„Bal trwa teraz” Riyi Sokół to autobiografia pełna emocji, trudnych doświadczeń i poszukiwania własnej drogi. Autorka z dużą szczerością opowiada nie tylko o swojej karierze i miłości do muzyki, lecz przede wszystkim o tym, co przez lata działo się w jej życiu poza sceną.
Nie jest to bowiem historia o łatwej drodze do sukcesu. Riya Sokół pisze o depresji, kryzysie psychicznym, zwątpieniu, problemach finansowych i momentach, w których życie potrafi przytłoczyć nawet najsilniejszego człowieka. Nie ukrywa chwil bezradności ani decyzji, które dla wielu osób mogą wydawać się niewyobrażalnie trudne. Co zrobić, kiedy pieniędzy nie wystarcza na wszystko? Które rachunki zapłacić, a z czego zrezygnować? Jak poradzić sobie z kolejnym problemem, kiedy ma się wrażenie, że los nieustannie wystawia nas na próbę?
Autorka opisuje między innymi sytuacje, w których musiała wybierać pomiędzy zakupem nowych opon a świątecznymi prezentami dla bliskich. Wspomina również trudny czas po ataku hakerskim na jej konta w mediach społecznościowych. Mimo wielu przeciwności przez jej historię przewija się jednak przekonanie, że rozwiązanie może pojawić się nawet wtedy, gdy sami przestajemy je dostrzegać.
Dużą część książki zajmuje również rozwój duchowy Riyi Sokół. Autorka opisuje swoją drogę do lepszego zrozumienia siebie, własnych emocji oraz przekonań, które wpływają na nasze życie. Nie jest to jednak opowieść o poszukiwaniu prostych odpowiedzi ani o magicznych sposobach na rozwiązanie wszystkich problemów. To przede wszystkim historia świadomej pracy nad sobą.
Bardzo mocno wybrzmiała dla mnie mantra „wdycham ból, wydycham miłość”. Znałam ją już wcześniej z książki Sheryl Paul „Mądrość lęku”, jednak po raz kolejny zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Człowiek instynktownie chce przecież uciekać od tego, co boli. Pragniemy zagłuszyć trudne emocje, odsunąć je od siebie i jak najszybciej zapomnieć. Tymczasem czasami dopiero wtedy, gdy pozwolimy sobie zmierzyć się z bólem, możemy naprawdę go zrozumieć i stopniowo przemienić w coś innego.
Riya Sokół otwarcie pisze także o swoim życiu prywatnym. O miłości, rozczarowaniach, rozwodzie oraz budowaniu patchworkowej rodziny. Szczególne miejsce zajmują w jej opowieści córki i ogromna miłość, którą je darzy. To właśnie rozmowy z nimi stały się dla autorki jednym z impulsów, by ponownie zwrócić się w stronę dawnych marzeń.
Ważnym momentem w jej życiu okazał się również czas pandemii i pobyt na Kostaryce. Zatrzymanie się z dala od codziennego pośpiechu i wielkomiejskiego zgiełku pozwoliło jej spojrzeć na wiele spraw z zupełnie innej perspektywy. Był to okres wyciszenia, ale jednocześnie czas wewnętrznego odrodzenia.
Największą siłą „Balu trwa teraz” jest dla mnie autentyczność. Riya Sokół nie próbuje przedstawiać siebie jako osoby, która zawsze była silna, pewna siebie i dokładnie wiedziała, czego chce od życia. Pozwala czytelnikowi zobaczyć również swoje słabości, zagubienie i chwile zwątpienia. Pokazuje, że droga do odnalezienia własnego miejsca nie zawsze jest prosta i często prowadzi przez wiele trudnych doświadczeń.
Styl autorki jest prosty, bezpośredni i bardzo osobisty. Lektura momentami przypomina szczerą rozmowę z kimś bliskim — bez zbędnego upiększania rzeczywistości, za to pełną emocji i refleksji. Riya swobodnie przechodzi od codziennych wydarzeń do rozważań dotyczących duchowości, przeznaczenia i sensu życia.
Nie jest to książka, która trafi do każdego czytelnika. Jej duchowy wymiar oraz sposób patrzenia na życie mogą wywołać różne reakcje. Myślę jednak, że osoby otwarte na rozwój, poszukujące własnej prawdy i próbujące lepiej zrozumieć siebie, znajdą w tej historii wiele inspiracji.
Osobiście bardzo cenię głos Riyi Sokół i z przyjemnością słucham jej utworów. Jej interpretacja piosenki „Bal”, najbardziej znanej z wykonania Maryli Rodowicz, ma w sobie ogromną energię, rozmach i emocje. Po przeczytaniu tej autobiografii tytuł książki nabiera jednak dla mnie jeszcze głębszego znaczenia.
Bo życie nie zaczyna się wtedy, gdy wszystko wreszcie będzie idealne. Nie musimy czekać na lepszy moment, większą pewność siebie czy rozwiązanie wszystkich problemów, aby zacząć spełniać swoje marzenia.
Trzy kobiety - babka, matka i wnuczka co roku, 8 marca, spotykają się w kawiarni, aby porozmawiać o swojej kobiecości, błędach, wzlotach i upadkach. Poznajemy Cecylię, seniorkę rodu, dawną tancerkę, która występowała na deskach największych teatrów Europy. Z kolei Agnieszka rozwiodła się z mężem, kiedy Izabella, jej córka, była małą dziewczynką. Czerpała z życia pełnymi garściami, jednak to, o czym marzyła, wcale nie było tak piękne, jak początkowo jej się wydawało. Próbuje naprawić stosunki z córką. Kiedy pojawia się jej były mąż, zaczyna wierzyć, że stara miłość nie rdzewieje. I jest jeszcze Izabella, kobieta po trzydziestce, na pozór szczęśliwa, ale tak naprawdę pogubiona i samotna. Kiedy na jej drodze pojawia się przystojny lekarz, jej świat wywraca się do góry nogami. Czy sekret, który skrywa kobieta, nie przekreśli szansy na miłość?
Podobało mi się zestawienie trzech pokoleń kobiet. Tak różnych, a jednak tak do siebie podobnych. Różni je wiek, doświadczenie życiowe i pozycja społeczna. Natomiast łączą je nie tylko więzy krwi, ale i pewne zdarzenia. Są nieidealne, ale przez to autentyczne. Wyjawiają nam swoje pragnienia, lęki, sekrety i rozczarowania. Mierzą się z kryzysem w małżeństwie, samotnością w tłumie, szukaniem własnej tożsamości. Uczą się także stawiać pewne granice.
Fabuła w dużej mierze skupia się na przemyśleniach i refleksjach bohaterek na temat życia, codzienności, popełnionych błędach, relacjach międzyludzkich, miłości i jej odmianach, szczęściu, marzeniach, wolności, zdradzie, strachu przed śmiercią. Trudno się z nimi nie zgodzić. Sporo tego, może nawet za dużo, aż chciałoby się, żeby niektóre z problemów zostały bardziej rozwinięte. Dla mnie jako czytelnika niezwykłą wartością okazały się zawarte w książce liczne trafne mądrości i wskazówki życiowe. Mogłabym brać cytaty i przytaczać bez liku. Jest również miejsce na odrobinę humoru.
Jednym z ważnych przekazów jest to, że wcale nie musimy mieć, nie wiadomo jakiej ilości przyjaciół czy znajomych. Wystarczy jeden, ale taki, który będzie przy nas, kiedy będziemy potrzebować jego pomocy czy wsparcia. Równie istotna jest kobieca solidarność. Proste gesty, zrozumienie, nieocenianie drugiej osoby - znaczą więcej niż wszystko inne. Widzimy też, że nigdy nie jest za późno na zmianę czy odnalezienie szczęścia. A niepowodzenia? Nie warto zbyt długo się nimi karmić. Trzeba dostrzegać jasne strony życia, dobre momenty, które przecież każdemu z nas się zdarzają. I nie bać się czasem ryzykować.
"Dzień kobiet" to życiowa, utrzymana w słodko-gorzkim tonie powieść o kobiecości we spółczesnym świecie, tęsknocie za prawdziwym uczuciem, sile przyjaźni. To książka zarówno refleksyjna, jak i emocjonalna. Czy okazała się receptą na szczęście i miłość? Tego Wam nie zdradzę...
Gdy pojawia się, ciągły strach przed o przetrwanie wówczas życie traci sens. Jestem w stanie sobie to wyobrazić, co czują ci ludzie ocenie żyjący w stolicy Hitlera.
Zastanawiałam się, czy w ogóle mam zdecydować się na przeczytanie tej książki ze względu na wspomnienia tychże osób, które dzielnie przetrwały ten czas, widziały bezpośrednio ucieczkę przed śmiercią.
Postanowiłam zmierzyć się z tym, co ma do przekazania autor, podjąwszy się zebrać informacje zawarte we wspomnieniach, listach oraz w innych źródłach tematycznych pozostawiających ślady zapamiętanych widokach w pamięci mieszkańców stolicy Hitlera.
Autor dedykuję książkę córce Amelii, pierwszym dziadkom żony Melissy doświadczającym epoki nazistowskich Niemiec i to głównie stanowiło początek poruszenia głębi tajemnic ukrytych w tej tematyce, która nie powinna się wydarzyć obecnie i uważam, że jest to właściwa postawa ojcowska godna pochwały.
Gdy bliżej odsłania się prawdę o tym, co było, wywoła to wzruszenie, a może i z czasem nienawiść, gdyż nie każdy chce przeżywać na nowo traumę.
Książki autorstwa Pana Rogera Moorhouse pt. ''Stolica Hitlera. Życie i śmierć w wojennym Berlinie'' nie czyta się szybko przez wzgląd na zamieszczoną małą czcionkę.
Należy czytać ponownie rozdziały, gdyż nie da się przejść obojętnie obok tych ludzi, których mogę nazwać wielkimi bohaterami niezależnie od tego, kim byli z zawodu i jakie mieli pochodzenie.
Warte jest podkreślenia, z jakim to ogromnym entuzjazmem trwały przygotowania do uroczystości pięćdziesiątych urodzin Adolfa Hitlera. Nastawienie do tego wyjątkowego dnia przybyłych gości, mieszkańców Berlina, fotoreporterzy, defilady wojskowe, czy był wówczas zadowolony solenizant i czy miał w głowie przygotowany plan, jak potoczą się jego dalsze losy, czy jednak nie, bo nie przypuszczał, co wydarzy się jeszcze.
Podoba mi się projekt okładki autorstwa Pana Tomasza Majewskiego. Stanowi on cząstkę tego, czego my nie ujrzeliśmy, a na chwilę obecną wiemy, co się zmieniło, w co uległo zniszczeniu w Berlinie.
Istotna dla mnie z czytanej książki jest treść i co ze sobą prezentowało ogólnie społeczeństwo na tle z głównym bohaterem, wraz z osobami mu podległymi, czy można było rozegrać to wszystko inaczej oraz, czy jestem w pełni zrozumieć z niej płynący przekaz, a nade wszystko ocenić, czy autor przedstawił dokładnie wszystko to, co go najbardziej interesowało z tego niełatwego obrazu II wojny światowej.
„Ostatni taniec” jest moim pierwszym, ale jakże udanym spotkaniem z twórczością Rafała Wicijowskiego. Wspomniana książka jest jednym z nowszych dzieł autora i szybko zyskała bardzo ogromny rozgłos. Nic dziwnego, że bardzo trudno można ją było wypożyczyć w filiach bibliotecznych. W moim przypadku był to piękny przypadek- ot, akurat ktoś przyniósł ją do zwrotu. Znalazłam się więc w odpowiednim miejscu i czasie. Teraz dobitnie zdaję też sobie sprawę z tego, że wszystkie pochlebne opinie nie są w żaden sposób ukierunkowane na zysk wydawniczy. Rafał Wicijowski jak nikt zasługuje na ogromne brawa i może konkurować z najsłynniejszymi pisarzami obyczajów.
Uwielbiam, gdy mężczyźni nie tylko czytają obyczaje, ale też sami piszą o pięknej, ale skomplikowanej miłości. „Ostatni taniec” brzmi tak, jakby książkę tę napisał sam Nicholas Sparks- wybitny amerykański człowiek pióra, którego historie znamy nie tylko z książek, ale też ze szklanego ekranu. Mało tego, postaci wykreowane przez autora grają największe sławy światowego kina z Richardem Gere’em na czele. Teraz, gdy poznałam szczegóły „Ostatniego tańca”, moim osobistym marzeniem jest to, by to Rafał Wicijowski doczekał się tak ogromnego zaszczytu, gdyż stworzona przez niego historia nie jest ani banalna, ani powtarzalna. Zaznaczam tylko jedną kwestię- podczas odkrywania poszczególnych rozdziałów niezbędna będzie wręcz tona chusteczek, ale płacz nie jest w tym przypadku oznaką słabości. Zawsze oznacza dla mnie bardzo dogłębne zapoznawanie się z treścią książki. A zatem- do dzieła!
Warszawa, głównie lata 2005-2020. Tyle lat różnicy w czasie akcji nie jest przypadkowym działaniem autora. Dzięki uwielbianemu przeze mnie zabiegowi retrospekcji doskonale wiemy, co wydarzyło się w życiu Julii i Michała. To smutne, że Julia została porzucona w dniu swojego ślubu. Przecież ona i Michał nie widzieli świata poza sobą… Byli młodzi, szczęśliwi, zakochani. Co więc skłoniło Michała, by tak potraktować najdroższą mu osobę? O szczegółach tej jakże dramatycznej i okrutnej decyzji nie napiszę, gdyż nie chcę ujawniać wszystkich detali. Lata czytania książek o ogromnym ładunku emocjonalnym nauczyły mnie jednego- musimy zawsze poznać daną historię do końca, by móc kogoś oceniać. Tym razem radzę wszystkim postąpić dokładnie tak samo.
326 stron, 16 rozdziałów- czy to dużo? Myślę, że to standardowa objętość powieści obyczajowej, a sam autor na szczęście nie pomylił ilości z jakością. Wszystko wskazuje na to, że Rafał Wicijowski naprawdę uważnie słucha ludzi, stąd w jego głowie zrodził się tak piękny pomysł literacki. Wystarczy zresztą spojrzeć na autorski blog pisarza o nazwie OCZAMI MĘŻCZYZNY, by wymownie się o tym przekonać. Teraz wiem, że jego teksty zostaną ze mną na długo, już nie mogę się doczekać, by sięgnąć po inną propozycję książkową.
Jest to też powieść przeznaczona dla miłośników zwierząt. Wątek więzi pomiędzy psem a jego właścicielem jest na tyle magiczny, że nadaje się do przeniesienia na deski teatru lub na szklany ekran. Psy także czują i należy im się szacunek i empatia. To one niejednokrotnie okazują się najlepszymi przyjaciółmi dla człowieka. Kto się o tym przekonał, na pewno to potwierdzi. Pamiętajmy też, że zwierzęta umierają, a nie zdychają- jest to stuprocentowa racja!
Nie mogę zapomnieć także o niezwykle łzawym wątku epistolarnym, za którego jeszcze bardziej cenię autora. Miłość, tęsknota i ból to części składowe tej historii. Wiele mogło się zmienić w życiu postaci, gdyby treść, wiele razy pisana, trafiła szybciej do adresata. Kto w książce Rafała Wicijowskiego listy pisał, a kto ich nie otrzymywał? I dlaczego teraz, po tylu latach, są tak ogromnym zaskoczeniem? Jest to naprawdę ważny wątek, dzięki któremu czytelnicy zrozumieją, że jeden ruch zmienia całe nasze dalsze plany życiowe. Dla mnie słowa własnoręcznie pisane na papierze mają niebagatelną wartość. Papier w końcu ścierpi wszystko, marzę też o tym, by jeszcze kiedyś w swojej skrzynce pocztowej zobaczyć prawdziwy list. Niestety, to się chyba już nie spełni, niemniej jednak bardzo dziękuję pisarzowi za tak mocno romantyczny motyw.
Jak widać, męska brać literacka nie musi pisać wyłącznie kryminałów czy tekstów o podłożu polityczno-gangsterskim. To wręcz odwieczny stereotyp, który trzeba raz na zawsze obalić. Jest to, niestety, bardzo trudne, ale nie twierdzę, że niewykonalne. Z tego też powodu nie mam absolutnie nic do zarzucenia tej powieści. Podobało mi się wszystko- tematyka trudnej miłości, prawdziwej przyjaźni, idea przemyśleń życiowych na przestrzeni lat. Bardzo udana jest też strona techniczna powieści- podział na rozdziały, odpowiednia czcionka, jak też piękna okładka. Z czystym sumieniem polecam tę powieść, bo jej czytanie nie jest straconym czasem. Co więcej, owego czasu nie potrzebujemy dużo, bo „Ostatni taniec” czyta się niezwykle szybko i emocjonalnie. Zresztą, sam pisarz podkreśla, że stworzył historię, która miała przynieść zarówno szczęście, jak i ból oraz nie pozwala o sobie zapomnieć. Czy to prawda? Ja już znam odpowiedź, a wszystkim czytelnikom radzę to szybko zweryfikować.
Na sam koniec autor nakłania nas do tego, byśmy dobrze zrozumieli, czym w ogóle jest literatura, dlatego nie możemy pominąć przygotowanego dla nas posłowia. Rafał Wicijowski jest w swej wymowie bardzo dobitny i nieskomplikowany. Mówi on bowiem, że „literatura nie jest matematyką, by wszystko się w niej zgadzało”. Dlaczego w swych rozważaniach pisarz odwołuje się do tytułu powieści? Sprawdźcie to koniecznie!
Witam, dziś mam dla was recenzję książki „Pamiętniki małżeńskie” ❤️ Autorki Eriki Wilde ❤️ Wydawnictwo Red ❤️
„Pamiętniki małżeńskie” to historia, która wciąga od pierwszych stron. Autorka pokazuje nam bardzo fajne małżeństwo, gdzie po dwudziestu wspólnych latach w niektórych związkach przychodzi rutyna i oczywiście tak jest, lecz tu pokazane jest wspaniale, jak dwoje ludzi, którzy naprawdę się kochają, próbują tę rutynę porzucić.
Świetnie pokazane jest to, że kiedy w niektórych małżeństwach pojawiają się zdrady, bo jak ktoś może powiedzieć, druga osoba się nudzi, nie można już na nią patrzeć tak jak na początku małżeństwa. Wiadomo, każdy z nas się zmienia. Jedni bardzo mocno przytyją, drudzy jednak stają się tak naprawdę coraz starsi, niestety takie jest nasze życie i zmieniamy się z czasem, nie mając za dużo do powiedzenia.
Jednak nasi bohaterowie są z tych małżeństw, którzy są ze sobą na dobre i na złe. Nieważne jest dla nich to, że są starsi, mają zmarszczki na twarzach czy kilka kilogramów więcej. Ważne jest dla nich to, że kiedy wchodzi w ich życie rutyna, zaczynają sobie z nią radzić.
Ta historia nie jest dla wszystkich, pewnie zapytacie się dlaczego? Otóż dlatego, że jest tu bardzo dużo intymnych zbliżeń, takich, które nawet dla 18+ są dosyć ostre. Bardzo podobało mi się, że oboje tak bardzo sobie ufają, choć są sytuacje, gdzie człowiek chce czegoś nowego, a sytuacja, w jakiej można się znaleźć, bardzo dużo o nas mówi. Niby każdy z nas ma jakieś swoje pragnienia, ale nigdy nie wie, jak się zachowa, kiedy to się stanie. Tu właśnie to jest bardzo fajnie pokazane.
Więc o czym jest ta książka? O życiu w prawdziwym małżeństwie, o tym, że zaufanie jest bardzo ważne, o ostrych zbliżeniach, ale przede wszystkim o tym, że miłość po wielu wspólnych latach wcale nie musi zniknąć. ❤️
Moim zdaniem to historia, która pokazuje, że nawet po dwudziestu latach wspólnego życia można na nowo odkrywać siebie, swoje potrzeby i swoje uczucia. Rutyna może pojawić się w każdym związku, ale najważniejsze jest to, co z nią zrobimy. Nasi bohaterowie pokazują, że jeśli naprawdę się kochamy i ufamy sobie, możemy razem przejść przez wiele rzeczy. ❤️
Czy polecam? Zdecydowanie tak, ale pamiętajcie, że jest to książka dla osób, którym nie przeszkadzają odważne i bardzo mocne sceny intymne. Jeśli lubicie historie o małżeństwie, miłości, zaufaniu i odkrywaniu siebie na nowo, ta książka może być właśnie dla was. ❤️
Ja spędziłam z nią bardzo ciekawy czas i myślę, że długo będę pamiętać to małżeństwo. ❤️
"Jesień w chacie pod starym świerkiem" jest czwartym tomem serii Owocowe siostry. Jagoda nadal walczy o adopcję Piotrusia i stworzenia mu bezpiecznego domu. Kiedy chłopiec niespodziewanie znika, adopcja staje pod znakiem zapytania. Natomiast Artur walczy o odzyskanie zaufania Jagody i o jej miłość. Jaką cenę oboje zapłacą za drugą szansę? Z kolei Malina i jej miłość do Marka sprawiają, że wreszcie czuje się szczęśliwa. Jednak co z obietnicą złożoną umierającemu teściowi, który zawsze ją wspierał i dobrze traktował?
Nad Zalewem Wiślanym nastała jesień, a wraz z nią nadeszły chłód i mgły, co nadało fabule wyjątkowego klimatu, od którego wprost nie sposób się oderwać. Jest to moja ulubiona pora roku, więc tym bardziej ta powieść sprawiła, że z czystą przyjemnością się w nią zagłębiłam.
Oprócz tego pojawiają się nowe pytania, przed którymi nie można w nieskończoność uciekać. W końcu trzeba się z nimi zmierzyć. Tajemnice i niewypowiedziane słowa szukają ujścia, by zmienić czyjś los. Przeszłość nadal nie pozwala o sobie zapomnieć. Czy w związku z tym można zacząć wszystko od nowa?
Obserwujemy rozdarcie Maliny między poczuciem obowiązku a miłością. Boleśnie przekona się, że niezależnie jaką drogą pójdzie, serce zostanie złamane. Widzimy, że nie każda obietnica daje ukojenie. I zarówno nie każda miłość przychodzi w porę. Czy zatem warto odłożyć swoje pragnienia na bok, wybrać dobro innych? Niewątpliwie trzeba będzie coś poświęcić. Tu każda decyzja niesie ze sobą konsekwencje. Wątek drugiej szansy nie dotyczy powrotu do tego, co było, a wyboru życia na własnych zasadach, a nie oczekiwaniach innych.
W tej części Wioletta Piasecka zawarła więcej życiowego dramatu, trudności, cierpienia, bólu i łez niż w poprzednich tomach. Mimo niesprawiedliwości losu, z jakim stykają się bohaterowie, z zapartym tchem wyglądamy szczęśliwego zakończenia tej historii. Ale czy to nastąpi?
"Jesień w chacie pod starym świerkiem" to pełna emocji, wzruszeń i ciepła powieść o rodzinnych sekretach, odpowiedzialności, niełatwych wyborach, przebaczeniu. To książka, którą przeżywa się całym sobą. Bezsilność łamie serce, ale nadzieja wciąż się cichutko tli...
„Emma, córka weterynarza” to pełna ciepła, humoru i zwierzęcych przygód opowieść o dziewczynce, która musi odnaleźć się w zupełnie nowym świecie. Po przeprowadzce z Krakowa Emma zaczyna nowe życie. Nowy dom, nowa szkoła, nowi koledzy i przede wszystkim niezwykła klinika weterynaryjna prowadzona przez jej tatę.
W klinice każdego dnia pojawiają się wyjątkowi pacjenci. Pyton królewski czy pies, który połknął rajstopę, to dopiero początek zabawnych i czasem zaskakujących historii. Równie ciekawi są pracownicy kliniki. Każdy ma zupełnie inny charakter, dzięki czemu wspólne przygody nabierają jeszcze więcej kolorytu.
Emma to bohaterka, z którą łatwo się polubić. Z jednej strony próbuje odnaleźć się w nowej szkole i zdobyć przyjaciółkę, z drugiej najchętniej każdą wolną chwilę spędzałaby w klinice. Jej historia pokazuje, że zmiany bywają trudne, ale mogą również przynieść nowe przyjaźnie, doświadczenia i mnóstwo niezapomnianych chwil.
To książka pełna humoru, sympatycznych bohaterów i oczywiście zwierząt. Idealna dla młodych czytelników, którzy kochają czworonogi i marzą o pracy z nimi.
Ciepła, zabawna i pełna przygód historia o tym, że nawet po trudnych zmianach można znaleźć swoje miejsce i ludzi, z którymi chce się je dzielić. 🐾
Premiera: 9 września 2026 r.
„Wieczna huśtawka” Hanny Cygler to opowieść, która przypomina, że życie nigdy nie pozwala człowiekowi na długo osiąść w jednym miejscu. Jest spokojniej, by za chwilę znów coś zachwiało pozorną równowagą.
To historia o rodziny Duszów i opowieść o ludziach, których życie nieustannie wystawia na próbę. Hanna Cygler zabiera nas do Polski lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, pokazując świat pełen zmian, ograniczeń, marzeń i trudnych wyborów.
Najbardziej podobało mi się to, że każdy z bohaterów ma własne pragnienia i problemy. Jedni walczą o lepszą przyszłość, inni próbują odnaleźć miłość lub pokonać własne słabości. Autorka świetnie pokazuje również, jak historia i czasy, w których żyjemy, potrafią wpływać na nasze decyzje.
Rodzina Duszów nie jest rodziną idealną. Pełno w niej niedopowiedzeń, konfliktów, przemilczanych uczuć i decyzji, których konsekwencje wracają po latach. Autorka pokazuje, że czasami jedno wypowiedziane słowo może zmienić bardzo wiele, ale równie dużo może zmienić to, czego człowiek nie odważy się powiedzieć.
Ważnym elementem powieści jest miłość. Nie zawsze pojawia się w odpowiednim momencie i nie zawsze prowadzi do szczęścia. Są uczucia, którym trudno się oprzeć, choć rozsądek podpowiada, że lepiej byłoby tego nie robić.
„Wieczna huśtawka” jest dobrym zakończeniem sagi o Duszach, ponieważ nie daje poczucia, że po ostatniej stronie wszystko nagle staje się idealne. I chyba właśnie dzięki temu zakończenie wydaje się tak prawdziwe. Życie nie zatrzymuje się wraz z finałem książki. Problemy nie znikają, marzenia nie zawsze zostają spełnione, a ludzie nadal muszą podejmować kolejne decyzje.
Jeśli lubicie rodzinne sagi, mocno osadzone w polskiej historii, wielowątkowe opowieści o relacjach międzyludzkich i bohaterach, którzy nie zawsze dostają od życia to, czego pragną, to ta książka zdecydowanie zasługuje na uwagę.
„Rok w Londynie” Elle Kennedy to lekka, romantyczna i momentami zaskakująca opowieść o dorastaniu, odkrywaniu własnej niezależności i podejmowaniu decyzji, które mogą całkowicie zmienić życie. Choć na pierwszy rzut oka książka wydaje się typową historią o studenckim życiu, romansie i nowych przyjaźniach, autorka dorzuca do niej także nutę tajemnicy oraz rodzinnego skandalu.
Główna bohaterka, dziewiętnastoletnia Abbey Bly, wyjeżdża do Londynu, aby w końcu wyrwać się spod skrzydeł ojca i przekonać się, jak wygląda życie na własnych zasadach. Początek jej przygody okazuje się jednak zupełnie inny, niż sobie wyobrażała. Zamiast spokojnego mieszkania z dziewczynami trafia do domu pełnego przystojnych współlokatorów. A skoro obowiązuje ich zasada zakazująca romansów między mieszkańcami, można się domyślić, że prędzej czy później sytuacja zacznie się komplikować.
Abbey popełnia błędy, podejmuje impulsywne decyzje i nie zawsze wie, czego właściwie chce. Dzięki temu łatwo ją polubić i obserwować jej przemianę. Londyn staje się dla niej nie tylko miejscem studiowania, lecz przede wszystkim przestrzenią, w której może po raz pierwszy naprawdę poznać samą siebie.
Ciekawym urozmaiceniem jest tajemniczy wątek związany z arystokratyczną rodziną. Dzięki niemu historia nie skupia się wyłącznie na romansach i studenckich perypetiach. Śledztwo prowadzone przez Abbey dodaje fabule odrobinę napięcia i sprawia, że książka ma więcej do zaoferowania niż klasyczny romans młodzieżowy.
„Rok w Londynie” to przyjemna lektura dla osób, które lubią romanse osadzone w studenckim klimacie, charyzmatycznych bohaterów, skomplikowane relacje i odrobinę rodzinnych sekretów. To historia o pierwszej wielkiej miłości, przyjaźni, niezależności i odwadze do łamania zasad, kiedy zaczynają one ograniczać nasze własne życie.
Londyn, przystojni współlokatorzy i dwa obiekty westchnień Abbey sprawiają, że trudno się przy niej nudzić 😉
Ostatnie dni spędziłam czytelniczo z niezłym „grubaskiem”, którym jest książka „Miasto jutra czas wyboru” autorstwa Moniki Przybyły. Ponieważ jest ona zaszeregowana, jako ta z kategorii science fiction, miałam lekkie obawy, czy mi się spodoba, bo ostatnio dawno nie sięgałam po ten gatunek. Ale ja dopatrzyłam się tu niezłego miksu gatunkowego, odnalazłam ważny dla mnie wątek obyczajowy, sensacyjny a nawet romantyczny. I od razu Wam powiem, że wszelkie obawy były zupełnie bezzasadne. Książka wciągnęła mnie swoją fabułą, niemal od pierwszych stron. A już czytając drugą połowę, w ogóle z żalem się z nią rozstawałam.
Akcja książki toczy się 70 lat po Ostatniej Wojnie Światowej. Autorka stopniowo wprowadza nas w realia życia w mieście, w którym wszystko podporządkowane jest Humanoidą. Są to syntentyczne twory, z samorozwijającą się sztuczną inteligencją. Na ich czele stoi „Matka”, który kieruje wszystkim. Skąd się owe twory wzięły na świecie? Stworzył je człowiek, a one tak pokierowały światem, by ów człowiek przystosował się do ich rządów. Większość się przystosowała. Jedni ze ślepej wiary, w to co zostało im powiedziane, inni ze strachu. I wydawałoby się, że „Miasto” funkcjonuje, jak dobrze naoliwiony mechanizm. Humanoidy planują wszystko, a ludzkość się do tego stosuje. Od wielu lat trwa projekt, tworzenia najlepszych oddziałów, pracujących na rzecz humanoidów, tzw „dwunastek”. Składają się one głównie z osób, zwerbowanych z sierocińca, która od najmłodszych lat przechodziły intensywne szkolenia. Jedną z „dwunastek” jest Wiśnia. Dziewczyna jest wdzięczna humanoidą za to co dla niej zrobiły. Z dumą i oddaniem wykonuje powierzane jej, coraz trudniejsze zadania na mieście. Jest twarda fizycznie i psychicznie, potrafi odnaleźć się w każdych warunkach. Dla powodzenia akcji, robi różne rzeczy, od tańca w nocnym klubie, po szybkie metamorfozy, pościgi i schwytanie „groźnych” w oczach swoich przełożonych przestępców. I tu powiem o tej drugiej stronie. Nie wszyscy chcieli się przystosować, tak funkcjonującemu światu. Zostali buntownicy, którzy nie mogli się pogodzić, z panującymi w miastach zasadami. Chcieli bardzo by na świecie powrócił dawny ład. Dlatego byli przez Humanoidów niszczeni.
Wiśnie polubiłam od początku, ponieważ autorka tak wykreowała bohaterkę, że nie dało jej się nie polubić. Dzięki narracji w pierwszej osobie, czytelnik ma okazję dowiedzieć się więcej o niej samej. Podczas lektury da się zaobserwować ogromną przemianę. Dziwnym zbiegiem okoliczności, podczas trudnych akcji na rzecz Humanoidów, jej drogi przecinają się z Mino. To jeden z buntowników, którego osoba nie daje Wiśni spokoju. Jednocześnie powinna przygotowywać się do ślubu z Dylanem, kolegą z dwunastki. Relacja ta oczywiście została zaplanowana przez rządzące miastem istoty. Mimo, że Wiśnia nie pała jakimś wielkim uczuciem do Dylana, rozumie, że tak ma wyglądać porządek jej świata. Kiedy przypadkiem ranna trafia do grona buntowników jej światopogląd zaczyna nieco się zmieniać. Jednak czeka ją jeszcze długa droga. Kiedy dziewczyna żyła w świecie ułudy, w symbiozie z maszynami, faktycznie jej świat wydawał się poukładany i na swój sposób spokojny. I o to właśnie chodziło w stworzonym systemie. Nie zazdroszczę jej jednak momentu, kiedy nie potrafi ufać nikomu, kiedy wątpliwości rodzą się z każdej strony, a podjęcie racjonalnych działań i decyzji wydaje się niemożliwe.
Nie chcę zbyt wiele zdradzać z dalszej fabuły, ale powiem Wam, że w tej historii naprawdę dużo się dzieje. Akcja jest bardzo dynamiczna, szybko następują zwroty. Z ciekawością przewraca się kolejne strony, zastanawiając się, jakie będą dalsze losy miasta, ludzkości. Czy człowiek zwycięży z technologią, którą sam stworzył. Jak daleko można się posunąć, w poprawianiu rzeczywistości? Świata? I czy to nie obróci się przeciwko ludzkości? Takie oraz masa innych pytań kłębi się w głowie po przeczytaniu tej lektury.
Mimo, że akcja toczy się w dalekiej przyszłości i obraz jest czymś, co autorka wymyśliła dla potrzeb tej powieści, to pozostawiła ludziom wiele ich cech. Bo człowiek się nie zmienia, zmieniają się czasy, okoliczności i technologia. I patrząc na stworzony system, a także ludzkość podzieloną poglądowo, mam wrażenie, że obraz tej historii ludzkości, może być swoistą metaforą i pasować również do innych czasów, nawet tych bardzo współczesnych. Ja po skończeniu tej książki mam nadal w myślach, wyrazistych bohaterów, których stworzyła autorka. I co najważniejsze. Ta historia się nie kończy. Autorka zostawiła nas z pytaniami, na które nie ukrywam, chciałabym jak najszybciej poznać. Mam w związku z tym wielką nadzieję, że na kolejny tom, nie przyjdzie nam długo czekać.
Mury twierdzy odznaczały się wyraźnie na tle ciemniejącego nieba w przygasającym świetle dnia. Dziwny czarny cień poruszył się niespodziewanie w polu jego widzenia, a potem zniknął.
Ile jeszcze duchów ożywią, zanim dotrą do prawdy?
Grupa czworga przyjaciół Kamila, Marcel Janek i Robert pasjonują się odkrywaniem historii twierdzy Kłodzko , gdzie w czasach Drugiej Wojny Światowej mieściło się więzienie i gdzie wciąż mieszkają duchy przeszłości.
Niestety, pewnej nocy, gdy znajomy stróż po raz kolejny wpuszcza młodych badaczy na teren zabytku dochodzi do tragedii , która odciśnie piętno nie tylko na ich życiu i więzi, ale też odmieni losy kilku innych osób.
Zaginięcie Marcela Poznańskiego stanowi tylko preludium do zagadki i zbrodni popełnionej przynajmniej w części z wydawałoby się dobrych pobudek.
Gdy pewnego dnia policjanci odkrywają w jednym z mieszkań zwłoki młodej kobiety szybko ustalają jej tożsamość- to Kamila Netzel, jedna z eksplorujących korytarze osób. Dlaczego zginęła? Czego poszukiwała i co miał z tym wspólnego jeden z niemieckich polityków?
Tę zagadkę będzie się starał rozwikłać komisarz Miron Zaleski wraz z wracającą do pracy partnerką Laurą Rysą.
Co odkryją i jakie historie skrywa niewielkie miasto?
Bie tylko życie zawodowe Mirona jest bardzo intensywne i wymaga podjęcia wielu decyzji.
Gliniarz zmaga się z własnymi traumami , które mocno ranią jego duszę , choć sam się do nich nie przyzna.
Na szczęście u jego boku czuwa Natalia..
Początkowo nic w tej sprawie nie jest jasne. Dawne historie odkrywane przez prokuratora Szymona Gawrona mieszają się z mętnymi zeznaniami podejrzanych zaciemniając obraz i utrudniając dotarcie do prawdy , a jednak opowieść stworzona przez Panią Agatę Kunderman jest tak zajmująca, że nie sposób przerwać czytania , mimo, że ciągle mówisz "Jeszcze jeden rozdział" i okazuje się ,że jesteś w połowie książki nadal nie wiedząc kompletnie nic.
„Twierdza” to kryminał, w którym przeszłość nie chce pozostać jedynie wspomnieniem. Ona wciąż żyje, czai się w mrocznych korytarzach, niedopowiedzianych historiach i sekretach, które przez lata miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Agata Kunderman bardzo umiejętnie łączy wydarzenia z przeszłości z teraźniejszością, stopniowo odsłaniając przed czytelnikiem kolejne elementy tej niezwykle skomplikowanej układanki.
Ogromnym atutem tej historii jest jej klimat. Twierdza Kłodzko, z jej podziemiami, mroczną historią i tajemnicami, staje się niemal pełnoprawnym bohaterem powieści. Podczas czytania momentami miałam wrażenie, że sama przemierzam jej ciemne korytarze i zastanawiam się, co może kryć się za kolejnym zakrętem. Niepokój towarzyszy nam tutaj niemal przez cały czas, a świadomość, że nie wszystko jest takie, jakim wydaje się na początku, sprawia, że trudno zaufać komukolwiek.
Bardzo polubiłam również komisarza Mirona Zaleskiego. To bohater, który nie jest jedynie policjantem prowadzącym kolejne śledztwo. Nosi w sobie wiele bólu i traum, z którymi próbuje radzić sobie na swój sposób, choć nie zawsze chce dopuścić do siebie myśl, że potrzebuje pomocy. Dzięki temu staje się postacią niezwykle ludzką i prawdziwą. Jego relacja z Natalią również dodaje tej historii emocjonalnego wymiaru i pokazuje, że nawet najbardziej poraniona dusza potrzebuje kogoś, kto będzie przy niej trwał.
Ten tytuł potrafi skutecznie zmylić czytelnika. Kiedy wydaje się, że pewne elementy zaczynają do siebie pasować, pojawiają się kolejne pytania i nowe tropy. Autorka nie podaje rozwiązań na tacy i konsekwentnie buduje napięcie, sprawiając, że do samego końca próbujemy samodzielnie odkryć prawdę.
To historia pełna tajemnic, trudnych emocji i wydarzeń, których konsekwencje sięgają znacznie dalej, niż można byłoby początkowo przypuszczać. Pokazuje, że przeszłość nigdy tak naprawdę nie znika, a tajemnice, nawet te najgłębiej ukryte, prędzej czy później mogą upomnieć się o swoje.
A zakończenie? Przez kilka minut siedziałam i zastanawiałam się jak można zostawić tę historię w takim momencie, bo umieram z ciekawości na myśl o tym, co autorka ma jeszcze w zanadrzu.
,,Z czasem przestałam uciekać i zaczęłam pielęgnować uważność. Nie liczyłam kroków na spacerze, nie słuchałam podcastów, żeby czas upływał mi prędzej. Pozwalałam sobie na wszystkie uczucia, nie starając się koniecznie im zaradzić. Uczyłam się pielęgnować każdą chwilę i w pełni doświadczać tego, co przynosi życie."
W tym cytacie dostaliście wyraźną odpowiedź na to, czy czas zaczął płynąć szybciej. Niektórzy zganiają to na matrixa i kombinacje tych na górze, ale nie wiedzą, że natury nie da się przyspieszyć. Ona nadal ma ten sam czas wzrostu, tylko my zajęci oglądaniem telewizji, czy siedzeniu na komputerze lub przeglądaniu czegokolwiek w telefonie nie widzimy tego, że obserwując coś, czas wciąż ucieka. Krótkie rolki po kilkanaście sekund i przewijane chyba z trzydzieści razy, albo i dłużej, bo nie widzimy długości poszukiwania tego, co chcemy obejrzeć, tylko skupiamy się na natrafionym filmiku, który nas interesuje i poszukiwaniu takich więcej, ponieważ treść nas zainteresowała i tego upływającego czasu nie widzimy. A później zdziwienie, gdzie ten czas uciekł?
Podałam tutaj wyjaśnienie tego, czego nasza postać w książce przestała używać. W poradniku o uważności macie zatrzymanie się i odczuwanie każdej emocji w ciele i wchłonięciu całego piękna z otoczenia, aby wszystko co nam szkodzi, choćby właśnie szum z mediów społecznościowych odszedł. Tutaj Berenika postanowiła powrócić do miejsca z jej dawnych lat. Opisuje nam co było kiedyś- czyli starodawna polska wieść z plotkami i kobietami stojącymi przed domem, do tej obecnej teraz, czyli pochowanych ludziach w domach z obawy przed tym co ludzie o kim powiedzą. Opisała jak naprawdę zmienił się świat i jak można odmienić swoje życie porzucając natłok myśli o niczym i skupiając się na tym, co nas otacza. Jest już kobietą po trzydziestce i mocno wystarała się aby odkupić swój rodzinny dom. Swoje wrażenia opisuje dwójce przyjaciół, którzy postanowili się do siebie zbliżyć, co poskutkowało im zamianą charakteru. Z początku jest sama, jednak im bardziej otwiera się na słuchanie natury i głosu swojego ciała, tym sama spostrzega, że zostaje przez nie kierowana. Choć broni się przed swoim startym życiem, ono jednak materializuje się przed nią w postaci Janka, chłopaka z którym związana była w przeszłości. To z nim przychodzą momenty porównania tego, co jej obecny eks chłopak w niej nie lubił. Pamięta co tamtego w niej drażniło, co teraz widzi, że najwyraźniej od samego początku nie był dla niej.
,,Nie mogłam dłużej zaprzeczać, że relacja z Jankiem była dla mnie wyłącznie pracą. Był tu najbliższą osobą, którą mogłabym nazwać przyjacielem. Czy naprawdę potrzebowałam wiedzieć, co się kiedyś wydarzyło?"
Powiem wam tylko, że plotki potrafią zniszczyć życie wielu osobom. Ludzie uwielbiają mówić, nie ważne czy prawdę, czy swoje domysły. Nie myślą, że potrafią zrujnować czyjeś życie, a zamiast pytać się u źródła, wolą dodawać swoje słowa. I każdy kto o tym przeczyta się z tym zgodzi, ale czy przestanie to robić? Może pora ujrzeć to w treści tej książki?
Świetna historia, która ma wiele mądrości, lecz to od czytelnika zależy czego od lektury oczekuje. Uważam, że czytanie jej z uwagą da nam dużo dobrego w życiu, dlatego zachęcam do lektury:-)
,,Jako nastolatka często słyszałam, że jestem do niczego. Nie miałam pojęcia, co z tym zrobić. Ale miałam wybór- albo w to uwierzyć, albo przekonać się, że tak nie jest. Wybrałam i otworzyłam drzwi do tego wyjścia, za którym była ścieżka ciężkiej pracy nad sobą."
Ta książka, to praca zbiorowa wydana przez Wydawnictwo Ezo Oneir, która działa jako praktyczny przewodnik po świadomym życiu i pracy z językiem. Pokazuje nam jak poprzez odpowiednio wypowiadane słowa możemy stworzyć sobie życie jakiego pragniemy. Innym drukiem macie tutaj praktyczne afirmacje, które po wdrążeniu w życie dosyć szybko odmienią wasze życie.
Wszystko mamy z perspektywy przeżyć kobiety, która jak widzicie w cytacie sama zdecydowała, że nie podda się, nie da sobą sterować i sama się przekona, czy faktycznie jest do niczego. Można ją odebrać osobiście, ponieważ wielu z nas borykało się z tym co ona, jednak nie ma tutaj lamentu i spoglądania wstecz by podkreślić jej braki, tylko szybko przechodzimy do pozytywnych aspektów, które mają nas podbudować i wręcz zachęcić do działania w kierunku spełniania swoich marzeń. Ładnie mamy uformowane w jaki sposób wypowiadać swoje słowa aby zostały wysłuchane przez to, czy tego w kogo wierzycie.
,,Słowa, które wybieramy tworzą przestrzeń w której żyjemy."
Sama pamiętam jak babcia mówiła mi, że mam uważać na to co mówię, tylko nigdy mi tego nie wytłumaczyła. Mówiła też, że słońce daje dobry humor, ale również nie widziałam dlaczego. Powiedziała też, że aby coś dostać trzeba wpierw samemu coś dać. Jako dziecko wydawało mi się, że to tylko zdania, które ludzie wypowiadają tylko po to abym była posłuszna. Nie rozumiałam ich mocy i dopiero podczas czytania tej książki zaczęły mi się przypominać. Posłuchajcie, wszystko jest zbudowane z cząsteczek i ma swoje poziomowe wibracje. Słońce jest tylko dobre i ma tylko pozytywne wibracje, ponieważ swoim ciepłem ogrzewa nasze ciało i mimowolnie na te promienia człowiek się uśmiecha. To nie przypadek i tak samo działa przebywanie w kręgu ludzi. Jeśli ktoś jest miły, mamy ochotę się ,,nie dostosować", tylko poczuć to w sobie. Jeśli wejdzie do naszego towarzystwa ktoś nabuzowany nerwami i my robimy się nerwowi. Jeśli podchodzi do nas ktoś na wysokim stanowisku momentalnie prostujemy plecy. To nie odruchy, tylko energia tego człowieka tak na nas działa. Ta książka będzie chciała wam krok po kroku wytłumaczyć te zjawiska w jaki sposób możecie sami się zmienić.
Najbardziej denerwuje mnie zdanie ,,starego drzewa się nie przesadza, a ja się pytam jaki człowiek jest drzewem? To po co uczyć dziecko chodzić skoro samo nie umie? Po co je ,,przesadzać"? Po co uczyć go matematyki, po co wdraża mu się dobre wychowanie, skoro nie można go zmienić? Bo można, wszystko można, tylko nikt nam tego nigdy nie mówił i dlatego o tej opcji nie wiedzieliśmy. Żeby coś zrobić trzeba się tego nauczyć. Żeby dostać trzeba dać, żeby wygrać trzeba grać, żeby wstać trzeba się podnieść, żeby być najedzonym trzeba tą kanapkę zrobić, albo pojechać i kupić, albo zamówić. Wszędzie jest praca, tylko nikt nie zwraca na to uwagi. Człowiek jest nauczony odwdzięczania się, więc sami widzicie, że aby dostać trzeba wpierw dać.
Z tej książki nauczycie się potęgi miłości, marzenia, prawdy. Tego jakie konsekwencje dla nas mają źle dobrane słowa. Jest tu opisane, że nie wiek zabrania nam zabawy, tylko ktoś powiedział, że w pewnym wieku nam czegoś nie wypada i posłuchaliśmy go niczym wytrenowany pies przez trenera, a przecież mamy wolną wolę, którą dostaliśmy. Dla kogoś matka bujająca się na huśtawce będzie dziwna, ale czy gdzieś jest wypis, że tego nie wolno? Podobno powyżej pewnego wieku zabrania się chodzić w krótkich spódniczkach, ale dlaczego? Bo nie wypada? A co wypada i dlaczego ktoś ma decydować o tym co mam robić i co mam myśleć? Ta książka chce wam otworzyć oczy na to jak poczuć w sobie wolność, jak głośno się śmiać, jak nie bać się otrzymywać dobra, które ktoś chce nam dać. Macie tutaj przytoczone słowa z Biblii, które były dobre i które stosując będą dla nas obfitością. Dosłownie macie tutaj wiedzę jak wyjść z zakazów i nakazów i stać się wolnym, szczęśliwym i spokojnym człowiekiem. Jest wiele książek o manifestowaniu dobrobytu a ona pokaże wam jak do tego dojść i co konkretnie zrobić, to przykłady z życia. Uważam, że jest ogromnie wartościowa i dla każdego, nie ważne jak o sobie myślicie, jak sami sondujecie swój poziom inteligencji. Każdy z was jest wartościowym człowiekiem, jesteśmy zbudowani z tej samej struktury. Dzięki niej możecie odmienić to co myśleliście, że odmienić się nie da. Wymaga to jednak od was pracy- przeczytania tej pozycji. Kto zaryzykuje, tylko zyska :-)
Świetna książka. Nawet nie wiedziałam, że tak bardzo mi się przyda w życiu. Całe życie się słyszy jak ktoś komuś mówi aby był uważny, ale tak naprawdę co to oznacza? Czy ma tylko słuchać co się mówi? Czy może uważać na nieodpowiednie zachowanie? Otóż nie. Uważność to bycie obecnym w każdej chwili. Słuchanie tego, co mówi druga osoba i odpowiadanie jej po kilkusekundowej przerwie podczas której nie reagujemy odruchowo. To bycie świadomym kontekstu słów, które osoba wypowiada i wczucie się w nie. Za przykład podany jest zachód słońca na który patrzymy z uwagą i czujemy go całym sobą, który daje nam radość i szczęście, choć niczego niezwykłego wtedy nie ma. Podpięte jest pod to, że uważność to relacja. Zaangażowanie w coś, spoglądanie z uwielbieniem, z czuciem w ciele, że choćby ta rozmowa nam coś od siebie daje. To nie plotki, czy wyśmiewanie się, tylko ocena w głowie kontekstu i myśli tej drugiej osoby, czy aby czasami nie krzywdzi kogoś rozmową, bo człowieka uważny myśli co ma powiedzieć, a nie odruchowo odpowiada, reaguje, czy jeszcze nawet przerywa drugiej osobie żywo gestykulując ciałem. Znajdziecie tutaj ćwiczenie jak ją w sobie wytworzyć.
Kiedy nie myślimy co mówimy działamy w trybie domyślnym, lub na autopilocie. Uważność jest praktyką, która na odpowiednim nastawieniu da nam same korzyści. Będzie tu dużo przykładów na różnych podstawach choćby w praktyce nieformalnej, czy tez rozwijaniu uważnych cech. To skupienie, świadomość i ucieleśnienie. To ciekawość, nieocenianie, łagodność oraz współczucie względem siebie. Każde słowo klucz macie tutaj ładnie opisane. Dla tych, którzy chcą głębiej w to wejść będzie dział naukowego aspektu uważności w relacjach w tym nawet obraz działania. Dowiecie się jak medytować, po co to robić i jak to robić.
Ogólnie cały kontekst książki jest skierowany do osób, które chcą rozumieć swojego partnera czy partnerkę, mieć lepsze doznania między sobą, jak zawrócić, kiedy coś się w życiu psuje, kiedy zostajemy rodzicami i słyszymy jak nasze dziecko wciąż mówi, wciąż o coś pyta, a my odpowiadamy zdawkowo, przez co ono czuje, że nie chcemy usłyszeć tego, co ma do przekazania. W momencie, kiedy jesteśmy uważni, otoczenie mówi mniej, bo po samych spojrzeniach może odczuć czy mamy czas dla nich, czy jesteśmy zajęci, czy coś nas nie interesuje, bo nie jest to do życia nikomu potrzebne. Cenionym elementem jest uważność w pracy. Ona eliminuje natrętne myśli i oddaje nam czas na zapomniane przedmioty, które w jakiś sposób gdzieś się zagubiły. Nasz mózg poszerza swoje myślenie i potrafimy wtedy więcej rzeczy zarejestrować, co samemu odczuje się od razu. No po prostu sami musicie ją przeczytać, bo choć każdemu się wydaje, że to słowo nic do ich życia nie wnosi, to zmienią swoje zdanie już po kilku pierwszych stronach. Wszystko będzie wiadomo jak zrobić poprzez proste ćwiczenia. To niesamowite jak książka potrafi odmienić nasze życie. Szczerze ją polecam!
🌸#współpracarecenzencka z Wydawnictwem 🌸
„Między nami niebo” to historia, która do samego końca trzymała mnie w niepewności – do ostatniej strony nie potrafiłam odgadnąć, jak potoczą się losy bohaterów. 🎭
Marta doskonale wie, że jej czas na tym świecie nieubłaganie dobiega końca. Choć serce pęka jej na pół, ta niesamowita, bezgraniczna matczyna miłość daje jej siłę do walki o pamięć – postanawia zostawić dla swojej córeczki Hani listy na przyszłość. Chce w ten sposób przelać całą swoją czułość na papier, by córka na każdym etapie dorastania czuła, że mama jest cały czas tuż obok, niewidzialna, ale obecna. ✉️
Jak myślicie, czy tak potężna miłość matki potrafi przekroczyć granicę życia i śmierci? Czy to w ogóle możliwe, aby małe dziecko, czytając te słowa po latach, realnie czuło, że zmarła mama wciąż przy nim trwa i nad nim czuwa? 💔
Opiekę nad malutką Hanią przejmuje Damian. To ukochany wujek o ogromnym sercu, który jak nikt inny na świecie potrafi rozgonić czarne chmury i wywołać promienny uśmiech na zapłakanej twarzy swojej siostrzenicy. 🧸 Sam ma serce pęknięte na pół i tonie we wszechogarniającej żałobie, a los rzuca go na głęboką wodę rodzicielstwa, na które zupełnie nie był przygotowany. Mimo to walczy o każdy dzień dla tej małej istotki...
🌊 Jak potoczą się losy Damiana i małej Hani w tym nowym rozdziale życia? 🤔
Nie chcę Wam zdradzać zbyt wiele koniecznie musicie sprawdzić sami. ♥️
Spodobał mi się styl autorki – niesamowicie lekki i płynny. 🪶 Choć tematyka straty i samotnego rodzicielstwa jest ogromnym ciężarem, książkę czytało się bardzo przyjemnie. 📖
Przygotujcie się na to, że podczas lektury chusteczki będą Waszym nieodłącznym towarzyszem. 🥹 To historia, która wnika głęboko w myśli... I łzy...., których nie da się powstrzymać. Smutek z niesamowitą siłą lokuje się w serduszku ... Z pewnością nie da się o niej tak łatwo zapomnieć. 💔❤️🩹
Postacie są bardzo wyraziste – jakby z krwi i kości. 👤 Damian niesamowicie kradnie serce od pierwszych stron, bardzo go polubiłam! 💖 Mała Hania wywołuje wiele uczuć naraz – jest to uśmiech przez łzy. 🥹🙂
To opowieść, która najpierw okropnie łamie serce, ale na koniec z wielką delikatnością skleja je po kawałku. 🤍 Ta historia przede wszystkim pokazuje, że miłość trwa wiecznie. Nigdy nie kończy się, a na pewno nie ze śmiercią, ona jest zawsze głęboko w naszych serduszkach, a nadzieja zawsze powinna być,by podnieść się po stracie bliskiej osoby. ✨️
Muszę też wspomnieć o samym wydaniu, bo jest po prostu PRZEPIĘKNE i zachwyca od pierwszego wejrzenia! 😍Wydawnictwo Dobre Strony jest niesamowite! 🥹
Ta lektura jest dla każdego, kto szuka w literaturze życiowych emocji, które są jak najbardziej prawdziwe od pierwszej strony. 💯 Oczywiście dla osób, które lubią nieoczywiste i nieprzewidywalne historie. 🌀 Również dla fanów mądrych historii obyczajowych, które dają przepiękną nadzieję i zostają w głowie na bardzo długo po zamknięciu książki. 🧠💭
Polecam 💙🎈💔
„Nigdy nie możemy być pewni, że naprawdę znamy człowieka, który stoi obok nas”.
Są takie historie, które początkowo wydają się iść w zupełnie przewidywalnym kierunku. Poznajemy bohaterkę, poznajemy jej przeszłość, zaczynamy rozumieć jej emocje, współczuć jej i nawet — mimo pewnych wątpliwości — trzymać za nią kciuki. A później przychodzi moment, w którym zaczynamy zadawać sobie pytanie: czy naprawdę wiemy, komu kibicujemy?
I właśnie takie uczucie towarzyszyło mi podczas lektury „Jestem tuż za Tobą” Georgii McVeigh.
Iris poznajemy w bardzo trudnym momencie jej życia. Dziewczyna straciła ukochanego — mężczyznę, z którym miała spędzić przyszłość. Jej narzeczony odszedł, pozostawiając ją z ogromną pustką i bólem, z którym najwyraźniej nie potrafi poradzić sobie samotnie. Dlatego zaczyna uczęszczać na spotkania grupy dla osób pogrążonych w żałobie. Ma nadzieję, że rozmowy z ludźmi, którzy również wiedzą, czym jest strata, pomogą jej choć trochę odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
Właśnie tam pojawia się Jack.
Przystojny, czarujący wdowiec, który — podobnie jak Iris — stracił bliską osobę. Jednak coś sprawia, że ich historia od samego początku wydaje się Iris wyjątkowa. Kiedy okazuje się, że oboje przeżyli swoją tragedię dokładnie tego samego dnia, dziewczyna zaczyna wierzyć, że nie może być to zwykły przypadek.
Dla niej to znak.
Przeznaczenie.
Może nawet druga szansa.
Iris postanawia zrobić wszystko, aby Jack pojawił się w jej życiu na stałe.
Tylko że bardzo szybko okazuje się, że jej „wszystko” zaczyna nabierać zupełnie innego znaczenia, niż można byłoby się spodziewać.
Śledzenie. Szpiegowanie w internecie. Zdobywanie informacji. Zmienianie swojego wyglądu. Dopasowywanie się do wyobrażeń o kobiecie, która mogłaby spodobać się Jackowi. Iris rozpoczyna swoją własną, bardzo skrupulatnie zaplanowaną grę. Jest przekonana, że wie, czego chce i że jej działania są usprawiedliwione przez uczucia, które zaczyna żywić do mężczyzny.
Tylko czy naprawdę możemy usprawiedliwić wszystko miłością?
Autorka bardzo długo prowadzi czytelnika przez historię Iris. Narracja nieustannie przeskakuje pomiędzy teraźniejszością a kolejnymi etapami jej życia — od dzieciństwa aż po wydarzenia, które doprowadziły ją do miejsca, w którym poznajemy ją na początku powieści. Początkowo miałam wrażenie, że te wspomnienia są przede wszystkim próbą wytłumaczenia jej zachowania. Że być może, jeśli poznamy jej przeszłość wystarczająco dobrze, łatwiej będzie nam ją zrozumieć.
I wiecie co?
Przez pewien czas naprawdę jej kibicowałam.
Próbowałam ją usprawiedliwiać. Szukałam powodów, dla których jest taka, jaka jest. Być może dlatego, że pewne emocje, które opisuje autorka, były mi po prostu bliskie. Ból. Poczucie niezrozumienia. Odrzucenie. Samotność, nawet wtedy, gdy wokół są inni ludzie.
Iris naprawdę nie miała łatwego życia.
Relacje z rodziną, jej siostrą bliźniaczką i rówieśnikami zamiast dawać jej poczucie bezpieczeństwa, często tylko pogłębiały jej przekonanie, że jest kimś gorszym, mniej ważnym i niewystarczającym. I chyba właśnie dlatego na początku tak łatwo było mi znaleźć dla niej zrozumienie. Patrzyłam na nią przede wszystkim przez pryzmat tego, co ją spotkało.
Ale im dalej zagłębiałam się w tę historię, tym trudniej było mi nadal patrzeć na Iris w ten sam sposób.
Bo w pewnym momencie zaczęłam dostrzegać coś znacznie bardziej niepokojącego.
Kłamstwa.
I to nie zawsze takie, które można byłoby wytłumaczyć strachem czy próbą ochrony siebie. Czasami miałam wrażenie, że Iris kłamie właściwie bez powodu. Jakby prawda była dla niej niewygodna nie dlatego, że mogłaby ją zranić, ale dlatego, że nie pasowała do historii, którą sama postanowiła stworzyć.
Manipulacja. Udawanie kogoś, kim się nie jest. Dopasowywanie rzeczywistości do własnych potrzeb. Kreowanie wizerunku i oczekiwanie, że inni zobaczą dokładnie tę wersję Iris, którą ona chce im pokazać.
W pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się, gdzie właściwie kończy się prawda.
I czy kiedykolwiek naprawdę ją poznałam.
To właśnie ten element najbardziej przypadł mi do gustu. Georgia McVeigh bardzo sprawnie manipuluje czytelnikiem. Podrzuca nam kolejne informacje, prowadzi nas w określonym kierunku, pozwala wyciągać własne wnioski, a później sprawia, że zaczynamy kwestionować wszystko, co do tej pory uznawaliśmy za pewnik.
I nawet kiedy wydawało mi się, że już wiem, co się dzieje, nadal pozostawało we mnie to niepokojące pytanie:
A jeśli znowu ktoś mnie okłamuje?
Muszę jednak przyznać, że początek książki nie porwał mnie od razu. Przez pierwszą część momentami miałam wrażenie, że thriller schodzi na dalszy plan, a otrzymujemy przede wszystkim obyczajową opowieść o życiu Iris. Niektóre fragmenty nieco mnie męczyły i chwilami czekałam na moment, w którym historia zacznie nabierać większego tempa.
Ale kiedy już zaczęła...
Nie mogłam się oderwać.
Końcówkę dosłownie pochłonęłam w jeden wieczór. Strony zaczęły znikać jedna po drugiej, a ja coraz bardziej chciałam wiedzieć, dokąd autorka mnie prowadzi. I chyba właśnie wtedy „Jestem tuż za Tobą” pokazało mi, że nie warto zbyt szybko skreślać historii tylko dlatego, że jej początek nie wywołał natychmiastowego efektu „wow”.
Bo czasami warto dać książce trochę czasu.
Zwłaszcza kiedy na końcu zostaje się z poczuciem, że być może nic z tego, co przeczytaliśmy, nie było dokładnie takie, jak nam się wydawało.
„Jestem tuż za Tobą” to historia o żałobie, samotności i potrzebie bycia kochanym. O tym, jak bardzo człowiek pragnie czasami, aby ktoś wypełnił pustkę pozostawioną przez drugą osobę. Ale jest to również opowieść o obsesji, manipulacji i granicach, które mogą zacząć się zacierać, kiedy przestajemy odróżniać nasze pragnienia od rzeczywistości.
Czy Iris jest ofiarą?
Czy może od początku była kimś zupełnie innym, niż chciała, abyśmy uwierzyli?
Na to pytanie każdy czytelnik będzie musiał odpowiedzieć sobie sam.
Jedno jest jednak pewne — po tej lekturze naprawdę trudno zaufać temu, co widzimy na pierwszy rzut oka.
„Ten, kto urządził nasz świat, w jednym na pewno miał rację: lepiej nie wiedzieć, co nas czeka.”
Trzy kobiety, trzy historie i historia, która nie puta o zgodę na to, co przyniesie ludziom. Właśnie tak odbieram trzeci tom naprawdę klimatycznej serii Pomiędzy Pani Zofii Mąkosy.
Przyznam, że bardzo dobrze mi się tę książkę czytało i gdyby nie zmęczenie pochłonęłabym tę opowieść jednego wieczoru.
Weronika Meisinger zaczyna być naprawdę niezależną gospodynią w majątku swego zmarłego teścia - Hugona. Dziewczyna jest mocno zdeterminowana i mimo konfliktów, głównie tych z Gerhardem i Martiną stara się odnaleźć szczęście.
Jasnymi punktami w jej codzienności są mąż Fred , który cierpiąc na zespół stresu pourazowego nadal nie mówi. Mimo to stara się okazać żonie swoje uczucia.
I właśnie wtedy zjawia się Natan - wielka miłość dziewczyny sprzed lat.
Czy Werka da mu szansę na nowy początek?
Tymczasem ojciec Wieczorków Leon coraz przychylniejszym okiem spogląda w stronę swej lokatorki Pani Basi Bocian.. co z kolei niezbyt podoba się jego młodszej córce Neli.
Dziewczynka bardzo przeżywa całą sytuację i czuję się odrzucona przez ojca , który bardzo ją kocha.
Nastolatka zaczyna też snuć marzenia o swojej przyszłości- bardzo chciałaby zostać nauczycielką w polskiej szkole.
To pragnienie postanawiają jej spełnić starsza siostra wraz z przyjaciółką rodziny i krewną Leona Joanną Podbielską , której życie również nie oszczędza- wszystko dlatego, że jej ukochany Stanisław czeka na proces w którym jest oskarżony o zabójstwo byłej żony- Krystyny.
Wyrok , który zapada sprawia,że miłość jego i Asi wydaje się nie mieć przyszłości.
Czy tak jest w istocie?
Pani Zofia napisała książkę o zwykłych ludziach wrzuconych w tytułowy wiatr zmian, który niesie ze sobą historia. Jest angażująco, momentami bardzo niebezpiecznie, ale zawsze autentycznie i bardzo ciekawie.
„Przyzwyczajamy się do miejsc i nie lubimy zmian. Im jesteśmy starsi, tym boimy się ich bardziej. Dlatego, jeśli chce się coś w życiu zmienić, najlepiej to robić za młodu, zanim za bardzo się przyzwyczaimy do starego
„Myśl o tych, którzy cię kochają, a będziesz szczęśliwa
To nie tylko opowieść o wydarzeniach, które bez pytania wkraczają w życie bohaterów. To również historia o tym, jak wiele odwagi potrzeba, żeby mimo wszystko zawalczyć o siebie, swoje uczucia i własne miejsce na świecie.
Z ogromnym zainteresowaniem obserwowałam losy Weroniki, Leona, Neli, Asi i pozostałych bohaterów. Każde z nich mierzy się z czymś innym, ale ich drogi pięknie się ze sobą splatają, pokazując, że nawet w najtrudniejszych momentach człowiek może znaleźć kogoś, kto poda mu rękę, da nadzieję albo po prostu zostanie obok.
Szczególnie podobało mi się to, że autorka nie idealizuje swoich postaci. Mają swoje słabości, popełniają błędy, podejmują decyzje, których konsekwencje czasem trudno odwrócić. Dzięki temu są niezwykle bliscy i prawdziwi. Czytając o nich, można mieć wrażenie, że obserwuje się ludzi, którzy naprawdę mogliby żyć gdzieś obok nas.
Pani Zofia po raz kolejny przypomniała mi też, że historia nie składa się wyłącznie z wielkich wydarzeń i nazwisk zapisanych w podręcznikach. Tworzą ją przede wszystkim zwyczajni ludzie, którzy próbują odnaleźć się w rzeczywistości, na którą często nie mają żadnego wpływu.
„Wiatr zmian” zostawił mnie z myślą, że czasami nie mamy możliwości zatrzymać tego, co nadchodzi. Możemy jednak zdecydować, w jaki sposób przez to przejdziemy i o co będziemy walczyć, kiedy świat wokół nas zacznie wyglądać zupełnie inaczej.
To było moje kolejne spotkanie z bohaterami serii „Pomiędzy” i zdecydowanie takie, które zostanie ze mną na dłużej.
Strzał w dziesiątkę, mistrzowskie posunięcie czy też osobisty sukces czytelniczy. Wszystkie te zwroty to oczywiście synonimy, ale tak intensywnie można zachwalać tylko pisarza, który tworzy dla nas coś niesamowitego, prawdziwego, pełnego skrajnych emocji i mądrego. Nigdy nie będę żałować, że udało mi się poznać twórczość Rafała Wicijowskiego- od pewnego czasu mogę zgłębiać wiedzę o jego stylu, sposobie pisania i tematach, które są nam szczerze przekazywane. Róbcie to samo, Drodzy Czytelnicy, gdyż każda książka autora jest mocną lekcją psychologiczną.
Kto by też pomyślał, że mężczyzna będzie potrafił tak dogłębnie opisywać uczucia- zarówno te dobre, jak i złe, wręcz wyniszczające umysł człowieka? Autor najnowszej historii pt. „Obiecał mi niebo” nie idealizuje swej płci, nie posługuje się stereotypową męską solidarnością. Tworzy coś absolutnie odwrotnego- z niezwykłą szczerością uzmysławia nam, że kobiety zawsze mogą wpaść z deszczu pod rynnę, a na dodatek powinny mieć bezwzględny zakaz noszenia różowych okularów. Dlaczego? Oceniana powieść Rafała Wicijowskiego doskonale to wyjaśnia, a ja proszę, a nawet błagam, by szczególnie kobieca część czytelnicza właśnie po nią sięgnęła. Podczas poznawania kolejnych rozdziałów aż chce się krzyczeć: KOBIETO, UCIEKAJ, GDZIE PIEPRZ ROŚNIE! Czytelnicy fabuły jednak nie zmienią, ale musi ona być tak ostra i wyrazista, by została należycie zrozumiana. Zło, nierzadko podawane pomału i w małych dawkach, czai się wszędzie, ale jeśli choć jedna osoba się opamięta, to już można śmiało mówić o ogromnym sukcesie- zarówno społecznym, jak i wydawniczym.
Wybudzenie czytelniczek z pięknego snu to dopiero początek- bolesna historia jest tu szalenie ważna, lecz autor zadbał o jeszcze inny aspekt. Kropką nad i są opisy znajdujące się po epilogu. Osoby rozumiejące opisywany kłopot, czyli przemoc psychiczną i fizyczną, będą miały szansę dowiedzieć się, gdzie NAPRAWDĘ szukać pomocy. Zrozumieją też najbardziej znane techniki manipulacji, jak też zapoznają się z planem bezpieczeństwa/przygotowaniem do odejścia. Opisy te to bardzo ważny element powieści- trudne i bolesne, owszem, ale mogące w jednej chwili zmienić nastawienie zastraszonej kobiety.
Jak widać, pisarz to postać zmienna w swym fachu- raz pisze o urokach, a raz o cieniach wręcz chorej miłości. Używa też bardzo jasnego porównania, dzięki któremu mamy zrozumieć, na czym polega szczery, trwały związek. Rafał Wicijowski mówi otwarcie, że „można mieć najpiękniejszą fasadę na świecie, witraże w oknach i marmur na schodach, ale jeśli fundamenty są chore, to wszystko ponad nimi jest kłamstwem”. Pod tym stwierdzeniem mogę natychmiast się podpisać, a Wy? Sami to oceńcie. Ponadto, doskonale rozumiem, że zawody uprawiane przez fikcyjnych bohaterów, czyli przez Maję (pani architekt) i Adama (dewelopera) nie są przypadkowe. Wszelkie porównania ich związku do błędów budowlanych pasują tu jak ulał.
„Obiecał mi niebo” to książka, w której autor zaserwował nam istną sinusoidę emocji. Główna bohaterka, Maja Arcisz, ma 32 lata, konsekwentnie rozwija karierę zawodową i wie, czego chce od życia. A potem? W miarę rozwoju akcji jej pewność siebie znika, zostaje zgaszona niczym płomień świecy. Czy naprawdę jest tak, że zakochana kobieta szybko może stać się uosobieniem zabawki sterowanej na baterie? Czy zawsze, dla dobra uczucia, musi tańczyć do muzyki, która nie jest jej ulubioną? Cóż, takie historie się zdarzają- negatywna i smutna transformacja bohaterki nie ma żadnych oznak przesady czy hiperboli. Ot, jest to idealny pokaz nieidealnego życia, wystarczy znaleźć się w złym miejscu i w złym czasie, by kat upolował swoją ofiarę. Tylko… czy z pułapki, jaką jest złota klatka i całkowita izolacja od przyjaciół, da się jeszcze wyjść? Czy Maja zrozumie, że popełniła błąd, a Adam to wilk w owczej skórze? Zapraszam do lektury.
Gorąco zachęcam wszystkich Czytelników, by „Obiecał mi niebo” czytali w sposób niezwykle uważany, a zatem bez pośpiechu i wertowania stron. Istotne jest tutaj dosłownie wszystko- nie tylko pierwszoplanowe postaci, ale także te, które uchodzą za drugoplanowe. Czy Maja będzie miała do kogo zwrócić się o pomoc? Tego zdradzić nie mogę, a także nie chcę, ale zapewniam, że łzy podczas lektury okażą się wręcz oczywistością. Mało tego- autor, na przykładzie Adama, doskonale podkreślił też, że przeszłość zawsze ma wpływ na charakter rozwijającego się człowieka. Nie bez powodu mamy więc do czynienia z pedantycznym, nieznoszącym sprzeciwu Adamem. W nowej książce Rafała Wicijowskiego liczy się każdy szczegół, a bardziej sygnał, który zamienia solidną i piękną konstrukcję w kruchy domek z kart.
Przepraszam- to piękne słowo, lecz nie w tej książce. Kobiety wyniszczane psychicznie i fizycznie przepraszają niemal za to, że żyją. Boją się dosłownie wszystkiego, nawet źle odłożonej filiżanki czy plamy po herbacie na nieskazitelnym blacie kuchennym. Czy tak być powinno? Absolutnie nie i warto przyjrzeć się temu problemowi- na przestrzeni książkowych rozdziałów, ale też w realnym życiu. Bo ile razy, Droga Czytelniczko, przeprosiłaś za coś, za co tak naprawdę nie musiałaś? Dobrze się zastanów i zmień swe nastawienie do życia, póki jeszcze jest to możliwe.
Konkluzja po tak znakomitej, aczkolwiek mocnej książce, powinna być jedna, ale to niemożliwe. Po pierwsze, zastanówmy się dobrze, czy para to dwie osoby, a może jednak jedna i jej cień? Ponadto, autor uczy nas, abyśmy wyższość partnera zauważały w szczegółach i pozornie miłych gestach- „wygrywanie małych bitew jest oznaką, że toczy się wojna”.
Do książek Remigiusza Mroza podchodziłam z pewnym dystansem. Po dłuższej przerwie od jego twórczości sięgnęłam po „Węzeł czasu” i muszę przyznać, że autor tym razem zdecydowanie postawił na pomysł, który potrafi zaintrygować, ale też wzbudzić sporo pytań.
Agnieszka pewnego dnia budzi się w środku lasu. Nie wie, gdzie jest ani jak się tam znalazła. Sytuacja robi się jeszcze bardziej absurdalna, kiedy spotyka policjanta Augusta Bekkera i dowiaduje się, że jest… 15 października 1931 roku. Jeszcze chwilę wcześniej piła kawę z przyjaciółką na opolskim rynku w 2025 roku, a teraz znajduje się w zupełnie innej rzeczywistości.
I właśnie wtedy pojawia się myśl, która może całkowicie zmienić bieg historii.
Skoro Agnieszka doskonale pamięta wydarzenia, które mają dopiero nastąpić, może została przeniesiona w przeszłość z konkretnego powodu? Może jej zadaniem jest zrobić coś, co mogłoby uratować miliony istnień? A może próba ingerencji w historię przyniesie konsekwencje, których nikt nie jest w stanie przewidzieć?
Motyw historii alternatywnej okazał się dla mnie zdecydowanie najmocniejszą stroną tej powieści. Bardzo lubię historie, które zmuszają do zastanowienia się nad tym, jak niewiele potrzeba, żeby rzeczywistość potoczyła się zupełnie inaczej. Często myślimy przecież: gdyby tylko pewne wydarzenie się nie wydarzyło, gdyby ktoś podjął inną decyzję, gdyby jeden człowiek zniknął z kart historii…
Tylko czy naprawdę możemy mieć pewność, że alternatywna wersja przeszłości byłaby lepsza?
I właśnie tutaj Mróz stawia bardzo ciekawe pytanie. Zmieniając jeden element, uruchamiamy cały łańcuch kolejnych zdarzeń. Nie możemy przewidzieć, dokąd nas doprowadzą. Historia nie jest układanką, w której wystarczy wyjąć jeden niepasujący element, żeby wszystko nagle zaczęło wyglądać idealnie.
Agnieszka bardzo szybko przekonuje się, że ingerencja w przeszłość może mieć znacznie poważniejsze konsekwencje, niż początkowo zakładała. Z czasem stawką przestaje być wyłącznie przyszłość, a zaczyna być również życie jej samej oraz osób, które stają się dla niej ważne.
„Węzeł czasu” jest książką, która zdecydowanie nie pozwala się nudzić. Akcja pędzi, wydarzenia następują po sobie bardzo szybko, a połączenie thrillera, historii alternatywnej i fantastyki sprawia, że trudno jednoznacznie przypisać tę powieść do jednego gatunku.
Nie wszystko jednak mnie przekonało.
Momentami fabuła wydawała mi się zbyt naciągana, a niektóre rozwiązania nie do końca spójne. Były też sceny przemocy, które okazały się dla mnie zdecydowanie zbyt brutalne. Najwięcej zastrzeżeń mam jednak do postaci Infułata oraz samego sposobu przedstawienia podróży w czasie. Ten element nie przypadł mi do gustu. Infułat wydał mi się przesadzony i momentami wręcz pretensjonalny, przez co zamiast wzbudzać zainteresowanie, trochę wybijał mnie z historii.
Mimo tych niedociągnięć nie żałuję, że po „Węzeł czasu” sięgnęłam. Najbardziej doceniam właśnie to, że powieść nie ogranicza się do samej sensacyjnej historii. Pod warstwą pościgów, niebezpieczeństwa i podróży w czasie kryje się pytanie, nad którym naprawdę warto się zatrzymać.
Czy gdybyśmy mogli cofnąć się w czasie i zmienić jedno wydarzenie, rzeczywiście naprawilibyśmy świat?
A może zamiast jednego koszmaru stworzylibyśmy kolejny?
I chyba właśnie ta myśl została ze mną po zakończeniu lektury najmocniej. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich konsekwencji swoich decyzji. Dotyczy to nie tylko wielkiej historii, ale również naszego własnego życia.
„Węzeł czasu” nie jest książką pozbawioną wad, ale z pewnością jest powieścią odważną, nietypową i momentami naprawdę zaskakującą. Po dłuższej przerwie od książek Mroza dostałam historię, która poszła w zupełnie inną stronę, niż się spodziewałam.
Czy Agnieszka zdoła odkryć, dlaczego znalazła się w 1931 roku? Czy można zmienić historię bez ponoszenia konsekwencji? I przede wszystkim — czy przeszłość rzeczywiście można naprawić?
Czasami dobrze jest z kimś poprostu pogadać. Nie, żeby zaraz poważnie, ale tak zwyczajnie, o blachostkach. Może nawet pośmiać się z głupstw. Pobyć z drugim człowiekiem, poczuć czyjaś obecność, ot tak. I nie myśleć o problemach, nie zastanawiać się, po prostu wyluzować.
Żaden klejnot nie jest więcej wart niż uczucia. Tylko one są prawdziwe i pozostają w sercu. Nie uda się ich zakląć w kamieniu, choćby się bardzo chciało. Dlatego myślę, że ona wróci.
Jagodno po raz kolejny otuliło mnie swoim niezwykłym klimatem. Mam wrażenie, że za każdym razem, kiedy pojawia się tutaj nowa bohaterka, wraz z nią przychodzi kolejna historia, która potrafi zatrzymać na dłużej. Tym razem poznajemy Leę – artystkę tworzącą wyjątkową biżuterię z krzemienia pasiastego, nazywanego kamieniem optymizmu. I chyba nie mogło być lepszego symbolu dla tej opowieści.
Lea wcale nie planowała zatrzymać się w Jagodnie. Awaria samochodu sprawia jednak, że los postanawia pokrzyżować jej plany. A kiedy na jej drodze pojawia się gburowaty mechanik, trudno nie zacząć się zastanawiać, czy przypadkowe spotkania rzeczywiście bywają przypadkowe…
W tej historii szczególnie urzekło mnie to, jak pięknie autorka splata ze sobą codzienność, emocje i małe cuda. Karolina Wilczyńska po raz kolejny pokazuje, że nie potrzebuje wielkich wydarzeń, żeby poruszyć czytelnika. Wystarczą ludzie ze swoimi pragnieniami, lękami, niedopowiedzeniami i marzeniami, które czasami przez lata czekają na spełnienie.
Tym razem szczególnie mocno dotknął mnie wątek macierzyństwa. Został przedstawiony niezwykle delikatnie i prawdziwie – bez zbędnego patosu, za to z ogromną wrażliwością. To właśnie takie momenty sprawiają, że przestajemy jedynie obserwować bohaterów, a zaczynamy razem z nimi przeżywać ich radości, rozczarowania i nadzieje.
Ogromnie spodobał mi się również motyw biżuterii tworzonej przez Leę. Każdy kamień, każda ozdoba i jej nazwa niosą ze sobą własną historię. Dzięki temu biżuteria staje się czymś znacznie ważniejszym niż tylko pięknym dodatkiem – jest symbolem emocji, wspomnień i tego, co czasami trudno powiedzieć na głos.
A w Jagodnie, jak to w Jagodnie, spokojnie być nie może. Niespodziewana ciąża, nowe uczucia, problemy zdrowotne, tajemnice i spotkania, które mogą odmienić więcej, niż ktokolwiek się spodziewał. Wszystko to otrzymujemy jednak w lekkiej, ciepłej narracji, dzięki której kolejne strony właściwie same się przewracają.
No i Zuzanna! Jej cięte komentarze po raz kolejny skradły moje serce. Są takie postacie, których obecność na kartach powieści sprawia, że od razu robi się trochę weselej – i właśnie tak jest z nią.
Ta książka przypomniała mi, że czasami życie psuje nam plany tylko po to, żeby zaprowadzić nas dokładnie tam, gdzie powinniśmy się znaleźć. Że przypadkowe spotkanie może okazać się początkiem czegoś ważnego, a nadzieja potrafi pojawić się nawet wtedy, kiedy najmniej się jej spodziewamy.
Jagodno znów mnie wzruszyło, rozbawiło i otuliło. I chyba właśnie za tę mieszankę emocji tak bardzo lubię wracać do tego miejsca.