupełnie się jej nie oczekuje. Jeśli szukacie lekkiej, romantycznej i pełnej książkowego klimatu powieści, zdecydowanie warto po nią sięgnąć.
„Najlepszy rok w życiu. Carlo Acutis pomaga dobrze planować czas” Magdaleny Kędzierskiej-Zaporowskiej to wartościowa publikacja skierowana przede wszystkim do młodych ludzi, którzy chcą lepiej organizować swoją codzienność i świadomie wykorzystywać czas. To nie jest typowa książka z fabułą, lecz praktyczny niezbędnik i planer, który inspiruje do budowania dobrych nawyków, czerpiąc z życia błogosławionego Carlo Acutisa – nastolatka, który pokazał, że można mądrze łączyć naukę, pasje, relacje z innymi i rozwój duchowy.
Motywem przewodnim książki jest postać Carlo Acutisa, nazywanego często „świętym influencerem”. Autorka pokazuje jego podejście do codzienności i zachęca młodych czytelników do zastanowienia się, jak sami wykorzystują swój czas. Publikacja pomaga planować kolejne tygodnie, pamiętać o obowiązkach, ale jednocześnie znaleźć przestrzeń na odpoczynek, spotkania z bliskimi, rozwijanie zainteresowań czy chwilę wyciszenia. Nie brakuje także wskazówek dotyczących rozsądnego korzystania z nowych technologii oraz dbania o zdrowie psychiczne i fizyczne.
Choć książka nie posiada klasycznej akcji ani jednego miejsca, w którym rozgrywają się wydarzenia, jej treść mocno osadzona jest w codziennym życiu współczesnych nastolatków. Szkoła, zajęcia dodatkowe, media społecznościowe, relacje z rodziną i przyjaciółmi czy wyzwania związane z organizacją czasu sprawiają, że publikacja jest bardzo bliska realiom młodych odbiorców. Jednocześnie inspiracja życiem Carlo Acutisa nadaje jej ponadczasowy charakter i pokazuje, że dobre wybory oraz mądre zarządzanie czasem są aktualne niezależnie od epoki.
Najważniejszym „bohaterem” tej książki jest właśnie Carlo Acutis. Autorka nie przedstawia go jako osoby niedoścignionej, ale jako zwykłego nastolatka, który potrafił odnaleźć równowagę między codziennymi obowiązkami, pasjami i życiem duchowym. Dzięki temu jego historia staje się inspiracją, a nie jedynie wzorem trudnym do osiągnięcia.
Podczas lektury towarzyszyło mi poczucie, że jest to publikacja, która może realnie pomóc młodym ludziom w codziennym życiu. Bardzo spodobało mi się, że autorka nie narzuca gotowych rozwiązań, lecz zachęca do refleksji nad własnymi wyborami i pokazuje, że dobrze zaplanowany dzień nie oznacza rezygnacji z przyjemności. Wręcz przeciwnie – uczy odnajdywania równowagi między obowiązkami, odpoczynkiem i czasem dla siebie.
Styl Magdaleny Kędzierskiej-Zaporowskiej jest prosty, ciepły i bardzo przystępny. Książka została napisana językiem zrozumiałym dla młodzieży, a jednocześnie zawiera wiele praktycznych wskazówek, które można od razu wprowadzić w życie. Całość zachęca do działania i systematyczności, nie moralizując ani nie oceniając czytelnika.
„Najlepszy rok w życiu. Carlo Acutis pomaga dobrze planować czas” to publikacja skierowana przede wszystkim do nastolatków, którzy chcą lepiej organizować swoje obowiązki, nauczyć się rozsądnie korzystać z czasu i odnaleźć równowagę między nauką, pasjami oraz życiem prywatnym. Sprawdzi się również jako wartościowy prezent dla młodych osób rozpoczynających nowy rok szkolny lub szukających motywacji do wprowadzania dobrych nawyków.
To inspirująca i praktyczna książka, która pokazuje, że nawet niewielkie zmiany w codziennym planowaniu mogą przynieść naprawdę dobre efekty. Łączy konkretne wskazówki z wartościowym przesłaniem i zachęca do świadomego przeżywania każdego dnia. Z przyjemnością polecam ją wszystkim młodym czytelnikom, którzy chcą lepiej wykorzystać swój czas i znaleźć równowagę w codziennym życiu.
Gdybym prowadziła księgarnię, to wszystkie egzemplarze tej książki przeniosłabym na dział z powieściami historycznymi. Jest tutaj tak dużo odpływania w inne strony i zastanawiania się, co by były gdyby, że nie sposób „Kopernika. Rewolucji” traktować poważnie. Dowiadujemy się, że np. Mikołaj napisał list. Tzn. mógłby taki napisać, bo nie ma dowodów, że tak zrobił. A w tym liście byłoby napisane tak… itd.
Z jednej strony autor ma w sobie coś czarującego, dobrze i lekko się go czyta, w treść swoich rozważań wplata żarty i odniesienia do współczesności. Czuć, że temat go faktycznie interesuje. Z drugiej strony sięgając po biografię znanej postaci, chcemy usłyszeć potwierdzone informacje, ale takich nie ma, więc czujemy się trochę oszukani. Chociaż świadomie rozumiałam założenia i rugałam się w myślach (no kurczę, wyluzujmy), to nie mogłam przestać się irytować przy kolejnej wzmiance w rodzaju „nie wiem, dlatego to wymyślę”.
Doceniam za odwagę napisania biografii i potraktowania historii inaczej, bardziej swobodnie, z wyobraźnią i pasją. Oburzająca? Zaskakująca? Owszem, jak każda rewolucja.
„Smak szczęścia” Michaliny Kowolik to poruszająca powieść obyczajowa, która udowadnia, że przeszłość potrafi mieć ogromny wpływ na teraźniejszość, a prawda – nawet ta długo skrywana – może całkowicie odmienić ludzkie życie. To historia o rodzinnych tajemnicach, trudnych wyborach, miłości, przebaczeniu i poszukiwaniu własnego miejsca w świecie. Autorka pokazuje, że szczęście nie zawsze wygląda tak, jak sobie wyobrażamy, a czasem trzeba odważyć się spojrzeć w przeszłość, by móc spokojnie patrzeć w przyszłość.
Główną bohaterką jest trzydziestotrzyletnia Anna Matkowska – samotna mama nastoletniej córki, która prowadzi poukładane i stabilne życie. Z pozoru niczego jej nie brakuje, jednak z czasem zaczyna odczuwać, że gdzieś głęboko skrywa pytania, na które nigdy nie poznała odpowiedzi. Wszystko zmienia się, gdy jej córka nawiązuje kontakt z kuzynką mieszkającą w Stanach Zjednoczonych. To wydarzenie staje się początkiem podróży, która prowadzi Annę do odkrywania rodzinnych sekretów i poznawania historii, która przez lata była przedstawiana tylko z jednej perspektywy. Autorka bardzo umiejętnie rozwija fabułę, stopniowo odsłaniając kolejne elementy rodzinnej układanki i pozostawiając czytelnika z nieustanną ciekawością, dokąd zaprowadzi bohaterów ta droga.
Akcja powieści rozgrywa się zarówno w Polsce, jak i w Stanach Zjednoczonych. Kontrast między tymi dwoma miejscami nie jest jedynie zmianą scenerii, ale również symbolem dwóch różnych światów i dwóch spojrzeń na rodzinę, przeszłość oraz przyszłość. Ważnym elementem książki są także powroty do wydarzeń sprzed lat, które pozwalają lepiej zrozumieć motywacje bohaterów i pokazują, jak łatwo jedna historia może zostać zniekształcona przez czas, emocje i niedopowiedzenia.
Bohaterowie zostali wykreowani z dużą wrażliwością. Anna jest kobietą, z którą łatwo się utożsamić – odpowiedzialną, troskliwą i silną, ale jednocześnie pełną wątpliwości oraz obaw. Jej decyzja o poznaniu rodzinnej historii wymaga odwagi, ponieważ niesie za sobą ryzyko odkrycia prawdy, która może zmienić wszystko, w co dotąd wierzyła. Na uwagę zasługują również pozostali bohaterowie, którzy nie są jednoznaczni. Każdy z nich ma własne racje, emocje i doświadczenia, dzięki czemu trudno oceniać ich wyłącznie przez pryzmat przeszłych decyzji. To właśnie ta wielowymiarowość sprawia, że historia wydaje się niezwykle autentyczna.
Największą siłą tej powieści są emocje. Podczas lektury towarzyszyły mi wzruszenie, ciekawość i refleksja nad tym, jak wiele rodzin nosi w sobie niewypowiedziane historie. Z zainteresowaniem śledziłam kolejne odkrycia Anny, próbując razem z nią odnaleźć odpowiedzi na pytania, które przez lata pozostawały bez odpowiedzi. Czytelnik odczuwa nie tylko napięcie związane z odkrywaniem rodzinnych tajemnic, ale także smutek, nadzieję, radość i ogromne wzruszenie. To książka, która skłania do zastanowienia się nad tym, jak łatwo oceniamy innych, nie znając całej prawdy.
Styl Michaliny Kowolik jest lekki, płynny i bardzo naturalny. Autorka z dużą swobodą prowadzi narrację, a jej język sprawia, że czytelnik szybko angażuje się w losy bohaterów. Dialogi brzmią wiarygodnie, emocje nie są przesadzone, a historia rozwija się w spokojnym, ale konsekwentnym tempie. Nie ma tu sztucznego dramatyzmu – zamiast tego otrzymujemy opowieść opartą na relacjach, uczuciach i życiowych wyborach, które mogłyby dotyczyć każdego z nas.
„Smak szczęścia” to powieść obyczajowa skierowana przede wszystkim do osób, które cenią historie o rodzinie, miłości i odkrywaniu przeszłości. Spodoba się czytelnikom lubiącym książki pełne emocji, życiowych refleksji oraz bohaterów, którzy nie są idealni, ale dzięki temu wydają się prawdziwi. To lektura dla tych, którzy szukają opowieści poruszającej serce i pozostającej w pamięci na długo po przeczytaniu ostatniej strony.
Michalina Kowolik stworzyła ciepłą, mądrą i pełną emocji historię o tym, że prawda – nawet jeśli bywa bolesna – potrafi przynieść ukojenie i otworzyć drzwi do nowego początku. To książka, która przypomina, jak ważne są szczerość, wybaczenie i odwaga, by zawalczyć o własne szczęście. Zdecydowanie polecam ją wszystkim miłośnikom wartościowych powieści obyczajowych, które wzruszają, skłaniają do refleksji i na długo pozostają w sercu.
„Klub detektywów. Dedukuj jak Agatha Christie” Garetha Moore'a to wyjątkowa propozycja dla młodych miłośników zagadek i kryminalnych łamigłówek. Nie jest to klasyczna powieść z jedną, ciągłą fabułą, lecz zbiór pięćdziesięciu detektywistycznych zagadek inspirowanych twórczością Agathy Christie. Autor zaprasza czytelników do świata dedukcji, w którym liczy się spostrzegawczość, logiczne myślenie i umiejętność dostrzegania szczegółów.
Książka została przygotowana w formie interaktywnej zabawy. Czytelnik dołącza do Klubu Miłośników Agathy Christie i razem z grupą szkolnych przyjaciół mierzy się z kolejnymi tajemnicami. Każda zagadka to osobna historia, wymagająca uważnego przeczytania i przeanalizowania wszystkich wskazówek. Wśród nich znajdziemy między innymi tajemnicze wydarzenia na statku wycieczkowym, zagadkowe zatrucie w wiejskiej posiadłości czy pełną napięcia podróż pociągiem. Każda z tych historii zachęca do samodzielnego wyciągania wniosków i sprawia, że czytelnik staje się prawdziwym detektywem.
Akcja poszczególnych zagadek rozgrywa się w wielu różnych miejscach. Od eleganckich rezydencji na wsi, przez pociągi i statki, aż po inne charakterystyczne lokalizacje kojarzące się z klasycznymi kryminałami. Ta różnorodność sprawia, że książka ani przez chwilę nie staje się monotonna. Każda kolejna łamigłówka przenosi nas do nowego miejsca i przedstawia zupełnie inną sytuację, dzięki czemu nieustannie towarzyszy nam ciekawość i chęć rozwiązania następnej zagadki.
Choć książka nie posiada jednego głównego bohatera, towarzyszymy grupie młodych przyjaciół, którzy wspólnie uczą się sztuki dedukcji. Najważniejszą rolę odgrywa jednak sam czytelnik. To on analizuje tropy, łączy fakty i podejmuje próbę rozwiązania każdej sprawy. Dzięki temu lektura angażuje znacznie bardziej niż tradycyjna książka i daje ogromną satysfakcję, gdy uda się samodzielnie znaleźć właściwą odpowiedź.
Podczas czytania świetnie się bawiłam. Każda zagadka była okazją do chwili zastanowienia i sprawdzenia własnej spostrzegawczości. Niektóre rozwiązania wydawały się oczywiste, inne skutecznie zaskakiwały i pokazywały, jak łatwo przeoczyć istotny szczegół. To właśnie ta nieprzewidywalność sprawia, że książka wciąga od pierwszych stron. Czytelnik odczuwa ciekawość, ekscytację i satysfakcję z każdego poprawnie rozwiązania, a jednocześnie rozwija logiczne myślenie i uczy się analizowania faktów.
Gareth Moore przygotował książkę w bardzo przystępny sposób. Język jest prosty, zrozumiały i dostosowany do młodszych odbiorców, ale same zagadki potrafią być naprawdę pomysłowe i wymagające. Autor stopniuje poziom trudności, dzięki czemu lektura nie zniechęca, lecz motywuje do dalszego rozwiązywania kolejnych tajemnic. Całość została opracowana w atrakcyjnej formie, która zachęca do aktywnego uczestnictwa, a nie tylko biernego czytania.
„Klub detektywów. Dedukuj jak Agatha Christie” to doskonała propozycja dla dzieci i młodzieży, które lubią zagadki, łamigłówki oraz kryminalne historie. Sprawdzi się również jako wspólna lektura z rodzicami, podczas której można razem analizować tropy i szukać właściwych rozwiązań. To książka, która nie tylko bawi, ale także rozwija koncentrację, spostrzegawczość i umiejętność logicznego myślenia.
To pełna dobrej zabawy i detektywistycznych wyzwań publikacja, która pozwala poczuć się jak prawdziwy śledczy. Jeśli Wasze dzieci uwielbiają rozwiązywać zagadki, tropić wskazówki i samodzielnie dochodzić do prawdy, „Klub detektywów. Dedukuj jak Agatha Christie” będzie świetnym wyborem. To książka, która zapewnia wiele godzin angażującej rozrywki i z pewnością rozbudzi detektywistyczną pasję u niejednego młodego czytelnika.
Powiem wam, że ta książka była dla mnie takim przebudzeniem, gdyż gdzieś tam wewnątrz siebie miałam myśli, że są jakieś zapachy, co przywoływały dawne wspomnienia, ale zauważałam te myśli dopiero wtedy, kiedy się pojawiały i zapominałam je tak szybko jak znikały. To naprawdę ciekawy temat, gdyż tyle się mówi o szczęściu, przywołaniu go, odczuwaniu tak długim, że może spełnić to, co sobie manifestujemy, ale jakoś nikt nie złożył tego do kupy. Autor pokazał na przykładzie pewnego mężczyzny, że skoro dany zapach, który pojawia się w momencie szczęścia, które wtedy nas obejmowało i przypomnieliśmy go sobie na tyle, żeby móc go odtworzyć, to sam zapach już przeniesie nas do wspomnień podczas których to szczęście było odczuwalne. Zatem jeśli już odnaleziony jest ,,zapach szczęścia", (oczywiście każdy z nas ma inny zapach, który kojarzy mu się z chwilą, którą w tym szczęściu przebył), to na podstawie czucia przez dłuższy czas tego zapachu, możemy wywołać u siebie długotrwałe szczęście. Co za tym idzie, w chwilach euforii manifestuje się najlepiej, więc byłby to sposób wręcz idealny. Można by też przywołać wszystkie wspomnienia. Pytanie skąd miałby pochodzić zapach? Powiedzmy, że w najszczęśliwszym dniu naszego życia przejeżdżał wóz z sianem oraz dwie ciężarówki z końmi. W tym wypadku w chwili tej ktoś na przystanku nam się oświadczył, więc radość nasza będzie się brała właśnie z tych zapachów z tamtej chwili. Ogólnie ludzie rzadko kiedy łączą swoje szczęście z zapachami, gdyż zapamiętują tylko daną chwilę, więc jeśli mija jakiś czas, to ona blednie i wielkość tamtej radości zostaje zepchnięta w dal. Takiemu człowiekowi trudno będzie przypomnieć sobie szczęście. Dlatego i poniekąd z różnych innych powodów pewien mężczyzna z książki wpadł na pomysł czerpania korzyści z uszczęśliwiania ludzi. My nie wiemy co mu chodzi po głowie, gdyż to co mówi jest głęboko wyważone, jakby podkreślone, że na tym projekcie i ludziach najbardziej mu zależy. Początkowa faza odnalezienia zapachu szczęścia rodzi frustrację, są obawy, że eksperyment się nie uda, lecz robią prezerwę i powracają do niego ponownie z tą samą osobą. Wierzą, że nadejdzie czas podczas hipnozy, który pokaże moment największego szczęścia, osoba śniąca przypomni sobie zapach opisując im go i na tej podstawie od razu znajdą to, co wyzwalało w nim euforię. Późniejszy czas pokazuje pewną nieskładność, gdyż nie znamy prawdziwego celu tego eksperymentu. Czy faktycznie człowiek w tym wszystkim jest najważniejszy, czy to, co w portfelu ze sobą przynosi? Ile i jak długo jesteśmy w stanie płacić za czas, który kiedyś był nie do zastąpienia?
Uprzedzam, że zapachy, które będą tu opisane nie zawsze są mandarynką czy różą:-)
Szczerze, to książka jest naprawdę ciekawa, tylko zbyt mało emocjonalna. Dużo czasu poświęca się na sztywniejsze opisy przebiegu tego co tworzyli, a mniej na samo odczuwanie czy podejście emocjonalne osób w niej występujących. Niby pomysł na książkę petarda, tylko ta chyba nie była rzeczą, którą wszyscy się ekscytują. Poczułam, że była perfumami już lekko zwietrzałymi... Jednak wciąż na tyle absorbującymi, aby ją mieć:-) Teraz to sama zobaczę czy uda mi się przywołać zapach szczęścia z czasu wstecz. Pytanie tylko, czy on i moją rzeczywistość nie zatrzyma w czasie wstecznym? To jednak daje dużo do myślenia...
Ta książka byłaby wręcz idealna, gdyby nie malutki druk w którym została wydana:-)
Opowiada historię pewnej kobiety, która jest stworzona do pisania, lecz czasy w których żyje nie biorą pod uwagę tego, że kobieta może zrobić coś dobrze. Jedynym sposobem aby ktokolwiek ją docenił jest podpis prawdziwego mężczyzny. W ten sposób zaczytujemy się w drugą opowieść, gdzie inna kobieta dowiaduje się, że jej przodkini była poetką. Wierząc w swój dar również sama zaczyna pisać. Robi to na prośbę kogoś ważnego i wychodzi jej całkiem dobrze wizualnie, tylko ponownie imię kobiece sprawia, że zostaje spławiona. W ten sposób obserwujemy jak świat uczy się anonimowości i pseudonimów, by na spokojnie bez oceniania płci móc zaistnieć w świecie, który jest wręcz do niej stworzony. Znajdziecie tutaj wiele scen, które potwierdzają jak płeć kobieca była wykorzystywana i nikt nawet nie zastanawiał się, czy plotki o nim krążące są dla kogoś prawdą. Potrafiły tak boleśnie ranić młode istnienie, że one w ramach poczucia przegranej, robiły coś w brew sobie. Oddawały się w ręce innych, gdyż nie miały siły bronić się przed pomówieniami innych, skoro i tak były osądzane i odseparowywane przez najbliższe grono. Tutaj nie chodziło tylko o brak pewności siebie, bo był czas, gdzie dojść do bogactwa i sławy mógł tylko mężczyzna. Płeć damska była z góry klasyfikowana jako słabsza i wybrakowana. Jedynie ten doceniał mądrość i talent, kto wiedział jak sprzedać dane dzieło, żeby sam miał ogrom korzyści.
Sama historia jest dosyć rozlegle rozpisana, gdyż widzimy tutaj każdą postać co na siebie wkłada, jak w tym wygląda, gdzie zmierza, co mija, jak się z tym czuje i dopiero punkt gdzie już dotarła. To jest taki znak rozpoznawczy autorki, która nie tylko tworzy historie ale również potrafi je ukazać za pomocą doznań i wyobraźni czytelnika, gdzie ma dokładny obraz tego kto jak się czuje. Nie sprawia to, że odbieramy ją osobiście, tylko bardziej czujemy jak byśmy kogoś obserwowali i czuli niesprawiedliwość, której doświadcza. Już przynajmniej rozumiem skąd ten tytuł:-)
Jeśli zatem lubisz taki sposób ukazania fabuły, niemal teatralny, to zdecydowanie tą książkę takim ludziom właśnie polecam. Oni po prostu docenią ją najbardziej:-)