Wszelkie kawały o szwagrach są tak bardzo znane i lubiane na świecie, że zwyczajnie nie da się przejść obojętnie obok tej serii:-) Gdybym miała zliczyć iloraz inteligencji szwagra zapytałabym się, gdzie w takim razie jest szwagier? Jedynie szczęście ma jak mało kto, bo żona mądra, bliźnięta do niej podobne, więc wszelkie ryzyko zaniku myślenia na szczęście im nie grozi:-) Podobało mi się to, że z gustami się nie dyskutuje. Chodziło o imiona dzieci. Nie ważne w jaki sposób doszli do porozumienia nadania im imion, nie ważne jak one brzmiały (Maja i Gucio), ważne, że brzmiały tak, ponieważ zostały nadane z miłości i w całym swoim krótkim jeszcze życiu, dzieci szwagra tą miłość dostawały:-)
,,-Co ma pan na myśli? Że zapytałem go, czy nie znalazł w pluszaku broszki Elizabeth Taylor, którą chce odzyskać pewien drań, grożąc śmiercią jego rodzinie?"
Dodałam ten cytat nie tylko dlatego, żebyście ujrzeli jakie przygody ponownie spotykają rodzinę szwagra, ale żeby ten, kto jeszcze serii nie zna, ujrzał w jak dwuznacznym języku jest napisana. Każdy róg tutaj ma dwa końce, jeden słowo klucz o które chodzi, a drugi słowa klucz, które szwagier rozumuje, dlatego końce są dwa:-) Ma on jednak nosa do rozkładania przeciwnika na łopatki i niekiedy nie wiedziałam, czy tak serio pomniejszał swoją wartość żeby coś ugrać, czy był na tyle mądry, by do swoich sukcesów nigdy się nie przyznawać. W szwagrowskim języku były to jednak dwie opcje:-) Dobrze jednak, że jest sporo opisów co do zachowań osoby, która się wypowiada, bo inaczej nikt nie spostrzegłby grona sarkazmów, których szwagier nie dostrzegał. Cel był w sumie prosty, spotkać się tuż przed Bożym Narodzeniem, tylko jak zwykle nasza pechowa postać postanowiła pójść na skróty, więc dlatego treści mamy tak sporo:-)
Tak w sumie to niby już koniec serii o szwagrze, ale ja ciągle gdzieś tam tlę się nadzieją, że kiedyś może wyjdzie książka szwagra w roli dziadka i jego dobrych rad odnośnie swoich wnucząt. Miło by było, aby historia zatoczyła swoje koło i jeden z wnuków, albo raczej wnuczka odziedziczyła po nim wszelką nieokiełznaną inteligencję:-) Tak więc autorze, rzucam ci wyzwanie:-)
,,Lubię gotować. Relaksuje mnie to."- jeśli jakiś facet wam to powie, to bierzcie go póki gorący. Tacy faceci są niczym spadające gwiazdy:-)
,,Życie to nie sztywny plan. Czasem trzeba ryzykować, zrobić coś, czego wcześniej nie brało się pod uwagę."- nie ważne, że zostało się zranionym. Mógł to być kop do lepszego życia, które właśnie miało nadejść:-)
,,Kiedy coś w środku pęka, kiedy głos w głowie nie pozwala spać- trzeba ruszyć, choćby w ciemno. Choćby wbrew rozsądkowi."- to jest taki moment, kiedy coś wewnątrz nas krzyczy, że teraz jest nas czas, teraz mamy szansę wyjść wpierw na prostą, a później wspiąć się na wyżyny. Bo ciało już wie, tylko mózg działa zawsze z opóźnieniem:-)
Słuchacie, to zaledwie część pierwsza, a już pokazała jakie wsparcie potrafi dać w momencie, kiedy coś nam nie wychodzi lub kiedy tracimy nadzieję. Nasza bohaterka miała w planach pójść na studia, ale chłopak przekonał ją aby wspólnie wyjechali i w innym miejscu zaczęli zarabiać na wspólną przyszłość. To była pierwsza zmiana. Drugą okazała się praca w kawiarni, która zabierała jej tyle wolnego czasu, że sama zaczęła robić sobie paznokcie i w ten sposób zyskała wiele klientek gotowych zapłacić za nie duże pieniądze. Trzecią okazała się zdrada chłopaka, który obiecał dozgonną miłość, wspólną przyszłość, ale nagle stwierdził, że ciągnie go do ciemnoskórych kobiet. Nie myśląc długo powróciła do miejsca z młodości, jednak nie wszystko wyszło tak, jak oczekiwała. Nie ma wszystkich mogła liczyć, ale przewartościowała swoje życie i postanowiła spisać plan działania, by móc rozwinąć swój biznes paznokciowy. To była duża podpowiedź dla każdego, kto chce coś zacząć, ale nie wie jak. Dzięki temu planowi można się skupić na konkretnych działaniach, które doprowadzą nas do wybranego celu. I kiedy jest się już na dobrej drodze, to i postać przekonała się, że moment przeszłości powraca. To my jednak decydujemy, czy pozwolimy mu namieszać, czy wybierzemy siebie i swoje własne szczęście.
Chcę żebyście wiedzieli, że tej książki nie czyta się szybko, gdyż ci, co mają własne cele, ale z jakichś względów utknęli w miejscu, to będą myśleć o wszystkim co się tutaj wydarzyło i przekształcać to na sposób dostosowany do ich sytuacji. Mnie zachwyciła od początku, gdyż zbratałam się z Weroniką, która była dowodem na to, że kiedy się chce, to można iść dalej. I do przodu!
Kiedy czujemy, że nadeszła chwila, która w jakiś sposób ma być decydująca, to pamiętajcie, że wtedy się działa i podejmuje ryzyko. Bo strach nie jest zatrzymaniem, tylko reakcją na nieznane:-)
P.S. Czekam na kolejny tom z uśmiechem:-)
Portale literackie mogą być bardzo przydatne- zarówno dla początkujących czytelników, ale też dla osób, które nie wyobrażają sobie życia bez słowa pisanego. Sama od dawna należę do tej drugiej grupy, ale logiczne jest, że nie mogę znać dosłownie wszystkich wydawców czy nazwisk pisarek/pisarzy. „Śnieg przykryje” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Michała Śmielaka, a wiem doskonale, że wydawnictwo Skarpa Warszawska pozwala sobie na ukazywanie nam istnym perełek.
„Śnieg przykryje” to książka, która zapowiadała się interesująco już pod względem skróconego opisu fabuły umieszczonego na równie intrygującej okładce. Przed docelową lekturą dowiadujemy się, że człowiek może wyjść z domu i wrócić po… 25 latach nieobecności. Czy to możliwe? Tak i autor z niczym nie przesadza, gdyż podobne sprawy, a i gorsze, mają miejsce na całym świecie.
Autor pozwolił sobie też na rodzaj bardzo mrocznej groteski. Sytuacja zaginięcia głównego bohatera, Ryszarda, ma miejsce dzień przed wigilią Bożego Narodzenia, a mężczyzna poszedł do lasu, by wybrać najpiękniejszą choinkę. Czy Las Ponury, w którym znika bohater, jest naprawdę tak strasznym miejscem, a śnieg to tylko zgubna otoczka lub idealne przykrycie śladów zbrodni? Sami to oceńcie, a jest nad czym dumać, gdyż Michał Śmielak nie pozwala nam się nudzić podczas lektury. Co więcej, samo zaginięcie to tylko wierzchołek kłopotów, o jakich pisze autor. Nie boi się on perfekcyjnie opisać problemu, jakim jest choroba alkoholowa. Porusza też jej konsekwencje, czyli przemoc domową. Wszyscy dobrze wiemy, że stan upojenia alkoholowego już niejedną rodzinę zamienił w istny dramat.
Ważna jest też postawa Piotra, syna Ryszarda. Sam zostaje policjantem i chce dojść do prawdy, tym bardziej, że w powieści nie chodzi tylko o jedno zaginięcie. Czego dowie się Piotr i jak wszystkie zdobyte informacje wpłyną na jego pracę? Jak wiadomo, policjantem się jest, a nie bywa, lecz autor bardzo mocno odsłonił ówczesną nieudolność, ślamazarność, która istniała niegdyś w tym zawodzie.
Książka podzielona jest na 3 części, ale nic tu nie tworzy uczucia chaosu. Akcja nie jest zagmatwana, a czytelnicy wiedzą, co działo się przed zaginięciem Ryszarda, w czasie poszukiwania jego osoby, jak i po tajemniczym powrocie. Dzięki pisarzowi możemy też skutecznie poszerzyć swoją wiedzę medyczną i zrozumieć, na czym polega zespół Korsakowa, jak też inaczej spojrzeć na stadia choroby alkoholowej.
Warto się też zastanowić, czy przeszłość zawsze ma wpływ na nasze późniejsze zachowania? Istnieją tak naprawdę dwie drogi- albo naśladujemy najbliższego członka rodziny, albo też staramy się być jego przeciwieństwem, a nie lustrzanym odbiciem. W którą stronę pójdzie Piotr? Warto się o tym przekonać.
Nie też nas dziwić szereg wulgaryzmów użytych w dialogach. Mogą nas razić, ale bez nich tematyka powieści nie byłaby zgodna ani z tematem, ani ze stylem. Brak archaicznego mimesis, czyli naśladownictwa, nie wchodzi tutaj w grę. Akcja musi być autentyczna, dlatego autor z niczym nie przesadził. Odbiorcy muszą wiedzieć, postawa Ryszarda, NIE jest przeznaczona dla delikatnych fanów słowa pisanego.
Gratuluję autorowi udanej powieści i sama czekam na więcej.
W świecie, w którym kalendarz pęka w szwach, skrzynka mailowa nie zna litości, a lista zadań rośnie szybciej niż jesteśmy w stanie ją realizować, książka „Energia, nie czas. Nawyki, które chronią przed wypaleniem zawodowym i ciągłym przemęczeniem pracą” autorstwa Tony’ego Schwartza, Jean Gomes i Catherine McCarthy brzmi jak coś więcej niż poradnik – brzmi jak konieczność.
Autorzy odwracają myślenie, do którego przywykliśmy. Nie chodzi o lepsze zarządzanie czasem, upychanie kolejnych zadań w grafik ani pracę „jeszcze efektywniej”. Kluczem jest energia – jej poziom, jakość i sposób, w jaki nią gospodarujemy. To podejście wydaje się dziś szczególnie potrzebne, bo niemal każdy z nas doświadcza przeciążenia: zawodowego, informacyjnego, emocjonalnego. Pracujemy coraz więcej, szybciej i pod coraz większą presją, a jednocześnie czujemy się coraz bardziej zmęczeni.
Schwartz i współautorzy pokazują, że człowiek nie jest maszyną zdolną do nieprzerwanej wydajności. Potrzebujemy rytmu – intensywnej pracy przeplatanej prawdziwą regeneracją. Opierając się na doświadczeniach współpracy z globalnymi firmami, takimi jak Google, Ford czy Sony, proponują konkretne rytuały i nawyki, które pomagają odbudować cztery źródła energii: fizyczną, emocjonalną, umysłową i duchową. To podejście jest holistyczne – dotyka zarówno ciała, jak i sensu tego, co robimy.
Ta książka jest szczególnie potrzebna osobom pracującym w wymagających środowiskach: menedżerom, liderom, przedsiębiorcom, specjalistom pracującym pod presją terminów, ale też każdemu, kto łączy pracę z życiem rodzinnym i czuje, że balans zaczyna się chwiać. Skorzystają z niej także ci, którzy jeszcze nie są wypaleni, ale czują pierwsze sygnały przeciążenia – chroniczne zmęczenie, spadek motywacji, trudność z koncentracją.
Wartością tej publikacji jest jej praktyczność. Autorzy nie moralizują i nie proponują rewolucji w stylu „rzuć wszystko i zwolnij”. Zamiast tego uczą, jak w realiach współczesnej pracy odzyskać kontrolę nad własną energią, wprowadzić małe, konsekwentne zmiany i budować nawyki, które chronią przed wypaleniem. To książka, która przywraca poczucie sprawczości i przypomina, że efektywność bez regeneracji jest drogą donikąd.
„Energia, nie czas” zmienia perspektywę – z obsesji produktywności na troskę o zasoby, które naprawdę napędzają nasze działanie. To mądra, potrzebna i niezwykle aktualna lektura, która pomaga pracować skuteczniej, ale przede wszystkim – żyć pełniej i spokojniej.
Z powodzeniem można tą książkę przeczytać na raz, ale w sercu zostanie na kilka lat o ile nie na zawsze. Czytałam ją w korytarzy oczekując na moją kolejkę i powiem wam, że z chwili na chwilę coraz bardziej inaczej patrzyłam na otaczających mnie ludzi. Już nie widziałam pani, która wszystkiego się czepia. Innej, która stara się zachować młodość ekscentrycznym ubiorem oraz tej, która oskarżycielsko patrzyła na każdego. Ujrzałam wtedy ludzi samotnych, złych na siebie za to, że czegoś nie zrobili, czy też, że do czegoś nie doszli. Już tłumaczę wam dlaczego.
,,Pamięć drzewa" jest historią, która zahipnotyzuje was od pierwszej strony. Opowiada o chłopcu, który uwielbia swojego dziadka. Ilekroć zaczyna o nim wspominać widzimy jak ważny jest w jego życiu. Pewnego dnia wychodzi na to, że oboje jego dziadków wprowadzą się do jego domu. On te zmiany opisuje nam, jednak jakby nie chciał dopuścić do siebie prawdy. Czytamy o chwilach, kiedy jego dziadek był w pełni sprawny umysłowo. Kiedy ze spokojem wypełniał krzyżówkę i snuł opowieści ze swojego młodego czasu. Jednak nadchodzi czas, że pewnego słowa stają się być niedokończone. W połowie opowieści temat cichnie, a oczy mgielnie wpatrują się w punkt za oknem. Codzienność przestaje być powtarzalna, do jedzenia dochodzą nowe dodatki, a przytulanie drzewa zdaje się być tylko jego cieniem o którym przestaje mówić. Za każdym razem chłopiec złości się tłumacząc, że nic się nie stało. Nie chce aby jego głowa zatwierdziła ubytki do których dochodzi w towarzystwie dziadka.
,,Wtedy ja solidarnie wstaję również i zbieram hałaśliwe szklanki, a zaraz za mną dziadek chwyta obiema dłońmi misę z owocami i niesie ją, ciągnąc za sobą nogi, jakby to ona szła z nim do kuchni, a nie na odwrót."
,,I tym sposobem dokonałem odkrycia, że domy dziadków mają swój szczególny zapach, ale nie wszystkie pachną tak samo,"
,,- Zdjęcia bardzo pomagają pamiętać...
-Ale nie masz żadnego zdjęcia twojej wierzby płaczącej, dziadku?
- Nie. Ale to dobrze.
-Dobrze?
-W ten sposób pamiętam ją tak, jak chcę."
Bądźcie pewni, że takiej książki o przemijaniu nie da się od tak wymazać z pamięci. Jak to dziadek chłopca powiedział, człowiek ma dwie pamięci. Tą w umyśle i tą w sercu. Chłopak zadaje pytania dziadkowi odnośnie demencji. Wiecie jaką dostał odpowiedź? Spytał, czy drzewo wie, że traci liście, czy tylko my to zauważamy? Pomimo krótkich treści tytułowanych dosadnie znajdziecie tutaj bardzo wiele mądrości, wiele wrażliwości oraz opisów sytuacji, które mogą występować, lub wystąpią w życiu wielu osób. W takim stanie jak dziadek chłopca jest moja babcia. Może dlatego bardzo osobiści ją odebrałam...
Książkę czyta się naprawdę z przyjemnością, choć początkowo zanosi się na luzackie wygłupy, kiedy to trójka mężczyzn pomiędzy jednym piwem a piątym snuje plany jakby tu zapoznać jakieś panienki. Kiedy jedna pojawia się na horyzoncie niezbyt wychodzi im podryw, ale daje nadzieję na lepszy obrót sprawy, kiedy spotkają się następny raz. Rozpoczynają się więc plany co go przebiegu takiego spotkania i choć swoje z nich myśli co najmniej spodniami, to jeden z nich nie może wymazać z głowy tej jednej dziewczyny. Nawet w rozmowie oddaje jej szacunek, choć nie zwraca na to uwagi. Później atmosfera lekko przyspiesza dodając nam więcej tajemniczości, gdyż po pierwsze, knajpa jaką prowadzą dziewczyny jest otwierana tylko nocą. Po drugie opowieści kobiet niby wydają się spójne, jednak jeśli tylko pojawia się temat lokalu, od razu u jednej następuje duże spięcie. Po trzecie, żaden z nich tak naprawdę niewiele wie o drugiej osobie. Niby dobrze się bawią, a jednak jedna z nich znika zaraz po drugim incydencie, kiedy to pijany mężczyzna domaga się od niej gotówki. Ewidentnie coś tutaj nie pasuje, a męska postać, która najbardziej się udziela zaczyna spostrzegać coraz więcej niepokojących sygnałów. Kim zatem są dziewczyny pracujące w knajpie tajemniczego mężczyzny? Kim jest ta jedna, wokół której najwięcej wydarzeń się dzieje?
Pytań sporo, ale musicie też wiedzieć, że ta opowieść okraszone jest niesamowitym humorem, gdzie naprawdę można wielokrotnie wybuchnąć śmiechem. Zwłaszcza wtedy, kiedy jeden z nich obrywa i zawsze zamiast chłodnego piwka przysługuje mu aspirynka oraz szklanka ciepłej wody:-) I to wszystko w imię miłości do której bardzo pragnie aby doszło, gdyż pan ze spodni aż krzyczy, że mu się nudzi:-) Jest tutaj nieco humoru na punkcie małych zbliżeń, ale to naprawdę przykłady grożące jedynie uduszeniem śmiechem:-) Taka komedia kryminalna, gdzie to zwyczajny młody chłopak próbuje wdać się w łaski wciąż uciekającego mu smaczku:-) Zdecydowanie jest to historia, którą dla dobrego humoru polecam przeczytać:-)
Marcel Moss nigdy nie każe nam na siebie długo czekać, a każda nowa opowieść jest przepełniona elementarnymi składnikami kryminału, sensacji i thrillera. Mamy więc tajemnicze zabójstwo, wiele niewyjaśnionych spraw pobocznych, ale też rodzi się okazja do refleksji nad okrucieństwem tego świata. To jest właśnie stuprocentowy Marcel Moss- zawsze boleśnie prawdziwy pod względem treści. Zawsze wyczulony na problemy społeczne, których jest całe mnóstwo i które wciąż są zamiatane pod dywan. Zawsze odważny i świetny w fachu pisarza.
Swego czasu, podczas rozmowy o kulturze, usłyszałam arcyważne słowa użyte niegdyś przez Jerzego Szaniawskiego, autora dramatu pt. „Dwa teatry”. Wspomniał on bowiem, że widz przedstawienia może wyjść albo zachwycony, albo oburzony, ale nigdy obojętny. Tak samo mogą, a raczej powinni, zachować się czytelnicy oraz słuchacze (audiobooki) dzieł Marcela Mossa. Co odczuwacie, Drodzy Odbiorcy? Dumę z tego, co serwuje nam pisarz? A może wszystkie wątki określacie jako nudne, naciągane, nijakie? Jest to kwestia do indywidualnych przemyśleń, lecz sama znam odpowiedź już od dawna. Marcel Moss jest po prostu stworzony do pisania, gdyż dzięki niemu lepiej i sensowniej rozumiemy, że świat to nie bajka lub pełna lukru opowieść dla nastolatków. To, co nam podaje, to dojrzały i prawdziwy odbiór rzeczywistości- zarówno w jednotomowych książkach, jak i w cyklach liczących kilka części.
„Schron” to trzeci tom cyklu z komisarzem Samborem Malczewskim i jego psem Terrorem na czele. Istotna jest tu jednak chronologia książek, ja nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, tym bardziej tych dotyczących prywatnego życia Sambora. Jeśli więc ktoś nie jest wtajemniczony w dawne perypetie głównego bohatera, to lepiej, żeby zaczął od pierwszej części. Wtedy wszystko będzie spójne, zrozumiałe, a czytelnik nie zazna uczucia chaosu. Czytanie wszystkich trzech części nie będzie straconym czasem, jestem tego pewna.
Znowu otrzymujemy mroczną okładkę, która jakby zapowiada dreszcze na całym ciele czytelnika. Tak też się dzieje, bo początek opisywanej historii wcale nie należy do delikatnych. Wręcz przeciwnie- od razu trzeba inaczej spojrzeć na otaczające nas środowisko. Istotą powieści jest też czas, który biegnie nieubłaganie, ale też pozostawia po sobie ślady, a wraz z nimi- zagadki przeznaczone dla policji kryminalnej. Okazuje się, że nawet po 20 latach od śmierci człowieka w małej wsi Runowo zaczyna tworzyć się bardzo, ale to bardzo nieprzyjemna i niespokojna atmosfera.
Kim była rodzina Wilczków i dlaczego ich szczątki zostały odnalezione w tytułowym, powojennym schronie? Tego nie zdradzę, tym bardziej, że powieści Marcela Mossa są zawsze zbudowane na zakończeniu. Nowi odbiorcy muszą więc poznać jedną żelazną zasadę i absolutnie nigdy jej nie łamać. Historii kryminalnych kreowanych przez autora NIE WOLNO wcześniej wertować i skupiać się na końcowych dialogach. To końcowa część tekstu ma nas najbardziej szokować i zniszczyć dotychczasowe domysły. Czekajcie zatem cierpliwie na nowe wątki, nie odbierajcie sobie przyjemności czytania. Wszystko sensownie ułoży się w swoim czasie.
Autor nie zapomina też o idealnym opisie klimatu małych wsi. Widać, jak mieszkańcy wystraszyli się koszmarnej wieści o odnalezieniu tajemniczych szczątków sprzed dwóch dekad, ale to nie wszystko. Tym bardziej tak trudna do rozwiązania zagadka powoduje, że mieszkańcy kochają plotkować, oczerniać innych i bawić się w tak zwaną pocztę pantoflową. Dlaczego wciąż tego potrzebujemy? Nie wiem, a dobrze będzie, jeśli czytelnicy intensywnie przeanalizują ten problem. Widać, że ludzie wciąż wierzą w zabobony czy legendy- z tajemniczym czarcim weselem czy samowiłami włącznie.
Nie można też nie wspomnieć osoby komisarza Sambora Malczewskiego. Jego zawodowe działania dostrzegamy we wszystkich trzech częściach cyklu. Udowadnia on, że policjantem się jest, a nie bywa. Na dodatek bohater boryka się z wieloma dramatami osobistymi, ale by dogłębnie je poznać, trzeba przeczytać poprzednie części. Co więcej, autor solidnie udowadnia, jak trudny jest zawód techników policyjnych. Praca przy zwłokach, często zmasakrowanych, nie jest dla każdego. Nasze wyobrażenie o tej pracy pochodzi głownie z telewizji, a tam to, co widzimy, to bardzo delikatna odsłona.
Sam Marcel Moss pytał nas ostatnio, czy chcemy kontynuacji przygód komisarza Malczewskiego. Z jednej strony- dla tak świetnego pisarza to nic trudnego. Z drugiej- notoryczne przeciąganie akcji może w końcu znudzić się odbiorcom. Warto się nad tym zastanowić i pomyśleć, co jeszcze może nas czekać po lekturze „Schronu”. Sama po raz kolejny nie zawiodłam się na twórczości Marcela Mossa, ale, moim skromnym zdaniem, „Schron” nigdy nie dorówna fabularnie poprzedniej części, czyli „Grocie”. Nowa, trzecia część, jest jednak godna polecenia.
„Czasem największą odwagą jest zmierzyć się z własnym sercem.”
„Miłość i strach często idą ze sobą ramię w ramię.”
„Kamienne mury zamku skrywają więcej, niż gotowe są zdradzić.”
„W cieniu szkockiej mgły nic nie jest takie, jakim się wydaje.”
„Czas potrafi być zarówno sprzymierzeńcem, jak i bezlitosnym wrogiem.”
Olivia MacCalister doświadczyła ogromnej straty - jej matka Lady Catriona straciła życie w tajemniczych okolicznościach , a ona sama musiała przerwać naukę w Edynburgu , gdzie kształciła się na nauczycielkę - dziewczyna znalazła się w bardzo trudnym położeniu ponieważ od teraz to ona musi stanąć na czele klanu , którego historia pełna jest bólu i nigdy
niewypowiedzianych tajrmnic.
Zaraz po tych trudnych chwilach, a właściwie jeszcze w ich trakcie do Szkocji przyjeżdża krewny rodziny wicehrabia Arthur Higham wraz z przyjacielem Wiliamem Spencerem , by rozeznać się w sprawach majątkowych.
Tymczasem Will bardzo szybko orientuje się, że młoda dziedziczka nie jest mu obojętna.
W jej otoczeniu pojawiają się jednak dwaj inni adoratorzy o nieznanych i nie zawsze czystych intencjach.
Czy młoda dama posłucha głosu serca i pozwoli sobie kochać?
Każdy krok niesie za sobą określone konsekwencje zaś konwenanse nie pozwalają na wiele.
Olivia musi nauczyć się poruszać w świecie, w którym uczucia bywają słabością, a zaufanie luksusem. Między żałobą a obowiązkiem, między lojalnością wobec rodu a pragnieniem własnego szczęścia, młoda MacCalister staje przed wyborami, które na zawsze odmienią jej życie.
Urszula Gajdowska snuje opowieść pełną niedopowiedzeń, sekretów ukrytych w kamiennych murach zamku i emocji tłumionych przez społeczne reguły. Czas Olivii to historia dojrzewania, walki o własny głos i próby odnalezienia prawdy — zarówno tej zapisanej w rodzinnych dziejach, jak i tej, którą podpowiada serce.
Czy odwaga okaże się silniejsza niż strach?
I czy miłość przetrwa próbę czasu, intryg oraz tajemnic, które nigdy nie miały ujrzeć światła dziennego?
Już niedługo będę miała okazję się o tym przekonać. ❤️
Książka wydawałoby się, że zaczyna się utartym schematem i przewidywalnością, ale to niezwykle trafny i ujmujący zabieg. Poznajemy Martynę, "burzę", kobietę chaos, która po utracie pracy w korporacji, wyjeżdża na wieś do gospodarstwa po dziadkach. Okazuje się, że posesja wymaga sporego remontu. Atak nietoperza, odnalezienie zestawu srebrnych sztućców, spotkanie dawnego znajomego Huberta, z którym łączył kobietę letni romans, powracające wspomnienia, próba włamania do domu - niespodziewane wydarzenia i problemy mocno komplikują jej plany.
Czy o pierwszej miłości da się zapomnieć? To uczucie, które zawsze pozostawia w sercu ślad. Pierwsze miłości zapamiętuje się już chyba na zawsze. I w sumie nie jest tu istotne, jak ten związek wyglądał i jak się zakończył. Martyna została zraniona. Ale to nie ona w pełni skradła moje serce, a Hubert, który sporo w swoim życiu przeszedł.
Agata Czykierda-Grabowska największy nacisk położyła na relacje, emocje, drobne gesty i niewypowiedziane słowa. Bohaterowie utknęli w swojej samotności i milczeniu. Mechanizm obronny, próba przetrwania? Być może tak. Z miejsca się ich lubi. Kibicujemy im w drodze do siebie. Towarzyszymy w lepszych i gorszych momentach. A rozterki traktujemy jak własne. Ich relację autorka potraktowała subtelnie, dzięki czemu jest wiarygodna.
Wątek włamania okazał się jakby tłem do innych wydarzeń, nie został jakoś szczególnie wyeksponowany. Nie było co tu za bardzo rozwiązywać. W sumie wszak to nie kryminał, prawda? Myślę, że motyw ten miał za zadanie połączyć bohaterów.
Wspaniale czytało się tę książkę. Niby osadzona w codzienności, a jednak nie do końca. Jest nostalgicznie, nieśpiesznie, beztrosko, czule, choć miejscami również poważnie. Cudownie było wrócić do nastoletnich czasów. Jak kadry z filmu przewijały mi się moje własne wspomnienia z tego okresu. Zapach drożdżowego ciasta, bieganie w deszczu, uciekanie przed burzą...
"Przez milion burz" to otulająca ciepłem, pełna uśmiechu i nuty niepokoju powieść, która udowadnia, że po burzy zawsze wychodzi słońce. Strata i dojmujące poczucie samotności, powroty na wielu płaszczyznach życia - nic nie jest dziełem przypadku. Jaką tajemnicę skrywają stare widelce? Czy Martyna i Hubert dadzą sobie szansę na szczęście? Wszak burza może zmienić wszystko...
„Revoluterium” Bernarda Gromka to powieść, która nie bierze jeńców. Brutalna, dynamiczna, mroczna — osadzona w 1848 roku, w Krakowie, który ledwo otrząsnął się po krwawym powstaniu, a już znów zaczyna wrzeć. To historia, w której polityka miesza się z przestępczym półświatkiem, a ideały bardzo szybko przegrywają z pieniędzmi, ambicją i żądzą władzy.
W centrum wydarzeń stoi Maks Krom — były rewolucjonista, zabijaka, człowiek, który swoje już zobaczył i swoje odsiedział. Wychodzi z więzienia odarty ze złudzeń. Nie chce już ginąć za idee, które okazały się puste. Marzy o spokoju i przetrwaniu. Problem w tym, że przeszłość nie zamierza go zostawić w spokoju. Na horyzoncie pojawia się hrabia Hipolit Zdański — dawny przyjaciel, dziś człowiek z planem kolejnej rewolty. Revoluterium ma wybuchnąć na nowo.
Fabuła rozwija się jak lont podpalonej bomby. W mieście krążą plotki o zaginionym skarbie, w zaułkach rodzą się nowe sojusze, a każdy – od arystokratów po rzeźników – chce ugrać coś dla siebie. Tu nie ma jednoznacznych bohaterów. Baronówna prowadzi własną grę, tajemnicza Madame pociąga za sznurki w cieniu buduaru, a ludzie zmieniają strony szybciej, niż padają strzały.
Bohaterowie są wyraziści, mocni, niejednoznaczni moralnie. Maks to postać pełna sprzeczności — brutalny, cyniczny, a jednocześnie gdzieś pod warstwą chłodu wciąż noszący resztki dawnych przekonań. Hipolit to ideowiec, ale czy naprawdę? A może rewolucja jest dla niego tylko drogą do władzy? Każdy coś ukrywa. Każdy ma swoją cenę.
Emocje w tej książce są intensywne i surowe. Napięcie, niepewność, gniew, zdrada, pożądanie — wszystko pulsuje pod powierzchnią. Autor nie idealizuje ani epoki, ani ludzi. Świat „Revoluterium” jest brudny, brutalny i bezlitosny. Honor bywa luksusem, na który niewielu może sobie pozwolić.
Gatunkowo to historyczna powieść sensacyjno-awanturnicza z wyraźnym klimatem noir. Czuć tu energię „Peaky Blinders”, bezkompromisowość rodem z Tarantino i jednocześnie solidne osadzenie w realiach historycznych. To książka dla czytelników, którzy lubią dynamiczną akcję, polityczne intrygi, moralne szarości i bohaterów balansujących na granicy prawa i zbrodni.
Podczas lektury towarzyszy adrenalina. Ciągle ma się wrażenie, że za chwilę ktoś kogoś zdradzi, że sytuacja wymknie się spod kontroli. Nie ma tu miejsca na sentymenty — jest walka o przetrwanie, wpływy i pieniądze. A jednak pod warstwą przemocy i cynizmu kryje się pytanie o lojalność i o to, czy w świecie pełnym grzechu można jeszcze zachować resztki honoru.
„Revoluterium” to mocna, bezkompromisowa historia o rewolucji, która toczy się nie tylko na ulicach, ale przede wszystkim w ludzkich sercach. Jeśli lubisz mroczne, dynamiczne powieści historyczne z wyrazistymi bohaterami i brutalną prawdą o władzy — zdecydowanie warto po nią sięgnąć.
„Jeszcze słychać tę muzykę. Biłgoraj – sztetl utracony” Andrzeja Krawczyka to książka, która jest czymś więcej niż opowieścią o miejscu. To literacka próba ocalenia świata, którego już nie ma — świata sztetla, codziennego życia żydowskiej społeczności, która przez wieki współtworzyła historię Rzeczypospolitej, a dziś w dużej mierze istnieje już tylko w pamięci i archiwach.
Autor zabiera nas do Biłgoraja — miasteczka tętniącego życiem, w którym bieda sąsiaduje z dostatkiem, a duchowość przenika codzienność. Poznajemy ludzi pochylonych nad świętymi księgami w skromnych domach, gdzie na stole królują ziemniaki i śledzie, ale intelekt i wiara czynią ich niemal książętami ducha. Obok nich żyją zamożni kupcy i przedsiębiorcy, prowadzący interesy z rozmachem i ambicją. To społeczność różnorodna, barwna, dynamiczna.
Książka nie skupia się na jednym bohaterze — bohaterem zbiorowym jest tu cały sztetl. Jego mieszkańcy, rabini, kupcy, dzieci uczące się alfabetu, kobiety dbające o dom i tradycję. Autor z dużą czułością i dbałością o szczegół rekonstruuje rytm ich życia: modlitwy, święta, spory, marzenia i codzienne troski. Jednocześnie pokazuje, jak nad tym światem stopniowo zbierają się ciemne chmury historii — zmieniające się granice państw, polityczne napięcia, rosnące uprzedzenia.
To książka historyczna z wyraźnym rysem reportażowym i eseistycznym. Nie jest to klasyczna powieść fabularna z wartką akcją — to raczej opowieść o świecie, który pulsował muzyką, językiem jidysz, handlem, modlitwą i sąsiedzkimi relacjami. Autor oddaje głos przeszłości, przywołuje atmosferę miejsca, które istniało naprawdę i które zostało niemal całkowicie wymazane.
Emocje towarzyszące lekturze są bardzo silne, choć narastają powoli. Najpierw pojawia się ciekawość i zachwyt nad bogactwem kultury sztetla. Potem przychodzi nostalgia — świadomość, że czytamy o świecie utraconym. W końcu rodzi się smutek i refleksja nad kruchością historii i pamięci. To jedna z tych książek, które zostawiają czytelnika w ciszy, z myślą o tym, jak wiele z przeszłości zostało zapomniane.
„Jeszcze słychać tę muzykę” to lektura dla osób zainteresowanych historią Żydów w Polsce, dla czytelników ceniących literaturę dokumentalną i refleksyjną, dla tych, którzy chcą lepiej zrozumieć wielokulturową przeszłość naszego kraju. To także książka dla każdego, kto wierzy, że pamięć jest formą sprawiedliwości.
To poruszająca, ważna opowieść o świecie, który rozmył się w mroku historii, ale którego echo wciąż można usłyszeć — jeśli tylko zechcemy słuchać. Warto po nią sięgnąć, by choć na chwilę przywrócić ten głos.
- Wrócił nasz pan i zbawca. Wyszedłeś z cienia, jak cię Prokuj odnalazł w Truso, potem w blasku chwały rozgromiłeś Strogomira w Gnieźnie. Co teraz przygotowałeś dla nas, o wielki? Jakie nowości na krwawym szlaku?…”.
„– Orzeł dla niego, jak mniemam? Spodoba mu się. Z pewnością. Zawsze lubił groźne… okazy – odparła. Wejrzała Bognie w oczy, po czym dodała: – W końcu sam się takim stał."
Zdobycie tytułu kniazia i powrót po wieloletniej tułaczce wcale nie sprawiły, że Mieszko może być spokojny o swoją władzę, a przede wszystkim o życie.
Wciąż ma bowiem wielu wrogów gotowych go zgładzić lub uprowadzić, a gdy jeszcze dodać do tego związanego przysięgą Sulibora.. no cóż.. emocje sięgną zenitu.
Znakomity wojownik i władca żądający posłuszeństwa jakim staje się Mieszko musi nie tylko zdusić bunt niepokornych żupanów , lecz także podjąć decyzję o tym czy zaufa braciom..
Czy uda mu się utrzymać tron? I co się stanie , gdy do głosu dojdzie.. serce , które zaczyna szybciej bić?
Och ile się tu działo!
I to nie tylko z uwagi na mnogość bitew , spisków czy politykę.
Tym razem autor skupia się na relacjach międzyludzkich i psychice postaci.
Do gry wkraczają wielkie emocje i namiętności, co sprawia ,że fabuła staje się dużo bardziej intensywna i gęsta.
W połączeniu z ciekawymi zwrotami akcji całość jest doprawdy świetna i trudno się od niej oderwać.
Nic tu nie jest oczywiste..
Zakończenie? Oczywiście nie zdradzę powiem tylko ,że jeśli do zawału nie doprowadzą mnie polscy siatkarze z pewnością zrobi to autor tego cyklu.
Serdecznie polecam 🖤
Krwiożercza i spaczona niewinność, przepiękna brzydota, natura na granicy szaleństwa i obsesji… „Jagnię” jest pełne sprzeczności, może zachwycić i obrzydzić jednocześnie, a na pewno zostanie w czytelniku na długo. Myślę, że Baudelaire pokochałby tę powieść.
Chociaż treść była wyjątkowo, że tak się wyrażę, niesmaczna, to nie mogłam oderwać swoich myśli od tej książki. Wypatrywałam godziny zakończenia pracy, żeby tylko już wrócić do domu i czytać. Nawet podczas bardziej monotonnych rozdziałów, nie mogłam się oderwać od lektury.
Zakończenie? Odpowiednie, szczęśliwe, smutne, takie jakie miało być. Jagnię prawidłowo potraktowało swoją Jagę, zrobiło dokładnie to, do czego było wychowane. Niektórzy zobaczą w tej historii wyłącznie wstrząsającą masakrę, ja widzę poemat utkany z wielu warstw. To działa. Brawo, pani Rose, jestem pod wrażeniem.
Dorosłość przyszła za wcześnie i bez instrukcji obsługi.”
„Miłość do dziecka nie usuwa lęku o jutro
„Macierzyństwo nie zawsze zaczyna się od radości. Czasem od strachu.”
Bądź gwiazdą, kochanie, nie tłem!"
Dziewiętnaście lat- studia , marzenia i plany wydają się być na wyciągnięcie ręki. Wszystko zdaje się piękne , a miłość wciąż czeka za zakrętem.
A jednak Margo Millet , która uwikłała się w romans z wykładowcą musi teraz stanąć oko w oko z konsekwencjami tego wyboru.
Nastolatka zaszła bowiem w ciążę zaś tatuś malucha ulotnił się jak kamfora.
Dziewczyna jednak nie zamierza załamywać rąk , siedzieć bezczynnie i płakać nad swoim losem.
Nie. Ona nie czeka na rycerza na białym koniu tylko bierze sprawy we własne ręce.
Zakłada konto na OnlyFans - tak portalu erotycznym i słuchając rad ojca byłego wrestlera na temat pozowania przed kamerą- walczy o utrzymanie siebie i swojego dziecka.
Czy młodej mamie uda się odnaleźć szczęście?
Historia stworzona przez Rufi Thorpe jest napisana lekko i ironicznie, z dużą dawką ciętego języka i przenikliwością - to opowieść o tym jak trudno jest być samotnym rodzicem nie mając wsparcia i będąc zdanym tylko na siebie.
Ta książka mówi o tym, by nigdy się nie poddawać i wierzyć w siebie mimo burz.
Fabuła bardzo szybko mnie pochłonęła i była przyjemna w odbiorze, choć nie jestem wielbicielką narracji trzecioosobowej.
Nie zabrakło emocji- od smutku , poprzez złość, wzruszenie i radość.
Całość bardzo przypadła mi do gustu i cieszę się, że mogłam poznać tak niezwykłą bohaterkę.
„Wolałam samotność niż relację, w której musiałabym udawać.”
„Czasem trzeba się zgubić, żeby naprawdę siebie odnaleźć.”
„Społeczeństwo ma gotowy scenariusz. Problem w tym, że nie każdy chce go odegrać.”
„Zrozumiałam, że nie muszę się dopasowywać, by zasługiwać na miłość.”
Elisa Benetti wraz z siostrami prowadzi winnicę w niewielkim włoskim miasteczku Belvedere i ku rozpaczy wszystkich bliskich osób jest singielką .
Po trudnych doświadczeniach jakie były jej udziałem w przeszłości dziewczyna nie jest jednak gotowa by wchodzić w jakiekolwiek relacje z przedstawicielami płci przeciwnej.
Sytuacja życiowa zaradnej Włoszki komplikuje się, gdy do małej miejscowości przyjeżdżają dwaj przystojni i zamożni panowie- Charles Bingley i Michael D'Arcy- na dodatek ku radości pań obaj są.. wolni.
Ten moment rozpoczyna wielką grę w.. swatanie - a wiadomo w miłości i na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone.
Pikanterii całości dodaje fakt ,że Michael był niegdyś blisko z Elisą , a teraz zamierza sprzedać miejsce, któremu młoda kobieta oddała serce.
Jak potoczy się ta historia i jakie tajemnice skrywa pociągający biznesmen?
Kocham takie klimaty- pióro autorki , której twórczość miałam okazję poznać czytając Spotkajmy się w Cdntral Parku i Miłość pod przykrywką jest jak zawsze lekkie , zabawne i bardzo emocjonalne.
Relacja dwójki głównych bohaterów jest naprawdę piękna i pełna wiszących w powietrzu iskierek , choć niektóre wątki przemiany Michaela zdecydowanie bym pogłębiła.
Na uwagę zasługuje również fakt ,że Felicia subtelnie wykorzystała motyw znany z klasycznej powieści Jane Austen Duma i uprzedzenie.
To nie jest kraj dla singli dostarcza świetnej rozrywki w samym środku zimy.
Polecam z całego serca 💛🇮🇹
Góry i II wojna światowa to zupełnie nie moje klimaty. Gdyby ktoś mi powiedział, że spodoba mi się książka o takiej tematyce i to jeszcze polski kryminał, to odpowiedziałabym mu, że chyba wykręcił zły numer. Tymczasem „Schronisko…” czytałam z zapartym tchem i już zastanawiam się nad jakąś wycieczką do sąsiadów (Górny Śląsk pozdrawia).
Wszystko zasługa lekkiego pióra autora i ciekawie skonstruowanej fabuły. W nienachalny sposób dowiadujemy się mnóstwa ciekawostek historycznych z tego regionu. Amatorskie śledztwo prowadzi sympatyczny bohater, za którym aż chce się podążać. Jest i odpowiednia ilość akcji, i skomplikowane relacje rodzinne, szczypta romansu, a dodatkowo na każdej stronie czuć zamiłowanie do gór i karkonoskiej przyrody.
Polecam, tytuł bestsellera jest dla mnie jak najbardziej zrozumiały.
„Gołębiarka” Katarzyny Polanowskiej to powieść, która dotyka bardzo czułej struny – tej związanej ze stratą, bólem i próbą odnalezienia siebie na nowo, kiedy świat nagle rozpada się na kawałki. Autorka nawiązuje do prawdziwej tragedii – katastrofy budowlanej podczas Targów Gołębi Pocztowych w Katowicach – i na jej tle buduje poruszającą, intymną historię dojrzewania w cieniu żałoby.
Główną bohaterką jest siedemnastoletnia Klara, która w jednej chwili traci całą rodzinę. Zostaje sama z niewyobrażalnym bólem i poczuciem pustki. Wyjazd na Mazury, pod opiekę wuja i jego syna, staje się dla niej nie tylko zmianą miejsca, ale przede wszystkim próbą nauczenia się życia od nowa. Mazurska przestrzeń – spokojna, surowa, pełna natury – kontrastuje z chaosem, który Klara nosi w sobie.
Relacje między bohaterami są tu niezwykle ważne. Wuj, zamknięty w sobie i naznaczony własnymi doświadczeniami, oraz jego syn – próbujący odnaleźć się w nowej sytuacji – tworzą wokół Klary delikatną, choć nieidealną przestrzeń bezpieczeństwa. Pojawienie się Fryderyka wnosi do tej historii światło. Ich relacja nie jest przesłodzona ani banalna – rodzi się z bólu, z potrzeby bycia zauważonym i zrozumianym. To uczucie dojrzewa powoli, dając Klarze nadzieję, że nawet po największej tragedii można jeszcze poczuć ciepło.
To powieść obyczajowa z mocnym ładunkiem emocjonalnym, skierowana szczególnie do czytelników wrażliwych na historie o stracie, odbudowie i pierwszej miłości. Spodoba się zarówno młodszym odbiorcom, którzy odnajdą w Klarze swoje lęki i niepewności, jak i dorosłym, dla których będzie to opowieść o sile przetrwania i kruchości życia.
Podczas czytania towarzyszy smutek, momentami wręcz ciężar nie do udźwignięcia, ale też cicha nadzieja. Są chwile wzruszenia, złości na niesprawiedliwość losu, a potem powolne, ostrożne ocieplenie serca. Autorka pokazuje, że żałoba nie znika – ona zmienia kształt, a człowiek uczy się z nią żyć.
„Gołębiarka” przypomina, że nawet z największych ruin można odbudować siebie, choć wymaga to czasu, odwagi i drugiego człowieka obok. To historia, która boli, ale też daje ukojenie. Jeśli szukacie poruszającej, emocjonalnej opowieści o miłości rodzącej się z cierpienia i o sile, jaką daje bliskość – warto po nią sięgnąć.
Książka ma duży druk i krótkie rozdziały. Należy zwracać uwagę na nagłówki, gdyż postacie się zmieniają, a musicie wiedzieć, że to bardzo inteligentne osobniki, które knują i sprawdzają innych do początkowo nie znanych nam celów. Osoby, które wydają się być mniej ważne pełnią dużą rolę, a te główne potrafią znikać i się pojawiać, niczym kameleon. To nie jest zwyczajna lektura, gdyż towarzyszy jej bardzo wysokie napięcie. Autor dozuje nam sekrety i bardzo opóźnia ich rozwiązanie. To była zasada ukrytego kanału. Zaczęliśmy jednym zniknięciem dziecka, więc trop był jeden. Po nim doszło do kolejnego zniknięcia i tu już tropy zaczęły się rozjeżdżać na cztery a nie dwie strony. W momencie, kiedy wychodzi na to, że sprawa jest bardziej złożona niż wygląda, dzielimy się u jednej osoby na dwa tropy, u drugiej na cztery, a jeszcze u innej na jeden konkretny, który mógł wszystko zapoczątkować. Dlatego tak ważne jest aby wiedzieć o kim się czyta, gdyż mniej uważne osoby mogą się pogubić. Autor zastosował nieco dramaturgii, gdyż jak już ktoś coś zwęszy, to widzimy gdzie wtedy zmierza, czytamy co robi, co myśli, z kim się o tym kontaktuje, więc to odbiega w czasie od tych konkretów, które bardzo nas interesują. Długo nie wiemy co się dzieje z zaginionymi. Nie wiemy po jakiej stronie stoją dziennikarze, kto daje im wskazówki do odkładania w czasie ważniejszych spraw. Nie wiemy dlaczego osoby są śledzone, choć według postaci mogą mieć ważny związek z dalszymi dochodzeniami. Widzimy wszystko w momencie, który dzieje się teraz, więc nie ma jak przewidzieć przyszłych wydarzeń, a jeszcze pisane naprzemiennie z innymi osobami, o innych sprawach, potrafią mocno pokomplikować nam w głowach. Nie zdradzę wam kto czym się kierował, ani kto był najbliżej prawdy z tego względu, gdyż ludzie dużo tu mają na sumieniu. Jednymi kieruje racjonalne myślenie, innymi zemsta i trudno pojęte rozumienie siebie i swoich potrzeb. Jeśli zatem poszukujecie dobrego thrillera psychologicznego, to ta książka powinna się znaleźć na waszej liście:-)
„Odrzucenie boli najbardziej wtedy, gdy potwierdza to, czego sami się boimy.”
„Intymność bywa tu bronią, nie schronieniem.”
„Każda relacja jest próbą ucieczki przed samym sobą.”
„Odrzucenie nie kończy się na innych — najczęściej zaczyna się w nas.”
Chyba każdy z nas przeżył kiedyś ból związany z odrzuceniem i tym jak w takiej sytuacji boli serce.
Brak akceptacji, pogarda dla tego co odmienne i nieznane w czasach , gdy media społecznościowe wywierają nieustanną presję to niestety smutna rzeczywistość w jakiej żyją bohaterowie opowiadań stworzonych przez Tony'ego Tulathimutte i powiem szczerze- niektóre momenty wywoływaly we mnie głębokie poruszenie, innym razem czułam tak ogromny wstręt i niesmak, że ciężko mi było kontynuować lekturę.
Emocje są ciężkie, duszące a czytanie wymaga skupienia i dużej cierpliwości.
We mnie Odrzucenie wywołało mieszane odczucia i nie potrafię go jednoznacznie ocenić.
Polecam jednak sprawdzić.