Portale literackie uwzględniają każdego człowieka pióra- zarówno debiutanta, jak i kogoś, komu udało się napisać już więcej, niż tylko jedną powieść. Do tej drugiej, niemalże wymarzonej grupy, należy Mariusz Kanios. Ba, w jego przypadku role się odwróciły, bo to ja dopiero zaznajamiam się z jego historiami i „Familia” jest moim pierwszym spotkaniem z pisarzem. Wcześniej wielu fanów słowa pisanego zetknęło się już z jego trzema cyklami, a ja muszę dopiero nadrobić zaległości. Czy tym razem odejście od łączących się ze sobą opowieści miało sens? Miejmy nadzieję, że odbiorcy docenią dynamiczną akcję, gdyż naprawdę czasami nie wiadomo, o kim myśleć dobrze, a komu współczuć. Na ostateczny werdykt warto poczekać aż do ostatnich słów zawartych w epilogu. Pamiętajmy, że w treściach kryminalnych człowiek uchodzący za wilka w owczej skórze to norma. A jeśli jeszcze dorzucimy do tego pakietu wątek polityczny i brak równouprawnienia w zawodzie policjanta? Czy to zbyt wiele, a może jednak nie? Sami to sprawdźcie.
Czy Mariusz Kanios w ogóle musi się martwić o ogólne oceny swych książek, niczym uczeń zobowiązany do opanowania ogromu materiału edukacyjnego? Nic bardziej mylnego- moje prywatne śledztwo literackie dowiodło, że fani autora „Familii” są bardzo konsekwentni w swych werdyktach. Każda z wcześniej napisanych historii nie spada poniżej ogólnej noty 7,5. A jak będzie teraz? Czas pokaże, zaś sama nie zamierzam linczować Mariusza Kaniosa. Uważam, że jego opowieść jest dobra, wciągająca, a autor znalazł miejsce i czas na to, by poruszyć wiele spraw pobocznych, choć równie istotnych w realnym, a nie tylko fikcyjnym świecie. W poszczególnych rozdziałach zetkniemy się ze zdradą, problemem alkoholowym, fałszem, mocną chęcią zysku dla własnych korzyści, a także szokującym zakończeniem, które na długo pozostanie w umysłach czytelników.
Naturalną koleją rzeczy było intensywne zastanowienie się nad losami bohaterów. Wiszące na włosku małżeństwo Marka i Iwony to bardzo dobry materiał psychologiczny, a gdy jeszcze dołączymy postać ich córki, Alicji, to wówczas na pewno zadamy sobie pytanie: Czy każdy rodzic, zwłaszcza ojciec, jest taki obojętny i głuchy na problemy? Jest to kwestia do indywidualnego rozważenia, ale bardzo proszę, by niezbyt szybko oceniać postawę Marka. Będzie to trudne, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ale naprawdę lepiej się wstrzymać.
Mariusz Kanios zdecydowanie nie pozwolił mi odłożyć „Familii” na tak zwany stosik wstydu. Wyjazd na piękną Sycylię miał być ratunkiem dla małżeństwa Marka i Iwony, a towarzystwo przyjaciół- Leszka i Marty- miało jeszcze bardziej pomóc w rozwiązaniu wszelkich waśni. Sycylia i dodana na początku historii miejscowa legenda niemal natychmiast budzi w odbiorcy przyjemne, marzycielskie wręcz odczucia. Autor każe nam się jednak szybko otrząsnąć. Twarde lądowanie ma nam uzmysłowić, że nawet bajeczne krajobrazy nie przysłonią ludzkich dramatów, na przykład biedy czy korupcji. Dlaczego żona i córka Marka, a także Marta, zaginęły bez śladu? Dlaczego też prowadzone śledztwo wykazuje szereg kłamstw? Kto ma coś do ukrycia i dlaczego? Szczegółów zdradzać nie mogę, finału sprawy tym bardziej. Mogę jedynie zapewnić, że autor miał sporo pomysłów na to, by utkać ogromną sieć intryg i znaków zapytania. Spokojnie- wytrwały i cierpliwy czytelnik zrozumie każdy aspekt i niczym po nitce do kłębka, dotrze do finiszu. Jaki on jest? Przekonajcie się sami. Ja wiem jedno- nigdy nie chciałabym znaleźć się na miejscu zaginionych bohaterek. Na samą myśl dreszcze nokautują całe moje ciało. Z Wami też tak będzie, to bardziej niż pewne.
Cała historia, pod kątem technicznym, jest tylko trochę bardziej obszerna od klasycznej powieści. 66 krótkich rozdziałów, epilog, a to wszystko rozmieszczone na dokładnie 391 stronach. Jest zatem co czytać, ale ciekawa opowieść zazwyczaj kończy się dla nas szybko. Mariusz Kanios udowodnił, że zmiana zawodu (były bankowiec) wyszła mu tylko na dobre. Widać, że chce nas zaskakiwać, a gdy mężczyzna pisze o zdradach, nałogach wymyślonej przez siebie męskiej postaci, to nie może być inaczej, jak tylko wciągająco.
Nie opiszę wszystkich postaci pobocznych, ale czytelnicy na pewno popadną w zadumę, gdy dowiedzą się o losach młodej policjantki próbującej rozwiązać główny dramat. Kobieta pracująca w policji to, przynajmniej na Sycylii, wciąż temat do drwin i braku należytej współpracy. Bohaterka książki, Carmela Librizzi, wyraźnie pokazuje, że policjantem się jest, a nie bywa. W każdym dochodzeniu liczą się detale, by można było połączyć kropki i schwytać sprawcę. Czy w „Familii” tak właśnie się stanie? Jaka naprawdę jest wspomniana Carmela Librizzi? Zapraszam do lektury.
Odpowiednia liczba stron interesującego tekstu pozwoliło autorowi wiele namieszać, wprawiać odbiorcę w zdumienie, niedowierzanie i strach. Nierzadko musimy odwołać się też do negatywnej odsłony ludzkiej psychologii. Pamiętajmy jednak, że to nie ilość, a jakość fabuły zawsze jest najważniejsza. Autor nie zawiódł w obu odsłonach.
Wiem, że na pewno sięgnę po jeszcze inny tytuł pisarza.
Czy rodzinne spotkanie może naprawdę skończyć się dobrze, kiedy każdy przyjeżdża z własnym bagażem emocji, niewypowiedzianymi pretensjami i tajemnicami?
W „Zjeździe rodzinnym” Agnieszka Gładzik zabiera nas do Mierzyna, do rezydencji, w której z okazji 85. urodzin cioci Waci ma odbyć się rodzinne spotkanie. Z założenia ma być elegancko, rodzinnie i oczywiście idealnie. Gracjana, która uwielbia mieć wszystko pod kontrolą, robi wszystko, żeby tak właśnie było. Problem w tym, że rodzinnych emocji nie da się zaplanować ani poukładać według wcześniej przygotowanej listy.
Do domu przybywają kolejne kobiety – między innymi Angela i Elwira, rodzinna „czarna owca”. Każda z nich ma własną historię, własne doświadczenia i rzeczy, o których w rodzinie od dawna się nie mówi. Jest też Julianna, nastoletnia córka Gracjany, która mierzy się z cyberprzemocą. Jej problem długo pozostaje w cieniu przygotowań do wielkiego rodzinnego wydarzenia. I chyba właśnie ten wątek szczególnie mocno pokazuje, jak łatwo czasami skupić się na tym, żeby wszystko z zewnątrz wyglądało dobrze, jednocześnie nie zauważając tego, co dzieje się naprawdę blisko nas.
I to właśnie pozory są jednym z najważniejszych tematów tej książki.
Na pierwszy rzut oka mamy rodzinę, która spotyka się przy wspólnym stole. W rzeczywistości pod tym stołem znajduje się cała masa niewygodnych tematów, dawnych urazów, rozczarowań, wstydu i wzajemnych pretensji. Wystarczy tylko odpowiedni moment, żeby wszystko zaczęło wychodzić na jaw.
Bohaterki są bardzo różne i właśnie to sprawia, że ta historia jest ciekawa. Każda z kobiet reprezentuje trochę inne podejście do życia, rodziny i własnego miejsca w świecie. Są tutaj osoby, które kurczowo trzymają się zasad i tego, „co wypada”, ale są też takie, które nie chcą już dłużej żyć według oczekiwań innych. Szczególnie interesująca wydała mi się Elwira – właśnie przez to, że nie próbuje za wszelką cenę dopasować się do rodzinnego schematu.
Autorka dobrze pokazuje też różnice międzypokoleniowe. To nie jest jednak proste przedstawienie konfliktu „starsze kontra młodsze”. Każda z kobiet ma swoje racje, ale też swoje słabości. Dzięki temu bohaterki nie są czarno-białe i można je zarówno polubić, jak i momentami mieć ochotę nimi potrząsnąć.
Podobało mi się, że książka potrafi być zabawna, a chwilę później dotknąć znacznie trudniejszych tematów. Humor nie jest tutaj tylko dodatkiem. Pomaga trochę rozładować napięcie, ale też sprawia, że pewne sytuacje wydają się jeszcze bardziej prawdziwe. Bo przecież rodzinne spotkania często właśnie takie są – trochę śmiechu, trochę niezręcznych rozmów, jakieś drobne uszczypliwości i tematy, których wszyscy wolą nie poruszać.
A potem ktoś powie o jedno zdanie za dużo…
I zaczyna się robić naprawdę ciekawie.
Bardzo fajnym elementem są również sceny związane z gotowaniem. Kuchnia staje się tutaj czymś więcej niż tylko tłem. Przygotowywanie potraw, rodzinne zwyczaje i dania z różnych stron świata dodają tej historii charakteru, a momentami można wręcz poczuć zapachy i smaki towarzyszące bohaterkom. Nie bez powodu książka zawiera również indeks egzotycznych potraw.
Mimo że akcja właściwie skupia się wokół jednego rodzinnego spotkania i jednej przestrzeni, nie miałam poczucia monotonii. Wręcz przeciwnie – zamknięcie tak wielu różnych osobowości pod jednym dachem sprawia, że napięcie stopniowo rośnie. Rezydencja w Mierzynie staje się trochę jak scena, na której kolejne osoby zdejmują swoje maski. Im bliżej wielkiego rodzinnego finału, tym mniej miejsca zostaje na udawanie.
Styl Agnieszki Gładzik bardzo dobrze pasuje do tej historii. Pisze lekko, naturalnie i z wyczuwalnym poczuciem humoru, ale jednocześnie nie ucieka od trudniejszych tematów. Dialogi są żywe i momentami naprawdę cięte, dzięki czemu bohaterki nie wydają się papierowe. Autorka potrafi również w kilku zdaniach pokazać relację między ludźmi, którzy znają się od lat, a mimo to wcale nie potrafią ze sobą naprawdę rozmawiać. To jedna z mocniejszych stron tej powieści.
Podczas czytania miałam sporo różnych emocji. Było rozbawienie, irytacja, ciekawość, momentami współczucie, ale też takie poczucie, że niektóre sytuacje są aż zbyt znajome. Bo choć historia została napisana z przymrużeniem oka, wiele z tych rodzinnych zachowań jest bardzo prawdziwych. Udawanie, że wszystko jest w porządku. Przemilczanie problemów. Wchodzenie w role, które zostały nam przypisane lata temu. I przekonanie, że skoro jesteśmy rodziną, to pewnych tematów po prostu się nie porusza.
A przecież właśnie te przemilczane rzeczy potrafią najbardziej oddalić od siebie ludzi.
„Zjazd rodzinny” to przede wszystkim współczesna powieść obyczajowa z dużą dawką humoru, emocji i rodzinnych konfliktów. Nie jest to historia przesłodzona ani typowo „lekka”. Pod warstwą zabawnych sytuacji kryje się całkiem sporo tematów do przemyślenia – o kobiecych rolach, potrzebie wolności, rodzinnych oczekiwaniach, relacjach między pokoleniami, a także o tym, jak łatwo przeoczyć problemy najbliższych, kiedy jesteśmy zajęci tym, żeby wszystko wyglądało idealnie.
Szczególnie poleciłabym ją osobom, które lubią powieści obyczajowe skupione na relacjach między bohaterami, rodzinnych tajemnicach i mocnych, wyrazistych postaciach. To również dobra propozycja dla tych, którzy lubią, kiedy książka potrafi rozbawić, ale jednocześnie zostawia coś do przemyślenia.
„Zjazd rodzinny” przypomniał mi, że w rodzinie wcale nie zawsze najtrudniejsze są wielkie konflikty. Czasami najbardziej bolą te drobne rzeczy, które przez lata udajemy, że nie istnieją. A żeby w końcu zacząć naprawdę ze sobą rozmawiać, czasem rzeczywiście trzeba… przewrócić stół.
To lekka w odbiorze, ale wcale nie błaha książka. Z humorem, emocjami i bohaterkami, które mają swoje za uszami. Jeśli lubicie rodzinne historie, w których za pięknie nakrytym stołem kryje się znacznie więcej, niż widać na pierwszy rzut oka – zdecydowanie polecam.
„Hermann Göring. Drugi człowiek Trzeciej Rzeszy” – Andreas Molitor
Hermann Göring to jedna z tych postaci, o których trudno czytać bez emocji. Andreas Molitor w swojej biografii pokazuje go nie tylko jako jednego z najważniejszych ludzi III Rzeszy, ale przede wszystkim jako człowieka niezwykle ambitnego, żądnego władzy i potrafiącego bardzo dobrze wykorzystywać swoją pozycję.
Autor prowadzi nas przez kolejne etapy jego życia – od młodości i początków kariery, przez lata największych wpływów, aż po proces norymberski i ostatnie chwile w więziennej celi. Szczególnie interesujący jest kontrast między wizerunkiem Göringa jako ekscentrycznego miłośnika luksusu, sztuki i polowań a jego rzeczywistą rolą w budowaniu nazistowskiego systemu terroru.
To biografia, ale czyta się ją również jak opowieść o mechanizmach władzy. Molitor pokazuje, jak rodzi się ambicja, jak zdobywa się wpływy i jak łatwo człowiek może przekraczać kolejne granice, kiedy przestaje istnieć dla niego moralna granica.
Podczas lektury czułam przede wszystkim niepokój i niedowierzanie. Trudno zachować obojętność, kiedy poznaje się kolejne fakty dotyczące człowieka, który miał tak ogromny udział w zbrodniach III Rzeszy. Jednocześnie autor nie tworzy jednowymiarowego portretu – pozwala zobaczyć, jak funkcjonował Göring i dlaczego przez lata pozostawał tak blisko szczytu władzy.
Książka jest napisana rzeczowo, ale przystępnie. To zdecydowanie propozycja dla osób zainteresowanych historią II wojny światowej, III Rzeszą i biografiami jej najważniejszych postaci.
Mocna, interesująca i skłaniająca do refleksji biografia człowieka, którego wpływ na historię był ogromny. Warto przeczytać, szczególnie jeśli lubicie książki pokazujące historię również od strony ludzkich ambicji, wyborów i mechanizmów władzy.
Książka ma bardzo specyficzne podejście do humoru o rodzicielstwie taty z dziećmi. To perypetie sytuacji w których zawsze reagowały mamy, czyli ważne rozmowy o wszystkim i o niczym, byleby tylko mówić, a rodzic ma odpowiadać na nie mądre zdania i druga strona przebierania dziecka po wyzwaniach kibelkowych. Podejrzewam, że autor chciał pokazać od strony taty wszystko, co się wiąże z byciem ojcem. Opisuje nam nawet najzwyklejszy spacer, kiedy inne kobiety spoglądając na mężczyznę z dziećmi próbują doradzić mu co ma zrobić lub ocenić jak bardzo dba o brzuszek pociech, ponieważ nie jest wklęśnięty. To też obserwacje samego mężczyzny, który spoglądając na inne kobiety dochodził do wniosku, że zostały obdarzone szczególnym darem cierpliwości, której mężczyznom zdecydowanie brakuje. Często też opisuje zdrobnienia dzieci, lub kogoś innego, kto ,,niuniusia" każde wypowiedziane słowo, co po dłuższym czasie czytelnika denerwuje. Męski autor nieco nie przewidział, że damski odbiorca ma cierpliwość, ale męski, choćby to była najlepsza instrukcja do tego jak przeżyć z dziećmi i nie zwariować, będzie miał nieco dosyć tych niewyraźnych sloganów, które są the facto pierwszymi słowami prawdziwych dzieci.
Te potoczne słowa, choćby żartobliwe, były nieco przegadane, jakby ojcem był najbardziej cwany współczynnik męski, który komentuje dosłownie wszystko. Każdą wizytę u lekarza, jego westchnięcie, spojrzenie i wszystko, co w jego oczach mogło oznaczać kłopoty. Nie umiem powiedzieć, czy było tego za dużo, ponieważ kobiecy odbiorca bywa bardziej konkretny, a za męską płeć nie będę się wypowiadała, bo nigdy nią nie byłam, jednak moim zdaniem tak na trzeźwo, to za dużo było tu tego ,,ciuciuruciu".
Patrząc z perspektywy komizmu, który był obecny, faktycznie był obecny, ale w przesycie. Książka komediowa nie polega na żartowaniu w każdym zdaniu, ale nie mnie oceniać, ponieważ każdy z nas ma inny temperament i inne poczucie humoru. Wiem, że rodzina autora znając go będzie zachwycona opisami, ponieważ to będą po części ich przeżycia. Dla nich będzie to ważna treść, jakby udokumentowanie za pomocą słów. Jestem przekonana, że osoby, które mają bardzo wysoki współczynnik reakcji na zabawne opowieści będą podczas lektury tej książki pękały ze śmiechu. Każdy inny, zwłaszcza z poważnym podejściem nie będzie nią zachwycony. Treść sama w sobie jest w większości prawdziwa, sytuacje są autentyczne, więc uważam, że moja ocena względem niej jest zasadna:-)
Czasami czytając książki zastanawiam się co takiego powoduje człowiekiem, że jest jest w stanie kogoś zabić. Tutaj od początku historia jest dosyć otwarta, bo poznajemy wersję i zabójcy i ludzi go ścigających. Z wolna czytamy powody dla których każdy z nich postępuje jak uważa. Odbijamy się od osoby do osoby, by mieć całkowity obraz tragedii, do której dojdzie. Pomiędzy całym zgiełkiem i szukaniem śladów zwróciłam uwagę na taki poboczny temat, jakim było odrzucenie własnego dziecka. Również towarzystwo młodej dziewczyny było dla niej bardzo brutalne. Traktowali ją jak jakąś rzecz, tylko dlatego, że nie wychowała się w pełnej rodzinie. Oczywiście najbardziej wojowniczy był młody osobnik, który obrażając ją uważał się za przywódcę, podczas gdy zachowaniem sięgał ledwie podstawówki. Kolejnym problemem było tu życie prywatne pewnego policjanta, który ukazał nam historię swojej miłości, a następnie ujrzeliśmy go upojnego alkoholem, gdzie jego druga połówka nie chciała go znać. Widać jak bardzo cierpi i jak czasami życie miesza mu się między pracą a tym, czego nie ma już w domu. To on będzie zaproszony do ścigania poddenerwowanego mordercy, gdzie będzie współpracował z równie silną kobietą. Aczkolwiek to sam policjant Robert Foks będzie tu najgłówniejszym ścigającym. To on będzie się zastanawiał dlaczego akurat ofiarami są młode dziewczyny. I do tego ta kartka, która sugeruje, że uratował świat przed złem. To była jakby kpina prosto w twarz, że zjawił się ktoś, kto naprostuje świat. Nawet i ja byłam zdenerwowana, kiedy o tym czytałam. Nic dziwnego, że będzie zależało im na czasie, by jak najszybciej złapać tego, któremu wydaje się, że jest panem. Tylko czy tak łatwo można natrafić na trop kogoś, kto ma rękawiczki i nie zostawia śladów?
No powiem wam, że jestem pod wielkim wrażeniem treści, gdyż naprawdę wciąga! Postacie są bardzo charakterystyczne, więc zawsze wiemy kto co mówi i robi. Krótkie rozdziały bardzo ułatwiały czytanie i lekko można się było wdrożyć w świat z książki. Bardzo interesujący kryminał z wątkami psychologicznymi. Zdecydowanie polecam, jeśli szukacie mocnych wrażeń:-)
Jest to pierwsze wydanie książki autora, teraz widziałam, że ma już nową okładkę. Opowieść jest przepełniona mrokiem, tajemnicą i opisami, które mogą powodować burzę w żołądku. Dosadnie widać co kto czuje, co widzi i co czuje na ten widok, dlatego osobom wrażliwym nieco odradzam. To historia dla takich wyżeraczy z krwi i kości, których nie burzy fakt rozkładających się ciał, wymiotów policji i wszelkich innych odruchów. Napisana świetnie, tylko nie każdy ma dobry żołądek, aby ją przetrawić;-)
Chyba najlepsze jest to, że książkę naprawdę bardzo dobrze się czyta. Od początku widzimy o co chodzi, czyli o zaginięcie córki pewnego wpływowego człowieka, który przekupuje drugiego, aby pomógł mu ją odnaleźć. Cała sprawa była tak bardzo skupiona na przekrętach, ludziach, którzy mieli pokazywać coś czym nie byli i pojawiały się nowe osoby, następowały bardzo niebezpieczne wydarzenia, że cała sprawa i emocje związane z zaginięciem tej młodej dziewczyny były jakby drugorzędne:-) Takim plusem, który mnie tu zaciekawił były zwierzęta, które wchodzą do akcji niczym niebezpieczne duchy, który krążą i w każdej chwili mogą zaatakować. Porównaniem do nich byli ludzi, którzy chyba posiadali bardziej drapieżne instynkty. Mniej uczestniczyli w dedukcji, a bardziej w stworzeniu scen niebezpieczeństwa i możliwości utraty tego na czym najbardziej komuś zależało. Osoba porwana jest ekolożką, więc praktycznie nie od początku, ale od dalszej treści była ukazana jako ktoś, kto macza palce tam gdzie nie powinien. Takim dobrym zagraniem będzie gra psychologiczna jaką będzie prowadziła osoba, która, która poszukuje tej córki. Cokolwiek by się nie działo, a w końcu wziął za to dużo pieniędzy, on potrafił obrócić na plus dla siebie. Wręcz żartował sobie ze swojej niewiedzy i zagubienia, byleby tylko ta druga osoba wzięła go nie za szkodnika, tylko pogubionego żuczka, który nie ma pojęcia w co wdepnął. Co jakiś czas dodawany zostawał gęsty klimat, takie zaostrzenie sytuacji lub nagła cisza, gdzie każdy wiedział, że jest obserwowany, a jednak musiał grać najmniej rzucającego się w oczy. Najgorsze było chyba jednak to, że jakikolwiek trop nie został złapany, to trafiał na ślepą uliczkę. Nagle wszystko się urywało, nie było niczego dalszego, zupełnie jakby ktoś przed nim był i czyścił wszystko, co mogłoby mu poddać się jako podpowiedź. Na tym etapie aż dziwimy się, że skoro jest to kryminał, a sprawa tyczyła się najlepszego, to jednak szybciej powinna posuwać się do przodu. Zaczynamy się zastanawiać, czy podobała zadaniu i czy faktycznie koniec będzie miał pozytywne zakończenie.
Przed wami tom trzeci, ale na spokojnie możecie czytać wszystkie osobno. Gra psychologiczna chyba najbardziej wciąga, więc można z nią przepaść na długie godziny. Postacie to chodzące maski, gdzie do końca nie wiadomo kto z kim gra. Jestem przekonana, że wiele osób będzie nią zafascynowanych na tyle, by po niej chcieć przeczytać tomy wcześniejsze:-) Ja ją wam polecam:-)
Jesień to idealny czas, żeby wrócić do historii, które otulają jak miękki koc. Kolorowe liście, kasztany spadające pod nogi, kubek gorącej herbaty i długie wieczory w domowym zaciszu… A do tego Myszonek i jego codzienne, pełne uroku przygody.
„Myszonek. Księga opowieści. Jesień–zima” to wyjątkowy zbiór myszonkowych historii, które zabierają nas w świat małej miejskiej myszy i jej mamy. Znajdziemy tu opowieści związane z jesienią, ale także te, które wprowadzają nas w zimowy i świąteczny nastrój.
Najbardziej podoba mi się w tych historiach ich zwyczajność. Myszonek nie potrzebuje wielkich przygód, żeby przeżyć coś ważnego. Jest ciekawski, czasem psotny, czasem trochę niesforny. Dzięki temu łatwo się z nim zaprzyjaźnić, a jego codzienne perypetie wywołują uśmiech zarówno u małych, jak i dużych czytelników.
To książka, do której można wracać o różnych porach roku. Jesienią czytać ją pod kocem, zimą przy choince, a potem, po prostu wtedy, kiedy zatęsknimy za Myszonkiem.
Jeśli jeszcze go nie znacie, „Księga opowieści. Jesień–zima” może być świetnym początkiem tej znajomości. A jeśli już znacie tę małą myszkę, z pewnością miło będzie spędzić z nią kolejne chwile.🐭🍂
Szczera do bólu, lekko prześmiewacza, zarozumiała i wolna. Ta właśnie odebrałam tą historię. Jako rozgrzeszenie swojego rachunku sumienia. Jako choć nijako śmianie się w twarz tym, którzy myśleli, że tak łatwo można zniszczyć kogoś u kogo było się w prywatnych sprawach zaspakajania swoich wyuzdanych fantazji cielesnych. Opisuje ludzi, którzy na wysoko postawionych stanowiskach klepali hasła o wolności, prawach człowieka, wiecznym zbawieniu, a prywatnie zdejmowali maski poddając się chorym obsesjom, lub zwyczajnym zbliżeniom za pieniądze. Ogólnie mowa o pieniądzach przewija się tutaj od początku do końca.
Bohaterką jest Emi, kobieta do której te osoby się udawały. Reasumuje nam, że żadne prace przyuliczne nie dawały jej takich pieniędzy jak politycy czy sportowcy. Aby posiadać lepszy wizerunek publiczny, przychodzili do niej oddać wszystko, co gotowało ich od wewnątrz. Przykładni ojcowie, mądrzy mówcy, czy mili prezenterzy. Im ktoś bogatszy, tym więcej wymagał. Ona sam zachowała sobie ich namiary, opisuje stworzony dziennik, gdzie ich wszystkich można znaleźć. Ułożyła to sobie jako zabezpieczenie i wściekłość na to jak została wystawiona. Jak bogaci ludzie chcieli ją zniszczyć aby móc w innym miejscu nadal korzystać z sekretnych spotkań. Opisuje nam teczki ludzi, którzy u niej witali. Streszcza ich do cech charakteru podczas zbliżeń oraz stopniu dyskrecji. Opisuje po krótce stan rodziny, gdzie przebywa, co piastuje, jak ludzie się o nim wypowiadają i jak przez dekady udaje mu się maskować na idealnego i prawego polityka. Widzimy na czym polegała wymiana wiadomości sms podczas których zamawiali konkretne panie lub konkretny ich wygląd. Następnie robimy przerwę, ponieważ przedstawiona zostaje nam właśnie cała Emi, postać, która postanowiła odkryć karty w imię swojej sprawiedliwości. Hokeista, Duecik, Muzyk i inni, którzy rzucali pieniędzmi jak kulą śniegu z najwyższą dyskrecją. Im jednak dalej, tym swobodniej się odnosili. Najgorsze jest jednak to, że kiedy wszystko zaczynało się sypać, wielcy ludzie zachowywali twarze zmieniając tylko miejsce swoich schadzek. Nowe miejsce, nowe dziewczyny, te same sprośne zabawy. Jeśli macie ochotę poznać sporą aferę łóżkową, to ta lektura jest dla was. Czyta się ją niczym akta pacjenta z dodatkowymi zapiskami. Budzi strach przez szybę, ale w głowie zostaje na długo;-)
Witam ,dziś mam dla was recenzję książki Zakazany Szef ❤️ Autorki Ady Tulińskiej ❤️
Wydawnictwo Nocne czytanie ❤️
Witam, dziś mam dla was recenzję książki „Zakazany szef” 😍 Autorki Ada Tulińska ❤️
„Zakazany szef” to historia, która wciągnęła mnie od samego początku i pokazała nam, że czasami nienawiść może bardzo szybko zamienić się w coś zupełnie innego 😍. Mamy tutaj motyw od nienawiści do miłości, ale oczywiście nasza autorka nie poprzestaje tylko na tym i dodaje nam tutaj sporo emocji, luksusu, social mediów, skandali i bardzo dużej chemii między bohaterami ❤️🔥.
Mamy tutaj Avery, ambitną i bardzo inteligentną kobietę, która dostaje zadanie uratowania wizerunku bankowego imperium d’Aboville. Dla niej jest to ogromna szansa na upragniony awans, dlatego zrobi wszystko, żeby dobrze wykonać swoją pracę. Problem pojawia się wtedy, kiedy poznaje swojego klienta, a jednocześnie tymczasowego szefa Vardona.
I tutaj zaczyna się robić naprawdę ciekawie 😍. Okazuje się, że przygoda Avery i Vardon już zaczęła się szybciej, a ich pierwsze spotkanie nie należało do tych, które wspomina się z uśmiechem na twarzy 😂🙈. Cóż to było za spotkanie 🙈 Między nimi od samego początku jest ogromna niechęć, ale jak dobrze wiemy, czasami granica między nienawiścią a pożądaniem jest naprawdę bardzo cienka 😉❤️🔥.
Avery bardzo przypadła mi do gustu, ponieważ nie mamy tutaj kolejnej bohaterki, która pozwala sobą pomiatać. Jest silna, wie czego chce i potrafi postawić na swoim. W starciu z Vardonem daje nam to naprawdę świetne dialogi i wiele zabawnych, ale również pełnych napięcia sytuacji 😍.Jest ona dla mnie typową kobietą, która wie czego chce i do tego dąży. Nie podobała mi się jednak szefowa kobiety, która dla mnie trochę ją wykorzystywała i wciąż obiecywała spółkę, ale nigdy się do tego nie garnęła.
Vardon natomiast to typowy arogancki, pewny siebie i chłodny mężczyzna, który jest przyzwyczajony do tego, że dostaje wszystko, czego chce. No ale oczywiście pojawia się Avery i nagle nie wszystko idzie już tak, jak sobie zaplanował 😉. Bardzo podobało mi się to, że z czasem możemy zobaczyć jego drugą stronę i przekonać się, że nie wszystko jest takie, jak początkowo nam się wydaje.
Autorka bardzo fajnie pokazała również cały świat związany z PR-em, ratowaniem wizerunku i social mediami. Mamy tutaj skandale, influencerki i walkę o to, żeby uratować dobre imię banku i samego bohatera. Dzięki temu książka nie skupia się tylko na relacji naszych bohaterów i cały czas coś się dzieje 😍.
No i oczywiście chemia między Avery i Vardonem ❤️🔥. Oj tutaj zdecydowanie jej nie brakuje 😂😍. Ich relacja to ciągłe przyciąganie i odpychanie, a ja cały czas zastanawiałam się, kiedy w końcu jedno z nich odpuści. Mamy tutaj również pikantniejsze sceny, dlatego jest to zdecydowanie historia dla dorosłych czytelników 😉❤️🔥.
Książkę czytało mi się bardzo szybko, ponieważ autorka ma lekki styl pisania i przez historię po prostu się płynie. Bardzo podobało mi się również to, że mamy przedstawianą książkę oczami Avery, jak i Vardona, dzięki czemu możemy lepiej poznać ich myśli, emocje i to, co tak naprawdę dzieje się w ich głowach 😍.
W pewnych momentach można było się domyślić, w którą stronę pójdzie historia, a momentami miałam wrażenie, że Avery i Vardon trochę za długo bawią się w swoje przepychanki. Ale mimo wszystko nie przeszkodziło mi to jakoś bardzo w czytaniu, bo cały czas byłam ciekawa, co wydarzy się między nimi.
Zakazany szef to lekka, przyjemna i bardzo emocjonująca historia, w której znajdziemy miłość, nienawiść, skandale, luksus, social media i oczywiście ogromną chemię między bohaterami 😍❤️🔥. Jest to idealna książka na wieczór, kiedy chcecie się oderwać od codzienności i po prostu dobrze bawić podczas czytania.
Ja spędziłam z nią naprawdę świetny czas i zdecydowanie nie żałuję, że po nią sięgnęłam ❤️. Jeśli lubicie romanse biurowe, silne bohaterki, aroganckich mężczyzn i relację od nienawiści do miłości, to myślę, że ta historia może wam się spodobać 😉😍.
A ja jestem ciekawa, czy Wy dalibyście radę pracować ze swoim największym wrogiem, ale również mężczyzną do którego wciąż was tak przyciąga? 😂❤️
#współpracarecenzencka
„ Życie, które nigdy nie nadeszło” Marty Maciejewskiej -------powiem Wam jedno --- czytajcie!!! Fabuła idzie jak burza i układa się w perfekcyjną całość. Podczas lektury autentycznie wbiło mnie w fotel, a ciekawość z każdą stroną była wręcz nie do zniesienia. Ta historia przerosła moje oczekiwania.
Wyobraźcie sobie miasto przyszłości, gdzie nauka i technologia pokonały wszelkie ludzkie słabości, ofiarowując człowiekowi upragnioną długowieczność. Zielona Góra, rok 2095 - technologia ponad wszystko. Dosłownie. Rządzi tam system, a przepustką do tego idealnego świata jest specjalny czip. Coś, co każdy bez wyjątku pragnie mieć pod skórą za wszelką cenę. Trzeba jednak najpierw na niego ciężko zapracować i uzbierać ogromne pieniądze, by móc go kupić, wejść do gry i być najlepszym w systemowych statystykach.
Wizja tego systemu jest realnie przerażająca. Marta Maciejewska stworzyła genialny koncept, od którego nie sposób się oderwać. Pisze lekko, niezwykle dynamicznie, a jednocześnie tak, że w głowie zostaje mnóstwo pytań. Przez całą lekturę towarzyszył mi totalny rollercoaster emocjonalny: od głębokiego smutku, przez ogromne napięcie, aż po odrobinę nadziei, która trzymała mnie do samego końca.
Bohaterowie? Genialnie wykreowani i, co najważniejsze, niesamowicie realni.Czułam jakbym tam była obok nich.
Mikołaj – z początku mnie odpychał, wydawał się okropny. Bez jakichkolwiek uczuć.Już myślałam,że go znienawidzę Jednak gdy zrozumiałam, jak bardzo zniszczył go system i jak potężna jest jego ukryta miłość oraz troska o babcię, totalnie zmieniłam zdanie.
Joanna – to ona wnosi do historii najwięcej światła i wiary w prawdziwe uczucie. Takie które nigdy nie znika .
A finał? Totalnie mnie zaskoczył.Nie byłam na to przygotowana w żadnym stopniu! Zakończenie daje 100% satysfakcji i zostawia czytelnika z otwartymi ustami.
W fabule pojawiają się wątki, które musicie odkryć sami. Co to jest Euro Gen? Czym jest ARI? I najważniejsze: Joanna trafia do Enklawy… ale czym ona tak naprawdę jest? Żeby się dowiedzieć, musisz sięgnąć po tę książkę!
Dla kogo? Dla każdego. Ta książka ma w sobie coś tak uniwersalnego, że odnajdzie się w niej absolutnie każdy czytelnik. Polecam z całego serca!
Zaintrygowani?Mam nadzieję,że tak. Naprawdę warto przeczytać!
"(...) mocno wierzyła w to, że magia dostępna jest dla wszystkich i że to w zasadzie nie jest żadna nadprzyrodzona moc, tylko część natury..."
„Nie każda historia kończy się wraz z ostatnią stroną. Niektóre zostają w nas na długo, sprawiając, że jeszcze przez chwilę żyjemy w świecie, który właśnie opuściliśmy.”
Nie jest tajemnicą, że zakochałam się w piórze Paoli Gampo już od pierwszego spotkania z serią „Aythya”. Pierwszy tom całkowicie mnie pochłonął i sprawił, że z ogromną ciekawością sięgnęłam po kolejne części. Z każdą z nich coraz mocniej przywiązywałam się do tego niezwykłego świata, jego klimatu oraz przede wszystkim do bohaterów, którzy z czasem stali mi się naprawdę bliscy.
Dlatego po „Ardeę” sięgałam z ogromnymi oczekiwaniami. Wiedziałam, że będzie to spotkanie z historią, która już wcześniej dostarczyła mi wielu emocji, ale jednocześnie miałam świadomość, że finał zawsze jest trudnym momentem. Z jednej strony chciałam jak najszybciej poznać zakończenie, z drugiej — nie chciałam, żeby ta przygoda dobiegła końca.
I muszę przyznać, że Paola Gampo po raz kolejny mnie nie zawiodła.
„Ardea” jest niezwykle dynamiczna, intensywna i wciągająca. Tutaj naprawdę sporo się dzieje, dlatego trudno znaleźć moment, w którym można się nudzić. Autorka bardzo sprawnie prowadzi fabułę, przeplatając ze sobą kolejne wątki i dostarczając czytelnikowi zarówno napięcia, jak i emocji.
Ogromnie podoba mi się również atmosfera tej historii. Jest mrocznie, tajemniczo i momentami naprawdę niepokojąco. Magia nie jest tutaj jedynie dodatkiem do fabuły — stanowi ważną część stworzonego świata i sprawia, że całość nabiera wyjątkowego charakteru. Paola Gampo ma talent do kreowania rzeczywistości, w której można zatracić się bez reszty.
Jednak tym, co najbardziej przyciąga mnie do tej serii, są bohaterowie.
Jest ich wielu, ale każdy z nich ma własną osobowość, charakter i historię. Nie są jedynie tłem dla głównych wydarzeń. Mają swoje emocje, słabości, lęki i pragnienia, dzięki czemu łatwo się z nimi zżyć. Szczególnie doceniam możliwość obserwowania ich przemian i tego, jak kolejne doświadczenia wpływają na ich sposób myślenia oraz podejmowane decyzje.
Na szczególną uwagę zasługuje oczywiście Ardea. To bohaterka wyrazista, silna i zdecydowana, ale jednocześnie mająca w sobie znacznie więcej, niż można dostrzec na pierwszy rzut oka. Jej postać zdecydowanie zapada w pamięć, a sposób, w jaki została poprowadzona przez autorkę, bardzo przypadł mi do gustu.
Nie mogę też nie wspomnieć o relacjach pomiędzy bohaterami. Paola Gampo potrafi budować między nimi napięcie i emocje, które sprawiają, że chce się śledzić ich losy jeszcze uważniej. Nic nie wydaje się tutaj zupełnie oczywiste, a relacje mają odpowiednią dawkę skomplikowania, dzięki czemu nie są pozbawione charakteru.
I choć w tej historii jest wielu bohaterów, moim ulubieńcem niezmiennie pozostał Grzywacz. Od początku miał w sobie coś, co sprawiło, że szczególnie go polubiłam, i po przeczytaniu całej serii moje zdanie w tej kwestii absolutnie się nie zmieniło. To jeden z tych bohaterów, których po prostu chce się mieć po swojej stronie.
Bardzo polubiłam również Kobuza. Jego postać zdecydowanie przypadła mi do gustu i cieszę się, że mogłam poznać go bliżej. Nie będę oczywiście zdradzać niczego więcej, ale zdecydowanie warto zwrócić na niego uwagę podczas lektury.
To, co szczególnie doceniam w „Ardei”, to fakt, że książka nie skupia się wyłącznie na akcji. Za wszystkimi wydarzeniami stoją emocje bohaterów, ich wybory i konsekwencje podejmowanych decyzji. Dzięki temu historia nie jest jedynie fantastyczną przygodą, ale ma również tę bardziej emocjonalną warstwę, która pozwala mocniej zaangażować się w jej losy.
Czytając, miałam wrażenie, że ponownie wracam do świata, za którym zdążyłam się stęsknić. I chyba właśnie dlatego tak trudno było mi odłożyć tę książkę.
„Ardea” jest dla mnie bardzo udanym zakończeniem serii. Nie będę ukrywać, że towarzyszyło mi sporo emocji, ponieważ świadomość, że wraz z ostatnią stroną trzeba będzie pożegnać tych bohaterów, nie była łatwa. Kiedy przez kilka tomów żyje się historią, zaczyna się traktować jej świat niemal jak miejsce, do którego można wrócić. A potem nagle przychodzi moment, w którym trzeba powiedzieć mu „do widzenia”.
Paola Gampo stworzyła serię, która potrafi wciągnąć, zaskoczyć i przede wszystkim sprawić, że zaczynamy naprawdę przejmować się jej bohaterami. „Aythya” miała w sobie wszystko, czego szukam w dobrej fantastyce — wyrazisty świat, magię, tajemnice, niebezpieczeństwo, emocje i bohaterów, o których trudno przestać myśleć.
Chociaż nadal nie wybaczyłam autorce zamknięcia wątku Kazuara zdecydowanie uwielbiam tę serię książek- mroczne sekrety, trudne relacje , jeszcze cięższa przeszłość i przede wszystkim uczucia, które nie zawsze łatwo zdefiniować.
„Ardea” domyka tę historię w sposób, który pozostawia mnie przede wszystkim z poczuciem, że przeżyłam naprawdę wyjątkową czytelniczą podróż i liczę ,że autorka ma w zanadrzu kolejne cuda.
⭐⭐⭐⭐⭐/5
*Zawiera spoilery do poprzednich części*
Ninę p*****o.
Obiecałam, że to napiszę, więc jest.
Tak naprawdę to nie. Ale jeśli ktoś tak pomyślał podczas czytania, to nie musi mieć wyrzutów sumienia. To zrozumiałe.
Dla wszystkich, którzy kiedykolwiek pisali, że mało w tej serii Emi. Jak się teraz czujecie. Czy nie trochę tak jak Kuba, Oli i Edi na początku tego tomu? Czy my też nie daliśmy się zwieść masce silnej kobiety? Takiej, której nikt nie zniszczy... Chyba, że ona sama.
W tej części poznajcie Alę, która całkowicie odmieni życie bliskich nam jelopków. I właściwie niewiele mogę wam powiedzieć więcej, by nie zepsuć wam "radości" z czytania. Tej radości będzie tak wiele, że przygotujcie sobie ze dwie paczki chusteczek.
Kto czytał poprzednie tomy, a jest to obowiązkowe fabularnie, wie już jak pięknie Nina operuje słowami. Dostajemy ludzką, chwilami surową i brutalną historię, która mimo wszystko czaruje i wciąga bez reszty do swojego świata, a każda strona to kolejne kilka(naście) wersów do podkreślenia, bo są tak trafne, że nie da się przejść koło nich obojętnie. To melodia, grana przez wielką orkiestrę, w której każdy instrument jest ważny i tworzy całość, tak jak każdy gest, uczucie czy niewypowiedziane pragnienia tworzą Zawieszonych. To nie będzie skoczna melodia, nie będzie też żałobnym marszem, będzie życiem, które obdarowuje najpiękniejszymi skarbami i rzuca pod nogi największe kłody.
Czasem chcemy wierzyć że jesteśmy wyjątkowi, że jesteśmy niepokonani, a potem przychodzi próba od życia i okazuje się, że wystarczy chwila, by zmienić nasz świat. Rozpoczynamy drogę z której nie ma powrotu.
W trakcie czytania każdej z Opowieści o Czujątkach. ĆWICZENIA Z EMPATII DLA DZIECI I… DOROSŁYCH autorstwa Pani Joanny Bogudał - Borkowskiej zadawałam sobie kilka pytań dotyczących tytułu, skąd się wziął pomysł na napisanie edukacyjnej książki, która tworzona jest z ogromną pasją skierowaną nie tylko w stronę dzieci, ale również dorosłych.
Autorka w adekwatny sposób wyjaśnia, na samym wstępie, o czym będą jej opowieści — uczucia związane są, z tytułem przez co, wzbudza, zainteresowanie. Dodatkowo ujawnia tajemnicę swej pracy zawodowej.
Ja w tej krainie czułam się bardzo sympatycznie, ponieważ poznałam 5 baśni, dzięki którym poznałam świat Czujątek, ich uczucia, co mówią, jak się zachowują.
Zapraszam Was do zaprzyjaźnienia się z 5 bohaterami: dziewczynką Mają, skrzacikiem Borysem, wiolonczelistka Viola, gąsieniczka Marysia, wróżka Weronika.
Losy każdego z bohaterów ujęte są w idealny sposób. Żaden z bohaterów w zaprezentowanych 5 baśniach się nie zna, są dla siebie obcy. Bohaterowie, pomimo że posiadają, swoje negatywne odczucia to próbują, walczyć ze swoimi słabościami.
Po każdej z przeczytanej baśni dzieci będą zadawały pytania, poznają uczucia każdego z bohaterów oraz wykonywały będą ćwiczenia. Na końcu każdej z baśni umiejscowiony i przedstawiony jest przez autorkę scenariusz zajęć, który może posłużyć w codziennych relacjach między dziećmi w sytuacjach konfliktowych.
Ujęła mnie w bardzo pozytywny sposób pomysłowość autorki baśni w tym, styl opisywanych zdań oraz dialogi zawarte w baśniach.
Każda Baśń o ''Czujątkach'' adresowana jest, dla wszystkich tych, co chcą odwiedzić krainę uczuć od pozytywnych po negatywne, swój empatyczny dziecięcy i dorosły świat.
Walorem estetycznym, na które należy, zwrócić szczególną uwagę są wykonane przejrzyście ilustracje oraz projekt okładki książki w wykonaniu Kseni Szybist.
Książka wydana przez Oficynę Wydawniczą ''Impuls'' oprawa miękka zawiera 83 strony.
Czy każda z zaprezentowanych 5 baśni zakończy się dobrze? Tego mały Czytelniku Ci nie zdradzę. To będzie moja baśniowa mała tajemnica.
Warto zaprzyjaźnić się z Czujątkami. Jestem ich przyjaciółką, a teraz Wasza kolej mali czytelnicy.
„Wspomnienia przepadają gdzieś pomiędzy przeszłością, przyszłością a codziennością.”
„Choć jest między nami niebo, moja miłość zawsze odnajdzie drogę do Ciebie.
Co zrobić, gdy wiesz, że Twoje dni są policzone? Jak pomóc swoim bliskim, by oswoić temat o którym większość ludzi nawet nie myśli i przygotować na te trudne pełne smutku dni żałoby?
Marta ma trzydzieści kilka lat , pracuje i samotnie wychowuje małą córeczkę - Hanię. Dziewczynka jest dla mamy całym światem.
Jeden dzień, jedna wizyta w niepozornym szarym budynku i diagnoza, która nagle przekreśla wszystkie plany .
Marta nie zobaczy jej córki, gdy ta dorośnie, zda maturę czy się zakocha.
Na szczęście młoda kobieta nie jest sama i może liczyć na wsparcie starszego brata-Damiana.
Mężczyzna uslyszawszy o trudnej sytuacji siostry nie waha się ani chwili i przyjeżdża by wesprzeć ją oraz jej córeczkę, choć łamie mu się serce.
Tymczasem chora robi wszystko by zostawić po sobie jak najwięcej wspomnień i śladów dzięki którym mała Hania ją zapamięta.
Damian zaś mimo własnych lęków i dawnych traum wie ,że musi stanąć na wysokości zadania i być strażnikiem szczęścia siostrzenicy.
Nie będzie łatwo, lecz pełne miłości I dobroci serca odnajdą nową drogę i napiszą wspólną historię.
Czy Damianowi uda się stworzyć dom o jakim marzył i po prostu być szczęśliwym?
Nie zdradzę szczegółów.. ale muszę powiedzieć coś z głębi serca- ta opowieść mnie zachwyciła poruszając najczulsze struny w sercu i duszy wywołując łzy ,ale również pełen ciepła uśmiech.
Pani Małgosia przepięknie operuje słowami pozwalając by emocje po prostu wybrzmiały niczym piękna melodia.
Tym co mnie urzekło była więź małej Hani z wujkiem, który pokazywał jej to co najważniejsze a zarazem tworzył niezapomniane chwile.
Pełna czułości, cierpliwości, dziecięcej szczerości i miłości, która nie potrzebuje wielu słów.
„Między nami niebo” to jednak nie tylko opowieść o chorobie, odchodzeniu i żałobie. To przede wszystkim historia o życiu. O tym, jak bardzo powinniśmy doceniać każdą wspólną chwilę. O tym, że miłość nie kończy się wtedy, gdy ktoś odchodzi, ponieważ pozostaje w naszych wspomnieniach, gestach, słowach i wszystkim, co po sobie zostawiamy.
Autorka pokazuje również, że nawet w najtrudniejszych momentach można odnaleźć światło. Że rodzina nie zawsze jest idealna, a ludzie nie zawsze potrafią radzić sobie z bólem, ale kiedy kochamy naprawdę, próbujemy być obok – nawet wtedy, gdy sami rozsypujemy się na kawałki.
Ta książka momentami bolała. Były chwile, kiedy musiałam na moment zatrzymać się i po prostu pozwolić emocjom wybrzmieć. A jednak nie jest to historia, która pozostawia czytelnika wyłącznie ze smutkiem. Jest w niej ogrom ciepła, nadziei i wiary w to, że człowiek może odnaleźć szczęście nawet po największej burzy.
To jedna z tych książek, które przypominają nam o rzeczach najważniejszych. O tym, by mówić bliskim, że ich kochamy. By nie odkładać wspólnych chwil na później. By tworzyć wspomnienia, bo czasami to właśnie one stają się najcenniejszym prezentem, jaki możemy komuś zostawić.
To opowieść o miłości silniejszej niż strach, cierpienie i rozłąka. O miłości, która nie znika wraz z ostatnim pożegnaniem. Bo choć czasami między nami a ukochaną osobą może znaleźć się całe niebo, to prawdziwe uczucie zawsze odnajdzie drogę do serca. Pozostanie w jednym wspomnieniu, w ukochanej piosence, w słowach, których nigdy nie zapomnimy, i w każdej chwili, która była dla nas ważna.
„Między nami niebo” to historia, która wzrusza, boli, ogrzewa serce i pozostaje w nim na długo po przeczytaniu ostatniej strony.
Witam, dziś mam dla Was recenzję książki „Sekrety ukryte za szkłem” ❤️ Autorka Maja Szanecka-Żołdak ❤️ Wydawnictwo Ostre Pióro ❤️
„Sekrety ukryte za szkłem” to historia, która porusza ważne aspekty z naszego życia, gdzie każdy z nas ma jakieś kompleksy względem swojej osoby. Każdy z nas znajdzie w sobie coś, co mu w sobie nie pasuje – oczy, usta, nos, uszy, a to ktoś jest za szczupły, ktoś jest zbyt otyły. Nie ma chyba na świecie osoby, która nie ma kompleksów.
Pokazane mamy tutaj także, jak dzieci w szkołach potrafią się zachowywać, jak potrafią niszczyć powoli życie drugiej osoby, która jest trochę inna niż inni. Otyłe dzieci mogą znaleźć się w sytuacji, gdzie są wyśmiewane ze swojego wyglądu, mogą także znaleźć się w sytuacji, gdzie jeden drugiego namówi do zrobienia czegoś głupiego, a później mają pretekst do wyśmiewania się z danej osoby. Bardzo fajnie pokazane jest tutaj właśnie to, jak dzieci potrafią hejtować, nie bacząc na żadne konsekwencje.
Ile razy obudziła się w nas chęć zmiany na lepsze? Co byśmy zrobili, kiedy moglibyśmy spojrzeć w lustro i przenieść się do świata, gdzie nie ma hejtu, nienawiści, nie ma zazdrości? Zapewne każdy z nas pokusiłby się o taką sytuację.
Pokazane mamy tutaj to, że nieważne, jak siebie postrzegamy, jaki mamy do siebie stosunek, każdy z nas powinien mieć do siebie szacunek, bo jeśli my go nie będziemy mieli sami do siebie, inni też nie będą go mieli.
Fajne jest to, że kiedy rodzice naszej bohaterki dowiedzieli się o najgorszym, o tym, co spotkało ich córkę, wzięli sprawy w swoje ręce. Nie zamietli problemów pod dywan, tylko bez problemu pomogli swojej córce, wierząc, że poradzi sobie z najgorszym. Pokazuje nam to również, jak ważne jest wsparcie najbliższych osób i to, żeby w trudnych chwilach nie zostawać samemu ze swoimi problemami.
Książka, która jest trochę fantastyką, ale także prawdziwym życiem. To połączenie sprawiło, że podczas czytania można było się zatrzymać i pomyśleć nad tym, jak sami patrzymy na siebie i jak nasze słowa mogą wpływać na innych.
„Sekrety ukryte za szkłem” to historia, która daje do myślenia i pokazuje, że czasami to, co widzimy w lustrze, nie jest tym, co naprawdę powinniśmy w sobie dostrzegać. Warto pamiętać, że każdy z nas jest wyjątkowy i zasługuje na szacunek, niezależnie od wyglądu czy tego, co myślą o nas inni. ❤️
Jeśli lubicie książki, które oprócz ciekawej historii poruszają ważne tematy i skłaniają do refleksji, myślę, że warto sięgnąć po tę historię. ❤️
Są książki, które czyta się szybko, bo chcemy jak najszybciej poznać zakończenie. Są też takie, przy których co jakiś czas trzeba odłożyć książkę, zrobić sobie chwilę przerwy i poukładać w głowie to, co właśnie przeczytaliśmy. „Chłopiec na zawsze” Kate Swenson zdecydowanie należy do tej drugiej grupy.
To bardzo osobista opowieść o macierzyństwie, autyzmie i drodze do akceptacji. Głównym bohaterem jest Cooper – syn autorki, u którego zdiagnozowano głęboki, niewerbalny autyzm. Jednak równie ważną bohaterką tej historii jest sama Kate. To przede wszystkim zapis jej przemiany – od kobiety, która miała określone wyobrażenie o swoim przyszłym życiu i rodzinie, przez matkę próbującą za wszelką cenę znaleźć sposób na funkcjonowanie syna w świecie, aż po kobietę, która zaczyna rozumieć, że nie wszystko musi wyglądać tak, jak kiedyś sobie wymarzyła.
Kate bardzo szczerze pokazuje początki tej drogi. Nie ukrywa szoku, żalu, frustracji, poczucia winy czy ogromnego zmęczenia. Jest w tym dużo emocji, których być może nie wypada głośno wypowiadać, szczególnie gdy dotyczą macierzyństwa. Autorka nie idealizuje swojej roli i nie próbuje przekonać czytelnika, że miłość matki automatycznie sprawia, że wszystkie trudności stają się łatwe. Pokazuje również te momenty, kiedy jest po prostu trudno. Kiedy brakuje siły, cierpliwości i pomysłów. Kiedy codzienność zamiast przypominać spełnienie marzeń, staje się nieustanną walką o znalezienie choć odrobiny normalności.
I właśnie ta szczerość zrobiła na mnie największe wrażenie.
„Chłopiec na zawsze” nie jest jednak książką wyłącznie o trudnościach. Jej najważniejszym elementem jest zmiana, jaka dokonuje się w Kate. Początkowo próbuje dopasować Coopera do świata, który nie został stworzony z myślą o osobach takich jak on. Z czasem zaczyna dostrzegać, że być może problem nie tkwi w nim. To nie Cooper musi stać się kimś innym. To świat, a przede wszystkim sposób patrzenia na niego, musi się zmienić.
Ta przemiana nie przychodzi nagle. Autorka prowadzi nas przez kolejne doświadczenia, rozmowy, rozczarowania i małe odkrycia. Dzięki temu jej historia nie brzmi jak gotowa recepta na akceptację, ale jak prawdziwy proces, który wymaga czasu. I chyba właśnie dlatego jest tak wiarygodna.
W książce bardzo mocno wybrzmiewa również temat macierzyństwa. Takiego prawdziwego – z miłością, dumą i czułością, ale też ze zmęczeniem, strachem i chwilami zwątpienia. Kate pokazuje, że można kochać swoje dziecko bezgranicznie i jednocześnie tęsknić za czymś, co wyobrażało się sobie wcześniej. Te dwa uczucia mogą istnieć obok siebie i nie oznaczają braku miłości.
Podczas czytania towarzyszyło mi sporo emocji. Było wzruszenie, smutek, złość na sytuacje, w których świat okazuje się zupełnie nieprzygotowany na potrzeby osób z niepełnosprawnościami, ale też bezsilność, kiedy widzimy, jak wiele wysiłku wymaga od rodziny zwykłe codzienne funkcjonowanie. Z czasem pojawia się jednak coraz więcej ciepła i nadziei. Szczególnie wtedy, gdy Kate zaczyna dostrzegać szczęście nie w tym, że Cooper stanie się taki, jak oczekuje tego otoczenie, ale w tym, kim naprawdę jest.
Warto zwrócić uwagę na przestrzeń tej historii. Nie znajdziemy tutaj spektakularnych miejsc ani wielkich wydarzeń – akcja rozgrywa się przede wszystkim w codzienności rodziny: w domu, podczas wizyt u specjalistów, w miejscach publicznych, w przestrzeniach, które dla większości osób są zwyczajną częścią życia. I właśnie ta zwyczajność ma ogromne znaczenie. Sklep, plac zabaw czy wyjście z domu mogą stać się dla rodziny zupełnie innym doświadczeniem, gdy dziecko funkcjonuje inaczej niż większość społeczeństwa. Autorka pokazuje więc nie tylko życie rodzinne, ale również zderzenie tej rodziny ze światem zewnętrznym.
Jest to przede wszystkim literatura faktu, autobiograficzne wspomnienia i osobista opowieść o macierzyństwie i doświadczeniu rodziny wychowującej dziecko w spektrum autyzmu. Nie jest to poradnik ani naukowe opracowanie autyzmu i właśnie dlatego warto czytać tę książkę z takim nastawieniem. Kate nie stawia się w roli ekspertki, która zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Dzieli się własnym doświadczeniem.
Styl autorki jest prosty, bezpośredni i bardzo emocjonalny. Nie ma tutaj potrzeby stosowania skomplikowanego języka. Swenson pisze tak, jakby opowiadała komuś swoją historię – momentami spokojnie, momentami bardzo osobiście i boleśnie. Dzięki temu łatwo wejść w jej perspektywę i zrozumieć emocje, które towarzyszą jej na kolejnych etapach życia.
Najbardziej wartościowe jest chyba to, że autorka nie próbuje stworzyć historii idealnej. Pokazuje również swoje błędy i wcześniejsze przekonania. Dzięki temu jej droga do akceptacji nie wydaje się czymś oczywistym. Jest raczej trudną, czasem bolesną lekcją, podczas której Kate musi na nowo zdefiniować swoje wyobrażenie o szczęściu.
To książka szczególnie ważna dla rodziców dzieci w spektrum autyzmu, którzy mogą odnaleźć w niej wiele emocji i sytuacji znanych z własnego życia. Myślę jednak, że warto polecić ją również osobom, które chcą lepiej zrozumieć, z czym na co dzień mierzą się takie rodziny. Może być także ważną lekturą dla tych, którzy potrzebują przypomnienia, że za zachowaniem, którego nie rozumiemy, często stoi człowiek i jego zupełnie inny sposób odbierania świata.
„Chłopiec na zawsze” zostawił mnie przede wszystkim z myślą, że akceptacja nie oznacza rezygnacji z marzeń, ale pozwala odkryć nowe. Kate Swenson pokazuje, że radość nie zawsze przychodzi w takiej formie, jakiej się spodziewamy. Czasami trzeba najpierw przestać porównywać własne życie z tym wymarzonym, żeby zauważyć, ile piękna jest w tym, które naprawdę mamy.
To szczera, momentami trudna, ale jednocześnie bardzo ciepła książka o miłości, która uczy się patrzeć inaczej. Warto ją przeczytać – nie tylko po to, by lepiej zrozumieć autyzm, ale przede wszystkim po to, by lepiej zrozumieć człowieka, który patrzy na świat inaczej.
„Bal trwa teraz” Riyi Sokół to autobiografia pełna emocji, trudnych doświadczeń i poszukiwania własnej drogi. Autorka z dużą szczerością opowiada nie tylko o swojej karierze i miłości do muzyki, lecz przede wszystkim o tym, co przez lata działo się w jej życiu poza sceną.
Nie jest to bowiem historia o łatwej drodze do sukcesu. Riya Sokół pisze o depresji, kryzysie psychicznym, zwątpieniu, problemach finansowych i momentach, w których życie potrafi przytłoczyć nawet najsilniejszego człowieka. Nie ukrywa chwil bezradności ani decyzji, które dla wielu osób mogą wydawać się niewyobrażalnie trudne. Co zrobić, kiedy pieniędzy nie wystarcza na wszystko? Które rachunki zapłacić, a z czego zrezygnować? Jak poradzić sobie z kolejnym problemem, kiedy ma się wrażenie, że los nieustannie wystawia nas na próbę?
Autorka opisuje między innymi sytuacje, w których musiała wybierać pomiędzy zakupem nowych opon a świątecznymi prezentami dla bliskich. Wspomina również trudny czas po ataku hakerskim na jej konta w mediach społecznościowych. Mimo wielu przeciwności przez jej historię przewija się jednak przekonanie, że rozwiązanie może pojawić się nawet wtedy, gdy sami przestajemy je dostrzegać.
Dużą część książki zajmuje również rozwój duchowy Riyi Sokół. Autorka opisuje swoją drogę do lepszego zrozumienia siebie, własnych emocji oraz przekonań, które wpływają na nasze życie. Nie jest to jednak opowieść o poszukiwaniu prostych odpowiedzi ani o magicznych sposobach na rozwiązanie wszystkich problemów. To przede wszystkim historia świadomej pracy nad sobą.
Bardzo mocno wybrzmiała dla mnie mantra „wdycham ból, wydycham miłość”. Znałam ją już wcześniej z książki Sheryl Paul „Mądrość lęku”, jednak po raz kolejny zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Człowiek instynktownie chce przecież uciekać od tego, co boli. Pragniemy zagłuszyć trudne emocje, odsunąć je od siebie i jak najszybciej zapomnieć. Tymczasem czasami dopiero wtedy, gdy pozwolimy sobie zmierzyć się z bólem, możemy naprawdę go zrozumieć i stopniowo przemienić w coś innego.
Riya Sokół otwarcie pisze także o swoim życiu prywatnym. O miłości, rozczarowaniach, rozwodzie oraz budowaniu patchworkowej rodziny. Szczególne miejsce zajmują w jej opowieści córki i ogromna miłość, którą je darzy. To właśnie rozmowy z nimi stały się dla autorki jednym z impulsów, by ponownie zwrócić się w stronę dawnych marzeń.
Ważnym momentem w jej życiu okazał się również czas pandemii i pobyt na Kostaryce. Zatrzymanie się z dala od codziennego pośpiechu i wielkomiejskiego zgiełku pozwoliło jej spojrzeć na wiele spraw z zupełnie innej perspektywy. Był to okres wyciszenia, ale jednocześnie czas wewnętrznego odrodzenia.
Największą siłą „Balu trwa teraz” jest dla mnie autentyczność. Riya Sokół nie próbuje przedstawiać siebie jako osoby, która zawsze była silna, pewna siebie i dokładnie wiedziała, czego chce od życia. Pozwala czytelnikowi zobaczyć również swoje słabości, zagubienie i chwile zwątpienia. Pokazuje, że droga do odnalezienia własnego miejsca nie zawsze jest prosta i często prowadzi przez wiele trudnych doświadczeń.
Styl autorki jest prosty, bezpośredni i bardzo osobisty. Lektura momentami przypomina szczerą rozmowę z kimś bliskim — bez zbędnego upiększania rzeczywistości, za to pełną emocji i refleksji. Riya swobodnie przechodzi od codziennych wydarzeń do rozważań dotyczących duchowości, przeznaczenia i sensu życia.
Nie jest to książka, która trafi do każdego czytelnika. Jej duchowy wymiar oraz sposób patrzenia na życie mogą wywołać różne reakcje. Myślę jednak, że osoby otwarte na rozwój, poszukujące własnej prawdy i próbujące lepiej zrozumieć siebie, znajdą w tej historii wiele inspiracji.
Osobiście bardzo cenię głos Riyi Sokół i z przyjemnością słucham jej utworów. Jej interpretacja piosenki „Bal”, najbardziej znanej z wykonania Maryli Rodowicz, ma w sobie ogromną energię, rozmach i emocje. Po przeczytaniu tej autobiografii tytuł książki nabiera jednak dla mnie jeszcze głębszego znaczenia.
Bo życie nie zaczyna się wtedy, gdy wszystko wreszcie będzie idealne. Nie musimy czekać na lepszy moment, większą pewność siebie czy rozwiązanie wszystkich problemów, aby zacząć spełniać swoje marzenia.
Trzy kobiety - babka, matka i wnuczka co roku, 8 marca, spotykają się w kawiarni, aby porozmawiać o swojej kobiecości, błędach, wzlotach i upadkach. Poznajemy Cecylię, seniorkę rodu, dawną tancerkę, która występowała na deskach największych teatrów Europy. Z kolei Agnieszka rozwiodła się z mężem, kiedy Izabella, jej córka, była małą dziewczynką. Czerpała z życia pełnymi garściami, jednak to, o czym marzyła, wcale nie było tak piękne, jak początkowo jej się wydawało. Próbuje naprawić stosunki z córką. Kiedy pojawia się jej były mąż, zaczyna wierzyć, że stara miłość nie rdzewieje. I jest jeszcze Izabella, kobieta po trzydziestce, na pozór szczęśliwa, ale tak naprawdę pogubiona i samotna. Kiedy na jej drodze pojawia się przystojny lekarz, jej świat wywraca się do góry nogami. Czy sekret, który skrywa kobieta, nie przekreśli szansy na miłość?
Podobało mi się zestawienie trzech pokoleń kobiet. Tak różnych, a jednak tak do siebie podobnych. Różni je wiek, doświadczenie życiowe i pozycja społeczna. Natomiast łączą je nie tylko więzy krwi, ale i pewne zdarzenia. Są nieidealne, ale przez to autentyczne. Wyjawiają nam swoje pragnienia, lęki, sekrety i rozczarowania. Mierzą się z kryzysem w małżeństwie, samotnością w tłumie, szukaniem własnej tożsamości. Uczą się także stawiać pewne granice.
Fabuła w dużej mierze skupia się na przemyśleniach i refleksjach bohaterek na temat życia, codzienności, popełnionych błędach, relacjach międzyludzkich, miłości i jej odmianach, szczęściu, marzeniach, wolności, zdradzie, strachu przed śmiercią. Trudno się z nimi nie zgodzić. Sporo tego, może nawet za dużo, aż chciałoby się, żeby niektóre z problemów zostały bardziej rozwinięte. Dla mnie jako czytelnika niezwykłą wartością okazały się zawarte w książce liczne trafne mądrości i wskazówki życiowe. Mogłabym brać cytaty i przytaczać bez liku. Jest również miejsce na odrobinę humoru.
Jednym z ważnych przekazów jest to, że wcale nie musimy mieć, nie wiadomo jakiej ilości przyjaciół czy znajomych. Wystarczy jeden, ale taki, który będzie przy nas, kiedy będziemy potrzebować jego pomocy czy wsparcia. Równie istotna jest kobieca solidarność. Proste gesty, zrozumienie, nieocenianie drugiej osoby - znaczą więcej niż wszystko inne. Widzimy też, że nigdy nie jest za późno na zmianę czy odnalezienie szczęścia. A niepowodzenia? Nie warto zbyt długo się nimi karmić. Trzeba dostrzegać jasne strony życia, dobre momenty, które przecież każdemu z nas się zdarzają. I nie bać się czasem ryzykować.
"Dzień kobiet" to życiowa, utrzymana w słodko-gorzkim tonie powieść o kobiecości we spółczesnym świecie, tęsknocie za prawdziwym uczuciem, sile przyjaźni. To książka zarówno refleksyjna, jak i emocjonalna. Czy okazała się receptą na szczęście i miłość? Tego Wam nie zdradzę...