Witam, dziś mam dla Was recenzję mojego patronatu ❤️ Berlin. Obce, Swoje, Niczyje ❤️ autorki Agnieszki Oknińskiej ❤️ Wydawnictwo Ostre Pióro ❤️
Na wstępie pragnę podziękować wydawnictwu oraz autorce za możliwość wzięcia pod swoje skrzydła tej powieści ❤️ Dziękuję 🩵
Berlin. Obce, Swoje, Niczyje to opowieść o życiu i o tym, że każdy z nas jest inny. Mamy różne poglądy, różne religie i wyznania. Wszyscy różnimy się od siebie wyglądem i charakterem, lecz każdego z nas coś łączy...
Łączą nas różne problemy w życiu. Myślę, że każdy z nas z czymś musi się zmagać, każdy ma jakieś trudności. Mogą to być problemy finansowe, zdrowotne, ale także rodzinne.
Nasze bohaterki to kobiety o różnych, ale silnych charakterach. Różnią się od siebie pochodzeniem – Anna pochodzi z Polski, Melek z Turcji, a Nasira z Syrii. Wszystkie trzy są tak odległe, a jednak bardzo sobie bliskie. Ich przyjaźń, choć tak różna, opiera się na czymś naprawdę głębokim.
Bardzo podobało mi się to, jak została przedstawiona przyjaźń kobiet. Mimo że wszystkie trzy pochodziły z różnych krajów świata, nie było między nimi nienawiści, pretensji ani uprzedzeń. Darzyły się ogromnym szacunkiem i przyjaźnią, której można im pozazdrościć. Ciężko jest dziś o tak wielką i szczerą przyjaźń. Ludzie niestety nie są już dla siebie tak życzliwi i pomocni, jak te kobiety.
Mamy tutaj pokazany również problem, z którym zmaga się wielu z nas – miłość, która nie zawsze jest taka, jaka być powinna. Ranienie, gnębienie, a nawet podnoszenie ręki na osobę, którą niby się kocha, to przecież nie jest miłość. Nasze bohaterki mają wielkiego pecha w miłości, a każda z nich przeżywa swoje problemy na swój sposób. Bardzo podobało mi się to, że przyjaciółki bez zbędnych pytań biegły na każdą wiadomość i każde wezwanie o pomoc. To było naprawdę piękne ❤️
Mamy tutaj pokazane także to, jak niektórzy rodzice traktują swoje własne dzieci. Ciężko jest czytać o tym, że nie ma się wsparcia od osób, które tak naprawdę powinny stać za nami murem, bez względu na to, co dzieje się w naszym życiu.
Choć dla miłości nie jest ważne to, jakie ktoś ma poglądy, wiarę czy z jakiego kraju pochodzi, to właśnie miłość jest jednym z najważniejszych uczuć. Nigdy nie wiemy, kiedy zapuka do naszych drzwi i całkowicie odmieni nasze życie. 😍
To piękna, życiowa i bardzo poruszająca historia, która pokazuje, że mimo wielu różnic wszyscy jesteśmy ludźmi i każdy z nas pragnie tego samego miłości, akceptacji, bezpieczeństwa i drugiego człowieka. Polecam Wam tę książkę z całego serca. ❤️
Ta książka zostanie ze mną na długo. Pokazuje, że niezależnie od tego, skąd pochodzimy, w co wierzymy i jak wygląda nasze życie, wszyscy pragniemy jednego być kochani, akceptowani i mieć przy sobie ludzi, na których zawsze możemy liczyć. Czytając tę historię, nie raz miałam łzy w oczach i wiele razy zatrzymywałam się, aby przemyśleć to, co właśnie przeczytałam.
To niezwykle wartościowa i poruszająca powieść, która daje nadzieję, ale jednocześnie uświadamia, z jak wieloma trudnościami mierzy się drugi człowiek. Z całego serca polecam Wam tę książkę ❤️ Jestem ogromnie szczęśliwa, że mogłam objąć ją swoim patronatem. Dziękuję autorce za tę piękną, pełną emocji historię, która na długo pozostanie w moim sercu. 🩵
"Licho nie śpi" rozpoczyna trylogię Bieszczadzkie demony. Jest to wznowienie w odświeżonej szacie graficznej, które może poszerzyć grono odbiorców i nowych czytelników.
Pewnie wiecie, jak bardzo lubię w książkach fabułę osadzoną w Bieszczadach? Tym razem jednak nie będzie miało to miejsca w powieści obyczajowej, a w kryminale. Urzekł mnie opisane przez Emilię Szelest bieszczadzkie legendy.
Damian "Atos" wyleciał z pracy w policji. Teraz ucieka przed przeszłością, uzależnieniem i mrokiem, które coraz bardziej nie dają mu spokoju. Bieszczady mają być dla niego kryjówką, a praca w tartaku ma zagłuszyć wyrzuty sumienia. Z kolei Magda, asesor prokuratury, ma do rozwiązania sprawę, która wydaje się nie do rozwiązania. W okolicy giną młode dziewczyny, a jedyny podejrzany siedzi we więzieniu. Jak przebić się przez mur nieufności ludzi? Damian postanawia jej pomóc. Między nimi rodzi się namiętność. Sceny zbliżeń są dość mocne, momentami żenujące, ale w sumie nie miało to dla mnie większego znaczenia.
Zachowanie Magdy wydaje się dziecinne i nieprofesjonalne (strasznie irytująca kobieta!), łamie wszystkie procedury śledztwa i tajemnicy, nie gra twardej pani prokurator i może dlatego nie miałam problemu z tym, by ją w jakiś niewytłumaczalny sposób polubić. To samo dotyczy Damiana. Facet posiada sporo wad, jest takim jakby ciemnym typem, butny, zarozumiały, zadufany w sobie, bezczelny, zadziorny, szowinista traktujący kobiety przedmiotowo, a mimo to z czasem poczułam do niego sympatię. Bo pod tą maską wad skrywa się coś więcej, co warto poznać. Ich relacja jest interesująca, pełna dogryzania sobie. Nie potrafią przyznać się do swoich uczuć. Są bardzo rozchwiani emocjonalnie. Nie podobało mi się zachowanie Magdy dotyczące uzależnienia narkotykowego Damiana. Nie była w tej kwestii konsekwentna, w zasadzie nic z tym nie robiła. A stwierdzenie, że narkotyki rozjaśniają umysł... No nie!
Ale najbardziej polubiłam brygadę z tartaku. Ci faceci naprawdę mają poczucie humoru, potrafią rozbawić czytelnika do łez. Co chwilę czekałam na wątki z ich udziałem. Uważam, że ich potencjał nie został w pełni wykorzystany.
Przekonujemy się, jak trudno jest uciec od przeszłości. Ona i tak w końcu nas dogoni. Poruszony został tu problem przemocy, uzależnia, brak szczerości i zaufania czy straty bliskiej osoby. Wszystko to pokazuje, jak wpływa na bohatera i jakie przynosi konsekwencje.
Choć historia mało prawdopodobna, bo i śledztwo zalatuje amatorszczyzną (zgrzytem był dla mnie wątek wróżki, bo któż szuka odpowiedzi w kartach dotyczących morderstwa, prawda?) to mimo to wciągająca. Fajnie, że mamy kilka rozdziałów z perspektywy sprawcy. To wiele wnosi. Widzimy, jak niedopowiedzenia i kłamstwa czy chęć zemsty doprowadzają do wielu nieszczęść. Jestem bardzo ciekawa tego, jakie przygody jeszcze czekają na bohaterów.
"Licho nie śpi" to rodzaj lżejszego kryminału bez nadmiernej makabry, z domieszką erotyku dający lekturę, z którą spędza się przyjemny czas. Tylko trzeba pamiętać, że gdy zapada zmrok, budzą się demony... nie tylko te na zewnątrz, ale i wewnątrz człowieka.
Mega mądra książka, którą polecam naprawdę każdemu, choć ukierunkowana jest poprzez zabawne rysunki i wielobarwność na młodzież, która najlepsze lata swojego życia marnuje na telefony, tablety, gry czy komputery. To będzie bardzo rozrywkowy przekaz, ale momentami taki dosadny, aż bardziej wyrazić się tego nie dało. Dotrze do każdego odbiorcy, nawet do tych, którzy nie wyobrażają sobie życia bez codziennego grania. Im chyba najbardziej ją polecam!
,,(...) wasze życie tak naprawdę jest zbiorem chwil- możecie je traktować jak słoik, który wypełniacie chwilami. A zatem jeśli chcecie, żeby wasze życie było przyjemne i miało sens, musicie starannie wybierać chwile do umieszczenia w swoim słoiku. Innymi słowy, musicie uważać na to, jak ,,spędzacie" czas i czemu ,,poświęcacie" uwagę."
,,Wiele firm technologicznych zatrudnia pracowników, których jedynym zadaniem jest wymyślanie lepszych sposobów na hakowanie ludzkich mózgów."
,,Jeśli wchodzicie albo już weszliście w wiek nastoletni, wasz mózg właśnie się przeprogramowuje, szybciej niż kiedykolwiek wcześniej- i wiele z tych zmian pozostanie z wami w wieku dorosłym"
Znajdziecie w tej pozycji sposoby na przełączenie mózgu, abyście to wy kierowali swoimi myślami i postępowaniem, a nie technologia wami, czy też wasze ciało wami. Całe życie jesteście uczeni różnych wzorców, więc później wasze ciało działa na autopilocie. Na każdą tego samego typu stresującą sytuację reagujecie tak samo. Mówicie, że ja zawsze się rozklejam, ja przy tym płaczę, to mnie zawsze denerwuje. Wy nie myślicie o sytuacji, która się wydarzyła, tylko wasze ciało reaguje za was. Ja wiem, że każdy odpowie, że taki właśnie jest, ale to nie prawda. Ta książka chce wam pokazać jak świadomie myśleć, jak wybierać reakcję na różne sytuacje, a nie powtarzać je zawsze tak samo. Początkowo trudno jest zauważyć różnicę, ja sama jej nie widziałam. Wiele poradników musiałam przeczytać aby nauczyć się być w chwili obecnej. Takim przykładem dla mnie była śmierć mojej ukochanej babci. W pierwszej chwili wyłam bez opamiętania, a później sobie przypomniałam, że ona kazała być szczęśliwą. Postanowiłam, że na jej pogrzebie i całej drogi przed nim postanowię nie pokazywać emocji. To była moja decyzja. Co chciałam się złamać, to słyszałam głos w głowie, a decyzja? Z każdym dniem teraz to ja kreuję swoje emocje. Zauważam te, które zawsze reagowały tak samo i decyduję je zmienić. To nie było łatwe, zajęło mi ponad trzy lata, ale wiem, że tak można. Właśnie ta książka za pomocą słów prawdziwych ludzi i młodzieży chce pokazać jak bardzo technicy wszystkiego co jest połączone z internetem chcą zbanować nasz mózg. Oglądamy głupoty i potem w głowie mamy głupoty. Szeroka na początku skala naszego myślenia stopniowo zanika, bo zamiast myśleć włączamy grę, film, czy cokolwiek innego, co zakryje nasze myślenie. Boimy się czuć, dlatego pijemy. Jesteśmy smutni, oglądamy wesołe filmiki. Jesteśmy zdenerwowani bierzemy leki na uspokojenie, a wystarczy świadomie przyznać się przed sobą, że tak, jestem zła, wściekła, czuję się niezrozumiana, boli mnie czyjeś zachowanie, zostałem skrzywdzony- na, zdradzony- na. Przyznaj przed sobą co cię boli, powiedz to na głos, a połowa tego bólu zniknie. Nie czujcie się winni za to, co odczuwacie, bo po to macie uczucia, by się pokazywały. Jeśli zostają tłumione, nie znikają. Zaprzeczanie ich powoduje różne choroby. Wszelkie zło z waszego ciała wychodzi za pomocą łez. To naprawdę wspaniała książka, która potrafi oświecić każdego, kto tylko będzie chciał zrozumieć, że ona ma rację. Zawsze się mówi, że państwo wszystko przed nami ukrywa. W to każdy wierzy, ale w to, że ta książka też wszystko odkrywa, a poradnik naprawdę uczy oświecenia, świadomej myśli, to już nikt nie chce uwierzyć. Ten, kto zgania winę za swoje niepowodzenia na innych jest człowiekiem zombi. Idzie i robi to, co mu inni każą. Najwyraźniej zapomniał, że człowiek jest istotą wolną i sam wybiera w co uwierzy.
Książkę polecam każdemu, bez wyjątku. Weź ją i pomyśl co czytasz, zastanów się, czy nie pisze tam prawda. Jest waszą szansą na naukę życia w chwili obecnej. Bardzo ją polecam!
Ja bym powiedziała, że to jest wybiórcza książka kucharska, która pokazuje jakie przysmaki można przyrządzić do konkretnych świąt. Autorka spędziła dużo czasu nad tą pozycją, ponieważ pod każdym przepisem zamieściła zdjęcie wypieku, który sama zrobiła. Jest w tym dużo estetyki, zdjęć pod zachęcającym kontem i utworzyła tak bajeczny klimat, aż czuje się, że ciasta ze zdjęć dosłownie pachną:-) Każdy dział ma piękne zdjęcie kojarzącej się słodkości z danym dniem i tak tą pozycję rozpoczynają Walentynki, a w nich ciasteczka serduszka w czekoladzie, ciasto truflowe z kremem i truskawkami, tiramisu z ajerkoniakiem i malinami, tort czekoladowy z wiśniami, tarta Malinowy Pocałunek oraz Walentynkowe sernikobrownie. Kolejny dział i następne święto to Tłusty Czwartek. W nim znalazły się drożdżowe racuchy z bananami, oponki drożdżowo-serowe z piekarnika, mleczne pączusie, pączki dyniowe z powidłami śliwkowymi, pączki na piwie z jabłkami oraz pączki z kremem czekoladowym. Wielkanoc to spis prostych i wymyślnych jednocześnie babek, krówek, torcików, rolad i sernika. Na Majówkę ciasta i babeczki z wszelkimi rodzajami owoców. Na Dzień Matki zaserwowane są wykwintne ciasta i formy babeczkowe z dużą ilością kremów. Na Dzień Dziecka babeczki z galaretkami i zimninami. Mamy też dział ciast z owocami lata, Halloween, Boże Narodzenie oraz Sylwester i Nowy Rok. Już wiecie, że każdy przepis to wspaniałe i prawdziwe zdjęcie ciasta, które sama autorka zrobiła i sfotografowała. Pod tytułem jego znajduje się opis oraz propozycja okazji do której pasuje. Wypis składników kropeczkami jeden składnik po drugim wraz z gramami czy ilością sztuk potrzebnych produktów. Całe wykonanie, jasne i przejrzyste, które nawet nastolatek spokojnie zrozumie i wykona oraz końcowe dodatki takie jak masy, kremy, musy, nadzienia czy ozdoby. Wszędzie widzimy co na ile stopni ustawiamy i ile minut co w piekarniku powinno przebywać, więc nie ma tu miejsca na pomyłkę. Jestem zdania, że taka książka powinna być nie tylko u osób, które interesują się pieczeniem ciast, ale i u takich do których lubią przychodzić niespodziewani goście i czasu na wykonanie jest naprawdę niewiele. W takich momentach wdzięczność za tą pozycję będzie nie do opisania:-)
Kiedy AI weszło na rynek, buuuum było ogromne. Młodzi ludzie oddali się wszelakim próbom tworzenia rożnych multimediów, a pracodawcy zobaczyli potencjał, a także drogę na skróty w nowym narzędziu, jakie weszło do użytkowania. Jednakże czy sztuczna inteligencja jest szansą na rozwój czy szansą na zagładę?
Niestety albo i stety, nie jestem za mocno wdrożona w klimaty AI i technologii, która robi coś z niczego. Tak naprawdę jeśli nie podamy jak na tacy, czego oczekujemy, to sama technika nie do końca jest w stanie nam w jakikolwiek sposób pomóc. Oczywistością jest, że próbowałam swoich sił pod kątem technicznym, ale efekt końcowy nawet za dobrze nie przypominał tego, co chciałam w danej chwili osiągnąć.
Wydawnictwo jednak dało czadu i podało mi jak na tacy – to, czego chciałam i na co liczyłam. Społeczeństwo jest na etapie, w którym AI zarządza rekrutacjami, tworzeniem multimediów i całą gamą różnych możliwości, które jakoby mają nam ułatwiać życie. Ale czy aby na pewno?
Cieszę się, że mogłam przekonać się na własnej skórze czy owa techniczna nowinka jest mi potrzebna do codziennego funkcjonowania. Autorzy idealnie, lekko, konkretnie, bez lania wody i nudy przybliżyli wszelakie mity i prawdy na temat narzędzia, które zawładnęło światem. Mamy wywaloną kawę na ławę, przejrzyście i zrozumiale – nawet dla takiego laika w tematach naukowych jak ja.
Jednak jak na realistkę przystało, nie uciekniemy zupełnie od techniki, która zalewa rynek i w nowych sprzętach kusi możliwościami. Rozwój techniczny też jest potrzebny, ale nie do końca jestem pewna, czy owe złote góry mają prawo do tego, by się ziścić. Owy tytuł perfekcyjnie daje nam do zrozumienia, że nic nie zastąpi człowieka z krwi i kości – artysty nie zastąpi robot. I nawet mam wnioski takie, że nie specjalnie umiem się ogarnąć w świecie AI’a.
Tak czy siak książka jest świetna – nie czuję się zalana suchymi faktami, które zgrzytają nam między zębami; pisarze dobrze stworzyli coś, co po prostu do mnie trafiło – zwykłego, prostego człowieka, a to najbardziej się liczy przy takich naukowych tematach! 🙂
Instagram ksiazki_moja_chwila🌸„Usypianka” Karoliny Głogowskiej to drugi tom serii „Kociewie”, który od pierwszych stron otulił mnie niepokojącym klimatem i sprawił, że trudno było odłożyć książkę choćby na chwilę. Autorka po raz kolejny udowodniła, że potrafi stworzyć historię, w której tajemnice, rodzinne sekrety i gęsta atmosfera przenikają się w niezwykle naturalny sposób.
🌸Dużym plusem jest klimat Kociewia, który sprawia, że historia staje się jeszcze bardziej wyjątkowa. Nie zabrakło tajemnic, rodzinnych sekretów i momentów, które wywoływały dreszczyk emocji. Również zachwycił mnie klimat starego domu. To nie jest zwykłe miejsce, niemal od pierwszych stron czuć, że skrywa coś mrocznego i nie daje o sobie zapomnieć. Z każdą kolejną stroną napięcie rośnie, a ja coraz bardziej chciałam poznać prawdę i przekonać się, dokąd zaprowadzi bohaterów ta historia.
🌸Bardzo polubiłam Helę. To bohaterka, która mimo młodego wieku wykazuje się odwagą i determinacją. Jej emocje oraz relacja z mamą zostały przedstawione w wiarygodny sposób, dzięki czemu łatwo było mi się zaangażować w ich losy. Nie brakowało momentów, w których sama zastanawiałam się, co jest rzeczywistością, a co tylko wytworem lęków i wyobraźni.
🌸Karolina Głogowska świetnie buduje napięcie. Nie epatuje grozą, lecz stopniowo wprowadza czytelnika w coraz bardziej niepokojący świat, przez co historia działa na wyobraźnię jeszcze długo po zakończeniu lektury. Bardzo podobało mi się również połączenie thrillera z elementami tajemnicy i lokalnego klimatu Kociewia, które nadają tej serii wyjątkowy charakter.
🌸„Usypianka” to książka, którą przeczytałam z ogromnym zainteresowaniem i która na długo zostanie w mojej pamięci. Jeśli lubicie historie pełne sekretów, rodzinnych zagadek, mrocznej atmosfery i napięcia budowanego bardziej klimatem niż brutalnością, ten tom zdecydowanie Was nie zawiedzie. Dla mnie była to bardzo udana kontynuacja i z przyjemnością sięgnę po kolejne książki Karoliny Głogowskiej.
🌸Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz do recenzji ❤️
„Każdy z nas potrzebuje czasem miejsca, w którym nie będzie musiał udawać, że wszystko jest w porządku.”
Nie wiem, czy można zakochać się w miejscu, które istnieje tylko na kartach książki... ale jeśli tak, to ja właśnie zakochałam się w Wierzbówce po raz drugi.
Są serie, które czyta się z przyjemnością, i są takie, do których wraca się z poczuciem, jakby wracało się do domu. „Tam, gdzie kwitną stokrotki” Aleksandry Rak dało mi właśnie takie uczucie. Od pierwszych stron miałam wrażenie, że znów odwiedzam ludzi, za którymi zdążyłam zatęsknić.
Zacisze po remoncie otwiera swoje drzwi dla kobiet zmęczonych życiem. Dla tych, które niosą na barkach zbyt wiele bólu, rozczarowań i niewypowiedzianych słów. To miejsce nie obiecuje cudów. Daje coś znacznie cenniejszego – czas, spokój i ludzi, którzy potrafią wysłuchać bez oceniania.
Najpiękniejsze w tej historii jest to, że przypomina o czymś, o czym bardzo często zapominamy. Nie zawsze potrzebujemy gotowych rozwiązań. Czasem wystarczy czyjaś obecność, ciepła herbata, uścisk albo zwykłe pytanie: „Jak się dziś czujesz?” Tak niewiele... a jednocześnie tak bardzo dużo.
Bohaterki tej powieści są prawdziwe. Popełniają błędy, boją się, płaczą, czasem tracą nadzieję. Nie są idealne i właśnie dlatego tak łatwo je zrozumieć. W każdej z nich dostrzegłam coś znajomego. Ich historie poruszają, bo mogłyby wydarzyć się tuż obok nas.
Aleksandra Rak z ogromną wrażliwością pokazuje, że nawet najbardziej poranione serce potrafi powoli się zagoić, jeśli tylko trafi na odpowiednich ludzi. Ta książka niesie ukojenie. Nie udaje, że życie jest łatwe. Pokazuje natomiast, że po każdej burzy może wyjrzeć słońce.
Mimo trudnych tematów nie brakuje tu także humoru, który idealnie równoważy emocje. I oczywiście... gąsior! Nie wiem, jak autorka to robi, ale ten skrzydlaty bohater po raz kolejny skradł całe show. Za każdym razem, gdy pojawiał się na kartach książki, uśmiechałam się od ucha do ucha.
Czytając tę historię, kilka razy musiałam odłożyć książkę tylko po to, żeby na chwilę zatrzymać się nad własnym życiem. Dawno żadna powieść nie przypomniała mi z taką siłą, jak ważne jest okazywanie sobie nawzajem życzliwości. Nigdy nie wiemy, z jaką walką mierzy się osoba stojąca obok.
„Tam, gdzie kwitną stokrotki” to nie jest tylko opowieść o kobietach. To historia o nadziei. O drugich szansach. O sile przyjaźni i o tym, że nawet jeśli życie nas przydepcze, możemy znów zakwitnąć – zupełnie jak stokrotki.
To jedna z tych książek, które nie kończą się wraz z ostatnią stroną. One zostają w sercu jeszcze długo po przeczytaniu.
Polecam ją każdemu, kto potrzebuje odrobiny ciepła, wiary w ludzi i przypomnienia, że nawet po najtrudniejszych chwilach można odnaleźć swoje miejsce.
Są książki, które zachwycają dynamiczną akcją i nie pozwalają odłożyć się ani na chwilę. Są też takie, które nie próbują gonić za tempem, tylko zapraszają czytelnika do zatrzymania się. Do chwili refleksji. Do spojrzenia w głąb siebie. „Ławka” Eli Figielek zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
To nie jest historia oparta na spektakularnych wydarzeniach czy nagłych zwrotach akcji. Jej siła tkwi w emocjach, codzienności i bohaterach, którzy mogliby być każdym z nas. Autorka pokazuje ludzi z ich słabościami, błędami i życiowym bagażem. Nie idealizuje ich, nie ocenia, nie próbuje wybielać. Każdy niesie w sobie jakiś ciężar – trudne doświadczenia, decyzje, których nie da się cofnąć, żal za tym, co było, i lęk przed tym, co dopiero nadejdzie. To właśnie ta autentyczność sprawiła, że tak łatwo było mi się z nimi utożsamić.
Najbardziej poruszył mnie motyw tytułowej ławki. Z pozoru jest to zwykły element krajobrazu, miejsce, obok którego każdego dnia przechodzą dziesiątki ludzi. Jednak w tej historii nabiera zupełnie innego znaczenia. Staje się symbolem zatrzymania. Chwilą wytchnienia od codziennego pośpiechu. Przestrzenią, w której można usiąść i uczciwie spojrzeć na swoje życie – na marzenia, których nie udało się spełnić, na błędy, które wciąż bolą, i na wybory, które ukształtowały naszą teraźniejszość.
To właśnie ta myśl najmocniej we mnie została – że czasami najbardziej potrzebujemy nie kolejnego kroku naprzód, ale chwili ciszy. Zatrzymania się. Zastanowienia nad tym, dokąd właściwie zmierzamy i czy droga, którą podążamy, jest naprawdę nasza.
Historie bohaterów są różne, ale wszystkie łączy moment, w którym muszą zmierzyć się z konsekwencjami swoich decyzji. Nie są to łatwe doświadczenia. Widać w nich żal, poczucie straty, bezsilność, a czasem także próbę ucieczki przed odpowiedzialnością. Mimo to autorka zostawia czytelnikowi coś niezwykle cennego – nadzieję. Nie tę głośną i spektakularną, ale cichą, subtelną, pojawiającą się tam, gdzie najmniej się jej spodziewamy. Pokazuje, że druga szansa nie zawsze przychodzi z wielkimi fajerwerkami. Czasem kryje się w zwykłej rozmowie, przypadkowym spotkaniu albo w odwadze, by zrobić pierwszy krok i spróbować jeszcze raz.
Ogromnym atutem książki jest również styl Eli Figielek. Jest spokojny, delikatny i bardzo refleksyjny. To jedna z tych powieści, których nie chce się czytać w pośpiechu. Wręcz przeciwnie – wiele zdań skłania do zatrzymania się na chwilę, przemyślenia ich znaczenia i odniesienia ich do własnego życia. To lektura, która zostaje z czytelnikiem również po zamknięciu ostatniej strony.
Po skończeniu „Ławki” długo myślałam o własnych wyborach. O tym, jak często pędzimy przez życie, ignorując sygnały, które podpowiadają nam, że warto zwolnić. Jak rzadko pozwalamy sobie na chwilę ciszy i szczerej rozmowy z samym sobą. Ta książka przypomina, że nigdy nie jest za późno, by spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy i zawalczyć o zmianę.
Dla mnie „Ławka” jest opowieścią o odpowiedzialności, przebaczeniu, stracie, ale przede wszystkim o nadziei. O tym, że nawet jeśli coś się rozsypało, nie musi oznaczać końca. Czasami wystarczy odrobina odwagi, by spróbować zbudować wszystko na nowo.
To jedna z tych książek, o których chce się rozmawiać. Takich, które każdy odbierze inaczej, bo każdy odnajdzie w nich cząstkę własnych doświadczeń i własnych emocji. Jeśli szukacie spokojnej, mądrej i niezwykle poruszającej historii, która nie tylko wzrusza, ale również skłania do refleksji nad własnym życiem, „Ławka” Eli Figielek będzie doskonałym wyborem.
To nie jest tylko opowieść o bohaterach. To historia o nas wszystkich – o naszych wyborach, błędach, nadziejach i o tym, że czasem warto na chwilę usiąść… i po prostu pobyć ze sobą.
Są takie książki, które nie straszą potworami wyskakującymi z ciemności. Zamiast tego powoli otulają czytelnika niepokojem, sprawiając, że z każdą kolejną stroną coraz bardziej zaczyna się zastanawiać, czy wszystkie legendy rzeczywiście są tylko wymysłem ludzkiej wyobraźni. „Niedźwiedź z bursztynu” Anny Czapli jest właśnie jedną z takich historii.
W niewielkiej podlaskiej miejscowości podczas burzowej nocy bez śladu znikają Kaja i jej syn Oskar. Wyszli na spacer do lasu i już z niego nie wrócili. Dla jednych jest to zagadka kryminalna, dla innych dowód na to, że stare słowiańskie wierzenia wcale nie odeszły w zapomnienie. Śledztwo prowadzi miejscowy policjant Aleks, który za wszelką cenę próbuje znaleźć racjonalne wyjaśnienie. Z czasem jednak wydarzenia zaczynają wymykać się logice, a granica między rzeczywistością a legendami coraz bardziej się zaciera.
Największym atutem tej powieści jest klimat. Anna Czapla doskonale wykorzystała podlaską scenerię – gęste lasy, burzową aurę i wszechobecną ciszę, która zamiast uspokajać, budzi niepokój. Podczas lektury miałam wrażenie, jakbym sama przemierzała leśne ścieżki, zastanawiając się, czy zza kolejnego drzewa nie wyłoni się coś, czego nie da się racjonalnie wytłumaczyć.
Bardzo podobało mi się również połączenie kryminału z fantastyką i słowiańskim folklorem. Autorka nie podaje wszystkiego na tacy – stopniowo odkrywa kolejne elementy układanki, budując napięcie i sprawiając, że trudno oderwać się od książki. Przez cały czas towarzyszyło mi pytanie: czy za zaginięciem naprawdę stoi człowiek, czy może mieszkańcy od początku mieli rację?
Choć książka nie należy do najobszerniejszych, ani przez moment nie miałam poczucia, że czegoś w niej brakuje. Historia jest zwarta, dobrze poprowadzona i idealnie wyważona. Styl autorki jest lekki, ale jednocześnie bardzo obrazowy. Szczególnie urzekły mnie opisy przyrody, które nie są jedynie tłem wydarzeń, lecz stają się ich integralną częścią i wzmacniają atmosferę tajemnicy.
I to zakończenie... Przyznam, że dałam się całkowicie zaskoczyć. Próbowałam ułożyć w głowie własne rozwiązanie zagadki, ale finał okazał się zupełnie inny, niż zakładałam. To właśnie za takie zakończenia najbardziej cenię kryminały – kiedy autor potrafi wyprowadzić czytelnika w pole i do samego końca utrzymać go w niepewności.
„Niedźwiedź z bursztynu” to książka dla osób, które lubią historie z dusznym, tajemniczym klimatem, cenią słowiańskie motywy i chcą przeczytać kryminał wykraczający poza utarte schematy. To idealna lektura na deszczowy wieczór – najlepiej wtedy, gdy za oknem słychać wiatr, a las wydaje się skrywać więcej sekretów, niż jesteśmy gotowi odkryć
W zasadzie cały urok tej historii dla mnie się wyczerpał. Nie miałam już ochoty dłużej znosić fizyczno-fantastyczno-magicznych głupotek, bezsensownych rozterek głównej bohaterki, no i jej samej, już totalnie antypatycznej postaci. Poziom dramatyzmu sięga niebezpiecznego poziomu Zacka Snydera. Nawet nie chce mi się dłużej o tym pisać, do zapomnienia.
W moim przypadku nikogo za kark nie złapałam… Ale wzięłam pod kurtę, pewnej chłodnej jesieni, małego złotego kotka, który miał piękne bursztynowe oczy. W drodze do „ekskluzywnego więzienia” zasnął przy akompaniamencie bicia mojego serca. Dwa lata temu poczułam żal straty. Pustkę… Zabrakło delikatnego dźwięku miękkich łapek, ciepła w nocy i pomruku, który sprawiał, że dusza człowieka jest uleczona…
„Chyba nie jestem Bogiem” to pełna wzruszenia historia, napisana z perspektywy kota. Może być tak, że to właśnie ten tytuł pomoże nam zrozumieć naszego pupila. Moje serce złamało się dobrych kilka razy przy czytaniu, ale chyba potrzebowałam takiego czytadła, potrzebowałam się dowiedzieć, że Rudzioł nadal na mnie czeka. Rozdziały są krótkie i konkretne, proste, a zarazem pełne treści, która ujmuje za serce i sprawia, że Puszkowe spojrzenie na świat jest wesołe i ciekawe. Miałam poruszoną każdą komórkę swojego jestestwa, bo przecież sama pamiętam pożegnanie i przejście za tęczowy most.
Nie spotkałam się z takim przedstawieniem głównego bohatera w książce, ale wydawnictwo wiedziało co robi, dodając do powieści paczkę chusteczek. Tyle łez ile wylałam to głowa mała! Nie spodziewałam się, że tak mnie poniesie nurt tej codzienności. Przez 18 lat miałam czworonożnego kompana w domu i niemalże dostosowałam całe życie pod kudłatego przyjaciela. W sumie… nie pomyślałabym, że domownik może nas postrzegać jako „dwunożnych”, ale miało to swój urok. Czy mamy w tym tytule masę serca? Oj tak! Czy jest życiowa? Dwa razy tak!
Czy ta książka złamała mi serce? Nawet nie wiecie jak bardzo! Zanim przetrawiłam ten tytuł, przeczytałam go po raz drugi. Uderzył mnie ponownie z pełną mocą tak samo, chociaż nie wiem czy nie bardziej. Autorka stworzyła niesamowitą powieść, która jest zwyczajnie w świecie POTRZEBNA, OT PO PROSTU.
Jak ja uwielbiam pióro autorki, które potrafi mnie zahipnotyzować na tyle, że nie potrafię robić przerw w czytaniu tego, co napisała:-) To prawdziwy thriller psychologiczny, który potrafił mnie nastraszyć na tyle, że sama zaczęłam się martwić o swoje dzieci:-) Co prawda początkowo, kiedy wchodziłam w treść, wydawało się to trochę oparte na faktach paranormalnych, ale jak to mówią, wszystko zawsze zależy od sposobu przekazania treści:-)
W tej lekturze mamy trzy czasy, które są odrębną jednostką wydarzeń. W jednym czytamy o sytuacji z przeszłości, kiedy w domu rodzinnym dzieją się dziwne rzeczy i przychodzi taki moment, gdzie rodzic bardzo obawia się o życie swojego dziecka. Osoba, która krzywdzi jest nazwana Wiedźmą i pozostawia po sobie bardzo znaczące ślady nie tylko w domu ale i na ciele dzieci. W innym czasie, to jest ten obecny, pewna kobieta dostaje zawiadomienie, że rodzina łącznie z jej siostrą zaginęła. Ona sama nie miała zbyt długotrwałego kontaktu z nią, sama twierdzi przed sobą, że w ostatnim czasie ona się bardzo zmieniła, lecz policji przekazuje jedynie suche mało istotne fakty. Z pewnością jest zaniepokojona zniknięciem, jednak kiedy się czyta jej czas to widać jakby wiele spraw ukrywała, tylko nawet nam bała się o nich opowiedzieć. W trzecim czasie mamy trzydzieści dni do zniknięcia Ewy, który skraca się, lecz nie zawsze po jednym dniu. Tam widzimy, że jej córka zniknęła na godzinę i po pewnych odstępach czasu zaczyna opowiadać jak spotkała wujka, który mówił do niej różne rzeczy i ofiarował jej prezenty. Ewa jest coraz bardziej przestraszona, ponieważ ze składu słów córki sytuacja zaczyna robić się coraz bardziej napięta, zwłaszcza o wzmiance pokoju w piwnicy, gdzie wujek miał coś nagrywać. I tak skaczemy od czasu do czasu i każdy z nich hipnotyzuje nas dziwnymi wydarzeniami sprawiając, że gęsia skórka pojawia się na ciele. Długo trudno jest określić, czy najważniejsze są złe siły, pogłoski ludzi, czy też nieokreślona wiara w to, czego nie da się wytłumaczyć. Jesteśmy tak zahipnotyzowani, że świat wokoło nas ma mniejsze znaczenie od tego w książce. Pomiędzy tymi czasami pojawiają się też bardziej i mniej wymagające sprawy, jednak ukazane tak, że ktoś wie o co chodzi, a druga osoba o tym nie mówi, bo... tego już nie napiszę:-) Bądźcie jednak pewni, że bardzo szybko przedrzecie się przez mrok i krzywdy tu opisane, a same wydarzenia pozostaną z wami nie tyle na zawsze ile do ważnego przemyślenia nad tym jak nasza wyobraźnia i myśli wpływają na całe nasze życie. Szczerze wam polecam!
Gianna już na samym starcie nie miała lekko. Domy dziecka, rodziny zastępcze i dorosłość, która wcale nie była łatwiejsza. W najgorszym momencie życia na jej drodze los stawia Adriano, dawnego przyjaciela, a zarazem chłopca, z którym wychowywała się w jednej z rodzin zastępczych. Czy między nimi możliwa jest miłość?
Nie sposób nie polubić pary głównych bohaterów. Gianna to dziewczyna bardzo mocno doświadczona przez życie, zagubiona, samotna. Od najmłodszych lat poznała co to odrzucenie, ludzka znieczulica, niesprawiedliwość, ból, tęsknota i walka o siebie. To co oboje przeszli jako dzieci, jest okrutne i bolesne. Postać pana Enzo dosłownie znienawidziłam! Trudno wymazać wspomnienia z pamięci, a tym bardziej się z nimi pogodzić. Widzimy, jak takie przeżycia wpływają na człowieka. To zostaje na całe życie, ale nie przekreśla przyszłości.
Weronika Tomala idealnie wyważyła proporcje fabuły. Tam, gdzie trzeba, czujemy ciężar emocji, a gdzie indziej dostrzegamy nadzieję na nowy początek i szczęście. Autorka świetnie ukazała, jak cienka może być granica między przyjaźnią, miłością i wdzięcznością. Dostrzegamy, jak czasem jeden człowiek potrafi odmienić nasze życie.
Tym razem porwani zostajemy do włoskiego miasteczka Serracapriola. Włoska sceneria z winnicami tworzy tu wyjątkowy klimat. Autorka w malowniczy sposób oprowadza nas po tych wszystkich uliczkach, pokazuje interesujące miejsca, dzieli się ciekawostkami, wtrąca zwroty i powiedzenia w języku włoskim, że aż chciałoby się tam znaleźć.
"Tam, gdzie rosną winogrona" to poruszająca powieść o traumie z dzieciństwa, mierzeniu się z przeszłością, samotności i potrzebie akceptacji, poszukiwaniu własnych korzeni, przebaczeniu, drugiej szansie oraz odwadze, by zawalczyć o lepsze jutro. A wszystko to w malowniczym tle włoskich winnic. Książka w sam raz na letni wakacyjny czas.
„Foliarze. Powieść teoretycznie spiskowa” – Jan Jurkowski, Marek Hucz, Marcin Osiadacz
Już sam opis tej książki sugeruje, że nie będzie to zwykła powieść. I rzeczywiście – „Foliarze. Powieść teoretycznie spiskowa” zaskoczyła mnie praktycznie na każdym kroku. To historia, do której najlepiej podejść z otwartą głową i... bez zbyt dużych oczekiwań co do tego, dokąd zaprowadzi czytelnika. Im mniej wiemy przed rozpoczęciem lektury, tym większą frajdę sprawia odkrywanie kolejnych elementów tej nietypowej opowieści.
Akcja rozgrywa się we współczesnych realiach, w świecie doskonale nam znanym, ale przedstawionym w krzywym zwierciadle. Autorzy bawią się motywami teorii spiskowych, absurdów współczesności i ludzkiej skłonności do doszukiwania się drugiego dna niemal we wszystkim. To właśnie ten balans między codziennością a coraz bardziej nieprawdopodobnymi wydarzeniami sprawia, że książka wciąga od pierwszych stron.
Nie jest to jednak typowa komedia. Owszem, humor odgrywa tu ogromną rolę, ale nie jest jedynym elementem tej historii. Pod warstwą żartów i absurdalnych sytuacji kryje się sporo trafnych obserwacji dotyczących społeczeństwa, internetu i tego, jak łatwo dziś manipulować informacjami. Kilka razy złapałam się na tym, że śmiałam się z dialogów, by chwilę później zastanowić się, czy przypadkiem nie ma w nich więcej prawdy, niż początkowo się wydawało.
Bohaterowie są bardzo wyraziści i świetnie wpisują się w klimat całej opowieści. Każdy z nich wnosi do fabuły coś innego, a ich wzajemne relacje są pełne humoru i nieprzewidywalności. Nie są to postacie idealne – wręcz przeciwnie. To właśnie ich dziwactwa, słabości i nietuzinkowe pomysły sprawiają, że z zainteresowaniem śledziłam ich kolejne decyzje.
Ogromnym atutem książki jest styl autorów. Jest lekki, dynamiczny i bardzo filmowy, co nie powinno dziwić fanów Grupy Filmowej Darwin. Dialogi są naturalne, pełne błyskotliwego humoru i celnych ripost, a tempo akcji sprawia, że trudno znaleźć moment na odłożenie książki. Nie ma tu miejsca na nudę – niemal w każdym rozdziale czeka coś, co potrafi zaskoczyć.
Podczas lektury towarzyszyły mi przede wszystkim rozbawienie, ciekawość i nieustanne pytanie: „Co oni wymyślą dalej?”. Jednocześnie doceniłam to, że autorzy nie ograniczyli się wyłącznie do żartów. W tle pojawiają się tematy związane z ludzką podatnością na manipulację, potrzebą przynależności i poszukiwaniem prostych odpowiedzi na skomplikowane pytania.
To książka, która z pewnością przypadnie do gustu osobom lubiącym inteligentny humor, satyrę i nieoczywiste historie. Fani Grupy Filmowej Darwin prawdopodobnie odnajdą tutaj wszystko to, za co cenią ich twórczość – charakterystyczny humor, kreatywność i dystans do rzeczywistości. Jeśli jednak ktoś oczekuje klasycznej powieści sensacyjnej lub tradycyjnego kryminału, może poczuć się zaskoczony, ponieważ ta historia świadomie wymyka się gatunkowym schematom.
„Foliarze. Powieść teoretycznie spiskowa” to oryginalna, zabawna i bardzo pomysłowa lektura, która nie tylko dostarcza świetnej rozrywki, ale również skłania do spojrzenia z przymrużeniem oka na otaczający nas świat. Jeśli lubicie książki, które potrafią jednocześnie rozśmieszyć, zaskoczyć i zostawić czytelnika z kilkoma refleksjami, zdecydowanie warto po nią sięgnąć.
Są książki, które wciągają przede wszystkim zagadką kryminalną, i są takie, które zostawiają po sobie coś znacznie więcej. Landsberg. Miasto z mgły Macieja J. Dudziaka zdecydowanie należy do tej drugiej grupy. To powieść kryminalna z wyraźnym tłem historycznym, która od pierwszych stron buduje gęstą, niepokojącą atmosferę i przypomina, że przeszłość potrafi rzucać bardzo długi cień na współczesność.
Akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych – w Landsbergu nad Wartą w 1933 roku oraz we współczesnym Gorzowie Wielkopolskim. Ten zabieg bardzo mi się spodobał, ponieważ autor płynnie przeplata wydarzenia z obu okresów, stopniowo odsłaniając kolejne elementy większej układanki. Historyczne tło nie jest tutaj jedynie dekoracją. Narastający wpływ nazizmu i zmieniająca się rzeczywistość sprawiają, że z każdą stroną czuć coraz większy niepokój. Z kolei współczesny wątek pokazuje, że nie wszystkie historie zostały zakończone, a niektóre tajemnice potrafią przetrwać całe pokolenia.
Bohaterowie zostali wykreowani w przekonujący sposób. Komisarz Carl Faber to postać, którą łatwo obdarzyć sympatią – jest dociekliwy, ale jednocześnie zmaga się z rzeczywistością, w której granica między dobrem a złem zaczyna się niebezpiecznie zacierać. Równie interesująco wypada współczesna dziennikarka, która z determinacją podąża za tropami prowadzącymi do dawno zapomnianych wydarzeń. Podobało mi się, że autor nie tworzy postaci jednowymiarowych. Każda z nich wnosi do historii własne emocje, motywacje i dylematy, dzięki czemu łatwo zaangażować się w ich losy.
Styl Macieja J. Dudziaka jest bardzo przystępny, a jednocześnie dojrzały. Autor nie epatuje brutalnością, choć nie ucieka od trudnych tematów. Umiejętnie buduje napięcie i atmosferę niepewności, a kolejne rozdziały zachęcają do czytania dalej. Szczególnie spodobało mi się to, że akcja rozwija się w spokojnym, dobrze wyważonym tempie. Nie ma tu niepotrzebnego pośpiechu – zamiast tego autor pozwala czytelnikowi stopniowo zanurzać się w historii i odkrywać jej kolejne warstwy.
Podczas lektury towarzyszyło mi przede wszystkim zaciekawienie, ale także niepokój i refleksja. To nie jest książka, którą odkłada się i natychmiast zapomina. Skłania do zastanowienia się nad tym, jak łatwo zło może przeniknąć do codzienności i jak wielką rolę odgrywa pamięć o przeszłości. Bardzo doceniam również to, że autor unika prostych odpowiedzi i pozostawia czytelnikowi przestrzeń do własnych przemyśleń.
Myślę, że Landsberg. Miasto z mgły szczególnie przypadnie do gustu miłośnikom kryminałów historycznych, powieści z tajemnicą oraz historii, w których przeszłość przeplata się ze współczesnością. Osoby oczekujące wyłącznie dynamicznej akcji mogą poczuć niewielki niedosyt, ponieważ większy nacisk położono tutaj na atmosferę, śledztwo i psychologiczne tło wydarzeń niż na spektakularne zwroty akcji.
To mądra, klimatyczna i poruszająca powieść, która łączy kryminał z historią w bardzo przekonujący sposób. Zostawia po sobie wiele emocji i daje do myślenia jeszcze długo po przeczytaniu ostatniej strony. Zdecydowanie polecam tę książkę wszystkim, którzy cenią dobrze napisane historie z tajemnicą, wyrazistym tłem historycznym i bohaterami, których losy naprawdę potrafią poruszyć.
Przystępna, dla mnie wyczerpująca temat. Jestem pozytywnie zaskoczona, chociaż przydałoby się uzupełnienie do lat współczesnych (najwięcej miejsca, jak zwykle chyba, zajmuje średniowiecze). Polecam ciekawym tematu.
Literatura od wieków stawia pytania o naturę człowieka. Czy ludzie rodzą się dobrzy, a zło jest wynikiem okoliczności, czy też mrok stanowi nieodłączną część ludzkiej osobowości? W powieści „Tryptyk haniebny” Tomasz Witkowski podejmuje właśnie ten problem, tworząc historię osadzoną w brutalnych realiach średniowiecza. Jednak historyczna sceneria jest jedynie tłem dla głębszych rozważań nad źródłami zła, mechanizmami władzy oraz moralną odpowiedzialnością człowieka za własne wybory.
Jednym z najważniejszych motywów utworu jest wszechobecność zła. Autor pokazuje je nie jako siłę nadprzyrodzoną, lecz jako element ludzkiej natury. Bohaterowie powieści często stają przed trudnymi wyborami, a ich decyzje wynikają z ambicji, lęku, chciwości lub pragnienia dominacji. Zło nie pojawia się nagle – rodzi się stopniowo, rozwija się w codziennych działaniach i znajduje usprawiedliwienie w pozornie racjonalnych argumentach. Dzięki temu Witkowski pokazuje, że granica między dobrem a złem jest znacznie bardziej płynna, niż zwykliśmy sądzić.
Istotną rolę odgrywa również motyw władzy. W świecie przedstawionym rządzą ci, którzy potrafią manipulować innymi lub wykorzystują ich słabości. Władza staje się narzędziem podporządkowywania ludzi, a jednocześnie ujawnia prawdziwe oblicze tych, którzy ją posiadają. Autor sugeruje, że człowiek wystawiony na pokusę dominacji często zatraca własne zasady moralne. W ten sposób powieść staje się uniwersalną refleksją nad mechanizmami funkcjonującymi nie tylko w średniowieczu, lecz także we współczesnym świecie.
Tytułowy „tryptyk” można interpretować symbolicznie. Tradycyjnie tryptyk jest dziełem składającym się z trzech części, które wspólnie tworzą całość. W powieści symbol ten może odnosić się do różnych aspektów ludzkiego doświadczenia: dobra, zła i odpowiedzialności; przeszłości, teraźniejszości i przyszłości; albo trzech oblicz człowieka – tego, kim jest, kim chciałby być i kim staje się pod wpływem okoliczności. Takie odczytanie podkreśla wielowarstwowość utworu i zachęca do poszukiwania ukrytych znaczeń.
Ważnym elementem książki jest także atmosfera niepokoju i moralnego chaosu. Średniowieczny świat przedstawiony przez Witkowskiego jest pełen przemocy, przesądów i cierpienia. Nie jest to jednak wyłącznie obraz konkretnej epoki. Można go odczytać jako metaforę rzeczywistości, w której człowiek nieustannie zmaga się z własnymi słabościami. Autor zdaje się przypominać, że postęp cywilizacyjny nie eliminuje ludzkich wad, a pytania o odpowiedzialność, sumienie i godność pozostają aktualne niezależnie od czasu i miejsca.
„Tryptyk haniebny” można więc interpretować jako opowieść o ciemnych stronach ludzkiej natury oraz o konsekwencjach moralnych wyborów. Tomasz Witkowski nie daje prostych odpowiedzi ani jednoznacznych ocen. Zamiast tego skłania czytelnika do refleksji nad tym, jak łatwo człowiek może ulec własnym słabościom i jak trudno zachować moralną integralność w świecie pełnym pokus. To właśnie uniwersalność tych pytań sprawia, że powieść wykracza poza ramy literatury historycznej i staje się ważnym głosem w dyskusji o kondycji człowieka.
„Emerald Blues” autorstwa Agnieszki Jakóbiec to książka, która pokazuje, że życie potrafi zaskoczyć wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy. To historia o nowych początkach, przepracowywaniu trudnej przeszłości i miłości, która rodzi się powoli, ale musi zmierzyć się z wieloma przeciwnościami.
Zosia po nieudanym związku wyjeżdża do Dublina, licząc na nowy start. Podczas jednego z powrotów do Polski poznaje Karola – mężczyznę, który również ma za sobą trudne doświadczenia. Ich relacja rozwija się spokojnie i naturalnie, a uczucie stopniowo nabiera siły. Jednak przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć i sprawia, że bohaterowie muszą zmierzyć się z niełatwymi wyborami.
Najbardziej urzekła mnie autentyczność bohaterów. Zosia nie jest wyidealizowaną postacią – ma swoje słabości, wątpliwości i lęki, dlatego bardzo łatwo było mi ją zrozumieć. Ogromnie spodobała mi się również jej relacja z bratem. Było w niej tyle ciepła, troski i wzajemnego wsparcia, że aż chciało się czytać kolejne wspólne sceny. Karol także zyskał moją sympatię. To bohater z bagażem doświadczeń, który nie udaje kogoś, kim nie jest. Dzięki temu cała historia wydaje się niezwykle prawdziwa.
Podczas lektury towarzyszyło mi wiele emocji. Były momenty, które wzruszały, ale też takie, kiedy miałam ochotę trochę "przemówić bohaterom do rozsądku". Czasami brak szczerej rozmowy i skrywane emocje potrafiły mnie irytować, ale właśnie to sprawiło, że jeszcze bardziej przeżywałam ich historię. Autorka bardzo dobrze pokazuje, jak ogromny wpływ na nasze życie mają przeszłe doświadczenia oraz jak trudno jest zaufać, gdy zostało się wcześniej zranionym.
Styl Agnieszki Jakóbiec jest lekki, naturalny i bardzo przyjemny w odbiorze. Książkę czyta się płynnie, a emocje bohaterów są przedstawione w sposób niewymuszony i wiarygodny. Bardzo spodobały mi się również opisy Irlandii, które tworzą wyjątkowy klimat całej historii. Dodatkowym smaczkiem są przepisy kulinarne oraz muzyczne inspiracje, dzięki którym jeszcze łatwiej zanurzyć się w świecie wykreowanym przez autorkę.
To opowieść o miłości, rodzinie, wybaczaniu, drugich szansach i o tym, że od przeszłości nie zawsze da się uciec. Czasami trzeba się z nią zmierzyć, aby móc ruszyć dalej.
Jeśli lubicie powieści obyczajowe z wyraźnie zarysowanym wątkiem romantycznym, pełne emocji, życiowych dylematów i bohaterów, których losy naprawdę angażują, to „Emerald Blues” będzie świetnym wyborem. Szczególnie polecam ją osobom, które cenią spokojnie rozwijające się relacje oraz historie pozostawiające po sobie ciepło i refleksję.
„Solange i Fryderyk” autorstwa Janusza Niżyńskiego to książka, która zabiera czytelnika w świat XIX-wiecznej Francji, gdzie muzyka przeplata się z uczuciami, a granica między tym, co wypada, a tym, czego pragnie serce, jest niezwykle cienka. To nie jest tylko opowieść o Fryderyku Chopinie – to przede wszystkim historia ludzi, którzy muszą zmierzyć się z własnymi emocjami i konsekwencjami swoich wyborów.
Autor przedstawia losy Solange i Fryderyka w bardzo subtelny sposób. Nie znajdziemy tu gwałtownych zwrotów akcji, ale za to mnóstwo napięcia ukrytego między słowami, spojrzeniami i niewypowiedzianymi uczuciami. Przez całą książkę towarzyszyło mi pytanie, czy można wygrać z własnym sercem, kiedy rozsądek i obowiązek podpowiadają coś zupełnie innego.
Największe wrażenie zrobiła na mnie kreacja bohaterów. Nie są czarno-biali i właśnie dlatego wydają się tak prawdziwi. Solange to kobieta odważna, świadoma swoich uczuć i gotowa zawalczyć o to, co dla niej ważne. Fryderyk natomiast wzbudzał we mnie przede wszystkim ogromne współczucie. To człowiek rozdarty między tym, czego pragnie, a tym, co uważa za słuszne. Kilka razy miałam ochotę, żeby wreszcie przestał tłumić emocje i pozwolił sobie na szczerość, ale jednocześnie doskonale rozumiałam, dlaczego postępuje właśnie w taki sposób.
Bardzo spodobał mi się styl Janusza Niżyńskiego. Jest elegancki, spokojny i pełen wrażliwości, a jednocześnie nie przytłacza nadmiarem opisów. Autor pięknie oddaje klimat epoki, ale nie zapomina o tym, co w tej historii najważniejsze – emocjach bohaterów. Muzyka niemal przez cały czas jest obecna w tle i staje się czymś więcej niż tylko elementem fabuły. Jest sposobem wyrażania uczuć, których nie da się ubrać w słowa.
To książka, która skłania do refleksji nad tym, jak wielką rolę w naszym życiu odgrywają lojalność, poświęcenie i społeczne konwenanse. Wzruszało mnie to, ile trzeba było poświęcić w imię obowiązku i jak często bohaterowie rezygnowali z własnego szczęścia. Chwilami czułam też złość na to, że to właśnie zasady i oczekiwania innych decydowały o ich losach bardziej niż oni sami.
„Solange i Fryderyk” to piękna, melancholijna opowieść o miłości, której nie powinno być, o tęsknocie i o uczuciach, które potrafią wybrzmiewać równie mocno jak najpiękniejsza muzyka. To historia, która zostaje z czytelnikiem jeszcze długo po odłożeniu książki na półkę.
Polecam tę powieść wszystkim, którzy lubią literaturę obyczajową z historycznym tłem, pełną emocji i subtelnych relacji. Szczególnie przypadnie do gustu miłośnikom twórczości Fryderyka Chopina oraz osobom, które cenią historie oparte bardziej na uczuciach i psychologii bohaterów niż na dynamicznej akcji.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio książka tak szybko zniechęciła mnie do siebie. Główna bohaterka była okropnie antypatyczna, jej relacja chaotyczna, trudno było mi przebrnąć nawet przez kilka pierwszych stron. Błyskawiczny DNF, jest to swego rodzaju osiągnięcie.