Powieść "Tamte dni" tylko pozornie zwiastuje lekką wakacyjną lekturę. Pod tą warstwą bowiem skrywa się historia naszpikowana tajemnicami z przeszłości i podobnymi dramatami dwóch kobiet.
Śledzimy losy siedemnastoletniej Adrianny, która marzy o lepszym życiu. Na nadmorskiej plaży poznaje Wiktora i smak pierwszej miłości. Po wyjeździe chłopaka do Warszawy w samotności i strachu podejmuje decyzję, która na zawsze zmieni jej życie. Trzydzieści lat później do Gąsek przyjeżdża Maja, by odnaleźć kobietę, której nie było jej dane poznać i uzyskać odpowiedzi na nurtujące ją pytania.
Akcja toczy się w dwóch ramach czasowych. W pewnym momencie granice się zacierają, a prawda domaga się głosu, wpływając na losy kolejnego pokolenia. Ucieczka przed przeszłością jest niemożliwa.
Motyw pierwszej miłości, jaki został tu nakreślony, jest naiwny. Bohaterka uważa, że uczucie pokona wszelkie przeciwności, łącznie z odległością. W kontrze do tego stoi ciężar dorosłych konsekwencji. Można by z łatwością ocenić czy potępić postępowanie bohaterek, ale szybko przekonamy się, że nie wszystko jest czarno-białe. Życie ma wiele innych odcieni. I nie wszystko zależy tylko i wyłącznie od nas.
Małgorzata Lis porusza kontrowersyjny temat aborcji i nieplnowanej ciąży. Niesie on trudne moralnie wybory i ich konsekwencje na całe życie nie tylko dla kobiety, ale i mężczyzny. Choć jak wiemy, w tym wypadku to kobieta zawsze stoi na tej gorszej pozycji. To ona ma decydujący głos w sprawie ciąży (a przynajmniej powinna). Pojawia się tu kwestia sumienia, wiary, wychowania czy presji otoczenia.
Autorka udanie wplotła w fabułę poezję. Nie tylko tę w wersji pisanej, ale i śpiewanej, jak chociażby przez Sanah. Nadało to historii jeszcze większej głębi i tego, że czasami dużo łatwiej jest włożyć własne doświadczenia, myśli, dylematy, rozterki i lęki w to, co przekazuje nam dany utwór.
Na uwagę zasługuje wspaniale oddane piękno i klimat nadmorskiej plaży. Sugestywne opisy sprawiają, że niemal czujemy wiatr we włosach, piasek pod stopami czy ogrzewające promienie słońca.
"Tamte dni" to głęboko poruszająca, pełna emocji powieść o dążeniu do prawdy i jej uzdrawiającej sile, trudnych życiowych wyborach, stracie, wyrzutach sumienia, poszukiwaniu tożsamości, lęku przed samotnością, braku wsparcia przez najbliższych. To historia niosąca nadzieję, że nawet najbardziej bolesne wydarzenia mogą przynieść wybaczenie i dobry finał.
Do przeczytania tej książki nakłoniło mnie nie tylko dobrze znane nazwisko pisarki, lecz… herbata- jej niezliczone rodzaje, o których nie mam nawet pojęcia, choć trunek ten to moje osobiste uzależnienie. Inni wolą kawę, szanuję to, ale ja wolę zacząć i skończyć dzień na przepysznym, typowo angielskim lub japońskim trunku. W przypadku „Tańczących filiżanek” chodzi w stu procentach o typowe nawyki Japończyków. Czy są one ciekawe? Sami to oceńcie. Ja wiem jeszcze jedno- piękne filiżanki mogłabym wręcz nałogowo kolekcjonować…
Mogę powtarzać się do znudzenia, ale wielogatunkowość Nataszy Sochy jest godna podziwu. Pisarka ta jest niemal jak lekarz mający kilka specjalizacji albo nauczyciel, który doskonale radzi sobie z kilkoma przedmiotami szkolnymi. Na dodatek niemal wszystko, co tworzy Natasza Socha, nie zamienia się w złoto, ale na pewno w tekst mądry, emocjonalny, pouczający moralnie. Nie brakuje w nich też odwagi i mocno zarysowanego sarkazmu- jedni kochają ten stan, drudzy nienawidzą. Wszystkim dogodzić nie można, taka jest prawda. Ja jednak bardzo lubię, gdy autorka jest szczera i bardzo mocno mierzy się z danym problemem społecznym. To, czego dowiedzieć możemy się o niej z okładki, to żadna hiperbola. Tak, autorka pisze o kobietach i dla kobiet. Tak, autorka nie ukrywa, że w życiu człowieka istnieje słabość, ale też oczekiwanie na lepsze jutro.
Uwielbiam pióro Nataszy Sochy, ale „Tańczące filiżanki” dość mocno mnie zmęczyły. Myślę, że pisarka na nieco ponad trzystu stronach chciała poruszyć zbyt wiele problemów, stąd chaos i przerost formy nad treścią. Jestem jednak przekonana, niektórzy bohaterowie pozostaną niezapomniani- na czele z Yuki, właścicielką herbaciarni, a także Janem, jej partnerem. Dlaczego wspominam właśnie ich? Sami to sprawdźcie.
Czy w „Tańczących filiżankach”, gdzie wątków jest po prostu zbyt wiele, znajduję jakieś walory? Oczywiście! Pierwszy z nich to przekonanie, że cała treść książki może nauczyć nas elementarnych zasad kultury. W XXI wieku normą stał się człowiek z niemal przyklejonym do siebie smartfonem. Nie zważa się na miejsce, zasady bon tonu. Dzwonek telefonu słyszymy dziś wszędzie- w kościele, bibliotece czy w kawiarni. A czy można choć na chwilę się opanować i poświęcić czas innej osobie? Czy można wysłuchać intymnych zwierzeń i zachować je wyłącznie dla siebie? Bardzo bym tego chciała, dlatego, Drodzy Czytelnicy, uczcie się!
Autorce należą się też brawa za bardzo tajemniczo nazwane rozdziały, których jest dokładnie 40. Uwielbiam taki zabieg literacki- oprócz numeracji odbiorca jest niezwykle zainteresowany i sam zadaje sobie pytanie: o co chodziło pisarce?
Widzę też, że Natasza Socha przeprowadziła bardzo intensywny research pod kątem Japonii- świetnie opisała tamtejszą kulturę, klimat, podała też obowiązujące tam zasady dotyczące jedzenia czy wręczania sobie prezentów. My i osoby urodzone w Japonii różnimy się naprawdę mocno pod wieloma względami, nie tylko wizualnymi. Jeśli zatem chcemy poszerzyć swoją wiedzę, to „Tańczące filiżanki” na pewno nam w tym pomogą.
Celowo nie podaję imion postaci drugoplanowych- są one bardzo istotne, a ich powiązania między sobą są bliższe, niż może się początkowo wydawać. Sama uznałam, że książka jest nieco przeciążona, lecz na pewno znajdzie się i takie grono, których oczaruje już sama forma graficzna. Plusy to piękna okładka, poręczny format książki, a także doskonale dobrana czcionka która nie męczy oczu.
Tym razem Natasza Socha delikatnie podupadła w mych oczach, jednak słabsze wydania mogą zdarzyć się nawet najlepszym, a ponieważ jest o tylko moja opinia, to nie każdy musi się z nią zgadzać. Nie od dziś mówi się, że nawet zupa pomidorowa nie musi wszystkim smakować. Gdy jednak wezmę pod uwagę całokształt pracy literackiej autorki- „Tańczące filiżanki” i ich przesyt to jedynie błahostka.
Po „Dzieci wierzby” Małgorzaty Stasiak sięgnęłam z dużą ciekawością, bo książka porusza tematy szczególnie mi bliskie. Liczyłam na historię pełną emocji i bohaterów, których losy zostaną ze mną na dłużej.
Autorka opowiada o pamięci, stracie i wpływie dzieciństwa na dorosłe życie. Najbardziej poruszył mnie wątek chorej matki oraz odpowiedzialności dorosłych dzieci za rodzica, który nie był idealny. To temat, który znam z własnego doświadczenia, ponieważ opiekujemy się osobą po udarze i chorującą na Alzheimera. Wiem, jak trudna i wyczerpująca bywa taka codzienność, dlatego miałam poczucie, że książka tylko częściowo oddaje ciężar tej opieki. Doceniam jednak, że autorka podjęła temat troski, obowiązku i odpowiedzialności wobec chorego rodzica.
Ciekawie wypada również wątek męża Karoliny, który zostawił ją z długami, a później, po udarze, to ona przejęła nad nim opiekę. Skłania to do refleksji nad granicą między obowiązkiem wobec drugiego człowieka a troską o własne potrzeby, szczególnie wtedy, gdy między dwojgiem ludzi pozostaje już tylko szum dawnych słów, wspomnień i niewypowiedzianych emocji, a mimo to jedna osoba wciąż pozostaje przy drugiej, choć ich relacja dawno się zmieniła.
Styl autorki jest lekki, dzięki czemu książkę czyta się szybko. Momentami jednak rozbudowane porównania i bogata frazeologia sprawiały, że niektóre sceny traciły swoją powagę, a emocje bohaterów wydawały mi się mniej wyraziste.
Ważnym symbolem powieści jest wierzba, która towarzyszy Kubie przez całe dzieciństwo jako milczący świadek jego radości, bólu, ucieczek i powrotów. Staje się symbolem pamięci i rodzinnych tajemnic, o których przez lata milczano, choć wciąż wpływają na życie bohaterów. Kilka fragmentów odebrałam bardzo osobiście i właśnie dzięki nim ta książka pozwoliła mi lepiej zrozumieć emocje mojego męża.
Zakończenie przewidziałam dość wcześnie, dlatego zabrakło mi większego zaskoczenia i mocniejszego finału.
„Dzieci wierzby” nie była dla mnie w pełni satysfakcjonującą lekturą. Mimo kilku mocnych momentów zabrakło mi głębszego emocjonalnego zaangażowania i poczucia, że ta historia pozostanie ze mną na długo po przeczytaniu ostatniej strony, ale myślę, że może trafić do czytelników ceniących powieści o rodzinnych tajemnicach i odpowiedzialności za bliskich.
Stylistycznie było tu bardzo dobrze. Treść naprawdę ciekawi, rozmowy jakie prowadzą postacie na czacie do rozmów anonimowych były ciekawe, bo każdy swobodnie mógł się tam wypowiadać na każdy książkowy temat. Nikt nie wiedział kto był po drugiej stronie komputera, a w prawdziwym życiu nie chwalono się takimi miejscami. Opowieść toczy się z perspektyw postaci, więc widzimy, kiedy są oburzone, kiedy naburmuszone a kiedy cierpią, tylko przed innymi grają w maskach na jakie przeciwnik zasłużył.
Autorka skupiła się tutaj na dwóch osobach, które prowadzą swoje księgarnie, jednak mają inne działy literatury. On jak na mężczyznę przystało zaczytuje się w romansach i ma swój powód aby taki książki do siebie sprowadzać. Ona ma u siebie klasyki literatury, dlatego uważana jest za snobkę z gorzkiej czekolady, gdyż nie oceniają jej przez pryzmat mądrości jaka w tych książkach się pojawia, tylko za kogoś, kto udaje kogoś mądrego, czyli nim nie jest. Najgorsze jest to, że oboje przejmują się oceną innych i każdemu chcą pokazać, że akurat ich księgarnia jest najlepsza. Oboje też przeszli w swoim życiu wiele scen z bólu urodzonych, więc nastawili się na rywalizacje, gdyż tylko tak w ich głowach można przetrwać.
Najbardziej burzliwą osobą jest kobieta, która nastawiono bojowo chce wszystkim pokazać, że to jej księgarnia jest najcenniejsza. Myśli, że jest traktowana z poniżeniem, gdyż wbite ma do głowy, że mężczyzna będzie chciał nią sterować. W pewnym momencie wychodzi na to, że ich równoległe księgarnie mają się połączyć w jedną wielką i postacie uważają, że stając się rywalami mogą poprzez większą sprzedaż wypracować sobie miejsca szefa. Co ciekawe, oboje choć niczym włoskie koguciki, to jednak zauważają jak druga osoba ma piękne oczy czy też włosy. Zauważają delikatne ruchy, kształt dłoni, a później niczym pies, który wychodzi z wody otrzepują się z tych myśli i uczuć. Boją się tego co czują, taki mają stereotyp. Można by rzec, że w internecie na anonimowej platformie będzie prowadziło się drugie życie, tylko już typowo szczere, bez imion i nazwisk. Kto wie, może jednak literatura da radę stworzyć coś pięknego, jeśli do końca da się poznać?
Wspaniała historia, naprawdę lekko się ją czyta. Postacie mają nieco młodzieżowego zapału, potrafią się dąsać, jednak przy ich pokerowych twarzach nie łatwo jest odgadnąć o co naprawdę im chodzi. Jestem przekonana, że ogromna ilość stron sprawi czytelnikom tylko przyjemność, a po zamknięciu ostatniej będą myśleć o swoich poczynaniach. Łatwo jest bowiem osądzać po pozorach, dlatego nikt nie powinien tego robić. Polecam wszystkim, dobrych rad jest nigdy za wiele:-)
„Zapomniana księgarnia w Paryżu” Daisy Wood to poruszająca powieść historyczno-obyczajowa, która udowadnia, że książki potrafią być czymś znacznie więcej niż tylko zbiorem zapisanych słów. Mogą stać się schronieniem, symbolem nadziei i mostem łączącym przeszłość z teraźniejszością. To opowieść o odwadze, miłości, poświęceniu i sekretach, które przez lata czekają na odkrycie.
Autorka prowadzi czytelnika dwutorowo. Jedna linia fabularna przenosi nas do okupowanego Paryża w 1940 roku, gdzie poznajemy Jacquesa – właściciela niewielkiej księgarni La Page Cache. Wojna odbiera mu poczucie bezpieczeństwa, zmusza jego żonę do ukrywania się i burzy dotychczasowe życie. Kiedy pewnego dnia do drzwi księgarni puka młoda kobieta z dzieckiem, Jacques staje przed decyzją, która może kosztować go wszystko. Druga historia rozgrywa się współcześnie i skupia się na Juliette, która przyjeżdża do Paryża z mężem. Romantyczny wyjazd szybko okazuje się próbą dla ich małżeństwa, a przypadkowo odnaleziona stara księgarnia otwiera przed kobietą drzwi do historii, która zmieni jej życie.
Choć bohaterowie żyją w dwóch różnych epokach, łączy ich coś bardzo ważnego – pragnienie odnalezienia swojego miejsca, potrzeba bliskości oraz odwaga, by zawalczyć o to, co naprawdę ma znaczenie. Jacques od pierwszych stron wzbudza ogromną sympatię swoją dobrocią, uczciwością i gotowością do poświęceń. Juliette z kolei jest bohaterką, której łatwo kibicować. Obserwujemy jej wewnętrzną przemianę, rozterki i dojrzewanie do ważnych decyzji. Obie historie uzupełniają się w niezwykle naturalny sposób, a ich wspólnym mianownikiem staje się zapomniana księgarnia – miejsce pełne wspomnień, tajemnic i ludzkich losów.
Akcja powieści została umiejscowiona w dwóch przestrzeniach czasowych. Z jednej strony poznajemy wojenny Paryż – miasto ogarnięte okupacją, strachem i nieustannym zagrożeniem, z drugiej współczesną stolicę Francji, która zachwyca klimatycznymi uliczkami, kawiarniami i niepowtarzalną atmosferą. Kontrast między tymi dwoma światami został bardzo dobrze ukazany i sprawia, że historia nabiera jeszcze większej głębi. Paryż nie jest tu jedynie tłem wydarzeń – staje się pełnoprawnym bohaterem tej opowieści.
Największą siłą tej książki są emocje. Jest w niej wiele wzruszających momentów, ale również napięcia, niepewności i nadziei. Czytając, trudno nie zastanawiać się, jak samemu postąpiłoby się w czasach wojny i czy miałoby się odwagę zaryzykować własne bezpieczeństwo dla drugiego człowieka. Równocześnie współczesna historia skłania do refleksji nad relacjami, marzeniami i odwagą do zmiany własnego życia. To jedna z tych powieści, które potrafią wzruszyć, ale jednocześnie niosą w sobie dużo ciepła i wiary w ludzi.
Styl Daisy Wood jest lekki, płynny i bardzo obrazowy. Autorka z łatwością buduje klimat zarówno wojennego Paryża, jak i jego współczesnego oblicza. Umiejętnie przeplata wydarzenia z obu linii czasowych, stopniowo odsłaniając kolejne elementy tajemnicy. Narracja jest spokojna, pełna emocji i dbałości o detale, dzięki czemu czytelnik bez trudu zanurza się w opowieści i z zainteresowaniem śledzi losy bohaterów.
Podczas lektury niejednokrotnie zatrzymywałam się na chwilę, by przemyśleć to, co właśnie przeczytałam. Szczególnie poruszyły mnie fragmenty pokazujące, jak ogromną siłę mogą mieć dobroć, odwaga i zwykła ludzka życzliwość nawet w najtrudniejszych czasach. Bardzo lubię powieści, które łączą historię z fikcją literacką, a jednocześnie opowiadają o ludziach w sposób autentyczny i pełen emocji. Tutaj właśnie to otrzymałam.
To książka przede wszystkim dla miłośników powieści historycznych i obyczajowych, zwłaszcza tych, którzy cenią historie rozgrywające się na dwóch płaszczyznach czasowych. Spodoba się również czytelnikom lubiącym opowieści o książkach, księgarniach i niezwykłych miejscach, które skrywają własne sekrety. Jeśli szukacie wzruszającej historii o miłości, odwadze, pamięci i sile literatury, ta powieść z pewnością Was nie zawiedzie.
„Zapomniana księgarnia w Paryżu” to piękna, pełna emocji opowieść o tym, że nawet po wielu latach prawda potrafi odnaleźć drogę do światła, a książki mogą ocalić nie tylko wspomnienia, ale i ludzkie życie. To historia, która zostawia po sobie ciepło, wzruszenie i przypomina, że dobro zawsze ma znaczenie. Z całego serca polecam tę powieść wszystkim, którzy lubią klimatyczne, poruszające historie pozostające w pamięci na długo.
„Berlin 1936” Olivera Hilmesa to wyjątkowy reportaż historyczny, który pozwala spojrzeć na jeden z najbardziej symbolicznych momentów XX wieku z wielu różnych perspektyw. Autor zabiera czytelnika do Berlina podczas igrzysk olimpijskich w 1936 roku – wydarzenia, które miało pokazać światu potęgę i nowoczesność III Rzeszy. Za starannie przygotowaną fasadą kryje się jednak rzeczywistość pełna strachu, propagandy i narastającego terroru.
To nie jest książka z klasyczną fabułą ani jednym głównym bohaterem. Oliver Hilmes tworzy wielowymiarowy obraz miasta, oddając głos zarówno nazistowskim dygnitarzom, zagranicznym dyplomatom, sportowcom i dziennikarzom, jak i zwykłym mieszkańcom Berlina. Poznajemy właściciela klubu nocnego, muzyka jazzowego, kobietę skrywającą bolesny sekret, żydowskiego chłopca, który z nadzieją śledzi olimpijskie zmagania, czy ludzi żyjących w ciągłym lęku przed wizytą gestapo. Dzięki temu historia staje się niezwykle autentyczna i pokazuje, jak różnie wyglądała codzienność w mieście, które próbowało zachwycić świat, jednocześnie coraz mocniej pogrążając się w dyktaturze.
Akcja rozgrywa się w Berlinie w sierpniu 1936 roku, podczas szesnastu dni igrzysk olimpijskich. To właśnie stolica Niemiec staje się najważniejszym bohaterem tej książki. Z jednej strony tętni życiem, zachwyca nowoczesnością i przyciąga tysiące gości z całego świata. Z drugiej – pod powierzchnią świątecznej atmosfery narasta napięcie, a mieszkańcy coraz wyraźniej odczuwają skutki nazistowskiego reżimu. Autor doskonale oddaje ten kontrast, pokazując, jak łatwo propaganda potrafi stworzyć obraz rzeczywistości, który niewiele ma wspólnego z prawdą.
Choć książka opiera się na faktach, czyta się ją z ogromnym zainteresowaniem. Autor korzysta z dzienników, listów, artykułów prasowych, meldunków policyjnych i innych źródeł historycznych, dzięki czemu wydarzenia nabierają wiarygodności i głębi. Poszczególne historie przeplatają się ze sobą, tworząc niezwykle sugestywny obraz miasta stojącego na krawędzi katastrofy.
Największe wrażenie zrobiło na mnie właśnie to zestawienie codzienności z narastającym zagrożeniem. Z jednej strony sportowe emocje, koncerty, spotkania towarzyskie i tłumy kibiców, z drugiej – strach, dyskryminacja i świadomość, że za fasadą pozornego spokoju dzieją się rzeczy, których świat nie chce albo nie potrafi dostrzec. To książka, która nie epatuje dramatyzmem, a mimo to wywołuje silne emocje. Skłania do refleksji nad siłą propagandy, odpowiedzialnością społeczeństwa i tym, jak łatwo można stworzyć iluzję normalności.
Styl Olivera Hilmesa bardzo przypadł mi do gustu. Jest rzeczowy, elegancki i oparty na faktach, ale jednocześnie daleki od suchego, naukowego języka. Autor potrafi opowiadać historię w sposób płynny i angażujący, dzięki czemu nawet osoby, które na co dzień nie sięgają po literaturę historyczną, bez problemu odnajdą się w tej opowieści. Ogromnym atutem jest także umiejętność budowania atmosfery – czytelnik niemal czuje puls miasta i napięcie unoszące się nad Berlinem tamtych dni.
„Berlin 1936” to książka przede wszystkim dla miłośników historii XX wieku, reportażu historycznego oraz literatury faktu. Spodoba się również osobom, które interesują się II wojną światową, mechanizmami propagandy i historią społeczną. To nie jest publikacja skupiona wyłącznie na wielkiej polityce – równie ważni są tutaj zwykli ludzie i ich codzienne życie.
To niezwykle wartościowa lektura, która pokazuje historię z bliska – przez pryzmat ludzkich doświadczeń, emocji i codziennych wyborów. Pozwala lepiej zrozumieć, jak wyglądał Berlin tuż przed wybuchem wojny i przypomina, że za wielkimi wydarzeniami historycznymi zawsze stoją konkretni ludzie. Jeśli cenicie książki oparte na faktach, które nie tylko przekazują wiedzę, ale również skłaniają do refleksji, zdecydowanie warto po nią sięgnąć.
Czyta się błyskawicznie, bo też nie ma za wiele tekstu (Mando zawsze był milczkiem). W cudowne kadry z serialu i sceny akcji zamrożone na papierze można by się wpatrywać bez końca. Grogu jeszcze słodszy niż zwykle. Dobrze było sobie przypomnieć początek tej niezwykłej przygody.
„To jest historia o tym, co widziałam, a czego nigdy nie powinnam była zobaczyć i czego nikt nie powinien widzieć”
Życie Natalii po powrocie do Polski toczy się spokojnym niemal zaprogramowanym rytmem. Nie ma już szejka, nie ma już kontrolujących wszechobecnych ludzi, za to jest praca, w której Natalia się spełnia, mieszkanie, które jest azylem i współpracujący z nią Bartek, którego zaczyna „odczuwać” i „postrzegać” inaczej niż zwykle i w dodatku z wzajemnością.
Spokój ten zaburza nagle koperta z tajemniczą zawartością, ale bez nadawcy - pendrive zawierający rzeczy i informacje, których dla swojego dobra nikt nigdy nie powinien poznać, a tym bardziej drążyć w celu poznania od zawsze ukrywanej krwawej prawdy…
Otwierając pliki i zapoznając się zawartością Natalia przecina granice, której nigdy nie powinna przekroczyć, a przez przekroczenie której jej przyjaciółka Selina zapłaciła najwyższą cenę.
Nie tylko ona jednak nieopatrznie styka się z tą sprawą i nie tylko dla niej ta sprawa może skończyć się tak samo jak dla Seliny…
Jednak napędzona adrenaliną, a przede wszystkim zdeterminowana by dowiedzieć się prawdy i przekazać ją dalej podejmuje ryzyko i wraca do miejsca, do którego nie miała zamiaru już wracać.
Świadoma, lecz nieustraszona tym, że „ONI” od początku wiedzą, co zamierza zrobić i od początku śledzą jej każdy krok, każdą rozmowę, telefony, smsy , maile i wszystko czego ją dotyczy.
Czy Natalii uda się „dosięgnąć” prawdy?
Czy „IM” uda się w tych tak bardzo białych, a raczej złotych rękawiczkach zastraszyć, lub co gorsza powstrzymać Natalię?
Jak daleko sięgają „ICH” wpływy i jak daleka jest determinacja Natalii w ukazaniu prawdy o tej zatrważającej sprawie światu?
Jedno jest pewne, żeby tam wrócić, trzeba dokładnie znać i rozumieć ich zasady, słuchać intuicji - kto jest wrogiem, a kto przyjacielem, ale przede wszystkim mieć ogrom odwagi, determinacji i nieustępliwości w działaniu, której w tej sprawie Natalii nie brakuje.
Wow. Przeczytałam tę ostatnią kulminacyjną część serii Ani Kolasińskiej na tak zwanym pniu.
Pochłonęłam jak dwie poprzednie. Bo chociaż druga część miała wszystko, co potrzeba, to jednak brakowało mi wyjaśnienia związanego z Seliną.
„Odkryłam sekrety szejka” to idealna kropka nad „i” całej serii z tym, że o całkiem innej atmosferze niż dwa poprzednie tomy. Świetnie napisana w wyjątkowym stylu, tak pasującym do samej Ani - pięknie, stylowo, rzeczowo po prostu jak w pudełeczku począwszy od opisu miejsc, po opisy ludzi i ich emocji. Wyjątkowe w tej części jest to nieustające napięcie przyprawiające o dreszcze i cała sprawa tworząca sensacyjną fabułę, jak z najlepszych thrillerów.
Reasumując. Nie da się odłożyć tej książki nawet na chwilę, bo akcja trzyma w napięciu tak bardzo, jak cała droga, którą ma do przebycia Natalia począwszy od otwarcia koperty do….
Resztę zostawiam Wam do odkrycia i przeżycia, a ja na koniec mogę tylko gorąco polecić!
„Z obłoków na ziemię” Romy J. Fiszer to ciepła, pełna emocji powieść o tym, że życie potrafi w jednej chwili zweryfikować nawet najlepiej ułożone plany. To historia o utracie, nowych początkach i ludziach, którzy pojawiają się w naszym życiu dokładnie wtedy, gdy najbardziej ich potrzebujemy.
Sandra i Wiesław to bohaterowie z bagażem doświadczeń, których los splata w nieoczywistych okolicznościach. Ich relacja rozwija się powoli i naturalnie, bez zbędnego pośpiechu, dzięki czemu łatwo uwierzyć w rodzące się między nimi uczucie. Dużą rolę odgrywa również postać profesor Morwenny O'Riordan, kobiety, która pokazuje, że rodzina nie zawsze oznacza więzy krwi, a prawdziwy dom tworzą bliskość, troska i obecność drugiego człowieka.
Najbardziej poruszyło mnie przesłanie, że dom to nie adres ani cztery ściany. To ludzie, przy których czujemy się bezpiecznie i z którymi chcemy dzielić codzienność.
„Z obłoków na ziemię” to spokojna, refleksyjna i wzruszająca powieść, która zostawia po sobie ciepło i skłania do zastanowienia się nad tym, co w życiu naprawdę ma znaczenie. Jeśli lubicie historie o drugich szansach, dojrzewającej miłości i pięknych relacjach międzyludzkich, ta książka z pewnością przypadnie Wam do gustu.
„Moc nadziei” Marty Nowik to poruszająca powieść, która udowadnia, że nawet najbardziej bolesna przeszłość nie musi przekreślać przyszłości. To historia o człowieku, który przez lata znał przede wszystkim cierpienie, ale odnalazł w sobie siłę, by zawalczyć o lepsze życie.
Marcel od pierwszych stron budzi ogromne współczucie. Jego droga jest pełna bólu, zwątpienia i trudnych wyborów, ale także niezwykłej determinacji. Obok niego stoi Sylwia, kobieta, która daje mu nie tylko miłość, lecz także poczucie bezpieczeństwa i wiarę, że zasługuje na szczęście. Ich relacja opiera się na wzajemnym wsparciu i zaufaniu, dzięki czemu wypada bardzo autentycznie.
Największą siłą tej powieści są emocje. Marta Nowik nie ucieka od trudnych tematów, pokazując, jak trauma z dzieciństwa potrafi wpływać na całe dorosłe życie. Jednocześnie robi to z ogromną wrażliwością, pozostawiając czytelnikowi przestrzeń do refleksji nad tym, jak ważne są miłość, akceptacja i przebaczenie.
To nie jest książka pełna spektakularnych zwrotów akcji. Jej siła tkwi w bohaterach, ich przeżyciach i codziennej walce o normalność.
„Moc nadziei” to wzruszająca, ciepła i mądra opowieść o drugich szansach. Skłania do zatrzymania się na chwilę i przypomina, że nawet po najciemniejszej nocy może wzejść słońce. To książka, która zostaje z czytelnikiem na długo i pokazuje, że prawdziwa siła często rodzi się właśnie z nadziei.
Jinwoo rośnie w siłę i pomalutku odkrywa zasady gry. Tak naprawdę jeszcze nie wiadomo, co przewidział dla niego system i co wydarzy się dalej, póki co płyniemy z prądem i zdobywamy cenne doświadczenie. Pewne jest, że już czyha na niego jeden wróg - inny łowca. Jestem bardzo ciekawa ciągu dalszego, potrzebuję kolejnych tomików, najlepiej na wczoraj.
O Thorze trochę innym, bardziej melancholijnym, wątpiącym, zadumanym. Rysunki odzwierciedlają samopoczucie bohatera - jest mroczniej, ciemniej, bardziej tajemniczo. Według mnie to ważny tomik, bo dopełnia portret tego superbohatera, a czytelnikowi daje szansę na chwilę odpoczynku i refleksji nad tą serią.
Jakie to było cudownie szalone! Zabawne, bezpośrednie, zaskakujące i tak szczerze dobre. Pod wierzchnią warstwą głupotek kryły się wzruszające poważniejsze tematy. Uwielbiam jak Momo rozbija depresyjną bańkę Okaruna jednym zdaniem, a z jego tendencji do użalania się nad sobą autorzy robią potem część supermocy bohatera. Świetna dynamika, jest dziwnie, a mam wrażenie, że będzie jeszcze dziwniej z każdym tomem.
„Utracona miłość” Magdaleny Krauze to poruszająca powieść obyczajowa, która pokazuje, jak ogromny wpływ na ludzkie życie mają podejmowane decyzje, rodzinne manipulacje i niespełnione uczucia. To historia pełna emocji, wzruszeń i refleksji nad tym, czy prawdziwa miłość jest w stanie przetrwać próbę czasu.
Majka i Michał byli młodzi, zakochani i przekonani, że nic nie zdoła ich rozdzielić. Niestety, ich szczęście zostaje zniszczone przez matkę Michała, która nie akceptuje wybranki syna. Rozłąka, wyjazd Michała na studia do Londynu i kolejne życiowe wybory sprawiają, że ich drogi się rozchodzą. Po latach los daje im jednak szansę na ponowne spotkanie. Czy dawne uczucie okaże się silniejsze od bólu, żalu i straconych lat?
Autorka w bardzo wiarygodny sposób przedstawia emocje bohaterów. Czytelnik łatwo wczuwa się w sytuację Majki, która żyje w związku pozbawionym miłości, oraz Michała, próbującego odnaleźć się po rozwodzie i powrocie do kraju. Ich historia skłania do zastanowienia się nad tym, jak często pozwalamy innym wpływać na własne decyzje i ile kosztuje rezygnacja z własnego szczęścia.
„Utracona miłość” to książka, która porusza serce i pozostaje w pamięci na długo po przeczytaniu ostatniej strony. To opowieść o drugich szansach, sile przebaczenia i nadziei, że nawet po wielu latach można odnaleźć drogę do szczęścia. Z pewnością przypadnie do gustu miłośnikom literatury obyczajowej, którzy cenią historie pełne emocji, życiowych dylematów i bohaterów zmagających się z trudnymi wyborami.
Magdalena Krauze po raz kolejny udowadnia, że potrafi pisać o uczuciach w sposób autentyczny i niezwykle angażujący.
Sięgając po tę książkę, w zasadzie nie miałam specjalnych oczekiwań, ponieważ nie znałam twórczości tej autorki. Jednak byłam bardzo ciekawa tej powieści, tym bardziej że okładka mnie urzekła a opis zaintrygował. •Czy się rozczarowałam?-absolutnie nie
•Czy powieść mi się podobała? - tak,bardzo
•Czy ją polecam? - oczywiście
•Czy sięgnę po inne powieści tej autorki? - tak
To historia nie tylko o miłości, tęsknocie, wytrwałości, ale również o rozstaniu z tym, co bliskie, o wyrwaniu z korzeni i walce o siebie. Pokazuje, jak dla własnej wygody i bogactwa skazuje się innych na cierpienie i wykorzystuje do ciężkiej pracy. Przedstawia świat aranżowanych małżeństw, dróg wytyczonych przez rodziny, los niewolników, ale także bunt przeciwko temu.
Moim zdaniem bohaterowie są wyraziści, świetnie zostały pokazane ich uczucia. Podobała mi się zmiana w myśleniu Michaela - szczególnie dotycząca niewolnictwa i udziału w ruchu abolicjonistów.
To powieść, która pokazuje świat, w którym nie każdy mógł decydować o swoim losie osadzona w przepięknych krajobrazach Luizjany w klimacie książki „Północ-Południe”.
Poznajemy historię Anny Rostow i jej babki Elwiry Pawłowskiej, które zmuszone były opuścić rodzinny dwór w Pieścidłach pod Warszawą i wyjechać do rodziny do Ameryki. Anna w różnych okolicznościach poznaje Michaela Adamsa - syna zamożnego plantatora. Połączy ich miłość, ale po drodze napotkają na różne przeciwności losu i zawistne działania ludzi. Annę oburzało niewolnictwo i konflikty na tym tle, które powodowały, że niegdyś rodacy i przyjaciele patrzyli na siebie jak na wrogów. Była bardzo wrażliwa na krzywdę innych, impulsywna. Często działała pod wpływem chwili, za co zapłaciła pewną cenę. Co w imię miłości zrobiła Anna? Dlaczego wychowywała ją babka? Co takiego się wydarzyło, że opuściły ojczyznę? W jakich okolicznościach Anna i Michael się poznali? Jak zakończyła się bratobójcza wojna Północy z Południem? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w powieści. Gorąco polecam 🙂.
Na uwagę zasługuje również wydanie książki. Piękna okładka, barwione brzegi, kolorowa wewnętrzna część okładki, kody QR, które ożywiają postacie to cechy charakterystyczne książek z wydawnictwa Dobre Strony.
Poznajemy ginekolożkę Karolinę o lewicowych poglądach, która zajeżdża drogę furgonetce antyaborcyjnej, powodując stłuczkę, a potem kłócąc się z kierowcą. Świadkiem zdarzenia jest Jan, który nagrywa całe zajście i umieszcza film w sieci, by zapunktować u szefostwa w prawicowej redakcji. Jednak odzywają się w nim wyrzuty sumienia. Następnego dnia dochodzi do ich spotkania...
Tematyka książki okazała się jakże trafnym obrazem naszej rzeczywistości i społeczeństwa. I choć miejscami można odnieść wrażenie, że niektóre zawarte tu rzeczy są przerysowane, absurdalne i pełne niedomówień, to moim zdaniem było to potrzebne. Dzięki temu jeszcze bardziej weszłam w tę historię.
Uważam, że dość dobrze orientuję się w dzisiejszej polityce, kto co i z jakiej partii, dlatego mocno zainteresował mnie ten wątek. W zasadzie jest on tu przodującym motywem. Scena prawicowa to kompletnie nie moja bajka, a tu została ukazana w znacznie mniej korzystnym świetle aniżeli jej przeciwniczka. Z tym więc się utożsamiam.
Widzimy, jak poglądy polityczne mogą wpływać na prywatne życie i relacje między ludźmi. Karolinę i Janka zaczyna przyciągać wzajemna fascynacja. Ale czy różnice światopoglądowe pozwolą im być razem? Czy coś, co zaczęło się od nienawiści, może skończyć się miłością? Czy pod wpływem uczucia można zmienić swoje postępowanie, wyznawane zasady? A co z przeznaczeniem? Czy można je zignorować? Nie pochwalam tego, że oboje tak szybko, bezrefleksyjnie zostawili swoich dotychczasowych partnerów. I nawet gdyby nie układało się między nimi, to zdrada zawsze pozostaje zdradą, bo w moim przekonaniu najpierw wypadałoby zakończyć jedną relację, a dopiero wchodzić w kolejną.
Duet pisarski Anka Ryźlak i Marcin Popczyński postawili na ukazanie wydarzeń z dwóch perspektyw. Nie wyobrażam sobie, aby ta historia przedstawiała tylko jeden punkt widzenia. Dzięki temu możemy wyrobić sobie własne zdanie co do wydarzeń, sytuacji, jak i samych bohaterów. Ich postępowanie budzi ogrom sprzeczności. Jak oni mnie momentami irytowali! Popełniali błędy, ale co istotne byli autentyczni. Towarzyszą im liczne rozterki, lęki, oczekiwania bliskich czy presja środowiska. Wybory nie należą do prostych. Będą musieli zrozumieć, co jest dla nich tak naprawdę ważne.
Akcja książki jest dynamiczna, dużo się dzieje (a to zaledwie tydzień), sporo tu żartów sytuacyjnych, ironii, sarkazmu i ciętych ripost, a zakończenie... niby wszystko zostało wyjaśnione, a jednak jest nieoczywiste. Pojawia się również tematyka aborcji, patologii ciąży, moralności, wiary, uprzedzeń, kompromisów, szufladkowania kogoś na podstawie poglądów, etyka dziennikarska, drugiej szansy czy napisane ze smakiem sceny intymne (które nie dominują fabuły).
"Nie cudzołóż" to zabawny, pełen napięcia i skrajnych emocji romans z elementami powieści obyczajowej o tym, jak jedno spotkanie może wywrócić życie do góry nogami, polaryzacji społeczeństwa, medialnej manipulacji, szukaniu porozumienia mimo dzielących różnic. Wbrew pozorom to niejednoznaczna, trudna historia.
O Magdalenie Witkiewicz wiedzą chyba wszyscy fani polskiego słowa pisanego. Należy tylko zastanowić się, czy gatunek obyczaju, który najczęściej wykorzystuje właśnie ta pisarka, jest zarezerwowany tylko dla płci pięknej? Ogólna wiedza i stereotyp tworzony od dekad tak właśnie każe nam myśleć. Naiwnie, a może jednak usilnie i z pełną premedytacją próbuję obalić ten mit. Znam takie przypadki, w których mężczyźni też lubią czytać opowieści, w których pierwsze skrzypce grają ludzkie uczucia- zarówno te piękne, jak przygnębiające, smutne. Mało tego- męski odbiorca ma prawo do wzruszeń i sentymentalizmu, melancholii. Chcieliśmy równouprawnienia, więc niech istnieje ono też w kwestii męskiego czytelnictwa. Będę o to prosić zawsze, dopóki starczy mi sił na czytanie.
„Na fali wspomnień”, czyli nowe dzieło Magdaleny Witkiewicz, jest zdecydowanie tekstem przeznaczonym dla każdego. Nie ma tu nudy, choć niektóre kwestie wygłoszone przez bohaterów powtarzają się. Czy jest to słuszny zabieg? Cóż, w prawdziwym życiu też nie zawsze wszystko do nas dociera, więc może i jest w tej powtarzalności jakiś sens.
Czas wakacyjny powinien służyć temu, abyśmy chcieli poznać historię z podróżą nad morze w tle. O jaki wypad chodzi, dlaczego Monika, czyli główna bohaterka, decyduje się właśnie na Brzozówkę? Szczegółów nie zdradzę, ale zarys fabuły umieszczony na okładce znacznie ułatwi nam rozumienie postępowania postaci. Zresztą, nigdy nikogo nie ocenia się z góry, zbyt szybko, gdyż można się mocno sparzyć i pomylić, prawda?
Bardzo istotne są tu przeskoki czasowe- historia Moniki toczy się współcześnie, ale bywa i tak, że niektóre rozdziały to opis życia kobiety sprzed… 3 dekad (!). Widoczne w powieści tak dalekie zwroty czasowe są kluczowe, jeśli chodzi o połączenie wielu istotnych wydarzeń i zachowań wykreowanych postaci. Zaczytywanie się w kolejnych rozdziałach da czytelnikowi szansę na połączenie wszystkich istotnych wątków w spójną całość. Wiemy przecież dobrze, że przez 30 lat każdy człowiek się zmienia, nie tylko wizualnie. Zaczynamy inaczej widzieć świat, nabieramy doświadczenia. Jak więc różni się dzisiejsza Monika od tej znacznie młodszej? Co też wpłynęło na jej dużą metamorfozę? Zapraszam do lektury.
Książka ta, poza wątkiem miłosnym sprzed lat, ma też bardzo dużo elementów politycznych, ustrojowych. Młoda Monika dorastała w czasach, kiedy bezwzględnie należało słuchać rodziców, ale też bać się tego, co przyniesie jutro. Na przełomie lat 80/90 XX wieku nikt nie mógł tak naprawdę spać spokojnie. Magdalena Witkiewicz mocno postarała się o to, byśmy w rozdziałach ujrzeli plastyczny obraz tamtych dziejów- od wyglądu mieszkania, rozrywek i na pracach zawodowych kończąc.
Bardzo ważną postacią jest matka Moniki- gospodyni idealna, kobieta sukcesu, która rolą kury domowej szybko zamieniła się z mężem. Jej rygorystyczne wręcz podejście do życia i skupienie wyłącznie na pracy bardzo mocno odbiło się na Monice. Czy takie wzorce można kopiować, a może trzeba się ich wystrzegać? Jak uczyniła Monika względem własnej córki, Julki? Sami to sprawdźcie, choć wiem, że wielu czytelników wręcz wkurzy się na matkę Moniki.
Bardzo się cieszę, że mimo podkreślenia, jak ważna była kiedyś praca, autorka potrafiła też udowodnić, że NIE pieniądze są najważniejsze. Jak sama twierdzi, „na końcu i tak liczą się ludzie i relacje. Pamięta się rozmowy, śmiech, kolacje, a nie projekty i spotkania”.
Mocno ucieszyła mnie też przestarzała, ale kiedyś normalna forma epistolarna. Wiele mogło się zmienić w życiu ludzi, gdy treść, wiele razy pisana, nie trafiała do adresata. Kto w książce Magdaleny Witkiewicz listy pisał, a kto ich nie otrzymywał? I dlaczego teraz, po trzydziestu latach, są tak ogromnym zaskoczeniem? Jest to naprawdę ważny wątek, dzięki któremu czytelnicy rozumieją, że jeden ruch zmienia całe nasze dalsze plany życiowe. dla mnie słowa własnoręcznie pisane na papierze mają niebagatelną wartość. Papier w końcu ścierpi wszystko, dlatego sama kocham prowadzić pamiętnik, a marzę o tym, by jeszcze kiedyś w swojej skrzynce pocztowej zobaczyć prawdziwy list. Niestety, to się chyba już nie spełni, niemniej jednak bardzo dziękuję pisarce za tak mocno romantyczny wątek.
Nie wiem, czy kiedyś przeczytałam tę książkę od deski do deski. Ona po prostu była blisko mnie, chowana w pufie z zabawkami u mojej babci i razem z nimi za każdym razem wyciągana. Patrząc na nią oswajałam się z literami, składałam je w słowa, kolorowałam obrazki (kto to widział czarno-białe ilustracje w książce, przecież to się aż prosiło o kredki!). Niedawno, już jako dorosła osoba, obejrzałam kilka odcinków bajki o Kubusiu i oczywiście odebrałam bohaterów i ich zachowania już zupełnie inaczej. Chyba największą mądrość, jaką wyniosłam z tym wszystkich historii, to taka, że każdy z nas jest inny, ma swoje lęki, problemy, inne rzeczy sprawiają mu przyjemność i czasem sprawiamy sobie przez to przykrość, ale mimo wszystkich różnic dalej możemy być przyjaciółmi.
Czy można zakochać się w jednej osobie, kiedy los stawia na naszej drodze… aż trzech mężczyzn? A co, jeśli każdy z nich jest zupełnie inny, każdy skrywa własne sekrety, a między nimi pojawia się chemia, której nie sposób zignorować?
Miłość potrafi przyjść w najmniej oczekiwanym momencie. Czasem pojawia się cicho i nieśmiało, innym razem wpada do naszego życia z hukiem, przewraca wszystko do góry nogami i zostawia nas z pytaniem: co ja właściwie mam teraz zrobić z tymi wszystkimi emocjami?
Dokładnie taką niespodziankę przygotował los dla Bethany Ellis.
Beth jest zawodową nianią. Ma ogromne serce do dzieci, cierpliwość i niezwykły dar uspokajania nawet najbardziej roztrzęsionego malucha. Niestety od roku pozostaje bez pracy, a jej oszczędności zaczynają się kończyć. Kiedy więc pojawia się szansa na nowe zatrudnienie, nie zamierza długo się zastanawiać.
Nie spodziewa się jednak, że nowa praca będzie oznaczała nie tylko opiekę nad uroczą, półroczną Camillą, ale również… trzema kompletnie zagubionymi mężczyznami.
Jack. Cyrus. Sebastian.
Trzej atrakcyjni sąsiedzi, którzy pewnego dnia otrzymują nosidełko z niemowlęciem i krótką wiadomość:
„Do chłopaków spod numeru 5A: Gratulacje. Macie dziecko”.
I tym sposobem ich życie zmienia się w prawdziwy chaos.
Bo o ile Camilla jest maleńka i potrzebuje troski, o tyle jej trzej potencjalni ojcowie również wymagają… zdecydowanie większej opieki, niż mogliby się spodziewać. Żaden z nich nie ma pojęcia, jak zajmować się niemowlęciem, a dodatkowo pozostaje jeszcze najważniejsze pytanie: który z nich jest ojcem?
W tym wszystkim pojawia się Beth.
Dziewczyna, która miała być tylko nianią.
Dziewczyna, która miała pomóc im przetrwać pierwsze dni z dzieckiem.
Dziewczyna, która absolutnie nie planowała zakochać się w trzech mężczyznach jednocześnie.
A jednak serce, jak to serce, najwyraźniej nie zna słowa „nie”.
Bethany bardzo szybko staje się kimś więcej niż tylko opiekunką Camilli. Zaczyna tworzyć z tymi zagubionymi mężczyznami coś, czego żadne z nich się nie spodziewało. Pomiędzy nimi pojawia się bliskość, wzajemne wsparcie, zaufanie i uczucia, które z każdym kolejnym dniem stają się coraz trudniejsze do ukrycia.
I chyba właśnie ta relacja była dla mnie największą siłą tej historii.
Bo „Niania dla sąsiadów” nie jest wyłącznie opowieścią o namiętności. Owszem, jest tutaj sporo chemii, zmysłowości i odważniejszych scen, ale pod tym wszystkim kryje się historia ludzi, którzy próbują odnaleźć swoje miejsce w świecie. Ludzi z przeszłością, ranami, sekretami i doświadczeniami, o których nie zawsze chcą mówić.
Każdy z trzech mężczyzn jest inny.
Każdy wnosi do historii coś wyjątkowego.
Każdy ma własne problemy i własne demony.
A Beth musi znaleźć sposób, by dotrzeć do ich serc i jednocześnie nie zgubić w tym wszystkim samej siebie.
Szczególnie mocno zainteresowała mnie postać Sebastiana. To bohater, którego osobowość okazała się najbardziej skomplikowana. Człowiek, któremu już w dzieciństwie przypięto łatkę kogoś agresywnego i trudnego. I właśnie obserwowanie, jak powoli odkrywamy jego prawdziwe oblicze, było dla mnie jednym z ciekawszych elementów tej historii. Bo czasami wystarczy jedna krzywdząca etykieta, żeby inni przestali dostrzegać człowieka, który kryje się pod nią naprawdę.
A do tego wszystkiego dochodzi Camilla.
Mała dziewczynka, która pojawia się w życiu trzech mężczyzn zupełnie niespodziewanie i sprawia, że ich poukładany świat rozpada się na kawałki. To właśnie dzięki niej historia nabiera wyjątkowego, ciepłego i momentami bardzo rodzinnego charakteru. Chaos związany z opieką nad niemowlęciem, nieporadne próby odnalezienia się w roli ojców i wzajemne przepychanki bohaterów dostarczyły mi mnóstwa powodów do uśmiechu.
I chyba właśnie ten balans najbardziej doceniłam.
Bo „Niania dla sąsiadów” potrafi być lekka i zabawna, by chwilę później pokazać coś znacznie bardziej emocjonalnego. Potrafi rozbawić, rozczulić, wywołać rumieniec, ale też zatrzymać przy trudniejszych tematach. Opowiada o samotności, potrzebie bliskości, poszukiwaniu własnego miejsca i o tym, jak bardzo każdy człowiek potrzebuje kogoś, przy kim może po prostu być sobą.
Lily Gold stworzyła historię, która z jednej strony jest pełna namiętności i wyczuwalnego napięcia, a z drugiej ma w sobie ogrom ciepła. Relacja Bethany z trzema mężczyznami rozwija się stopniowo, a między bohaterami naprawdę można poczuć chemię. Zmysłowe sceny są odważne, ale nie przytłaczają całej historii i nie odbierają jej emocjonalnej głębi.
To książka, przy której naprawdę dobrze się bawiłam.
Było lekko, było zabawnie, było romantycznie i zmysłowo, ale były też momenty, które sprawiały, że chciałam lepiej poznać bohaterów i zrozumieć, co kryje się za ich zachowaniem.
„Niania dla sąsiadów” to historia o tym, że rodzina nie zawsze wygląda tak, jak sobie ją wyobrażamy. Że miłość nie zawsze przychodzi w jednej, prostej formie. I że czasami najbardziej nieoczekiwany chaos może stać się początkiem czegoś naprawdę pięknego.
Jeśli lubicie romanse reverse harem, historie pełne chemii, namiętności i skomplikowanych relacji, ale jednocześnie szukacie w nich humoru, emocji i odrobiny rodzinnego ciepła, myślę, że ta książka może być dla Was świetnym wyborem.
Ja bawiłam się przy niej naprawdę doskonale i z ogromną ciekawością będę wypatrywać kolejnych historii Lily Gold. Mam też wielką nadzieję, że polscy czytelnicy dostaną możliwość poznania następnych tomów tej serii.
Zdecydowanie książka jest napisana przez stuprocentowego mężczyznę, który w każdej sytuacji podkreślał cechy męskie takie jak władczość, szybkość, jednokierunkowy tok myślenia oraz taką nieprzewidywalność pokierowaną sytuacjami, które niby pojawiały się nagle, ale czuliśmy, że były zaplanowane:-) Może powinnam też podkreślić, że to pozycja dla osób, które nie boją się wyzwań oraz drastycznych środków, które swoją brutalnością mogą odstraszać, lub zachwycać, jeśli osoba, która to czyta, docenia fakt przekazu, który był bardzo realny. Podczas lektury może pojawić się duży strach oraz ogrom napiętych emocji, gdyż wychodzi na to, że wiek nie ma prawa osądzać nikogo. Nawet mile wyglądający staruszek może stać się bronią z którą się nie wygra. Same przekleństwa wypowiedziane przez zwykłego człowieka nie są taką mocą jak te z których ust niesie się obietnica śmierci. Tu padały klarowne teksty i osoba, która je słyszała wiedziała, że albo posłucha i przedłuży sobie życie, albo się zawaha i niechybnie je straci.
Myślę, że największy mrok pojawiał się tutaj od momentu w którym do postaci doszło, że trzyma rzecz wykonaną z ludzkiej skóry. Jednymi to wstrząśnie, gdyż dodatek ukazania prawdziwości wydarzeń dołoży tylko ostrości emocji, ale biorąc pod uwagę czytanie książek Kinga można ten fakt zaakceptować. Różnica polega na tym, że u Kinga od początku było wiadome, że to fikcja, a tutaj wszelkie odruchy bohaterów, ważność i przerażenie sugerują, że takie sceny mogą być wielce prawdopodobne, dlatego sieją większy postrach. Sama lektura jest trudniejsza w odbiorze, gdyż tutaj wydarzenia tylko przybierają na sile i strachu. Wpierw wydaje nam się, że właściciel rzeczy z ludzkiej skóry nie był zwyczajny, ale później sprawa sięga głębiej, gdyż miał nad sobą kogoś jeszcze. Pytania tylko się mnożą, ale widać jeszcze wyraźnie prowadzone śledztwo, wszelkie przesłuchania, gdybania, rozmowy o tym czego nie wiedzą, a co odkrywają. To uczłowiecza bestialskie popędy, dlatego osoby wrażliwe nie będą się czuły dobrze. Jeśli mam być szczera, to dołożono tutaj wszelkich starań aby oddać czytelnikowi strach i zamartwianie się o przyszłość. To jest dla autora na plus. Minusem jest tylko zlepek ludzi, którzy uznają ją za ,,zbyt mocną" i przez to ich ocena będzie się opierała na innej ,,wycenie". Uważam natomiast, że jako literatura grozy jest bardzo wiarygodna, dlatego dałam jej tak wysoką notę.