"Przyglądała mu się uważnie. Miała wrażenie, że stoi przed nia teraz tak bezbronny, że pokazuje jej swoje serce, a ona nie ma pojęcia, co z tym zrobić. Bo co, jeśli je uszkodzi? Co, jeśli je złamie jak kawałek ciastka, bo nie potrzebuje całości, tylko fragmentu? Czy może sobie tylko tyle wziąć? I oddać mu resztę? Bo tak jest bezpiecznej."
"-Nie jesteś oszutem, Leo.
-Skąd taka pewność.
-Bo nie ma nic prawdziwszego niż ty na scenie. Nie można oszukać tych wszystkich uczuć, które pojawiają się, kiedy śpiewasz."
Od kiedy pamiętał, toczył tę samą beznadziejną, wewnętrzną szarpaninę. Kiedy czuł się dobrze, wmawiał sobie, że jest zbyt silny na terapię, że to tylko przejściowe. W końcu każdy ma złe dni. Kiedy wpadał w tę osobistą otchłań, która wydawała się nie mieć końca, którą zmniejszał jedynie ból, to był zbyt słaby, żeby prosić o pomoc. (...) Odmawiał sobie prawa do cierpienia, próbując zasypać otchłań, ale to przypominało gaszenie pożaru lasu szklanką wody.
Sukces przyszedł do Zawieszonych jak huragan.
Nagle pasja, którą pamiętali ich bliscy , ewentualnie sąsiedzi , może garstka znajomych stała się własnością tłumu obcych ludzi, którzy nie chodzą na koncerty tylko dla znanego zespołu rockowego.
Oni zaczynają znać ich piosenki , noszą twarze Kuby na koszulkach , ale ceną za to. Jest.. kłamstwo i sekret dzielony z ukochanymi osobami i udawanie pod marketing..
Czy wszystkie muzyczne wyróżnienia i wyprzedane koncerty są warte utraty siebie i tego kogo się kocha?
Zycie prywatne przyjaciół najprościej można byłoby określić statusem "To skomplikowane ". Relacja Oliego i Kuby - zdecydowanie moja ulubiona- wydaje się być bardzo stabilna, lecz zostanie wystawiona na bardzo poważną próbę.. i zdecydowanie był to jeden z wątków, które złamały mi serce na wiele sposobów.
Stan ojca chłopaka również się pogorszył, co zdecydowanie kładzie się cieniem na jego psychice I sercu.
Emi z kolei zmaga się z burzą uczuć , których nie planowała do siebie dopuścić. Teraz próbuje zamknąć w jednej szufladzie to co połączyło ją z wokalistą Maybassu a w drugiej trudne relacje z matką i to dziwne coś czego doświadcza w obecności Tośka.
Edward również nie może odnaleźć ukojenia- jedna podsłuchana rozmowa ojca i babci sprawia, że coś w nim pęka.
Młody mężczyzna zdaje sobie również sprawę z tego jak bardzo tęskni za bliskością.
No i Magda.. kobieta , która naprawdę solidnie namiesza.
Czy miałam zamiar przeciągnąć czytanie?
Oczywiście, tylko po to żeby dłużej cieszyć się tym cudem.
Czy mi wyszło? Absolutnie nie, bo głód poznania kolejnych stron był silniejszy i nieustannie chciałam więcej.
Emocji było tyle,ze nie sposób było tego wszystkiego pomieścić i spokojnie przeanalizować.
I chyba właśnie to jest największą siłą „Kody” — tutaj muzyka jest czymś znacznie więcej niż tylko tłem dla wydarzeń. Jest marzeniem, sposobem na wyrażenie siebie, ucieczką, ale czasem również ciężarem, którego nie da się tak po prostu odłożyć na bok. Bo kiedy marzenie zaczyna należeć nie tylko do ciebie, ale również do tysięcy innych osób, bardzo łatwo zapomnieć, po co właściwie zaczęło się tę drogę.
Nina Włodarczyk po raz kolejny pokazuje, że za światłem reflektorów, wywiadami, koncertami i sukcesami kryją się przede wszystkim ludzie. Ze swoimi lękami, słabościami, pragnieniami i problemami, których nie da się rozwiązać jednym występem ani kolejną nagrodą.
Szczególnie mocno wybrzmiewa tutaj temat bliskości. Tego, jak bardzo można jej potrzebować, a jednocześnie jak bardzo można się jej bać. Jak trudno pozwolić komuś zajrzeć pod wszystkie warstwy, kiedy samemu nie do końca wie się, co znajduje się pod nimi.
To jedna z tych historii, przy których człowiek mówi sobie „jeszcze tylko jeden rozdział”, a chwilę później orientuje się, że właśnie skończył książkę i zdecydowanie nie jest gotowy się z nią rozstać.
A zakończenie? Zdecydowanie coś we mnie krzyczało - może ktoś przyjmuje reklamacje?
To się nie może zamknąć w takiej chwili.
Kocham ich tak jak Thirty Seconds To Mars , mimo,że nigdy nie zagrali.
A może właśnie na tym polega magia Zawieszonych — że choć są tylko bohaterami książki, z czasem zaczynają być kimś znacznie więcej. Ich emocje stają się naszymi, ich piosenki zostają w głowie, a ich historie nosimy ze sobą jeszcze długo po zamknięciu książki. I chyba właśnie dlatego tak trudno się z nimi rozstać. Bo niektóre historie się nie kończą — one po prostu na chwilę cichną, zostawiając nas z nadzieją, że jeszcze kiedyś zabrzmią.
Filmowego Draculę obejrzałam w życiu już kilka (jak nie kilkanaście) razy, w końcu mogę potwierdzić, że adaptacje są wierne książkowemu pierwowzorowi. Klasyka światowej grozy, cóż można innego rzec. Jest tajemniczo, mrocznie, niepokojąco, tak gotycko i romantycznie, że już chyba bardziej być nie mogło. Audiobook sprawił, że nawet te nudniejsze fragmenty weszły gładko.
To dopiero początek sagi, ale za to jaki początek. Z czytelnikiem pozostaną te błyskotliwe żarty, realne poczucie niepokoju, zachwyt nad tak fascynującym i jednocześnie przerażającym światem. Wiedźmin pozostaje dobrą serią nieważne, w jakiej formie i ile razy by do niej wracać.
#współpracabarterowa
Uwierzcie mi to jest niesamowite jak autorka napisała o odzyskiwaniu własnego życia.🥰
Autorka ukazuje nam, z czym mierzą się miliony kobiet każdego dnia. Od małego jesteśmy uczone, że mamy być zawsze pomocne, ciche, uczynne, uśmiechnięte i na wszystko się zgadzać.Wszystko ma swoje granice.😵💫 Przeważnie one zacierają się i wtedy otacza nas manipulacja...z czasem przestajemy widzieć prawdziwą siebie . Dlatego ta książka uświadamia,że tak nie musi być.
Co znajdziesz w środku❓️
Książka jest perfekcyjnie podzielona na trzy części. Znajdziesz w niej konkrety, a dokładniej to jak nie brać na siebie odpowiedzialności za nastroje całego świata. Beverly Engel daje nam wspaniały drogowskaz,a reszta już zależy tylko i wyłącznie od nas.
Jak dla mnie ta lektura była niesamowita. Zrozumiałam jak często nie chcąc urazić kogoś zgadzam się i tracę odrobinę siebie.
TO lektura obowiązkowa dla każdego kto....❓️
⚠️...chce stanąć po swojej stronie i nauczyć się mówić NIE,
⚠️...pozwala wchodzić sobie na głowę w pracy, w związku czy w rodzinie,
⚠️...żyje w ciągłym biegu, dbając o komfort wszystkich, tylko nie swój,
⚠️...lubi pracę nad sobą i szuka konkretnych narzędzi do zmiany życia.
Gosia Lisińska zabiera nas w okolice nomen omen, choć malowniczych to niespokojnych Wadowic. To tam spotykamy Dominikę, której po prostu nie sposób nie polubić. To kobieta, która wymyka się wszelkim schematom. Zarówno tym książkowym, jak i życiowym. Bo to, co ją spotkało, niejedna z nas by się załamała, użalała się nad sobą, może i popadłaby w depresję, a ona ostro prze do przodu! Byłam pełna podziwu dla jej optymizmu i odwagi. Nowe miejsce zamieszkania, nowa praca i może nowy... mężczyzna? I jeszcze po drodze mrożące krew w żyłach wydarzenia. Bo kto miałby dać radę jak nie ona? Niekiedy jej nieroztropne i ciekawskie zachowanie można zrozumieć, bo podyktowane jest chęcią pomocy i wiarą w drugiego człowieka. Choć może być zgubne...
Zaskoczyła mnie również postać Andrzeja - policyjnego patologa z zawodu oraz rozwodnika i ojca dwójki dzieci. Z początku wydawał mi się zbyt poważny, mrukliwy i zamknięty, ale później pokazał swoje prawdziwe oblicze, które bardzo mi spodobało. Oj pozory mogą mylić. Taki temperamentny facet! Jego relacja z Dominiką obfitować będzie w iskry. Tylko czy pośród tych wszelkich zawirowań kryminalnych zaznają spokoju?
Nie przeszkadzało mi to, że wątek zagadki kryminalnej był nieco przerysowany, wszak to komedia romantyczna, prawda? Napięcie, poszlaki, zaskakujące zwroty akcji i niewiadoma co do sprawcy zbrodni trzymają nas do finału. A domysły Dominiki i szalonej Anetki tylko podsycają ten efekt i sprawiają, że pękamy ze śmiechu. Warstwa kryminalna przeplata się z romansem. Emocji co niemiara i do tego to całe zamieszanie i chaos. Jednak autorka ma na wszystko oko, czuwając, by nic za bardzo nie wymknęło się spod kontroli. Tak więc jest i śmieszno, i straszno, i romantycznie, i niegrzecznie też.
"Co widziała chihuahua?" to lekka, zabawna i błyskotliwa komedia kryminalno-romantyczna o relacjach międzyludzkich, rodzinie, bliskości, płomiennym uczuciu i świetnie skrojonej intrydze. To historia o tym, jak podnosić się z upadków i czerpać z życia pełnymi garściami. Jeśli jesteście ciekawi, co widziały dwa psiaki z piekła rodem!?
Witam, dziś mam dla Was recenzję książki „Na tropie sensacji” ❤️ Paryżanki Tom 1 ❤️ autorki Heleny Leblanc ❤️
Wydawnictwo Litera Inventa ❤️
„Na tropie sensacji” to historia, która pokazuje nam, jak można dać się zaślepić mężczyźnie. Nasza bohaterka ma dobrą pracę, ponieważ pracuje w redakcji. Młoda kobieta ma bardzo duże zainteresowanie mężczyznami, choć niestety cały czas trafia na bardzo podobnych facetów. Pokazane mamy, z jakimi problemami musi zmagać się kobieta. Jednym z nich jest zdrada, bo jak można się czuć, kiedy dowiadujemy się, że mąż nas zdradza, a na domiar złego spodziewa się z kochanką dziecka? Nasz świat burzy się jak domek z kart, tym bardziej że ma się marzenia o rodzinie i dzieciach. Najgorsze jest to, że człowiek dowiaduje się po czasie, z kim tak naprawdę żyje pod jednym dachem.
Mamy tutaj pokazane także problemy finansowe, gdzie można popaść w długi nie tylko ze swojej winy, ale również z winy współmałżonka. Niestety w takich sprawach, kiedy nie ma się wiedzy i pomocy, można dać się wkręcić w długi, z których nie ma wyjścia. Mamy tutaj pokazane, jak człowiek, chcąc ułożyć sobie życie, szuka miłości w osobach, które niestety nie są tego warte, ponieważ po raz kolejny można zostać skrzywdzonym w podobny sposób.
Utrata pracy nie pomaga w problemach, z jakimi można się zmagać, choć czasami zmiana otoczenia jest najlepszą ofertą, którą możemy przyjąć. Mężczyźni, którzy pojawiają się w życiu naszej bohaterki, to kolejne zagadki do odkrycia. Max – mężczyzna, który za wszelką cenę chce zdobyć naszą bohaterkę. Mimo jej sprzeciwów nie poddaje się tak łatwo, a zaczyna również bardzo niemiło mieszać w naszej historii.
Jest i Alxsandro – mężczyzna, który dopiero miesza w głowie Gealle. Ona jednak nie jest mu dłużna. Ich teksty i przekomarzania nie dają nam się nudzić. Oczywiście to wszystko doprowadza ich jednak do uczucia, z którym oboje muszą się uporać. ❤️
Mamy tutaj także tajemnice, które wychodzą na jaw. Nawet nie zgadniecie jakie 😉 Mogę Wam powiedzieć tylko tyle, że nawet ja do ostatniego momentu nie zdawałam sobie sprawy, że to może być właśnie to 😉.
Także polecam Wam tę historię o rudej dziewczynie, która mimo przeciwności losu w końcu znalazła swoje szczęście. 😍❤️
Jeśli lubicie historie pełne tajemnic, miłosnych perypetii, przekomarzań i niespodziewanych zwrotów akcji, to zdecydowanie musicie poznać tę historię. ❤️ Ja spędziłam z nią naprawdę ciekawy czas i jestem bardzo ciekawa, co wydarzy się dalej. 😍❤️
„Dama z perłą” Sylwii Winnik to powieść, która pokazuje, jak bardzo pozory potrafią różnić się od rzeczywistości. Z zewnątrz – pałace, bogactwo, piękne stroje, bale i życie wśród elit. W środku – samotność, niespełnienie, strata i coraz silniejsze poczucie, że życie, które miało być spełnieniem marzeń, tak naprawdę nie należy do niej.
Główną bohaterką jest Daisy Hochberg von Pless, arystokratka, która na pierwszy rzut oka ma wszystko. Żyje w świecie, w którym niczego nie powinno jej brakować. Od najmłodszych lat uczy się jednak, jaką rolę ma odegrać – jak się zachowywać, co wypada powiedzieć, kiedy się uśmiechnąć i jak wyglądać tak, by wszyscy wokół byli przekonani, że jej życie jest idealne. Z czasem coraz bardziej doskonali tę rolę, aż sama zaczyna funkcjonować za stworzoną dla niej fasadą.
I właśnie psychologiczny portret Daisy jest dla mnie największą siłą tej książki. To bohaterka, której nie da się sprowadzić do pięknej arystokratki żyjącej w luksusie. Pod eleganckimi sukniami i perłami kryje się kobieta bardzo samotna, spragniona bliskości i zwyczajnego zainteresowania. Jej małżeństwo, zamiast dawać poczucie bezpieczeństwa, przynosi chłód, a doświadczenie straty pozostawia w niej ślad, którego nie da się po prostu ukryć za kolejnym uśmiechem.
Autorka bardzo dobrze pokazuje również temat kobiecej niezależności w świecie, w którym właściwie wszystko było już z góry ustalone. Daisy musi mierzyć się nie tylko z własnymi emocjami, ale również z oczekiwaniami otoczenia. Ma być odpowiednią żoną, księżną i gospodynią, a jej własne potrzeby schodzą na dalszy plan. Czy w takim świecie można jeszcze zdecydować o sobie? I ile trzeba poświęcić, żeby w końcu zacząć żyć własnym życiem?
Akcja powieści przenosi nas do świata arystokracji przełomu XIX i XX wieku. Pałacowe wnętrza, salony, bale i wystawne przyjęcia tworzą piękną, momentami niemal bajkową scenerię, ale za tym przepychem kryje się zupełnie inna rzeczywistość. Ten kontrast bardzo mocno wybrzmiewa podczas lektury. Im piękniejszy wydaje się świat Daisy z zewnątrz, tym bardziej odczuwalna staje się jej samotność.
„Dama z perłą” jest powieścią historyczno-obyczajową, ale znajdziemy w niej również sporo warstwy psychologicznej. Sylwia Winnik nie skupia się wyłącznie na wydarzeniach i historycznych realiach. Dużo miejsca poświęca emocjom bohaterki, jej rozterkom i temu, co dzieje się w jej wnętrzu. Dzięki temu Daisy staje się kimś więcej niż postacią z przeszłości – staje się kobietą, której problemy i potrzeby okazują się zaskakująco uniwersalne.
Styl autorki jest spokojny, obrazowy i bardzo emocjonalny. Z dużą uważnością opisuje zarówno pałacową rzeczywistość, jak i wewnętrzne przeżycia bohaterki. Nie znajdziemy tutaj pędzącej akcji czy nieustannych zwrotów wydarzeń. To raczej historia, którą trzeba sobie pozwolić przeżywać powoli. Jej siłą są atmosfera, emocje i stopniowo odsłaniany obraz kobiety ukrytej za tytułową „damą z perłą”.
Podczas czytania najbardziej poruszała mnie właśnie samotność Daisy. Trudno nie pomyśleć o tym, jak łatwo oceniamy czyjeś życie, patrząc wyłącznie z zewnątrz. Ktoś może mieć wszystko, czego pozornie można pragnąć, a jednocześnie czuć się całkowicie niewidzialny. Ta książka wywoływała we mnie smutek, współczucie, ale również złość na świat, który przez tak długi czas wymagał od kobiet przede wszystkim tego, by dobrze odgrywały przypisaną im rolę.
„Dama z perłą” szczególnie przypadnie do gustu osobom, które lubią powieści historyczno-obyczajowe, historie silnych, ale jednocześnie bardzo wrażliwych kobiet oraz opowieści inspirowane prawdziwymi postaciami. To również dobry wybór dla czytelników, którzy w książkach szukają nie tylko wydarzeń, ale przede wszystkim emocji, relacji i pytań o własne życie.
To opowieść o kobiecie, która miała niemal wszystko, a mimo to długo nie miała tego, czego najbardziej potrzebowała – poczucia, że naprawdę może być sobą. Sylwia Winnik stworzyła historię pełną elegancji, ale też bólu i tęsknoty za zwyczajnym, prawdziwym życiem. „Dama z perłą” przypomina, że idealne życie widziane oczami innych nie zawsze jest życiem, którego sami pragniemy. To poruszająca opowieść o samotności, potrzebie bliskości i odwadze, by w końcu spróbować zawalczyć o siebie. Zdecydowanie polecam miłośnikom klimatycznych powieści historycznych, które zostają w głowie jeszcze długo po odłożeniu książki.
Uwielbiam! Absolutnie nigdy nie chciałabym mieć osobiście do czynienia z Artemisem, to nie jest bohater, którego można pokochać, a jednak cała ta seria wiele lat temu rozpaliła moją wyobraźnię i pasję do czytania. Wszystkie postacie w tej książce mają tak silnie nakreślone osobowości, że kiedy się ścierają ze sobą, to fajerwerki wybuchają na niebie, a czytelnicy płaczą ze śmiechu albo rozdziawiają buzie z zaskoczenia. To trzeba przeżyć na własnej skórze.
„Berenice” to moje ulubione opowiadanie tego autora. Niesamowicie niepokojące za każdym czytaniem. W „Serce oskarżycielem” my sami jesteśmy przeciwko sobie. Poe jest niekwestionowanym mistrzem grozy. Jeżeli wyłącznie przez osobę narratora poznajemy dany świat, a ten sam narrator wątpi w swoje zmysły, to co my mamy powiedzieć? Jak się poczuć? Pierwsza kroczy niepewność, a zaraz za nią strach przed niewiedzą, co też kryje się w ludzkiej naturze. Obsesje, pasje i dzikość pulsują w niby to tak kulturalnej i cywilizowanej XIX-wiecznej otoczce.
Są historie , które po prostu dobrze się czyta. Są też takie, które sprawiają, że podczas lektury zaczynamy coraz mocniej przywiązywać się do bohaterów, przeżywać ich decyzje razem z nimi i zastanawiać się, co sami zrobilibyśmy na ich miejscu. „Tylko mnie nie zapomnij” Abby Jimenez zdecydowanie zaliczam do tej drugiej grupy.
Sięgając po tę książkę, spodziewałam się przede wszystkim romansu – chemii, flirtu, zabawnych dialogów i historii dwojga ludzi, których połączyło przypadkowe spotkanie. I oczywiście to wszystko tutaj znalazłam. Ale dostałam również coś więcej.
Dostałam opowieść która przypomniała mi, że życia nie da się zaplanować w stu procentach.
Samanta jest kobietą, która lubi mieć wszystko pod kontrolą. Ma swoje plany, ambicje i dokładnie wie, czego chce. Uczucia niekoniecznie znajdują się na liście jej najważniejszych priorytetów. I właśnie dlatego jej spotkanie z Xavierem jest tak znaczące. Bo czasami wystarczy jedna osoba, żebyśmy zaczęli kwestionować wszystko, co do tej pory wydawało nam się oczywiste.
Xavier od początku wzbudził moją sympatię. Jest charyzmatyczny, pewny siebie, zabawny, ale jednocześnie ma w sobie ogrom ciepła i wrażliwości. Szczególnie urzekło mnie jego podejście do zwierząt. W takich drobnych momentach najlepiej widać jego prawdziwe oblicze i właśnie wtedy zaczęłam rozumieć, dlaczego Samanta tak szybko zaczęła się przy nim otwierać.
A ich relacja? Chemia między nimi jest naprawdę świetna.
Uwielbiałam ich rozmowy, przekomarzanie się i tę naturalność, która sprawiała, że ich kontakt nie wydawał się wymuszony. Były momenty, kiedy uśmiechałam się do książki, ale były też takie, w których robiło mi się naprawdę ciężko na sercu.
Bo ta historia bardzo szybko pokazuje, że samo uczucie czasami nie wystarcza.
I chyba właśnie to podobało mi się w niej najbardziej.
Samanta i Xavier muszą zmierzyć się z odległością, planami na przyszłość, własnymi obawami i pytaniem, którego chyba każdy z nas kiedyś sobie zadawał: czy dla miłości warto zmienić swoje życie?
Nie ma tutaj prostych odpowiedzi.
Autorka pokazuje, że miłość nie zawsze pojawia się w idealnym momencie. Czasami przychodzi wtedy, kiedy kompletnie jej nie szukamy. Kiedy mamy inne plany. Kiedy jesteśmy przekonani, że wiemy, jak będzie wyglądało nasze życie.
I wtedy pojawia się ktoś, kto sprawia, że zaczynamy się zastanawiać, czy aby na pewno chcemy dalej podążać wyznaczoną wcześniej ścieżką.
Podczas czytania bardzo mocno wybrzmiała dla mnie myśl, że nie wszystko, co nieplanowane, jest złe. Czasami największe zmiany przychodzą właśnie wtedy, kiedy najmniej się ich spodziewamy.
Ale „Tylko mnie nie zapomnij” nie jest wyłącznie słodkim romansem. I za to jestem tej książce szczególnie wdzięczna. Pojawiają się tutaj trudne rodzinne doświadczenia, choroby bliskich, lęk, niepewność i decyzje, których konsekwencje mogą zmienić życie. Dzięki temu historia nabiera głębi, a bohaterowie stają się bardziej prawdziwi.
Nie są idealni.
Podejmują złe decyzje. Boją się. Czasami uciekają przed tym, co naprawdę czują. Próbują znaleźć kompromis pomiędzy tym, czego chcą, a tym, co podpowiada im rozsądek.
I właśnie dlatego tak łatwo było mi ich zrozumieć.
Abby Jimenez po raz kolejny przypomniała mi, dlaczego lubię romanse, które oprócz historii miłosnej mają coś jeszcze do powiedzenia. Lubię, kiedy książka potrafi mnie rozbawić, ale chwilę później sprawić, że muszę odłożyć ją na moment i po prostu pomyśleć.
„Tylko mnie nie zapomnij” właśnie taka dla mnie była.
Ciepła, zabawna, romantyczna, ale jednocześnie momentami naprawdę wzruszająca. To jedna z tych historii, przy których można się uśmiechać do bohaterów, kibicować ich relacji, a jednocześnie zastanawiać się nad własnym życiem.
Bo przecież każdy z nas ma jakieś plany.
Mamy wyobrażenie o tym, gdzie będziemy za rok, pięć czy dziesięć lat. Wiemy, czego chcemy, czego nie chcemy i jak powinna wyglądać nasza przyszłość.
A przynajmniej tak nam się wydaje.
Dopóki życie nie postanowi napisać własnego scenariusza.
I chyba właśnie dlatego ta historia tak bardzo do mnie trafiła. Bo przypomniała mi, że czasami warto pozwolić sobie na odrobinę spontaniczności. Nie wszystko musi być zaplanowane. Nie każda decyzja musi być idealnie przemyślana. Czasami trzeba po prostu posłuchać tego, co mówi serce.
A czy Samanta i Xavier znajdą sposób, żeby pogodzić swoje plany z tym, co zaczęło ich łączyć?
Tego oczywiście Wam nie zdradzę.
Powiem tylko, że ich historia dostarczyła mi wielu emocji i sprawiła, że niejednokrotnie zastanawiałam się, co sama zrobiłabym na ich miejscu.
śl:
Może czasami człowiek, którego spotykamy zupełnie przypadkiem, wcale nie jest przypadkiem w naszym życiu?
To była jedna z tych książek, przy których po zakończeniu historii przez chwilę nie chciałam jeszcze przechodzić do kolejnej. Bo niektóre opowieści po prostu się kończą, a inne zostają z nami jeszcze przez jakiś czas. Ta zdecydowanie należy do tych drugich.
Po przeczytaniu tej książki zastanawia mnie pewien fakt, który jest nie tylko opisywany w powieściach, ale dokładnie tak samo jest ułożony przez nas w życiu prywatnym. Chodzi o słowa, które wypowiada się za sprawą chwili, które w ogóle nie są zgodne z tym co czuje ciało i co naprawdę się myśli. Tutaj kobieta kogoś odrzucała podczas gdy jej ciało pragnęło aby ta osoba ją przytuliła. To zatem taki paradoks, że sami potrafimy się unieszczęśliwiać, sami robimy sobie pod górkę i winę zwalamy za to na los. Nikt nie widzi tego, że sami sobie to robimy a los nie ma z tym nic wspólnego. Nasz los to my, bo jest tym co mówimy. Teraz rozumiem logikę dawnych ludzi, którzy zawsze mówili, że jak mam powiedzieć coś złego, to lepiej nic nie mówić. Z kolei jeśli ktoś się z kimś nie zgadza, ma prawo powiedzieć to, co myśli, bo inaczej jego wnętrze go zje. Nie ma nic gorszego od wewnętrznego dysonansu, wiem co mówię.
Jeśli chodzi o całość, to ogólnie bardzo szybka i emocjonalna lektura. Minusik dałam za to, że jest tutaj ordynarnie. Niby osoba po drugiej stronie to ta skrzywdzona i krucha, która po czasie stała się silna i twarda, jednak w słowach wyrzutu, wypominania aż kipiała wściekłością, więc oznaczało to, że wewnętrznie nie poradziła sobie wcale. Założyła jedynie skorupę żółwia, ale i jak żółw bez niej jest niczym małe zwierzątko potrzebujące opieki i bezpieczeństwa.
To opowieść podczas której postacie same o sobie opowiadają, jednak najważniejsze rzeczy zdradzają w rozmowach z innymi, a ogólniej przekazują nam informacje wtedy, kiedy moglibyśmy poznać ich od serca. Czuć było tutaj wielką krzywdę, bo miłość życia mężczyzny powróciła, tylko po bolesnych przeżyciach z lat wcześniejszych i nie ma zamiaru tak wszystkiemu się poddawać. Co ciekawe w jej głowie pojawiają się tylko obrazy złości i krzywd, których doznała, a odrzuca te o których on jej przypomina, mniej więcej jego miłość. Pragnie nade wszystko być jej opiekunem i nie pozwolić aby drugi raz stała jej się krzywda. W grę wchodzą zapomniane wydarzenia z jakiegoś okresu wstecznego, które są kluczowe dla wielu wydarzeń późniejszych. Mamy tu zazdrość, konflikt, bukiet niezapominajek, krew na rękach, wdzięczność za życie, niebezpieczeństwo, ochrona za wszelką cenę, wymuszanie wspomnień o których przez kogoś się zapomniało. i najważniejsze pytanie na świecie, którego odpowiedź kończy książkę. No po prostu musicie po nią sięgnąć:-)
To typowa kontynuacja, więc zaczynamy od tomu pierwszego. Rozdziały mają swoją barwioną stronę z obrazkiem, mega dojrzale i bogato to wygląda. Druk jest średni, akcja szybko gna do przodu i nie zawsze wydarzenia pokazują się takie jakie byśmy się spodziewali, że będą. Po prostu warta polecenia:-)
Witam, dziś mam dla was recenzję książki Skąd ta nienawiść między wami ?❤️ Rodzina Tylczyńskich ❤️ Tom 2 ❤️ autorki Moniki Klary Krajniak ❤️
Wydawnictwo Videograf ❤️
Skąd ta nienawiść między wami ?to kolejna odsłona serii Rodzina Tylczyńskich ❤️.
Mamy tutaj przedstawionych dwoje dorosłych ludzi, którzy pałają do siebie nienawiścią. Na początku nie wiedziałam, dlaczego aż tak nasi bohaterowie nie mogą na siebie patrzeć, a tym bardziej przebywać ze sobą w jednym pomieszczeniu. Powoli jednak zaczęłam się tego dowiadywać.
Choć kiedy spotykają się na ognisku organizowanym przez przyjaciół, coś jednak zaczyna ich do siebie przyciągać. ❤️
Mamy pokazane, z czym w czasach dzieciństwa musiała zmagać się nasza Ada, która już od bardzo dawna musiała radzić sobie w domu rodzinnym, gdzie ojciec miał problem z alkoholem. Nic nie dało się poradzić, by jednak doszedł do wniosku, że jego zachowania nie są dobre dla rodziny. Dziewczyna od młodych lat znajdowała schronienie u rodziny Tylczyńskich. Tam dostawała wsparcie od młodszego Piotra, z którym w tamtym czasie bardzo się przyjaźniła i była w nim zakochana. Jednak kiedy stało się coś, co dziewczyna pamięta do czasów dorosłych, właśnie wtedy znienawidziła chłopaka, w którym była bardzo zakochana.
Pokazane mamy przeciwności losu, gdzie oboje dostają pracę w tym samym miejscu, a na domiar złego w tym samym pomieszczeniu 😂🫣. Jak myślicie, czy nasi bohaterowie dojdą w końcu do porozumienia, czy ta sytuacja jeszcze bardziej ich od siebie odsunie? 🤔
Najbardziej podobała mi się babcia mężczyzny, która za wszelką cenę próbowała bawić się w swatkę 😂❤️.
Mamy tutaj pokazaną bardzo niemiłą sytuację, gdzie po śmierci ojca dziedziczy się spadek. Co z tego, że może być to dom, w którym się wychowano, skoro mogą być również długi, które są bardzo wysokie i ciężko będzie je spłacić.
Autorka daje nam tutaj namiastkę czegoś niebezpiecznego, bo jak można podobać się drugiej osobie, którą co dopiero się poznało, i zaznać strachu tylko dlatego, że ktoś dostał od nas kosza.
Ta książka daje nam bardzo dużo do myślenia. Pokazuje, że jedna wielka pomyłka i słowa, które zostały wypowiedziane bez przemyślenia, mogą zaważyć na naszej miłości i przyszłości. Jednak najważniejszym dla nas jest wybaczenie i robienie rzeczy, które udowadniają, że jednak miłość jest dla nas najważniejsza. ❤️
Historia Ady i Piotra pokazuje nam, że czasami jedna sytuacja może zmienić całe nasze życie, a niewypowiedziane słowa i brak rozmowy mogą sprawić, że przez wiele lat będziemy żyć w nienawiści do osoby, którą tak naprawdę w głębi serca wciąż kochamy. ❤️
To była historia pełna emocji, tajemnic, trudnych wspomnień, ale również nadziei na to, że nawet po wielu latach można naprawić to, co kiedyś zostało zniszczone. ❤️
„Przypadkowe odkrycia astronomiczne” Chrisa Lintotta to niezwykle ciekawa książka popularnonaukowa, która pokazuje astronomię z trochę innej strony. Zamiast skupiać się wyłącznie na wielkich teoriach, skomplikowanych obliczeniach i pracy naukowców krok po kroku, autor opowiada o odkryciach, które często wydarzyły się trochę przez przypadek. I właśnie to jest w tej książce najbardziej fascynujące – Wszechświat potrafi zaskoczyć nawet wtedy, gdy szukamy zupełnie czegoś innego.
Nie znajdziemy tutaj klasycznej fabuły ani jednego głównego bohatera. Bohaterami są przede wszystkim astronomowie, naukowcy, obserwatorzy nieba, a czasem również przypadkowi odkrywcy, którzy zauważyli coś, czego początkowo wcale nie mieli zamiaru szukać. Lintott pokazuje ich ciekawość, dociekliwość i gotowość do zadawania pytań, ale także to, jak ważna w nauce jest umiejętność dostrzeżenia czegoś niezwykłego w pozornie nieistotnych danych.
Autor przywołuje wiele historii związanych z odkrywaniem niezwykłych obiektów i zjawisk. Jedną z najbardziej intrygujących jest historia Kosmicznego Teleskopu Hubble’a, którego skierowanie w pozornie pusty fragment nieba pozwoliło uzyskać niezwykłe obrazy odległych galaktyk. Poznajemy również historię Enceladusa – pokrytego lodem księżyca Saturna, który zwrócił uwagę naukowców dzięki danym zebranym przez sondę Cassini. Jest też historia pulsarów, których obecność początkowo wyglądała jak tajemnicze zakłócenia w danych. Każdy z tych przykładów pokazuje, że czasem największe odkrycia zaczynają się od prostego: „Coś tutaj się nie zgadza”.
Akcja książki nie jest oczywiście umiejscowiona w jednym miejscu ani czasie. Lintott zabiera nas do laboratoriów, obserwatoriów i centrów badawczych, ale przede wszystkim w podróż po kosmosie i historii astronomii. Pojawiają się zarówno odległe galaktyki, planety i ich księżyce, jak i miejsca na Ziemi, w których naukowcy prowadzą obserwacje. Dzięki temu książka ma ogromną przestrzeń – od pustyń i szczytów gór, gdzie stoją potężne teleskopy, aż po najdalsze zakątki Wszechświata.
Podczas czytania najbardziej podobało mi się to, że autor potrafi wzbudzić prawdziwe poczucie zachwytu. Nie trzeba być pasjonatem astronomii, żeby poczuć ogrom Wszechświata i niezwykłość tego, co udało się odkryć. Było sporo momentów, w których zatrzymywałam się przy jakiejś historii i myślałam, jak niesamowite jest to, że przełomowe odkrycie może pojawić się w wyniku przypadku, błędu, nietypowego sygnału czy spojrzenia w miejsce, w którym pozornie nie powinno być nic ciekawego.
„Przypadkowe odkrycia astronomiczne” to literatura popularnonaukowa, ale napisana w sposób bardzo przystępny. Chris Lintott nie zasypuje czytelnika trudnymi terminami ani nie zakłada, że posiada on rozległą wiedzę z zakresu astronomii. Zamiast tego prowadzi nas przez kolejne historie, tłumacząc zagadnienia w naturalny sposób. Jego styl jest lekki, gawędziarski i pełen ciekawostek, a jednocześnie nie traci naukowej rzetelności.
Szczególnie spodobało mi się przesłanie, które płynie z tej książki – że w nauce warto być ciekawym, uważnym i otwartym na to, co nieoczekiwane. Czasem właśnie to, co początkowo wydaje się błędem albo przypadkowym zakłóceniem, prowadzi do odkrycia czegoś, co zmienia nasze spojrzenie na Wszechświat.
To książka dla osób zainteresowanych astronomią, kosmosem i nauką, ale również dla tych, którzy dopiero chcą zacząć swoją przygodę z tymi tematami. Myślę, że szczególnie dobrze odnajdą się w niej czytelnicy lubiący ciekawostki, niezwykłe historie i publikacje, które potrafią czegoś nauczyć bez poczucia, że czytamy podręcznik.
„Przypadkowe odkrycia astronomiczne” to lektura, która przypomina, że nie wszystko da się zaplanować. Czasem wystarczy spojrzeć trochę uważniej, zadać właściwe pytanie i nie zignorować czegoś, co na pierwszy rzut oka wydaje się przypadkiem. Po tej książce zdecydowanie częściej można spoglądać w nocne niebo z myślą, że gdzieś tam wciąż czeka coś, czego jeszcze nie potrafimy dostrzec. Zdecydowanie polecam – szczególnie jeśli lubicie książki, które jednocześnie uczą, zaskakują i rozbudzają ciekawość świata.
„Pałac tajemnic” Agnieszki Pietrzyk to klimatyczny kryminał, w którym tajemnica zaczyna się w momencie, gdy w starym pałacu nad jeziorem Narie zostaje zamordowane rosyjskie małżeństwo, a ich piętnastoletnia córka znika bez śladu. Od tego momentu spokojne, choć nieco niepokojące miejsce zamienia się w przestrzeń pełną pytań, podejrzeń i sekretów, które zdecydowanie nie powinny ujrzeć światła dziennego.
Główną bohaterką jest Alicja Prus – nowa lokatorka pałacu, która dość szybko zostaje wciągnięta w wydarzenia rozgrywające się wokół niej. Nie jest typową bohaterką kryminału prowadzącą profesjonalne śledztwo, ale jej ciekawość i uważność sprawiają, że zaczyna dostrzegać rzeczy, które inni woleliby przemilczeć. Wraz z nią poznajemy kolejnych mieszkańców pałacu i bardzo szybko okazuje się, że właściwie każdy z nich może mieć coś do ukrycia.
I właśnie bohaterowie są jednym z ciekawszych elementów tej historii. Autorka nie przedstawia ich jako jednoznacznie dobrych lub złych. Każdy ma swoją przeszłość, motywacje i tajemnice, a poznawanie ich kolejnych warstw sprawia, że trudno komukolwiek w pełni zaufać. Podczas lektury kilka razy zmieniałam swoje podejrzenia, zastanawiając się, kto mówi prawdę, a kto zręcznie manipuluje otoczeniem.
Ogromną rolę odgrywa tutaj miejsce akcji. Barokowy pałac położony nad jeziorem Narie tworzy niezwykłą scenerię dla kryminalnej zagadki. Zamiast typowego miejskiego kryminału dostajemy zamkniętą przestrzeń, w której mieszkańcy mijają się na korytarzach, słyszą odgłosy zza ściany i siłą rzeczy wiedzą o sobie znacznie więcej, niż chcieliby przyznać. Stare mury, historia dawnego pruskiego rodu von der Groebenów, jezioro i echa przeszłości tworzą atmosferę, w której nawet zwykły odgłos czy uchylone drzwi mogą wzbudzać niepokój.
Bardzo podobało mi się właśnie poczucie zamknięcia, które towarzyszy tej historii. Pałac staje się niemal osobnym światem – pełnym korytarzy, mieszkań, zakamarków i sekretów. Przeszłość przeplata się tutaj ze współczesnością, a historia miejsca nie jest jedynie dekoracją. Ma wpływ na atmosferę i wydarzenia, które rozgrywają się obecnie.
Podczas czytania towarzyszyło mi przede wszystkim napięcie i ciekawość. Z każdą kolejną stroną pojawiały się nowe pytania, a odpowiedzi zamiast wszystko wyjaśniać, często otwierały kolejne wątki. Było też sporo nieufności – szczególnie że niemal każdy bohater wydawał się mieć coś, czego nie chciał ujawnić. To jeden z tych kryminałów, przy których człowiek zaczyna analizować drobne szczegóły i próbować samemu połączyć wszystkie elementy układanki.
Agnieszka Pietrzyk pisze lekko, obrazowo i z dużą dbałością o klimat. Nie przytłacza opisami, ale potrafi zbudować odpowiednio gęstą atmosferę. Narracja jest płynna, a kolejne sekrety są odkrywane stopniowo, dzięki czemu historia zachęca do dalszego czytania. Autorka dobrze wykorzystuje również zamkniętą przestrzeń i relacje między mieszkańcami, tworząc poczucie, że potencjalne zagrożenie może znajdować się dosłownie za sąsiednimi drzwiami.
To kryminał dla osób, które lubią tajemnice, zamknięte społeczności, nieoczywistych bohaterów i miejsca z własną, mroczną historią. Spodoba się również tym, którzy cenią historie, w których obok głównej zagadki kryminalnej ważną rolę odgrywają relacje między bohaterami i sekrety z przeszłości.
„Pałac tajemnic” to klimatyczna historia, w której stare mury zdecydowanie mają więcej do powiedzenia, niż mogłoby się wydawać. Zbrodnia jest tutaj dopiero początkiem, bo im dalej wchodzimy w świat mieszkańców pałacu, tym więcej tajemnic wychodzi na jaw. Jeśli lubicie kryminały, w których atmosfera, miejsce akcji i zagadkowi bohaterowie są równie ważni jak samo śledztwo, zdecydowanie warto dać tej książce szansę.
„Księga duchów” Siri Hustvedt to niezwykle osobista, przejmująca opowieść o miłości, stracie i tym, co pozostaje po człowieku, który był dla nas całym światem. To książka trudna do jednoznacznego zaklasyfikowania – gdzieś pomiędzy literaturą piękną, autobiograficzną opowieścią, esejem i zapisem żałoby. Nie jest to historia, którą po prostu się czyta. To raczej książka, którą się przeżywa.
Punktem wyjścia jest śmierć męża autorki, Paula Austera, z którym Siri Hustvedt przeżyła czterdzieści trzy lata. Po jego odejściu codzienność rozpada się na drobne, pozornie nieistotne elementy. Pomyłki dni tygodnia, odruchowe nakrywanie do stołu dla jednej osoby za dużo, szukanie znajomego zapachu na pozostawionej kurtce – właśnie takie drobiazgi najlepiej pokazują ogrom straty. Nie ma tutaj wielkich, patetycznych deklaracji. Jest za to zwyczajność życia po śmierci ukochanej osoby, która nagle okazuje się zupełnie inna.
Najważniejszymi bohaterami tej książki są Siri i Paul, a właściwie ich relacja. Autorka nie próbuje stworzyć idealnego obrazu wielkiej miłości. Pokazuje związek jako coś żywego, złożonego i wielowymiarowego – pełnego bliskości, wspólnych doświadczeń, przyzwyczajeń i wzajemnego przenikania się. Po kilkudziesięciu latach wspólnego życia granica pomiędzy „ja” i „ty” rzeczywiście może zacząć się zacierać. I właśnie dlatego odejście jednej osoby pozostawia w drugiej tak ogromną pustkę.
W tej książce nie znajdziemy klasycznej fabuły ani wyraźnie wyznaczonej akcji. Przestrzenią opowieści jest przede wszystkim codzienność po stracie – dom, wspomnienia, przedmioty należące do zmarłego, miejsca związane ze wspólnym życiem. Przeszłość nieustannie przenika się z teraźniejszością. To, co było, nagle staje się równie realne jak to, co dzieje się teraz. Wspomnienia, obrazy i drobne gesty pozwalają zmarłemu na chwilę powrócić do codzienności.
I chyba właśnie ten sposób przedstawienia żałoby zrobił na mnie największe wrażenie. Hustvedt pokazuje ją nie jako jeden wielki moment rozpaczy, ale jako coś, co czai się w codziennych czynnościach. Człowiek funkcjonuje, robi zakupy, przygotowuje posiłek, odpowiada na wiadomości, a jednocześnie niemal w każdej z tych czynności natrafia na ślad osoby, której już nie ma. To bardzo prawdziwe i momentami niezwykle bolesne.
Podczas czytania towarzyszyło mi przede wszystkim wzruszenie, melancholia i poczucie obcowania z czymś bardzo intymnym. Są fragmenty, przy których chce się zatrzymać i przeczytać je jeszcze raz. Jednocześnie nie jest to książka pogrążona wyłącznie w smutku. Jest w niej ogromna czułość, wdzięczność za wspólnie przeżyte lata i próba zrozumienia, czym właściwie jest miłość, która nie kończy się wraz ze śmiercią.
Siri Hustvedt pisze pięknie, ale bez przesadnego patosu. Jej styl jest jednocześnie literacki, intelektualny i bardzo osobisty. Autorka potrafi przejść od prostego obrazu codzienności do głębokiej refleksji nad pamięcią, tożsamością, relacją dwojga ludzi czy samą naturą straty. Widać jej ogromną erudycję, ale nie sprawia ona, że książka staje się chłodna. Wręcz przeciwnie – intelektualna warstwa opowieści pozwala jeszcze głębiej przyjrzeć się emocjom.
To zdecydowanie lektura dla osób, które lubią książki wymagające skupienia i zostawiające przestrzeń na własne przemyślenia. Szczególnie mocno mogą odebrać ją czytelnicy zainteresowani tematyką miłości, żałoby, pamięci i ludzkiej psychiki. Nie jest to jednak książka wyłącznie dla osób, które same doświadczyły straty. Wiele z jej refleksji dotyczy przecież uniwersalnych pytań o bliskość, przemijanie i to, jak bardzo drugi człowiek staje się częścią naszego życia.
„Księga duchów” to niezwykle szczery zapis miłości, która nie kończy się w chwili śmierci. Jest w niej ból, ale jest też ogromne piękno wspólnego życia i świadomość, że człowiek może pozostać w nas na wiele różnych sposobów. To książka o pustce, której nie da się po prostu wypełnić, ale też o pamięci, dzięki której ukochana osoba w pewnym sensie nadal jest obecna.
To jedna z tych lektur, do których nie podchodzi się obojętnie. Spokojna, intymna i bardzo prawdziwa – zostaje w głowie długo po odłożeniu jej na półkę. Zdecydowanie polecam ją osobom, które szukają literatury mądrej, emocjonalnej i skłaniającej do zatrzymania się na chwilę nad tym, co w życiu naprawdę ważne.
„Droga duszy” Agaty Grudzień to książka, która zdecydowanie wykracza poza tradycyjne ramy literatury. Nie znajdziemy tutaj klasycznej fabuły, wyraźnie zarysowanych bohaterów czy konkretnego miejsca i czasu akcji. To przede wszystkim publikacja z pogranicza rozwoju duchowego, refleksji nad ludzką egzystencją i duchowego poradnika, która zachęca do zatrzymania się i spojrzenia na własne życie z trochę innej perspektywy.
Autorka prowadzi czytelnika przez kolejne przekazy dotyczące duszy, ludzkich doświadczeń, energii, miłości i rozwoju. Zamiast jednej historii otrzymujemy zbiór myśli i wskazówek, które mają skłonić do zastanowienia się nad tym, po co jesteśmy na świecie, czego uczą nas trudne doświadczenia i na co powinniśmy zwracać uwagę podczas własnej drogi.
Nie ma tu więc bohaterów w tradycyjnym znaczeniu. Najważniejszym „bohaterem” staje się sam czytelnik. To jego życie, wybory, emocje i relacje są punktem odniesienia dla kolejnych rozważań. Autorka zachęca przede wszystkim do większej uważności na siebie, własne potrzeby i to, co dzieje się wokół nas. Jednym z ważniejszych przesłań jest również konieczność pokochania siebie i zadbania o własne granice, zanim zaczniemy dawać siebie innym.
Książka nie ma określonej przestrzeni czasowej czy geograficznej. Jej akcja – jeśli można tak ją nazwać – rozgrywa się bardziej w przestrzeni wewnętrznej i duchowej. Pojawiają się rozważania dotyczące energii, dobra i zła, duszy, wszechświata czy tak zwanych strażników światła. To właśnie ten element sprawia, że lektura będzie zupełnie innym doświadczeniem dla każdego czytelnika.
Podczas czytania miałam poczucie, że jest to książka, którą najlepiej dawkować sobie powoli. Nie jest nastawiona na szybką akcję czy zaskakujące zwroty. Jej zadaniem jest raczej zatrzymanie czytelnika i skierowanie jego uwagi do środka. Niektóre fragmenty skłaniają do refleksji nad własnym życiem, inne mogą budzić dystans lub potrzebę samodzielnego zastanowienia się, czy przedstawiony sposób patrzenia na świat jest nam bliski.
Szczególnie wybrzmiewa tutaj temat miłości do samego siebie. Zdanie, że najpierw trzeba zadbać o siebie, aby móc pomagać innym, jest proste, ale jednocześnie bardzo ważne. W codziennym życiu łatwo zapomnieć o własnych potrzebach, dlatego przypomnienie o tym, że również my zasługujemy na troskę i uwagę, może być wartościowe.
Agata Grudzień posługuje się prostym, bezpośrednim językiem. Forma przekazów sprawia, że książkę czyta się szybko i bez większych trudności. Nie jest to jednak lektura dla każdego. Jej odbiór w dużej mierze zależy od indywidualnego podejścia do duchowości, energii czy istnienia duszy. Dla jednych przedstawione treści będą inspirujące i skłaniające do refleksji, dla innych mogą być zbyt mocno osadzone w duchowym, momentami ezoterycznym sposobie postrzegania rzeczywistości.
I właśnie dlatego warto podejść do tej książki z otwartą głową, ale również z własnym krytycznym spojrzeniem. Nie wszystkie przedstawione idee trzeba przyjmować jako prawdę. Można potraktować je jako punkt wyjścia do własnych przemyśleń i zastanowić się, które z nich rzeczywiście coś w nas poruszają.
„Droga duszy” będzie szczególnie dobrą propozycją dla osób zainteresowanych rozwojem duchowym, poszukujących odpowiedzi na pytania dotyczące sensu życia, duszy i własnej drogi. To książka dla tych, którzy lubią zatrzymać się na chwilę, spojrzeć w głąb siebie i zastanowić się nad tym, co naprawdę jest dla nich ważne.
Nie jest to lektura, którą czyta się dla fabuły. To raczej spokojna podróż przez pytania, przekazy i refleksje, które mogą stać się impulsem do przyjrzenia się własnemu życiu. „Droga duszy” przypomina, że nawet trudne doświadczenia mogą skłaniać nas do rozwoju, a troska o innych nie powinna oznaczać zapominania o sobie. Jeśli bliska jest Wam tematyka duchowości i poszukiwania własnej drogi, warto dać tej książce szansę i sprawdzić, dokąd zaprowadzi Was jej lektura.
Żyjemy w świecie, w którym coraz częściej i łatwiej pokazujemy idealne kadry, niż naprawdę ze sobą rozmawiamy. Zdjęcia mają być dowodem szczęścia, ale nie pokazują samotności, bólu, wyrzeczeń, przemilczeń ani narastającego dystansu między ludźmi. A przecież to rozmowa jest podstawą udanego małżeństwa. Kiedy jej brakuje, nawet osoby mieszkające pod jednym dachem mogą stopniowo stać się sobie obce.
Punktem wyjścia książki „Zamęt” Kamili Bryksy jest zniknięcie dwunastoletniego Maksa podczas wizyty w zoo, gdy jego ojciec zajęty jest telefonem. Ta sytuacja została przedstawiona bardzo realistycznie, jest wręcz wyjęta z życia. Wystarczy chwila nieuwagi, by wydarzyło się coś, czego żaden rodzic nie chciałby przeżyć. Dodatkowo odpowiedzi ludzi pytanych o zaginionego chłopca, takie jak: „dziecka trzeba pilnować”, budzą silne emocje i skłaniają do refleksji nad tym, jak często zamiast okazać empatię i chęć pomocy, oceniamy innych.
Od tego momentu okazuje się, że nie jest to jedynie thriller psychologiczny, lecz historia mówiąca znacznie więcej o relacjach i rodzinnych zaniedbaniach. Życie rodziców Maksa, Igi i Kuby, rozpada się na naszych oczach. W ciągu jednego dnia na jaw wychodzą kolejne sekrety, kłamstwa i przemilczenia, które przez lata przed sobą ukrywali.
Krótkie rozdziały przypisane do konkretnych godzin sprawiają, że książkę czyta się bardzo szybko. Jej klimat jest duszny, pełen napięcia i niepokoju. Tajemnicze SMS-y, szantaż, manipulacja oraz pojawiające się nowe postacie skutecznie wprowadzają tytułowy zamęt i utrzymują czytelnika w niepewności do samego końca.
Narracja prowadzona naprzemiennie z perspektywy Igi i Kuby pozwala zobaczyć, jak bardzo się od siebie oddalili, co przed sobą ukrywają, jak postrzegają swoje małżeństwo i co jest dla nich naprawdę ważne. Bardzo mocno wybrzmiewa tu temat życia na pokaz, szczególnie w mediach społecznościowych. Iga bardziej boi się utraty wizerunku niż konfrontacji z własną przeszłością. Kubę natomiast przeraża prawda, która mogłaby zburzyć ich pozornie poukładane życie i plany na przyszłość.
Najbardziej poruszył mnie jednak wątek Maksa. Chociaż chłopiec przez większość książki jest fizycznie nieobecny, jego głos w prologu i epilogu ma ogromną siłę. Maks nie jest trudnym nastolatkiem. Dobrze się uczy, nie sprawia problemów i wydaje się samodzielny, dlatego rodzice są przekonani, że wszystko jest w porządku. W jego narracji wyraźnie czuć jednak, jak bardzo czuł się emocjonalnie zaniedbany i niewidzialny, co jako matka odebrałam szczególnie mocno.
Autorka ciekawie pokazuje również środowisko przyjaciół Igi. Przyznam szczerze, że od takich ludzi uciekałabym jak Struś Pędziwiatr z serii Zwariowane melodie.
„Zamęt” to nie tylko thriller o zaginięciu dziecka, ale przede wszystkim opowieść o kryzysie małżeństwa, o tym, jak łatwo zgubić bliskość i jak bardzo dziecko może czuć się wykorzystywane a jednocześnie niewidzialne, nawet wtedy, gdy rodzice są tuż obok.
Jeśli lubicie książki w stylu Harlana Cobena, z rodzinnymi tajemnicami, krótkimi rozdziałami i narastającym niepokojem, po tę historię zdecydowanie warto sięgnąć. Mnie właśnie dzięki tym podobieństwom do jego stylu „Zamęt” wyjątkowo przypadł do gustu.
Może to dziwne jak na realia XXI wieku, ale od wielu miesięcy w ogóle nie oglądam telewizji. Programy nie są interesujące, a wszelkie produkcje rozrywkowe wieją sztucznością i niesprawiedliwością na kilometr. Po co oglądać coś, co z góry jest ukartowane, a zwycięzca wybrany jeszcze przed rozpoczęciem pierwszego odcinka? Dużo ciekawsze są książki i tego wolę się trzymać.
Pióro Maxa Czornyja jest mi znane od dawna, lecz w „Sezonie drugim” autor, a to przeszedł samego siebie, a to pozwolił na to, bym nieco się pogubiła i nie do końca zrozumiała formułę opowieści. Nie stworzył tym razem treści opartej na faktach, czyli stuprocentowego true crime, tylko nieco za głęboko poruszył swoją wyobraźnię twórczą.
„Sezon drugi” nie jest też najświeższą propozycją autora- książka została wydana dokładnie w 2021 roku, zaś termin reality show nabrał tu nowego charakteru. Jednym zdaniem: trzymajmy się z dala od domów naszpikowanych kamerami, ot co. Pamiętajmy tez, że to wyłącznie fikcja, NIE zaś inspiracja dla wynaturzonych osobników. Z tego też względu książka powinna mieć oznaczenie TYLKO DLA DOROSŁYCH i nie byłaby to żadna przesada. Naprawdę, „Sezon drugi” to książka nie dla każdej grupy wiekowej. Nie jest to też dobra pozycja dla osób, które pragną odpocząć i zanurzyć się w czymś bajkowym, idyllicznym. Max Czornyj, poza literaturą dziecięcą, NIGDY nie zaserwuje pełnoletnim odbiorcom delikatnej obyczajówki, Jeśli ktoś lubi się bać i czytać książki z wypiekami na twarzy- nie ma co dłużej się zastanawiać, tylko siadać i zapoznawać się z tematyką ujętą przez pisarza. Tym razem będzie to jednak mocno skomplikowane… Zgubiłam się, przyznaję się do tego, bo to żaden wstyd. A Wy?
Początkowo fabułę uznawałam za bardzo interesującą, koniecznie chciałam też wiedzieć, jak potoczą się losy dwóch najważniejszych par. Niestety, pod koniec czułam znużenie, a było naprawdę obiecująco. Czy znajduję jednak jakiekolwiek plusy? Oczywiście, jest ich cała masa. Mimo ogromnego chaosu, zakładałam zupełnie inny finisz. Max Czornyj jednak słynie z tego, że kocha zaskakiwać swoich fanów i nowych czytelników. „Sezonu drugiego” zdecydowanie nie można czytać szybko, bo liczy się tu każdy szczegół, każdy ruch i każda myśl wykreowanej postaci.
Brutalny Big Brother- tak chyba można nazwać tematykę tej powieści. Dlaczego jednak w fikcyjnym programie startuje właśnie Ewa- kobieta z mroczną przeszłością? Przecież wiadomo, że trudno jest pokonać tysiące chętnych osób. Wszystko jednak w swoim czasie- autor dawkuje nam emocje niczym porcje leków i porównanie to też nie wzięło się z przypadku. Dlaczego? Sami to sprawdźcie. No, może początek, czyli tytułowy prequel, to typowe literackie wysokie C, ale czemu służy taki mocny strzał? Cóż, do dyspozycji mamy 2 części i 111 krótkich rozdziałów na przestrzeni 304 stron. Pamiętajmy, że autorowi pokroju Maxa Czornyja nigdy nie chodzi o ilość, a zawsze o jakość. Ta jest tu, moim zdaniem, nieco nadpsuta, ale nie odradzam nikomu lektury. Każdemu podoba się zawsze coś innego.
Autor dobrze podkreśla też coś, bez czego świat nie funkcjonuje. Chodzi o wszelkiego rodzaju statystyki czy komentarze odbiorców. Tylko dlaczego książkowy program nie miał kampanii reklamowej i jest bardziej tajemniczy niż wszystko, co sobie wyobrazimy? Czyżby chodziło tylko o wszechobecną konkurencję? Sedno jest jedno: uważaj, co podpisujesz, zwłaszcza w prawdziwym życiu.
Ścisły regulamin to dopiero początek zmian i drastycznych zasad… Ale co tak naprawdę człowiek zrobi dla dużej sumy pieniędzy? Max Czornyj podkreśla, że bardzo, bardzo dużo. Czy ma rację? Przedyskutujcie to.
Powieść tę podzieliłabym dokładnie na pół. Pierwsza mocno mnie interesowała, natomiast druga tak naprawdę mogłaby nie istnieć, gdyż była niezrozumiała i chaotyczna. Książki nie odradzam, ale z całą pewnością nie jest to najlepsza historia wykreowana przez pisarza. Było dobrze, ale nie wybitnie. Wciągająco? Tak, lecz tylko fragmentarycznie.
Poznajemy Annę, która zostaje zatrudniona jako dama do towarzystwa Wioletty. Wraz z kobietami odbywamy wiele podróży - od Paryża, przez Pragę, Japonię po Kołobrzeg. Po śmierci Wioletty Anna dziedziczy mieszkanie, a jej wnuk resztę majątku. Szkopuł w tym, że aby go otrzymać, mężczyzna musi przez pół roku mieszkać pod jednym dachem z Anną. Zadanie wydaje się być trudne, bo optymistyczna Anna działa młodemu mecenasowi na nerwy.
Lubię spotykać w książkach bohaterów, których dzieli spora różnica wieku. Tu mamy zestawienie dwóch różnych bohaterek. Anna to spokojna i wrażliwa kobieta, która przez lata czuła się niezauważana i niedoceniana. Z kolei Wioletta jest jej kompletnym przeciwieństwem. To kobieta charyzmatyczna i ekscentryczna. Efekt podbija fakt, że ma już swoje lata. Bardzo mi się podobała jej postać i podejście do życia. Niejednokrotnie sprawiała, że miałam powody do uśmiechu. Mamy jeszcze Daniela. To mężczyzna, który budzi skrajne emocje. Jego wybranką serca jest.. Temida! Domyślacie się, kto to? Czy Anna będzie w stanie go zmienić? Czy zacznie inaczej patrzeć na życie? A może pojawi się ktoś jeszcze...?
Z miejsca polubiłam główną bohaterkę, jej optymizm, wrażliwe serce i chęć niesienia bezinteresownej pomocy każdemu, kto tego potrzebuje. Wydaje się, że w dzisiejszych czasach trudno spotkać takich ludzi. Jednak myślę, że jeśli choć w malutkiej części będziemy postępować jak Anna, świat mógłby się stać piękniejszy.
Nie należy spodziewać się tu wielkich zwrotów akcji. Jagoda Wochlik postawiła nacisk na emocje bohaterów, na ich podróż w głąb siebie, na pokazanie jacy są naprawdę i odkrycie tego, czego chcą od życia.
Motyw podróży stanowi tu tło do wydarzeń i wewnętrznych przemian bohaterów. Widzimy, ile odwagi wymaga życie w zgodzie z samym sobą, z własnymi pragnieniami, a nie wedle oczekiwań innych. A tytułowe marzenia? Na ich realizację nigdy nie jest za późno. Mamy tu również wątek miłości. Ona potrafi zaskoczyć w najmniej spodziewanym momencie.
Zakończenie książki okazało się inne niż sobie założyłam. Przyznam, że trochę mnie rozczarowało. Nie w sensie, że autorka nie sprostała mu, ale po prostu myślałam, że wszystko zmierza w kierunku, jaki wydawał mi się właściwy. Koniec końców finałowe sceny sprawiły, że historii było bliżej rzeczywistości.
"Podróż przez marzenia" to ciepła, refleksyjna i pełna nadziei powieść o życiowych zmianach, odnajdywaniu siebie, spełnianiu marzeń, niełatwych relacjach rodzinnych, przyjaźni i miłości, która czasem potrzebuje bodźca, by ktoś ją zauważył. Czy może nim być warunek w testamencie? Warto się przekonać.
Dom rodzinny powinien być miejscem, w którym czujemy się bezpieczni. Miejscem pełnym ciepła, akceptacji i miłości. Niestety nie każdy ma możliwość dorastania w takim domu. Historia Emilii pokazuje, jak bardzo brak poczucia bezpieczeństwa i miłości w dzieciństwie może wpłynąć na późniejsze życie.
Emilia od najmłodszych lat mierzyła się z chłodem, krytyką i poczuciem, że nigdy nie jest wystarczająco dobra. Rozwód rodziców, odcięcie od ojca i trudna relacja z matką sprawiły, że zamiast rodzinnego ciepła otrzymywała kolejne powody, by czuć się niepotrzebna. Nawet jej urodziny, przypadające w Wigilię, zamiast być wyjątkowym i radosnym dniem, przez lata kojarzyły jej się z pretensjami i bólem.
Nic więc dziwnego, że kiedy pojawił się Krzysztof, Emilia chciała uwierzyć, że wreszcie znalazła kogoś, kto ją pokocha. Z czasem jednak troska zaczęła zamieniać się w kontrolę, a uczucie w manipulację. Krzysztof stopniowo odcinał ją od znajomych, wpływał na jej decyzje i odbierał jej niezależność. To, co początkowo mogło wyglądać jak miłość i bezpieczeństwo, po dziesięciu latach stało się więzieniem, z którego Emilia musiała znaleźć sposób, żeby uciec.
Najbardziej poruszyło mnie to, jak mocno autorka pokazuje psychologiczny wymiar przemocy. Nie zawsze przecież zaczyna się ona od rzeczy, które od razu powinny wzbudzić alarm. Czasami przychodzi powoli, pod przykrywką troski, zazdrości czy przekonania, że ktoś „wie lepiej”. I właśnie dlatego tak trudno ją dostrzec, szczególnie kiedy człowiek przez całe życie był uczony, że jego potrzeby i decyzje nie mają większego znaczenia.
Historia Emilii wywołała we mnie mnóstwo emocji. Był smutek, złość, bezsilność, ale również ogromna potrzeba kibicowania jej, żeby w końcu uwierzyła, że zasługuje na coś więcej. Na własne życie. Na spokój. Na miłość, która nie będzie wymagała rezygnacji z samej siebie.
Bardzo podobało mi się również to, że mimo trudnej i momentami bolesnej tematyki, w powieści znalazło się miejsce na nadzieję, dobro i chwile, które potrafiły wywołać uśmiech. Dzięki temu historia nie przytłacza wyłącznie cierpieniem, ale pokazuje również, że nawet po wielu trudnych doświadczeniach można zacząć budować siebie na nowo.
To niezwykle ważna i potrzebna powieść o przemocy, manipulacji, trudnych relacjach rodzinnych i konsekwencjach tego, czego doświadczamy w dzieciństwie. O tym, że można przez lata żyć w przekonaniu, że tak właśnie wygląda miłość, a jednocześnie pewnego dnia znaleźć w sobie siłę, żeby powiedzieć: dość.
Historia Emilii zostanie ze mną na dłużej. Nie tylko ze względu na emocje, jakie wywołała, ale przede wszystkim przez swój przekaz. To opowieść trudna, bolesna, ale jednocześnie dająca nadzieję.
Zdecydowanie warto ją przeczytać.